Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.plfot. Jakub Włodek / ...

Na zdjęciu u góry: Metro w Charkowie, 27 listopada 2025 roku. Foto Jakub Włodek/Agencja Wyborcza.pl

Rozmowa z Agatą Romaniuk, autorką książek reporterskich „Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu”, „Krótko i szczęśliwie. Historie późnych miłości”, „Najgorsze randki świata. I kilka udanych” oraz fikcji „Proste równoległe”. Pisze również dla dzieci. Jest autorką popularnej serii „Kocia szajka”.

Jej najnowszą powieść o Ukrainie „Dina, Dina” wydało W.A.B. Premiera 25 marca 2026 r.

Sławomir Zagórski, OKO.press: Skąd pomysł na powieść o Ukrainie?

Agata Romaniuk: To było tak, że gdy wybuchła wojna – pamiętam dokładnie, że było to w nocy ze środy na czwartek – postanowiłam, po rozmowie z synami, że będziemy przyjmować uchodźców z Ukrainy.

Pierwsza grupa przyjechała do nas z Charkowa. Babcia, mama i dziewczynka, jedne z pierwszych uchodźczyń, jakie trafiły do Warszawy. Pamiętam, że czekaliśmy na nie z rosołem.

Dziewczynka miała na imię Dina. Strasznie się bała głośnych dźwięków, bo już się nasłuchała wybuchów. Tęskniła za kotem, który został w Charkowie. Zapamiętałam przejmującą scenę z pierwszego dnia ich pobytu. Miał zadzwonić do niej tata z frontu i dzwonił, ale nie było go widać. I mama powiedziała wtedy, że przynajmniej ma sprawne dłonie i głos.

Mieszkały u nas przez tydzień. Przynosiliśmy Dinie kota, żeby z nim zasypiała. To ją uspokajało. Postanowiłam, że coś dla tej dziewczynki zrobię, coś dla niej napiszę.

Podwójne życie Weroniki

Wtedy pewnie nie wiedziałaś jeszcze, co to będzie?

Nie. Myślałam, żeby napisać o niej albo o jej doświadczeniu ucieczki.

Dwa tygodnie później pojechałam do Bolonii na targi książki dziecięcej. A tam już bardzo wybrzmiewała kwestia wojny w Ukrainie, bo stoisko ukraińskie było puste. W przerwie targów piłam kawę na Piazza Maggiore. Przy sąsiednim stoliku usiadła jaśniutka, drobna blondynka z warkoczem, w rajstopach w kropki. Wyglądała zupełnie jak Dina, tylko 15 lat później. Po chwili dosiadł się do niej chłopak. Byli tak blisko, że nie dało się nie słyszeć co mówią.

Dziewczyna z Bolonii. Zdjęcie Agata Romaniuk

On był pewnie Włochem, bo mówił bez akcentu, dziewczyna miała wyraźny akcent. Zaczęli się kłócić o to, że ona chce wracać do Ukrainy, do Charkowa, a on jej nie chce puścić. Nie wiem, dlaczego ona chciała wrócić, ale jakoś mi się to splotło z losem Diny. Dziewczynka, która z Charkowa uciekła do Warszawy, i dziewczyna, która 15 lat później chce do Charkowa wrócić.

Poczułam, że to jakieś „Podwójne życie Weroniki”, w jakimś okrutnym przesunięciu.

I wtedy pomyślałam, że dla tej dziewczyny z Bolonii może też powinnam coś napisać. Bardzo poruszyła mnie równoległość i zbieżność losów tych dwóch Ukrainek.

Gdy wróciłam do Warszawy, zdecydowałam, że dla tej małej napiszę zbiór bajek, bo ona jest dzieckiem i potrzebuje pocieszenia. A dla tej dużej, której nie znam i nie wiem, co się z nią stało, napiszę jej prawdopodobną historię.

To dlatego książka jest dość realistyczna, zrobiłam do niej bardzo porządny research. Jeśli więc coś się działo w okolicy danego dnia albo np. wprowadzono zaciemnienie, albo Ukraińcy już się dowiedzieli o Buczy, to to w tej książce jest.

Nie możemy udawać, że to się nie dzieje

Kiedy powiedziałaś mi, że będziesz pisać książkę o Ukrainie, pomyślałem, że to odważne zadanie. Jednocześnie ucieszyłem się, że się tego podejmujesz. Zastanawiałem się przy okazji, kto powinien pisać dziś o Ukrainie. Ty zresztą poruszasz ten wątek w posłowiu, czy Polacy w ogóle mają prawo pisać o tej wojnie?

Na początku nastawienie było raczej takie, że my, którzy nie jesteśmy Ukraińcami, nie bierzemy bezpośrednio udziału w wojnie, nie mamy prawa. Że trzeba oddać głos ukraińskim twórcom, komentatorom i publicystom.

Dość szybko okazało się jednak, że część z nich jest tak zaabsorbowana udziałem w działaniach wojennych, bieżącą pomocą, pracą na drugiej linii frontu, że nie chce i nie może znaleźć głosu. Ale chce, żeby o wojnie mówić i pisać. Żebyśmy o niej nie zapomnieli.

Potem wyszły „Arabeski” Żadana. Ukazały się też inne książki ukraińskich autorów, choćby „Dziennik inwazji” Andrieja Kurkowa czy głośna „Drabina” Eugenii Kuzniecowej. Powstało też sporo filmów dokumentalnych. Ale w miarę trwania wojny, pojawiło się przyzwolenie czy nawet potrzeba, żeby świat o tym mówił.

Zaczęły się ukazywać nie tylko książki reporterskie, jak np. „Opór” Pawła Pieniążka, ale też zupełnie popowe rzeczy, jak wychodzący teraz film z Angeliną Jolie – „Couture”, gdzie pojawia się wątek ukraińskiej dziewczyny, modelki, która uciekła z wojny i rozmawia ze swoim chłopakiem, który jest na froncie.

Nie możemy udawać, że to się nie dzieje.

Uważam, że mamy nie tylko prawo, ale obowiązek o tym pisać. To najważniejszy temat współczesności.

I trochę mnie zaskakuje, że polska literatura, która jest w tej chwili tak autofikcjonalna, tak bardzo zainteresowana samą sobą, prawie w ogóle tego tematu, oprócz książki Twardocha „Null”, nie podejmuje. Nawet w tle, nawet w drugim wątku. To mi się wydaje ucieczkowe.

Dawać głos bohaterom

Uważam więc, że mamy obowiązek dawać – nie świadectwo, bo świadectwo daje się czynem albo obecnością tam i opisywaniem czegoś, czego się doświadczyło – ale dawać pośrednio przestrzeń do przekazu. Dawać głos bohaterom, nawet jeśli tak, jak w moim przypadku, są zmyśleni.

Niedawno ukazała się niezwykle mocna książka „Robaków rozgryzać nie wolno”. To poruszający zbiór reportaży Tatiany Kolesnychenko ze zdjęciami Macieja Stanika. Mam nadzieję, że zostanie zauważona, bo to właśnie świadectwo codziennego życia w czasie wojny. Nie na froncie, ale tego, co się dzieje z cywilami, z dziećmi, co się dzieje w małych miejscowościach. Jak żyją ci, którzy stracili kogoś w wyniku działań wojennych.

Przeczytaj także:

Bardzo mi pomogła lektura książki Tomasza Szerszenia „Być gościem w katastrofie”. Autor pisze, że współcześnie uczestniczymy w różnego rodzaju operacjach wojennych poprzez obrazy, poprzez filmy, czego kiedyś nie było, bo informacje docierały do nas z wielotygodniowym opóźnieniem. I zastanawia się, jak etycznie się w tej sytuacji zachować. Stawia tezę, że mówienie o tym, reagowanie, działanie nawet w mikro skali, ma wartość.

Ale najważniejszym głosem dla mnie była Olga Makarowa, która tłumaczyła na ukraiński jedną z moich dziecięcych książek. Zwróciłam się do niej, gdy ten pomysł powstał. I ona powiedziała:

“Pisz! Każde słowo niesie nadzieję. Każdy dzień, kiedy ludzie mówią i nie zapominają. To jest dla nas ważne i będziemy to pamiętać”.

Poprosiłam później Olgę, by była konsultantką tego tekstu. Żeby te doświadczenia, które opisuję, były prawdziwe.

Ja się bardzo starannie przygotowałam do pisania tej powieści. Przeczytałam masę książek, oglądałam filmy, doniesienia z frontu, zeznania różnych ludzi. Ale to wszystko przeszło także przez nią. I Olga zwracała uwagę: “Tak się nie mówi. Tak nie myśleliśmy. Zwróć uwagę na to”.

Nie mówiąc już o czysto kulturowych niuansach, dotyczących aktualnie popularnych zespołów, publicystów, potraw, bajek z dzieciństwa, itp. Dodam jeszcze, że ze strony moich znajomych Ukraińców nigdy nie padło zastrzeżenie, że nie mam prawa pisać o wojnie i ich kraju.

Czy to musi być wojna w Ukrainie?

Wiedzieli, że nie pojechałaś po wybuchu wojny do Ukrainy?

Tak. Ze względów rodzinnych nie mogłam tego zrobić. Dlatego napisałam fikcję, a nie reportaż. Jedyne zastrzeżenia, jakie się pojawiły, były ze strony polskiej.

Powiedz o nich.

Słyszałam np., że pomysł na książkę jest świetny, ale czy to musi być wojna w Ukrainie? A może jakaś uogólniona wojna? Albo zmyślona? Albo gdzieś indziej na świecie? Bo, jak wiesz, Ukraina w Polsce nie ma teraz dobrego PR.

Zagotowałam się. Pomyślałam, że jeżeli my, ludzie kultury, będziemy podchodzić do tego tak konformistycznie, to już lepiej w ogóle nic nie róbmy. Nie, to nie będzie uogólniona wojna. Ta wojna jest jak najbardziej realna. Charków istnieje. Nie będziemy udawać, że to jakieś inne miasto.

Te polskie wątpliwości spowodowały, że postanowiłam, że tę książkę napiszę właśnie taką, jaka powstała.

Ja w ogóle nie zgadzam się z tym, że trzeba koniecznie czegoś doświadczyć, żeby móc o tym pisać. Nie uważam, że biała kobieta nie ma prawa recytować wierszy czarnej kobiety.

Flaubert napisał „Panią Bovary”, choć nigdy nie był 30-letnią kobietą. I stworzył wybitne dzieło. Przecież literatura jest o tym, że dokonujemy jakiegoś przekroczenia, oczywiście z wrażliwością, empatią, wiernością faktom. Ale jeżeli będziemy pisać wyłącznie o swoim doświadczeniu, w ogóle nie będzie żadnego dialogu, żadnej intersubiektywności.

Nie sprowadzajcie nas tylko do wojny

Edwin Bendyk, który często jeździ do Ukrainy, wielokrotnie podkreślał, że mimo wojny i tego, że Ukraińcy są już nieludzko nią zmęczeni, życie kulturalne tam kwitnie.

Tak, bardzo.

Ludzie chodzą do kin, do teatru, ukazują się książki.

Ukraiński rynek wydawniczy jest tej chwili bardzo bogaty i wcale nie dotyczy wyłącznie wojny. Jedna z osób, z którą robiłam wywiad do mojej książki, powiedziała mi: “Wiesz co? Wojna to też życie. A może nawet bardziej”.

To znaczy – nie sprowadzajcie nas tylko do wojny. Ludzie się zakochują, rodzą, zmieniają pracę, wystawiają przedstawienia, kłócą się o rzeczy, budują relacje, niszczą te relacje. Dlatego moja książka tak naprawdę nie jest o wojnie. Wojna jest w tle. A “Dina, Dina” jest o relacji bohaterki z różnymi członkami jej rodziny, przede wszystkim z ojcem.

Wojna jest czymś, co bardzo uwypukla różne newralgiczne momenty w naszym życiu i popycha nas czasami do innych decyzji. Trochę pewnie sama sobie zaprzeczam, bo powiedziałam, że to książka o wojnie, a teraz mówię, że nią nie jest, ale chyba rozumiesz, co mam na myśli?

Jasne. Wojna jest prawie na każdej stronie tej książki, ale jednocześnie dzieje się ileś ważnych rzeczy. Po prostu toczy się życie.

To także tło dla naszego życia tu, w Polsce. Każdego dnia myślę o tym, że mój mąż, mój ojciec, za półtora roku także mój syn, nie siedzą jeszcze w okopach, bo ktoś tego broni bardzo blisko za granicą. I jest we mnie ogromna, ogromna wdzięczność i podziw wobec Ukraińców.

Strasznie mnie z kolei boli hejt na nich w Polsce. I dlatego też chciałam napisać tę książkę, która jest wyrazem mojego sprzeciwu wobec tego.

My się sprawdzamy w wielkich zrywach

Niedawne badania opinii publicznej pokazują, że chęć pomocy Ukraińcom spada w Polsce. Że Ukraińcy stali się jednym z najmniej lubianych przez nas narodów. Jak to odbierasz?

Mnie to przeraża jako osobę, ale jako socjolożka, niestety, bardzo dobrze to rozumiem. To bardzo typowe dla naszego społeczeństwa. My się sprawdzamy w wielkich zrywach i pomagamy w trudnej sytuacji. Ale potem bardzo szybko pojawiają się wątpliwości, że ci, którym pomagamy są roszczeniowi, że im się nie należy.

To wynika wyłącznie z lęku i konkurencji o zasoby, a jest manipulowane politycznie. Właściwie nie jestem zdziwiona, że coś takiego się wydarzyło, ale jest mi z tego powodu niezwykle przykro. Bo to jednak dotyka konkretnych ludzi. To się nie dzieje w przestrzeni zdehumanizowanego, zdepersonalizowanego dyskursu, tylko dotyczy tego dziecka w szkole, tej nauczycielki, tej fryzjerki, tego inżyniera. I to mnie okropnie boli. Dlatego zawsze reaguję, gdy taka sytuacja ma miejsce.

A obawiam się, że nie będzie lepiej, bo my zawsze w stanie zagrożenia czy niepokoju – a żyjemy w bardzo niespokojnych czasach – szukamy kozła ofiarnego. Świetnie znany mechanizm.

Jesteśmy też przez to jako społeczeństwo odporni na dane mówiące o tym, jakie ożywienie gospodarcze przyniosło tysiące firm ukraińskich, ile Ukraińcy wpompowali swoją pracą w nasze PKB. Nie mówiąc o tym, że kobiety ukraińskie przyjechały z małymi dziećmi i to też jest bardzo duży i cenny zasób, co nie przenika ludziom do głowy.

Myślę o Was. Nie zapomniałam

Polska od 1 marca 2026 r. nie udziela już bezpłatnie pomocy medycznej niepracującym obywatelom Ukrainy.

To smutne, że udzielamy pomocy, a potem się z tego wycofujemy. Przecież wojna się nie skończyła, jest coraz bardziej wycieńczająca. Okazaliśmy się słabym przyjacielem, takim na krótką chwilę i niejednokrotnie jest mi wstyd. Dodam, że nigdy nie usłyszałam najmniejszego zarzutu od żadnego Ukraińca czy Ukrainki, ale to czasem widać w niemych spojrzeniach.

Z drugiej strony rozumiem, że jest jakaś wyporność. W którymś momencie ludzie już nie chcą słuchać o Ukrainie. Tak jak teraz mówią, że nie chcą czytać o Iranie. Mamy jakiś próg, który raz przekroczony powoduje obojętność, wyparcie, depersonalizację osób, których to dotyczy.

Na poziomie socjologicznym to rozumiem. A na poziomie osobistym robię, co mogę. Tzn. nadal regularnie wpłacam na pomoc Ukrainie, a 10 proc. dochodu z tej książki będzie przekazane na ukraińskie służby medyczne.

Ja akurat posługuję się słowem, więc słowem mówię: „Myślę o Was. Nie zapomniałam. Ciągle liczę, że zwyciężycie”.

Chciałam też bardzo, by ta historia była historią kobiet, dlatego że historie wojenne często są historiami mężczyzn.

Wspomniany „Null” jest taką książką. Bardzo dobrze napisaną, bardzo przejmującą, ale to historia z okopów, męska sprawa. A idąc tropem Swietłany Aleksijewicz i jej książek „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” i „Cynkowi chłopcy”, myślę, że doświadczenie kobiet też jest bardzo ważne. Tych kobiet, które zostają, czekają, które leczą.

Oczywiście wiem, że w siłach zbrojnych Ukrainy jest mnóstwo kobiet, mniej więcej 70 tysięcy. O nich też można by napisać książkę. Ale ja chciałam napisać o tych, które są na drugiej linii. Stąd ratowniczka Ira. Stąd anestezjolożka Kozierowa. Stąd wreszcie moja Dina.

Dlaczego Charków?

Dlaczego wybrałaś Charków, jako główne miejsce akcji?

Właśnie z tego powodu, że i Dina, i ta nieznajoma z Bolonii, jakimś kosmicznym zbiegiem okoliczności były z akurat z Charkowa.

Także dlatego, że Charków jest wysunięty daleko na wschód i że tam wojna przyszła najszybciej i objawiła się w dramatyczny sposób. Ale też z czysto literackiego powodu. Wydało mi się ciekawe to miasto ze swoją brutalistyczną architekturą, a jednak z bardzo niepokorną od lat kontrkulturą. Poza tym Żadan jest z Charkowa…

Pomyślałam, że będzie ciekawe pisać o takim mieście, a nie o Lwowie, który z kolei dosyć dobrze znam i jest przepiękny, ale trochę jak Kraków.

27.11.2025 Ukraina , Charkow , ulica Sumska . W piatek wieczorem pomimo przerw w zasilaniu , zaciemnienia i dochodzacych dzwiekow wybuchow bomb i odglosow dzialan obrony przeciwlotniczej ulica Sumska zyje niemal normalnym nocnym zyciem , wszystko ustaje dopiero o 12 , kiedy zaczyna sie godzina policyjna .
fot. Jakub Wlodek / Agencja Wyborcza.pl
27.11.2025 r. Charków, ulica Sumska. W piątek wieczorem pomimo przerw w zasilaniu , zaciemnienia i dochodzących odgłosów wybuchów bomb i dzialań obrony przeciwlotniczej ulica Sumska żyje niemal normalnym nocnym życiem , wszystko ustaje dopiero o 12 , kiedy zaczyna się godzina policyjna . fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl

Wydawało mi się też, że Charków będzie lepszy dla kontrastu z Bolonią, która – podobnie jak rodzina Contich – jest niezwykle mieszczańska, z długą tradycją luksusów, różnych dóbr i przywilejów.

Poza tym chciałam, żeby Dina wracała gdzieś, gdzie nikt nie chce jechać. Lwów oberwał nieco później, a jej wyprawa na początku wojny, takiej młodej, samotnej, niedoświadczonej, tak daleko, tak blisko frontu, w miejsce naprawdę bardzo niebezpieczne, dramaturgicznie dla powieści było lepsze.

Z Charkowem wiązała się też historia matki Diny, Włoszki. Chciałam pokazać, że ona tam nie mogła osiągnąć sukcesu jako chirurżka, bo była tylko żoną swojego męża – ordynatorową Szewczukową i koniec.

Zresztą... ha, to było 20 parę lat temu w powieści, a całkiem niedawno na Kongresie Chirurgicznym w Polsce odbyła się sesja pt. “Czy kobiety mogą być chirurgami?”. Tak jakby to w ogóle było zasadne pytanie. Więc ta książka jest też o tym, czy w takiej dziedzinie, jak medycyna, patriarchat, seksizm i feudalizm trzymają się dalej mocno, czy może już trochę kruszeją.

Podwójna Dina

Zastanawiałaś się, czy gdybyś sama znalazła się w sytuacji takiej jak Dina, podjęłabyś podobną decyzję o powrocie?

Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. Ale jestem raczej przekonana, że tak bym zrobiła.

Choć spotkałam się też z taką reakcją na moją powieść, że to jest zupełnie niewiarygodne, że nikt by tak nie postąpił. Nie zgadzam się z tym. Dziewczyna, którą podsłuchałam, zupełnie realnie rozważała ten scenariusz, choć nie wiem, czy tak się stało. Ja prawie na pewno bym tak zrobiła. Ale ja mam bardzo silną nutkę harcersko-pomocową, a to pewnie nie jest typowe.

Twierdzisz, że głównym wątkiem książki jest relacja Diny z różnymi członkami jej rodziny, zwłaszcza z ojcem. Bardzo pięknie pokazujesz w książce jej ewolucję.

Nawet się trochę zmartwiłam, bo teraz jest w kinach głośny film „Wartość sentymentalna”. Gdy go zobaczyłam, pomyślałam, że wszyscy pewnie uznają, że się nim inspirowałam. Tymczasem książkę oddałam do wydawnictwa prawie rok temu, więc tak nie było.

Oczywiście dynamika tej filmowej rodziny jest inna, ale główny motyw, że wybitny w swoim fachu ojciec jest nieobecny, jest – myślę – częstym doświadczeniem.

A tu jeszcze Dina była dodatkowo wplątana w historię napięcia między rodzicami, bo matka była niby trochę bardziej obecna, ale też z różnych powodów niedostępna. Na dodatek to wszystko dzieje się pomiędzy dwoma kulturami i dlatego Dina jest podwójna. Jest trochę Włoszką, trochę Ukrainką, a trochę ani Włoszką, ani Ukrainką. Poza tym najpierw ma życie bolońskie, gdzie jest ilustratorką, a potem drugie życie w Charkowie.

Powtórzyłam też jej imię w tytule, ponieważ zauważyłam, że gdy dorośli zwracają się do młodych ludzi protekcjonalnie, często powtarzają: “Oj, Sławku, Sławku”. “Oj, Agatka, Agatka”.

Napisałaś w posłowiu, że Dina do końca nie wie, kim jest, nie wie, kim chce być. Próbuje różnych wersji siebie, sprawdza, dokąd przynależy. I dodałaś, że to jest również twoje doświadczenie.

Nie rodzinnie. Miałam i mam bardzo dobrą relację z tatą. Natomiast interesuje mnie temat nieobecności ojca.

Znajoma komiczka, improwizatorka Agnieszka Matan, robi teraz paradokumentalny improwizowany film pt. „Agnieszka szuka ojca”. Ogłosiła casting, żeby zgłosili się ojcowie w twoim wieku. Chciałaby spróbować, jak to jest: mieć ojca. Pójść z nim na spacer, odnowić meble. Co to tak naprawdę znaczy mieć ojca?

Ja mam wspaniałego tatę, więc to nie mój osobisty dylemat. Natomiast rzeczywiście długo nie wiedziałam, co jest moją mocną stroną, i co chcę robić. Gdy byłam nastolatką, wydawało mi się, że może powinnam pisać, ale kompletnie nie wierzyłam w siebie i poszłam w zupełnie inną stronę. Zajęło mi 30 lat, żeby zrozumieć, że chcę opowiadać historie w różnych formach. Dlatego chciałam, żeby komuś się to udało szybciej.

I Dinie się to udaje. Ale nie spoilerujmy. Gdybym pisała drugi tom, byłaby to już Dina, która dobrze się umościła w tym, kim chce być.

Mam słabość do późnych miłości

Wiesz może, co dzieje się z twoją prawdziwą Diną, która mieszkała u ciebie w Warszawie?

Dina, ta mała Dina, mieszka w tej chwili w Danii. Mają się z mamą bardzo dobrze. Nie wiem, co się stało z jej tatą. Mała coraz słabiej mówi w swoim języku, więc wysyłam jej moje książki dziecięce tłumaczone na ukraiński, żeby miała co czytać.

Chciałem cię pochwalić za pięknie napisany wątek miłosny w twojej powieści.

Ale który, bo tam jest kilka wątków miłosnych?

Ten Diny, który przeżywa w Charkowie. On jest tak delikatnie zarysowany. Dla mnie był bardzo wzruszający.

Cieszę, że to mówisz, ponieważ moja redaktorka miała co do niego pewną wątpliwość. Powiedziała, że to jest tak napisane, jakby ci ludzie bardzo dobrze się znali i byli w bardzo dużej intymności. A to nie mogło się zdarzyć ze względu na to, że cała książka rozciąga się na przestrzeni sześciu tygodni.

Odeprę ten zarzut mówiąc, że przeprowadziłam bardzo dużo wywiadów do tej książki. I ludzie mi opowiadali, że w czasie wojny rzeczy dzieją się szybciej, intensywniej i przeskakujesz pewne etapy. Bo nie ma czasu na jakiś bullshit i po prostu wchodzisz w jakieś relacje – nawet jeśli one będą tylko tu i teraz – głębiej, prawdziwej. Nie zgrywasz nikogo, bo to można robić w czasach pokoju.

Tak się starałam to opisać.

Ale dla mnie bardzo ważnym – dlatego zapytałam, o który wątek miłosny ci chodzi – jest wątek ojca Diny i starszej lekarki Kozierowej. Mam w ogóle słabość do późnych miłości, napisałam na ten temat książkę. To jest taka para, która z różnych powodów bardzo długo na siebie czekała. Z dużą czułością pisałam o nich, chociaż nie są pierwszoplanowymi bohaterami mojej książki.

Warsztatowy nawyk

Duże wrażenie zrobił na mnie opis próby ratowania rosyjskiego żołnierza przez ojca Diny. Skąd ten pomysł?

Z wywiadu, jaki przeczytałam u was, w OKO.press, z młodym ukraińskim chirurgiem, który opowiadał o swoim doświadczeniu operowania rosyjskich żołnierzy.

Mówił, że choć jego koledzy i koleżanki czasem odmawiają operacji, on się jednak kieruje się przysięgą Hipokratesa i operuje. Aczkolwiek we wspomnianym wywiadzie padło: „A co, gdyby Putin leżał na twoim stole?” Na co lekarz odpowiedział, że ręce by mu zadrżały i nie wie co by zrobił.

Postanowiłam postawić mojego bohatera w takiej sytuacji. Nie operowania Putina, ale młodego rosyjskiego, ciężko rannego żołnierza. Zresztą moja konsultantka Olga mówiła, że to się zdarza, że lekarze odmawiają operacji. Ale zdarza się również, że operują bez wahania, że to zależy od sumienia operatora. W każdym razie to są realne dylematy.

Piszesz o Ukrainie w czasie wojny, chociaż cię tam nie było. Za to poświęcasz morze czasu, żeby tę wojenną Ukrainę poznać z daleka i być wiarygodna w tym, co piszesz.

Po pierwsze wyszłam z reportażu, a w reportażu naprawdę sprawdzamy wszystko pięć razy. Nawet to, co nam powiedzą bohaterowie. Więc ja mam chyba taki nawyk warsztatowy.

Po drugie, chciałam, żeby ta historia była historią, która mogła się zdarzyć. Jeśli byś pojechał do Charkowa, to ten szpital tam stoi i on rzeczywiście ma elewację, która wygląda jak tablica do bingo. A w tej ulicy z tyłu, rzeczywiście zakwitła wiśnia japońska. I jeśli Dina ogląda zdjęcia z Mariupola, to jest takie jedno, bardzo słynne zdjęcie ciężarnej dziewczyny niesionej na kocu z wzorem arbuza, który wygląda jak plama krwi.

Ja to po prostu wszystko obejrzałam albo przeczytałam. I wydaje mi się, że szczególnie w tej książce jest ważne, żeby niczego nie przekłamać. Więc wielokrotnie sprawdzałam, czy w tych dniach, kiedy Dina dotarła do Charkowa, było obowiązkowe zaciemnienie, czy jedna zepsuta latarnia mogła mrugać, czy nie mogła.

Uważałam, że to moja odpowiedzialność wobec doświadczenia mieszkańców miasta, mimo że pisałam fikcję.

Mój największy lęk

W książce zdarzają się fragmenty, w których pozwalasz sobie na wiele szczegółów. Np. ten o akwarelach.

Ośmieliły mnie listy czytelników po mojej powieści „Proste równoległe”, którzy pisali: „To wspaniałe. Czy pani grała na skrzypcach? Tylu rzeczy się dowiedziałam”.

Ja w ogóle lubię takie powieści, z których dowiaduję się czegoś o świecie, a nie tylko, że ktoś bardzo cierpiał, albo prowadził jałowe dialogi. Jeśli zatem mój czytelnik dowie się, co to jest seria pocztówek etegami albo na czym polega sztuka malowania akwarelami, albo technika sgraffitto, albo dowie się czegoś więcej o pracy chirurga, będę się tylko cieszyć.

A akwarele były też potrzebne jako kontrapunkt dla brutalnego, szarego świata wojny. Bo my czasem wyobrażamy sobie wojnę na podstawie filmów hollywoodzkich, że tam są wybuchy kolorów.

Tymczasem wojna jest szara, brudna, jest w kolorze szmaty.

Więc chciałam dać jakiś piękny, kolorowy kontrapunkt. Dina maluje serię pocztówek farbami Kuretake Gansai. To bardzo szczególne japońskie akwarele. A na jej pocztówkach pojawiają się ptaki. To z kolei jest ukłon w stronę mojego brata, który kochał ptaki.

„Dina, Dina” będzie tłumaczona na ukraiński?

Tego jeszcze nie wiem, byłoby to moim wielkim marzeniem. I oczywiście wielkim lękiem, bo wtedy by wyszły wszelkie ewentualne niedopatrzenia. Choć, jak powiedziałam, kilkoro Ukraińców związanych ze środowiskiem literackim, czytało ją, więc mam nadzieję, że wszystko wyłapali.

Nawet takie rzeczy, że w którymś momencie ojciec Diny dorabiał na wyrębie lasu koło Norylska. Wielu ukraińskich chirurgów w latach 90. musiało dorabiać, bo pensje były tak niskie, że można było za nią kupić sobie jeden but, jak wspomina pewien stary chirurg, z którym rozmawiałam.

No więc jeden z moich ukraińskich konsultantów, powiedział: „Ale tam jest raczej bezleśny teren, więc to musiało być jakieś sto kilometrów na północ”. Poprawiłam to.

Życzę, żebyś mogła jak najszybciej wypić kawę ze swoimi ukraińskimi znajomymi w Kijowie.

I w Charkowie. Nawet wiem dokładnie, gdzie bym poszła. Oby to miejsce jeszcze było. Bo to jest mój największy lęk. Czy to miejsce i ci ludzie jeszcze będą, żebyśmy mogli się z nimi spotkać.

Na zdjęciu Sławomir Zagórski
Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze