Przez moment mieliśmy taką myśl, że może trzeba z tą kamerą jechać gdzieś dalej. Ale Ukraińcy wybili nam to z głowy, mówili: nawet nie macie pojęcia, ile tam jest ekip z całego świata na zero line! Wtedy do nas dotarło, że może właśnie trzeba to ugryźć zupełnie od innej strony
„Ciało wojny” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to filmowy kolaż, w którym przeplatają się historie młodych ukraińskich żołnierzy, dochodzących do siebie w centrum rehabilitacyjnym dla weteranów wojennych we Lwowie; mieszkającej w Warszawie transpłciowej performerki Dany, która chce być jak najdalej od linii frontu oraz artysty i żołnierza Pavla Kovacha z ukraińskiego kolektywu artystycznego Open Group, który reprezentował Polskę na Biennale w Wenecji.
Film będzie można obejrzeć na zaczynającym się w czwartek 7 maja festiwalu filmów dokumentalnych Millenium Docs Against Gravity.
Agnieszka Kowalska: Kiedy pojawił się pomysł, żeby nakręcić film o wojnie w Ukrainie?
Małgorzata Szumowska: Tuż po wybuchu pełnoskalowej wojny, trochę przez przypadek, spotkaliśmy się w Warszawie z szefostwem ukraińskiej organizacji Superhumans. Tworzyli właśnie specjalistyczny szpital, w którym mieli rehabilitować się ranni żołnierze.
Michał Englert: Umówiliśmy się z nimi, że pojedziemy do tego szpitala. To był naturalny impuls. Zaczęła się wojna, każdy pomagał jak mógł, a my postanowiliśmy zrobić to, na czym znamy się najlepiej – nakręcić film. Współpraca z nimi umożliwiła nam wjazd z kamerą do Ukrainy. Uzyskaliśmy dofinansowanie funduszu ukraińsko-polskiego. Pojechaliśmy na te zdjęcia i zaczęliśmy kręcić z myślą, że to będzie film głównie o tych żołnierzach, którzy dochodzą tam do zdrowia.
MS: Gdy wróciliśmy do Polski po pierwszych zdjęciach, zaostrzyła się sytuacja na froncie i przez ponad rok nie mogliśmy wyjechać ponownie. Superhumans zależało na tym, żeby nakręcić film reklamujący ich szpital, a my już wiedzieliśmy, że chcemy opowiedzieć coś szerzej, więc nasze drogi w pokojowym nastroju się rozeszły.
Musieliśmy szukać innych bohaterów i wymyślić ten film jakby na nowo.
Zaczęliście szukać w Polsce?
Rozpuściliśmy wici, ale jeszcze nie wiedzieliśmy, o czym to będzie. Reżyser Dawid Nickel podpowiedział nam, że ma super bohaterkę – performerkę, tancerkę Danę Vitkovską. Mocno dotknęło nas to, że ta Dana, gdyby była w Ukrainie, byłaby zmuszona zostać żołnierzem. W „New York Timesie” i w różnych międzynarodowych portalach czytaliśmy o takich sytuacjach, że osoby trans są brane do wojska. Widzieliśmy takie dziewczyny z czerwonymi paznokciami, trans kobiety, które walczyły na froncie.
Tym bardziej że pewnie w papierach są wciąż mężczyznami tak jak Dana?
Tak, a ona mówi: „jestem artystką, chcę tworzyć piękne rzeczy”. Dana wprowadziła nas niejako w naszych poszukiwaniach na ścieżkę sztuki, dlatego naturalnym wyborem był też ukraiński kolektyw Open Group, który szykował swoją pracę do polskiego pawilonu na Weneckie Biennale. Wstrząsającą, cielesną, dotykającą bardzo głęboko.
Tu pojawił się wam wątek ciała?
ME: Tak, zaczęło nam się to układać w pewną całość. Ciekawe wydało się spojrzenie z zupełnie odmiennych perspektyw, zderzenie postaw: żołnierze, którzy bezpośrednio brali udział w walce na froncie; tancerka, artystka Dana, która od tego frontu chce być jak najdalej; bohaterowie pracy Repeat After Me (Powtarzajcie za mną), czyli mieszkańcy bombardowanych miast, którzy w przejmujący sposób odtwarzają dźwięki wojny; no i w końcu artyści z kolektywu Open Group, którzy stworzyli z tego sugestywną pracę przypominającą karaoke w schronie. Ci wszyscy ludzie dają ciekawy obraz tego, w jaki sposób indywidualnie i zbiorowo doświadczamy traumy.
MS: Wiedzieliśmy na pewno, że chcemy uniknąć reporterskiego tonu, bo ludzie byli już zmęczeni doniesieniami z frontu.
W Open Group są Yuriy Biley i Anton Varga, którzy chcą opowiadać o doświadczeniu wojny poza Ukrainą, ale też Pavlo Kovach, który jest żołnierzem i pracuje bardzo blisko strefy zero.
ME: Poczuliśmy z nimi silną więź również dlatego, że podobnie jak my posługują się językiem sztuki, szukają syntezy. I my i oni zastanawiamy się, jaka jest siła naszego przekazu, czy jest w stanie coś zmienić?
MS: Pavlo mieszka we Lwowie, co jakiś czas dostaje przepustkę i wraca do domu, bo bierze ślub, rodzi mu się dziecko. Ale czeka na rozkaz, gdzie go teraz rzucą. Pracuje z ciałami poległych żołnierzy. Przewozi je, zawiadamia rodziny, organizuje identyfikację zwłok. Byliśmy w szoku, jak lekko o tym mówi w rozmowach kolegami z Open Group. Ale rozumie też inne postawy.
Pani z Ukrainy, która sprząta u nas w domu, zbiera pieniądze, żeby swojego syna zabrać od tego jak najdalej. Już raz mu wycięli wyrostek robaczkowy, żeby uniknął poboru. Jak już nie miał tego wyrostka, to jeszcze raz zrobiono operację, tylko po to, żeby znowu go stamtąd wyciągnąć. Ale to wystarczyło tylko na parę miesięcy. Ponownie go wzięli.
Towarzyszyliście Pavlowi na linii frontu? Jak się udało wam podejść tak blisko?
ME: Nie udało się, z różnych względów ukraińscy żołnierze nie chcieli nas tam dopuścić. Wpadliśmy więc na pomysł, że kupimy mu profesjonalny sprzęt i będziemy kręcić trochę na odległość. Wiedzieliśmy, jak wygląda jego codzienna rutyna, więc dokładnie rozmawialiśmy o tym, jakie ujęcia chcemy, żeby dla nas zrobił. Nie było to łatwe, Pavlo w pewnym momencie już miał nas trochę dosyć, ale warto było, te zdjęcia mają ogromną siłę.
Lwowski szpital, który widzimy w waszym filmie, oddalony jest od strefy zero. Tam dla odmiany panuje dojmująca cisza.
Tak, poruszył nas heroiczny wysiłek ludzi, którzy walczą o to, żeby powrócić do choćby częściowej sprawności. Każdy krok, skręt tułowia, wymach to duże wydarzenie. To miejsce tkwiło w jakimś zatrzymaniu, bezczasie. Jechaliśmy tam w momencie największych ofensyw, wiadomości w mediach były non stop aktualizowane w dużym tempie. A tam – cisza, tylko w oddali jakieś złowieszcze dźwięki. Na pewno to wpłynęło na rodzaj naszego skupienia, cierpliwości i takiej pokory obserwacji. Wiedzieliśmy, że nie potrzeba tu wielu słów.
MS: Uderzył nas ten kontrast. I znowu zarysował się podział. Nasza kamera była skierowana na tych chłopaków, którzy potracili nogi, ręce, a z drugiej strony, w naszej ekipie byli ich rówieśnicy, którzy jednak się nie zaciągnęli. I to była ciekawa konfrontacja. Nikt nic nie powiedział, ale czuło się to napięcie. Na pewno te rozliczenia w ukraińskim społeczeństwie będą się ciągnęły jeszcze długo po zakończeniu wojny, ale my nie chcieliśmy iść w tę konfrontację, bo już wiedzieliśmy, że nie o tym będzie nasz film. Nie oceniamy żadnej z tych postaw. Jeden z pacjentów mówi w naszym filmie: „Do ostatniej kropli krwi będziemy się tłuc.” Ale wiemy, że oni wszyscy są już tą wojną wykończeni.
Moglibyście pojechać na front?
ME: Moglibyśmy. Strach schodzi zupełnie na drugi plan, kiedy na rzeczywistość patrzysz przez kamerę. Idziesz i masz poczucie, że robisz coś ważnego i że jesteś za jakąś kuloodporną szybą.
Tak fotoreporterzy mówią o aparatach.
MS: Przez moment mieliśmy taką myśl, że może trzeba z tą kamerą jechać gdzieś dalej. Ale Ukraińcy wybili nam to z głowy, mówili: nawet nie macie pojęcia, ile tam jest ekip z całego świata na zero line! Sean Penn tam przybył z tym plecakiem, już było tego za dużo. Wtedy do nas dotarło, że może właśnie trzeba to ugryźć zupełnie od innej strony. A w tym szpitalu i tak mocno doświadczyliśmy tego, co później w swojej pracy pokazała Open Group.
To, jak Dana Vitkovska doświadcza wojny, nie jest tak oczywiste. Jak chcieliście to pokazać?
Po prostu towarzyszyliśmy jej w codziennym, warszawskim życiu. Jak wstaje rano, maluje się, ubiera. Członków Open Group ciężko było namówić, żeby stanęli przed kamerą. Danę wręcz przeciwnie, to urodzona performerka. Bolesne jest jej zderzenie z urzędniczą machiną, gdy stara się o stały pobyt w Polsce. Nabrała do nas zaufania i mogliśmy podejść do niej bardzo blisko.
Jest mocna scena, jak Dana tańczy w ciemnym lesie, ubrana w wojskowy mundur. Ona ją wymyśliła?
ME: Nie, zresztą początkowo nie chciała tego robić, ale potem się przemogła. Zrozumiała, że to będzie dla niej ważne, terapeutyczne wręcz doświadczenie. Bo to jest jej największy strach, najgorszy scenariusz, że wezmą ją do wojska. I jest to realne zagrożenie. Te sceny kręciliśmy w momencie, gdy wizę można było odnowić, wyłącznie jadąc tam z powrotem i ponosząc duże ryzyko.
To był też czas, kiedy podupadło zaufanie do ekipy prezydenta Zełenskiego w związku z korupcyjnymi zarzutami, ale znowu – my nie chcieliśmy iść w publicystykę ani w politykę.
Czuje się tę niemoc i frustrację. Bohaterowie waszego filmu mówią, że zaraz świat zmęczy się trwającą tak długo wojną.
MS: Kręciliśmy sceny, kiedy Biennale w Wenecji już się zakończyło, praca Open Group pakowana była do skrzyń. A Anton Varga gorzko podsumował: „Czuję się człowiekiem, takim podróżnym, przyszedł, poszedł”. Była sobie taka mocna, szeroko komentowana wystawa, a teraz życie leci dalej.
W waszym filmie pojawiają się archiwalne wstawki, m.in. z pracowni rzeźbiarskich, w których artyści pracują nad figurami ludzkimi, czy z olimpijskich zmagań. Film nabiera kolażowego charakteru, teledyskowego wręcz, gdy wkracza dynamiczna muzyka. Dlaczego sięgnęliście po te archiwalia?
Ja jestem zmęczona tą popularną na kanałach streamingowych formułą dokumentów, gdzie narracja prowadzona jest linearnie, każdy bohater opowiedziany jest w sensacyjnym tonie, po bożemu, od początku do końca, żeby widz się przypadkiem nie zgubił i żeby to było zrozumiałe dla wszystkich. My chcieliśmy zrobić coś, co przypomina dokumenty z innej epoki, które mają w sobie jakąś metaforę, kontemplację, rytm. I stąd też te archiwalia, bo one budują taką atmosferę i pokazują, że ten film ma działać też podskórnie, na poziomie pewnej podświadomości. To tak jak z myślami, jedna goni następną. To jest ciekawe, wciągające – ta wolność w dokumencie, ucieczka od algorytmu, który nam podpowiada, co mamy myśleć w danym momencie.
Dorastaliśmy w czasach kina autorskiego, każdy twórca posługiwał się swoim własnym językiem artystycznym i to go wyróżniało.
Macie swoich guru, jeśli chodzi o kino dokumentalne?
Jesteśmy uczniami Kazimierza Karabasza. Ja też kocham dokumenty Bogdana Dziworskiego, Kieślowski jest świetny. Polska szkoła, klasyka.
Pewnie wasi mistrzowie zapytaliby was teraz: dlaczego w ogóle zrobiliście ten film?
Tak, oni często zadawali nam i sobie to zasadnicze pytanie. Myślę, że zrobiliśmy go po to, żeby odejść od dosłowności medialnego przekazu o tej wojnie. I żeby to, co nas poruszyło, poruszyło też innych.
ME: Są w życiu takie momenty, w których wokół nas, naszych bliskich dzieje się coś ważnego. I trudno stać bezczynnie. Filmy można robić z różnych pobudek, w różnym tonie, ale warto je robić w sprawach ważnych. Tego nas uczono w szkole filmowej. Nami głównie kieruje ciekawość drugiego człowieka, empatia. Jeden z bohaterów pracy Open Group mówi: „powtarzajcie za mną, żebyście poczuli i nigdy nie zapomnieli.” Po to się robi takie filmy.
Małgorzata Szumowska i Michał Englert
Jeden z najbardziej uznanych duetów reżysersko-operatorskich w polskim kinie. Współpracują ze sobą od ponad 20 lat. Nakręcili razem m.in.: 33 sceny z życia (2008, Nagroda Specjalna Jury na MFF w Locarno), Body/ Ciało (2015, Srebrny Niedźwiedź na Berlinale za reżyserię), Twarz (2018, Grand Prix Jury na Berlinale), Śniegu już nigdy nie będzie (2020, polski kandydat do Oscara), Infinite Storm (2022) i Kobieta z... (2023). Na premierę czeka ich najnowszy, anglojęzyczny film Idioci o Fiodorze Dostojewskim i jego żonie Annie.
Małgorzata Szumowska, Michał Englert, Ciało wojny
Millenium Docs Against Gravity, 8–17.05.2026
Spotkania z Małgorzatą Szumowską i Michałem Englertem w Warszawie po seansach 8.05, o godz. 20:45 w Kinotece oraz 9.05, o godz. 18:15, w kinie Luna; w Gdyni z Davidem Nickelem (współpraca reżyserska) 10.05 po seansie o 18.15 w kinie Światowid; w Gdyni z Daną Vitkovską 11.05 po seansie o 20.30 w Gdyńskim Centrum Festiwalowym, w Bydgoszczy z Daną Vitkovską 13.05 po seansie o 17.15 w kinie Orzeł.
Dziennikarka, redaktorka Notesu na 6 Tygodni, autorka książek „Zrób to w Warszawie!", „Letnisko", „Zielona Warszawa".
Dziennikarka, redaktorka Notesu na 6 Tygodni, autorka książek „Zrób to w Warszawie!", „Letnisko", „Zielona Warszawa".
Komentarze