Tracę ciążę w pierwszym trymestrze, dostaję dokument z informacją o urodzeniu dziecka o długości trzech centymetrów i masie pięciu gramów. Oczekują ode mnie nadania mu imienia. Za chwilę trzymam w rękach wydruk twierdzący, że żadnego płodu nie było
Na spotkanie Zuzanna* przychodzi z dużą szarą kopertą. Otwiera ją, po czym na stole ląduje stos dokumentów.
Jako pierwszy przedstawia wydruk z badania USG, na którym wyraźnie widać płód. Następnie wyciąga kwit z wizyty u ginekologa. To na niej dowiedziała się, że ciąża przestała się rozwijać. Zaraz potem wskazuje palcem na uzupełnioną po szpitalnym poronieniu kartę martwego urodzenia.
Chwilę później Zuzanna wyjmuje z tej samej koperty wyniki badań histopatologicznych, które przeczą wszystkim poprzednim dokumentom. Według nich żadnego płodu nie było. Warszawski Szpital im. Świętej Rodziny, w którym roniła, od ponad trzech lat nie odpowiedział jednak na otrzymaną prośbę o wyjaśnienia.
Zuzanna: – To była moja pierwsza ciąża. Cieszyłam się nią i stresowałam jednocześnie. Na USG w siódmym tygodniu wszystko było w porządku, ale ja nadal nie potrafiłam pozbyć się lęku.
Po skończonym dwunastym tygodniu poszłam na pierwsze badanie prenatalne. Wtedy dowiedziałam się, że serce płodu przestało bić. Poronienie zatrzymane. Nie miałam żadnych objawów wskazujących, że coś jest nie tak, chociaż ciąża przestała się rozwijać w okolicach dziewiątego tygodnia.
Byłam w totalnym szoku. Lekarz powiedział: „ciąża do usunięcia". Te słowa bardzo mnie uderzyły. Przez wszystkie historie po zakazie aborcji w pierwszej chwili wpadłam w przerażenie, że w polskim szpitalu nie będą chcieli usunąć tej ciąży. Dopiero po chwili lekarz mnie uspokoił, że z usunięciem martwego płodu nie powinno być problemu nawet przy obecnym stanie prawnym.
W pierwszym, prywatnym szpitalu, do którego się zgłosiłam, usłyszałam, że mam przyjść za dwa tygodnie. Nie chciałam się na to godzić. Nosiłam w sobie nieżywą ciążę od prawie trzech tygodni. Czekanie przez kolejne dwa nie wchodziło w grę. Zdecydowaliśmy z mężem, że pójdziemy na Madalińskiego.
Na izbie przyjęć było ogólnie w porządku. Potwierdzili obumarcie płodu, po czym kazali mi się zgłosić następnego dnia rano na wywołanie poronienia – i tak też zrobiłam.
Gdy kilkanaście godzin później stawiłam się w szpitalu, jeszcze ze trzech lekarzy oglądało płód przy pomocy USG i pokazywało mi brak pracy serca.
W pewnym momencie pomyślałam nawet „Dobrze, widziałam już kilka razy, jak bardzo serce nie bije. Więcej tego oglądać nie muszę".
Jak komentuje lek. Gizela Jagielska, ginekolożka: – Zgodnie ze standardami, po stwierdzeniu ciąży obumarłej przez lekarza spoza szpitala – czy to w gabinecie prywatnym, czy w opiece ambulatoryjnej w ramach NFZ – po przejęciu opieki nad pacjentką przez szpital, taka diagnoza musi zostać potwierdzona. Nie ma natomiast standardów mówiących o tym, ile razy i kto ma takiego potwierdzenia dokonać.
Zuzanna: – Na dole, na tej izbie, siedziało wiele kobiet. Przychodziła po nie położna albo pielęgniarka, wyczytując po kolei ich imiona. Całą grupą jechałyśmy windą na oddział ginekologiczny, gdzie następnie rozdzielali nas po pokojach. Ja zostałam przydzielona do sali razem z drugą dziewczyną z poronieniem zatrzymanym, po czym dostałam tabletki mające wywołać skurcze.
Nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Położne były raczej miłe. Raz tylko miałam trudność z otrzymaniem leków przeciwbólowych, ale gdy poprosiłam drugą położną, to je dostałam.
W dokumentacji Zuzanny pojawia się informacja o tym, że podczas pobytu w szpitalu pacjentce podano Cytotec – czyli mizoprostol. To substancja powszechnie stosowana zarówno podczas indukcji poronienia, jak i aborcji farmakologicznej. Według dokumentów Zuzanna otrzymała również papawerynę – popularny lek rozkurczowy. Czy aby na pewno zastosowanie takiej kombinacji leków ma sens?
Lek. Gizela Jagielska: – Nie ma żadnych rekomendacji, które sugerowałyby połączenie mizoprostolu z papaweryną. Być może w tym przypadku papaweryna miała przynieść efekt przeciwbólowy. Osobiście nie stosuję takiego połączenia u moich pacjentek. Indukcja poronienia odbywa się przy pomocy mizoprostolu, natomiast leczenie przeciwbólowe obejmuje leki przeciwbólowe plus leki przeciwwymiotne. Substancji rozkurczowych w takich sytuacjach nie podajemy. Są jasne wytyczne – zarówno stworzone przez WHO, jak i polskie – zawierające konkretne protokoły działania dotyczące aborcji czy indukcji poronienia w przypadku ciąży obumarłej. Polscy lekarze powinni się ich trzymać.
Dlaczego – choć żadne polskie ani międzynarodowe organizacje nie sugerują takiego działania – u Zuzanny połączono wspomniane substancje?
Szpital im. Świętej Rodziny twierdzi, takie połączenie nie jest u nich standardowym postępowaniem. Dodaje, że nie jest ono zakazane, co oznacza, że jest dopuszczalne. Argumentuje również, że zgodnie z charakterystyką papaweryny jej działanie rozkurczowe może być korzystne dla osiągnięcia pożądanego efektu w przypadku indukcji poronienia – bo pomaga ona w rozkurczaniu mięśni gładkich – a takie występują w szyjce macicy.
Autorzy pisma dodają, że każdy przypadek jest oceniany indywidualnie, zgodnie z aktualną wiedzą medyczną i stanem medycznym pacjentki. Do oceny zasadności i prawidłowości udzielanych świadczeń zdrowotnych wymagane jest zapoznanie się z aktami oraz posiadanie wiedzy medycznej.
Problem w tym, że „niezakazane” nie jest w medycynie równoznaczne z „zalecane”. Próżno szukać jakichkolwiek badań klinicznych uzasadniających zastosowanie tej substancji w indukcji poronienia czy też zaleceń szanowanych organizacji krajowych lub międzynarodowych, które sugerowałyby korzyści płynące z jednoczesnego stosowania mizoprostolu i leków rozkurczowych.
Co więcej, w posiadanej przez Zuzannę dokumentacji nie ma informacji ani o zastosowanych dawkach, ani o czasie podania poszczególnych substancji.
Zuzanna: – Wieczorem zaczęły powoli pojawiać się skurcze, które nasilały się z każdą godziną. W nocy złapał mnie naprawdę mocny skurcz. Poszłam do łazienki. Wyszło ze mnie coś wielkości sporej piłki. Gdy to się stało, poczułam pewnego rodzaju ulgę. Nie miałam zbytnio ochoty się temu przyglądać, ale pamiętam, że całość była spora i ewidentnie w środku był płód. Kazano mi wcześniej łapać wszystko, co ze mnie wyjdzie, do kubełków i przynosić położnym, więc kiedy ta piłka ze mnie wyszła, starannie ją złapałam i zaniosłam do dyżurki.
Położna wzięła ode mnie kubełek i nawet skomentowała, że super, że udało się złapać jajo płodowe w całości. Widziałam, że bardzo starannie się z nim obchodzi i odkłada w jakieś miejsce. Miałam poczucie, że ten materiał jest w dobrych rękach do badań. Wyniki miały przyjść po trzech tygodniach.
Następnego dnia mnie zbadali. Dowiedziałam się, że jednak nie wszystko ze mnie wyszło, ale najprawdopodobniej macica sama się oczyści, więc mogę wracać do domu. Miałam jedynie zrobić za tydzień kolejne USG, żeby się upewnić, czy wszystko okej.
Po tygodniu okazało się, że macica wcale się nie oczyściła i muszę wrócić do szpitala. Usłyszałam, że będę mieć łyżeczkowanie”.
Dopytuję, czy została jej zaoferowana możliwość skorzystania z aspiracji próżniowej – rekomendowanej przez m.in. przez Światową Organizację Zdrowia czy Międzynarodową Federację Ginekologii i Położnictwa, o wiele bezpieczniejszej metody opróżniania jamy macicy.
Zuzanna: – Nie. Nie było o niczym takim mowy. Jedyne, co się przed tym zabiegiem wydarzyło, to kilkukrotne sprawdzenie przez kilka różnych osób, czy rzeczywiście kwalifikuję się ich zdaniem do łyżeczkowania. Kilka lekarek na izbie przyjęć po kolei nie było pewnych, więc poprosiły o pomoc jeszcze jednego lekarza – i to w sumie była sytuacja, w której poczułam się potraktowana nieco nie w porządku.
Lekarz przyszedł, nie przedstawił się, nie przywitał, tylko bez słowa wsadził mi jakieś narzędzie do pochwy i, nie mówiąc ani słowa bezpośrednio do mnie, rzucił: „No przecież widać. Są tkanki? Są. Do łyżeczkowania”.
Zuzanna: – Zabieg zrobili mi kolejnego dnia rano. Po wszystkim próbowałam się dowiedzieć od kogokolwiek z personelu, czy wszystko poszło w porządku, ale wszystkie położne i wszyscy lekarze twierdzili, że nic nie wiedzą. To był mój pierwszy zabieg w znieczuleniu ogólnym. Byłam po nim nieco osłabiona; zdarzyło mi się omdlenie, ale dostałam kroplówkę na wzmocnienie, po której dość szybko się ustabilizowałam. Zostałam wypisana do domu.
Po wyjściu nadal czekałam na wyniki badań histopatologicznych. Zależało mi na tym, żeby dowiedzieć się, dlaczego właściwie poroniłam; co się wydarzyło. Gdy wreszcie je otrzymałam i zaczęłam czytać, zamurowało mnie. Puste jajo płodowe. Ale jak to? Przecież pamiętam płód widoczny na USG. Pamiętam, co wyszło ze mnie podczas poronienia.
W pierwszej chwili pomyślałam, że może po prostu zamienili wyniki mojego badania z wynikami dziewczyny, z którą dzieliłam salę w szpitalu. Ona rzeczywiście roniła puste jajo. Skontaktowałam się z nią i zapytałam, czy coś jest na rzeczy. Pudło. Jej wynik zgadzał się z rzeczywistością.
Postanowiłam to wyjaśnić. Napisałam mail do szpitala. Szczegółowo opisałam sytuację; podałam wszystkie niezbędne dane, dołączyłam numery badań.
Liczyłam, że ktoś powie mi, co tu się właściwie stało. Po drugiej stronie była jednak cisza.
Gdy odpowiedź przez dłuższy czas nie nadchodziła, stwierdziłam, że spróbuję dowiedzieć się czegoś telefonicznie. Za pierwszym razem usłyszałam, że nie mogą udzielić mi informacji i mam zadzwonić później. Kiedy to zrobiłam, kobieta po drugiej stronie telefonu powiedziała dziwnie zestresowanym głosem, że nie mogą odpowiedzieć na mojego maila i że jeśli chcę się dowiedzieć, co się stało, mam przyjść osobiście i porozmawiać z lekarzem”.
Zuzanna: – Jak kazali, tak zrobiłam. Na miejscu trudno było mi się dostać do kogokolwiek, kto mógłby ze mną rozmawiać.
Gdy wreszcie udało mi się złapać lekarza i powiedzieć, że zaszła pomyłka; że dostałam ewidentnie błędny wynik badań, odparł, że tak, rzeczywiście. To nie jest mój wynik. To tylko templatka. Wzór będący bazą do tworzenia wydruków z wynikami poszczególnych pacjentek. Nie ma to żadnego związku z moim poronieniem.
Stwierdził, że płód prawdopodobnie wcale nie został przekazany do badań i że bardzo im przykro. I już. Tyle. Nie miał nic więcej do dodania.
Cała ta sytuacja działa się jeszcze przed ostatnimi zmianami w sprawie skróconego urlopu macierzyńskiego. W sumie miałam trochę szczęścia w całym tym nieszczęściu, bo przed poronieniem robiłam prywatnie test genetyczny, dzięki któremu znałam płeć płodu. To stanowiło podstawę do wypisania karty martwego urodzenia i starania się o wspomniany macierzyński.
Nie potrzebowałam dodatkowych badań genetycznych, ale badanie histopatologiczne było dla mnie ważne. Zależało mi na tym, by poznać przyczynę poronienia, a skończyło się tak naprawdę sytuacją bez wyjścia – bo nikt nie wiedział, kto i co zrobił z moim płodem.
Zuzanna: – To było dla mnie absurdalne: tracę ciążę w pierwszym trymestrze, dostaję dokument z informacją o urodzeniu dziecka o długości trzech centymetrów i masie pięciu gramów;
w urzędzie oczekują ode mnie nadania mu imienia, a tu nagle trzymam w rękach wydruk ze szpitala twierdzący, że żadnego płodu nie było.
Mimo że personel tego samego szpitala wypisał informacje na temat martwego urodzenia i potwierdził w dokumentacji zatrzymane serce po tym, jak kilka osób jedna po drugiej upewniało się, że płód naprawdę nie żyje”.
Świadoma tego, że ze względu na obowiązujące w Polsce prawo Szpital im. Świętej Rodziny nie jest w stanie skomentować wprost sprawy Zuzanny, a jednocześnie chcąc jak najlepiej umożliwić placówce odniesienie się do tematu, pytam ogólnie: czy władzom placówki wiadomo o tym, aby ostatnich trzech latach przy Madalińskiego doszło do sytuacji, w której pacjentka/pacjentki otrzymały nieswoje wyniki badań albo płody przekazane do nich uległy zgubieniu? Jeśli tak – ile podobnych sytuacji miało miejsce we wspomnianym okresie? Kto odpowiada za wyjaśnianie takich zdarzeń i jak wyglądają procedury postępowania w analogicznych przypadkach?
W wysłanej po tygodniu przez władze szpitala odpowiedzi dyrekcja zaprzecza, jakoby tego typu zdarzenie miało miejsce. Twierdzi, że nie posiada żadnej wiedzy na ten temat. Dodaje, że placówka jako jedna z pierwszych w Polsce wdrożyła Instrukcję 1-40 dotyczącą postępowania w przypadku poronienia oraz obumarcia płodu po 22 tygodniu. Podkreśla, że Szpital Specjalistyczny im. Świętej Rodziny wielokrotnie organizował szkolenia dla innych podmiotów leczniczych w tym zakresie.
Dlaczego zatem, mimo upływu ponad trzech lat, Zuzanna nadal nie doczekała się reakcji na wiadomość, w której wskazuje, że wyniki badań, które otrzymała, tak naprawdę wcale nie należą do niej? Odpowiedzi na to pytanie brak.
Czy jednak podobne sytuacje – a więc gubienie materiału mającego trafić do badań – są powszechne w polskich szpitalach? Kto jest za nie odpowiedzialny?
Lek. Gizela Jagielska: – Trudno powiedzieć, kto tej sytuacji zawinił, jeśli dokumentacja jednoznacznie nie wskazuje odpowiedzialnej osoby.
Biorąc pod uwagę, że do badania zostały przekazane dwie próbki; jedna z resztek kosmówki [zewnętrznej błony płodowej – przyp. aut.], a druga zawierająca całe jajo płodowe, to jeżeli patomorfolog opisał je jako puste, z dużym prawdopodobieństwem ten materiał w ogóle do niego nie trafił. Takie jest najbardziej logiczne wytłumaczenie. Natomiast to, w jakim momencie i gdzie do tego zaginięcia doszło, może być trudne do ustalenia. W takich sytuacjach mamy do czynienia po prostu z błędem ludzkim.
Czy polskie prawo jakkolwiek chroni kobiety w sytuacjach podobnych do tej, która przydarzyła się Zuzannie? Czy przewiduje konkretne sposoby postępowania? Co mogą zrobić pacjentki chcące uzyskać odpowiedź na pytanie o to, dlaczego ich ciąża zakończyła się przedwcześnie, jeśli i w ich przypadku płód po poronieniu zostanie zgubiony?
Mec. Mateusz Bieżuński, prawnik z Fundacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny FEDERA: – Prawo daje Pacjentkom narzędzia ochrony. O całej sprawie należy przede wszystkim powiadomić Rzecznika Praw Pacjenta, który może wszcząć postępowanie wyjaśniające; Narodowy Fundusz Zdrowia, który przeanalizuje sposób realizacji kontraktu z Funduszem i realizację świadczeń, a być może Urząd Ochrony Danych Osobowych, jeśli doszłoby do naruszenia ochrony danych osobowych.
Dodatkowo Pacjentka ma pełne prawo do informacji, które muszą zostać udzielone przez lekarza – w przeciwnym razie będzie to kolejne naruszenie praw pacjenta i podstawa ewentualnej odpowiedzialności. Informacje powinny być przekazane w sposób zrozumiały dla pacjenta. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby lekarz przekazał komplet informacji na piśmie, a następnie porozmawiał z pacjentką i upewnił się, że rozumie ona przekazane jej informacje”.
Czy w takim razie pracownicy Szpitala im. Świętej Rodziny mogli zignorować kontakt mailowy ze strony Zuzanny – mimo że wiadomość do nich dotarła?
Mec. Mateusz Bieżuński: – Maile mają to do siebie, że lubią „gubić się" mniej lub bardziej przypadkiem. Niestety, załatwianie spraw nieformalnie, bez żadnego śladu w dokumentacji to bardzo częsta praktyka szpitali, w szczególności w sprawach aborcyjnych czy takich jak u Pani Zuzanny.
Najlepiej by było korzystać z formalnych procedur, które wymuszają na szpitalu udzielenie informacji czy podjęcie czynności w odpowiedniej formie i terminie, np. skargi. Z praktyki sugerowałbym również pozyskanie wsparcia ze strony organizacji pozarządowej czy Rzecznika Praw Pacjenta. Daje to jasny sygnał Szpitalowi, że Pacjentka nie jest sama i zna swoje prawa. Natomiast, jeśli lekarze naciskają na załatwienie sprawy ustnie, sugeruję włączyć dyktafon w telefonie – nagrywanie swoich rozmów, pod warunkiem ich nieudostępniania, jest legalne.
Zuzannie nie tylko „zgubiono płód”. Z jej opowieści wynika, że podczas całego postępowania związanego z hospitalizacją mogły pojawić się nieprawidłowości.
Zapytałam prawnika o dokumentację, którą po pobycie w szpitalu otrzymała Zuzanna, a w której zabrakło informacji o dawkach, porach i sposobach podania leków – papaweryny i mizoprostolu.
Mec. Mateusz Bieżuński: – Każda dokumentacja, nie tylko u pacjentek roniących, powinna być prowadzona w sposób rzetelny. Historia choroby musi zawierać wszystkie informacje dotyczące przebiegu hospitalizacji. W mojej ocenie bez wątpienia wchodzą to także informacje dotyczące dawki leku, postaci leku, sposobu i czasu podania czy drogi podania każdej z zastosowanej substancji.
Próbuję poznać więcej szczegółów dotyczących praktyk stosowanych przy Madalińskiego. Jak wygląda protokół postępowania w przypadku indukcji poronienia w placówce? Jakie dawki mizoprostolu stosują u pacjentek w I, a jakie w II trymestrze ciąży? – pytam Szpital.
W stanowisku przesłanym OKO.press czytam, że protokół postępowania w przypadku indukcji poronienia jest zgodny z Rekomendacjami Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników dotyczącymi stosowania przepisów ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Dawki mizoprostolu stosowane u Pacjentek w I oraz II trymestrze ciąży są stosowane zgodnie z aktualnymi rekomendacjami – obecnie są to wytyczne FIGO 2023.
Chcę upewnić się, czy nie doszło do jednostkowej pomyłki. Czy standardem Szpitala im. Świętej Rodziny jest nieumieszczanie w dokumentacji medycznej pacjentek informacji o zastosowanych dawkach poszczególnych substancji?
W odpowiedzi władze Szpitala piszą: „Nieumieszczanie informacji o zastosowanych dawkach poszczególnych substancji w dokumentacji medycznej Pacjentek nie jest w naszym Szpitalu standardem. Standardowo informacja o zastosowanych dawkach poszczególnych substancji znajduje się w indywidualnej dokumentacji medycznej pacjenta. Informacji takiej nie ma w karcie informacyjnej z leczenia szpitalnego".
Tyle że to właśnie wspomniana karta jest dokumentem, który standardowo otrzymują pacjentki w momencie wypisu ze szpitala. Co za tym idzie – w przypadku ewentualnej konieczności pilnej konsultacji w innej placówce leczniczej, personel zajmujący się pacjentką w sytuacji takiej, w jakiej znalazła się Zuzanna, nie posiadałby informacji o zastosowanych uprzednio dawkach czy sposobach podaży poszczególnych substancji.
Jak uważa mec. Mateusz Bieżuński, informacje o dawkowaniu i sposobie podawania konkretnych substancji leczniczych powinny być zawarte również w karcie informacyjnej z leczenia szpitalnego. Wystawiana jest ona – zgodnie z § 21. Rozporządzenia Ministra Zdrowia w sprawie rodzajów, zakresu i wzorów dokumentacji medycznej oraz sposobu jej przetwarzania – na podstawie informacji zawartych w historii choroby, o których jest mowa w § 16., 18. i 19. tego samego rozporządzenia.
Kluczowy jest tu § 16., zgodnie z którym w skład, będącej podstawą do wystawienia karty informacyjnej, historii choroby wchodzi opis zastosowanego leczenia – a więc także dotychczasowe dawkowanie leków, które może stanowić kluczową podstawę do dalszych działań leczniczych. Co więcej: informacja o konieczności zawarcia opisu pojawia się również w samym § 21.
Jak można wyczytać w rozporządzeniu, w karcie informacyjnej powinny znaleźć się także dane, o których mowa w punktach 1-4 z § 10. Punkt 4. z kolei podkreśla konieczność umieszczania w dokumentacji opisu udzielonych świadczeń zdrowotnych.
Świadczenie zdrowotne to natomiast – zgodnie z ustawową definicją – działanie służące profilaktyce, zachowaniu, ratowaniu, przywracaniu lub poprawie zdrowia oraz inne działanie medyczne wynikające z procesu leczenia lub przepisów odrębnych regulujących zasady ich udzielania – a więc także, pośrednio, wynikające z innych dokumentów zastosowanie takich, a nie innych dawek określonych substancji leczniczych.
Prawnik dodaje, że – mając na celu dobro pacjentki – obowiązek informacyjny musi być interpretowany najszerzej, jak się da. Jeżeli praktyka szpitalna jest inna, może to być spowodowane na przykład mniej prokobiecym spojrzeniem na kwestie opieki zdrowotnej.
Zuzanna została poddana abrazji, czyli łyżeczkowaniu jamy macicy. Nie zaproponowano jej alternatywnych metod.
Dlaczego jednak aspiracja próżniowa, choć rekomendowana przez uznane międzynarodowe organizacje, nadal jest tak rzadko spotykaną procedurą w polskim położnictwie?
Lek. Gizela Jagielska: – W Polsce wśród wielu lekarzy nadal brakuje uznania aspiracji próżniowej za lepszą, bezpieczniejszą od łyżeczkowania procedurę. Problem polega na tym, że jeszcze kilka lat temu w naszym kraju bardzo trudne było zdobycie sprzętu potrzebnego do oczyszczania macicy w ten sposób. Nie można było nigdzie dostać ani sprzętu jednorazowego, ani wielorazowego. Dopiero od niedawna da się go bez większych problemów zakupić.
Pojawiła się natomiast nowa trudność: finanse. Zdarzają się sytuacje, w których lekarze w danym szpitalu chcą się rozwijać, postępować zgodnie z najnowszą wiedzą, jednak trafiają na mur w postaci biurokracji czy niechęci dyrekcji do inwestowania w sprzęt potrzebny do przeprowadzania takiej procedury. W wielu przypadkach, gdy do wyboru jest wielorazowa, sterylizowana po każdym zabiegu łyżka położnicza, która służy na danym oddziale latami albo jednorazowa, kupowana dla każdej pacjentki osobno kaniula, to jednak te kwestie ekonomiczne wpływają na ostateczną decyzję.
Co za tym idzie – jeżeli w danym ośrodku aspiracji się nie praktykuje, pracujący w nim rezydenci również nie mają okazji do nauczenia się tej – naprawdę bardzo prostej – procedury. Takich młodych lekarzy nadal uczy się wtedy jedynie łyżeczkowania.
Mec. Mateusz Bieżuński: – Prawo w Polsce zobowiązuje personel medyczny do przedstawienia wszystkich możliwych sposobów postępowania. Lekarz ma obowiązek przekazać informacje o proponowanych oraz możliwych metodach diagnostycznych czy leczniczych, a także dających się przewidzieć następstwach ich zastosowania albo zaniechania, wynikach leczenia i rokowaniach. Fakt, że w danym szpitalu nie stosuje się danej procedury, nie zwalnia z obowiązku informacyjnego.
Placówka medyczna powinna wskazać inną, gdzie możliwe byłoby uzyskanie świadczenia, tak aby leczenie mogło być kontynuowane – oczywiście, jeśli pacjentka nie zgodzi się na inną metodę leczenia, oferowaną w obecnym miejscu.
Szpital im. Świętej Rodziny twierdzi, że w placówce istnieje możliwość wykonania aspiracji próżniowej – zarówno podczas indukcji poronienia, jak i podczas aborcji. Zapewnia, że odpowiedni sprzęt medyczny służący do aspiracji znajduje się na stałym wyposażeniu Szpitala. Dodaje, że pacjentkom, u których wykonanie aspiracji jest możliwe, przekazywane są stosowne informacje i rekomendacje. Podkreśla, że nie w każdym przypadku taka procedura jest możliwa czy zalecana.
Tyle tylko, że słowo „aspiracja” nie pada w dokumentacji posiadanej przez Zuzannę ani razu – ani w kontekście propozycji takiego rozwiązania, ani istniejących ku niemu przeciwwskazań. Sama Zuzanna również przyznaje, że taka alternatywa nawet nie została jej zaproponowana.
*imię bohaterki zostało zmienione
Doświadczyłaś przemocy położniczej i chcesz opowiedzieć swoją historię? Jesteś położną i nie godzisz się na to, z czym spotykasz się w pracy? Napisz na [email protected]. Porozmawiajmy.
Absolwentka położnictwa, logopedka, pedagożka. Na co dzień marketing managerka OKO.press. Poza pracą propaguje położnictwo, w którym każda osoba ma prawo zakończyć swoją ciążę wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.
Absolwentka położnictwa, logopedka, pedagożka. Na co dzień marketing managerka OKO.press. Poza pracą propaguje położnictwo, w którym każda osoba ma prawo zakończyć swoją ciążę wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.
Komentarze