Jeśli rząd idzie na spór z Ukrainą i jednocześnie nie robi nic, by prowadzić normalne rozmowy z tymi Rosjanami, którzy chcą z nami rozmawiać, to ja nie bardzo widzę sensu takiej polityki wschodniej - prof. Filipowicz o kulisach swej rezygnacji. I o likwidacji Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej

„Zdecydowaliśmy, że Polacy i Rosjanie będą pisać teksty razem, co wyglądało na rzecz wręcz niemożliwą. No, bo niby jak Polak i Rosjanin mogą wspólnie napisać tekst o polsko-rosyjskiej przeszłości. A jednak, przy dobrej woli obu stron, to się udało. Ale to już przeszłość” – mówi OKO.press prof. Mirosław Filipowicz, historyk  z Instytutu Historii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Od 2013 był dyrektorem Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej, a od listopada 2016 współprzewodniczącym Polsko-Rosyjskiej Grupy do Spraw Trudnych.

Opowiada, jak próbował ratować działania tej polsko-rosyjskiej inicjatywy, powołanej w 2002 roku, z pierwszym współprzewodniczącym prof. Adamem Rotfeldem. Zespół naukowców i ekspertów obu krajów miał wyjaśniać najtrudniejsze historyczne zaszłości. I wyjaśniał.

Robert Kowalski, OKO.press: Zrezygnował pan z przewodniczenia Polsko-Rosyjskiej Grupie do Spraw Trudnych. Odeszło z niej także kilka innych osób. Była grupa i jej nie ma?

Prof. Mirosław Filipowicz: Najpierw dwa słowa o początkach. Jesienią 2016 ministerstwo złożyło mi propozycję zrekonstruowania grupy i zagwarantowało autonomię w doborze ludzi i programu działań. Z jednym kryzysowym wyjątkiem – minister Witold Waszczykowski odwołał w ostatniej chwili prof. Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz [socjolożka i politolożka, specjalistka w problematyce wschodnioeuropejskiej, wiceminister spraw zagranicznych (2012-2014), ambasador w Moskwie (2014-2016), dyrektor programu Otwarta Europa Fundacji im. Batorego, publicystka i analityczka m.in. w OKO.press]. Poza tym, faktycznie oni nie za dużo mieszali, jeśli chodzi o skład grupy to nie było specjalnych nacisków. 

Główny wtedy kłopot polegał na skłonieniu Rosjan do wznowienia prac z ich strony. Potem było już tylko gorzej. Instytut Europy Środkowo-Wschodniej, który miał być logistyczno-organizacyjnym fundamentem Grupy, balansował na granicy przetrwania, prace nad przekształceniem go w podległy MSZ Państwowy Instytut Badawczy przeciągały się, a w końcu zamarły.

W KPRM pojawiła się za to idea stworzenia nowego instytutu, zajmującego się ideą Trójmorza. Zaniepokojony o dalszy los Instytutu (a także o los Grupy) podjąłem próby dotarcia do ministra (już wtedy prof. Czaputowicza). Ale mimo moich kilkakrotnych próśb i mimo próśb przewodniczącego naszej Rady Naukowej ks. prof. Andrzeja Szostka, minister spraw zagranicznych nie miał czasu, by się z nami spotkać. 

Wiem, że MSZ próbował ocalić nasz dotychczasowy dorobek, jednak ostatecznie 20 grudnia 2018 Instytut Europy Środkowo-Wschodniej został zlikwidowany, a nam powiedziano, że nowy Instytut Europy Środkowej nie będzie zajmować się Rosją. 

Jak pan tłumaczy tę decyzję?

Nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego polski rząd nie widzi potrzeby dialogu o różnicach pamięci z Rosją i z innymi wschodnimi sąsiadami. Tutaj mamy z jednej strony kurs wynikający ze znowelizowanej ustawy o IPN, w której ostatecznie poprawiono zapisy dotyczące Izraela, Holocaustu, ale nie poprawiono zapisów dotyczących Ukraińców, no i mamy pierwsze przypadki. Grzegorz Kuprianowicz, działacz ukraiński w Polsce i jednocześnie historyk, został przez wojewodę lubelskiego podany do prokuratury za wygłoszenie jakiegoś przemówienia, zresztą bardzo łagodnego i bezpiecznego w moim przekonaniu i był potem ciągany na przesłuchania w oparciu o zapisy tej ustawy. To nie jest więc  tak, że państwo polskie nie korzysta z narzędzi, które daje ta nieszczęśliwie znowelizowana ustawa, ale nie potrafię wyjaśnić racjonalnie kierunku tego korzystania. Bo jeśli idziemy na spór z Ukrainą i jednocześnie nie robimy nic, by doprowadzić do przynajmniej normalnej rozmowy z tymi Rosjanami, którzy chcą z nami rozmawiać, to ja nie bardzo widzę sens takiej polityki wschodniej. 

Nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić. Być może to dowód na moją naiwność, ale spodziewałem się, że po zmianie szefa rządu i ministra spraw zagranicznych sprawy potoczą się w sensowniejszym kierunku. Myliłem się. 

Jakie są największe osiągnięcia Polsko-Rosyjskiej Grupy do Spraw Trudnych?

W czasach prof. Rotfelda były one podstawowe, doprowadzono do bardzo sensownego dialogu prominentnej grupy Rosjan z prominentną grupą Polaków, historyków i ekspertów. Do takiego dialogu, bym powiedział pozaoficjalnego, a jednocześnie nie odbywającego się na polu prywatnym. To jest osiągnięcie podstawowe. Drugie osiągnięcie było takie, że wydano „Białe plamy – Czarne plamy. Sprawy trudne w relacjach polsko-rosyjskich (1918-2008)”. Książka wyszła w trzech językach, po polsku i po rosyjsku w wariancie naprawdę monumentalnym, pełnotekstowo, a po angielsku został wydany jej skrót, ale to bardzo istotne. Ten dialog był niezwykle starannie obserwowany w różnych miejscach świata, w tym w Azji. Byłem kilkakrotnie zapraszany do Korei, a nawet teraz jestem w stałym kontakcie z historykami japońskimi, bo oni chcą wykorzystać nasze, polskie doświadczenia w przygotowaniu dialogu o historii między Koreą i Japonią. Świat zauważył, że może skorzystać z naszych doświadczeń. To wydaje mi się ważne.

A za pana kadencji, już w czasach „dobrej zmiany”?

To bardziej skomplikowane, bo Rosjanie nie traktowali nas jako Grupy do Spraw Trudnych tylko jako ekspertów skupionych wokół mnie i Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej, a to trochę zmienia płaszczyznę. 

Stąd większość prac polsko-rosyjskich odbywała się w ramach tego Instytutu. Przygotowaliśmy wspólnie z akademikiem Czubarianem (to prominentna postać w Moskwie, mająca bezpośredni dostęp i do prezydenta Putina, i do ministra Ławrowa) cykl pomocy naukowych dla nauczycieli historii w Rosji i w Polsce.

Przyjęliśmy trochę inną metodologię niż prof. Rotfeld przyjął z Torkunowem w „Białych plamach -Czarnych plamach”, bo tam Rosjanie i Polacy pisali teksty osobno. My woleliśmy, żeby Polacy i Rosjanie pisali teksty razem, co wyglądało na rzecz niemożliwą wręcz, no bo niby jak Polak i Rosjanin mogą wspólnie napisać tekst o polsko-rosyjskiej przeszłości. A jednak, przy dobrej woli obu stron,  udało się.

W Rosji były pewne kłopoty polityczne. Na nas nikt nie naciskał, sami decydowaliśmy o ostatecznym kształcie wydawnictwa. 

Praca nie była łatwa. Rosyjscy autorzy byli wspaniali, uczciwi, odważni, przynajmniej większość z nich, natomiast potem nastąpiła seria negocjacji z kierownictwem rosyjskim. To było trudne, ale też się udało. Doprowadziliśmy nie tylko do wspólnej pracy polskich i rosyjskich historyków, ale także do tego, że polscy historycy mogli pracować z rosyjskimi nauczycielami historii i na odwrót, rosyjscy historycy – z polskimi nauczycielami.

Jeździliśmy do rosyjskich szkół, a oni przyjeżdżali do nas. Polscy i rosyjscy nauczyciele historii zaczęli współpracować.

Jednym z uczestników projektu był główny metodyk nauczania historii w Rosji, wyjątkowo uczciwy, sensowny człowiek. I tym sposobem udało się nam wydać dwa tomy, w obu językach, poświęcone dziejom stosunków polsko-rosyjskich od XIV do XIX wieku. Trzeci tom, dotyczący XX wieku, jest od strony autorskiej gotowy, teraz negocjujemy z akademikiem Czubarianem ostatnie sugestie rosyjskie. 

Powiem jeszcze o  swoim autorskim pomyśle: włączenia Kościołów w proces polsko-rosyjskiej rozmowy. Tworząc Grupę zadbałem, by znaleźli się w niej dwaj księża – prawosławny i rzymskokatolicki. Ks. prof. Henryk Paprocki jest najwybitniejszym teologiem prawosławnym w Polsce i bardzo mądrym człowiekiem, intelektualnie otwartym. Ks. Leszek Kryża, też fantastyczny człowiek, w Konferencji Episkopatu Polski kieruje Zespołem pomocy Kościołowi na Wschodzie. Bardzo dobrze mi się z tymi księżmi pracowało. Oba Kościoły wykazywały duże zainteresowanie dialogiem. 

Z trudnymi sprawami jest tak, że albo my się nimi zajmiemy, albo one się zajmą nami.

No tak i to niestety wygląda na chwilowe zwycięstwo tego drugiego wariantu. Ja z natury rzeczy jestem optymistą, nie lubię się poddawać, nie lubię załamywać rąk, tę przestrzeń trzeba będzie z czasem jakoś wypełnić. Kłopot polega jedynie na tym, że bardzo łatwo jest coś zlikwidować, a strasznie trudno jest potem to odbudować, naprawić. To niepotrzebna strata energii i czasu. Zagadką jest natomiast, komu przeszkadzał Instytut Europy Środkowo-Wschodniej. Mam swoje przypuszczenia.

Najlepiej od razu po nazwiskach.

To, czego możemy być pewni, to że decyzja zapadła w kancelarii premiera. Z całą pewnością polski rząd i rządzące PiS bierze za to odpowiedzialność, bo oni to przegłosowali. Kto był inicjatorem tej idei?  Nie sądzę bym tu nie trafił, chodzi o prof. Waldemara Parucha, który i wcześniej, o czym wiem, przymierzał się do przejęcia Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej.  Teraz oficjalnie powiedziano nam, że to wynik pewnej „reformy” polegającej na skupieniu w kancelarii premiera kilku think-thanków: Instytutu Zachodniego, Ośrodka Studiów Wschodnich i teraz tego nowego Instytutu Europy Środkowej. W moim przekonaniu, ta reforma jest pozorna i zamiast poprawiać dotychczasowy stan spraw, tylko go psuje.


Dziennikarz radiowy i telewizyjny, producent, reżyser filmów dokumentalnych. Pracował w m.in Polskim Radiu, „Panoramie” TVP2. Był redaktorem naczelnym programu „Pegaz” i szefem publicystyki kulturalnej w TVP1. Współpracuje z Krytyką Polityczną, gdzie przeniósł zdjęty przez „dobrą zmianę” program „Sterniczki” z Radiowej Jedynki. Tworzy cykl „Kamera OKO.press”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym