Anna Zalewska skraca o rok edukację ogólną dla wszystkich. Likwiduje ponad 6 tysięcy gimnazjów. A jednocześnie twierdzi, że nikt nie straci pracy. Obok powtórki z historii pani minister przydałby się kurs z arytmetyki

W „Oku” zaczynamy serię tekstów o tym, co zagraża edukacji w wyniku rewolucji szkolnej, którą – zgodnie z programem PiS i wolą prezesa partii – realizuje minister Anna Zalewska. Dziś o zwolnieniach nauczycieli i nauczycielek.



Nie wiem na czym opierają swoje wyliczenia związki zawodowe. Ewentualne zwolnienia [nauczycieli i nauczycielek] będą efektem niżu demograficznego.

Anna Zalewska, "Wprost" - 29/08/2016

Fot. Michał Walczak / Agencja Gazeta


fałsz. Płonne nadzieje. Jakim cudem uniknąć zwolnień, gdy pracy będzie mniej?


W tygodniku „Wprost” zapytano min. Zalewską, czy w wyniku reformy edukacji nie dojdzie do „masowych zwolnień pedagogów i dyrektorów szkół”. Chodzi o redukcje zatrudnienia od września 2017, kiedy zacznie się – jeśli się naprawdę zacznie – „wygaszanie” (stopniowa likwidacja) gimnazjów.

Minister zaprzeczyła. Zarówno w wywiadzie, jak i w specjalnym liście rozesłanym do szkół z okazji rozpoczęcia roku szkolnego Anna Zalewska argumentuje, że do zwolnień nie dojdzie gdyż:

  • nowe szkoły podstawowe (ośmioletnie) będą prawnym następcą starych (sześcioletnich). Dlatego „z mocy prawa nauczyciele szkół istniejących staną się nauczycielami szkół tworzonych w ramach nowego systemu”;
  • „nauczyciele gimnazjum, które zostanie przekształcone w ośmioletnią szkołę podstawową z oddziałami gimnazjalnymi z urzędu staną się nauczycielami szkoły podstawowej”;
  • „wydłużenie okresu kształcenia w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych wymusi zapotrzebowanie na kadrę, zatem nauczyciele także nie powinni niczego się obawiać”.

W ten sposób Zakrzewska chce uspokoić obawy 173 tys. nauczycielek i nauczycieli, którzy mają ok. 101 tys. etatów w ponad 6,4 tys. likwidowanych gimnazjach. To ich los jest najbardziej zagrożony. Nie ma jednak żadnej pewności, że jednostki samorządu – a to one finansują szkoły – posłuchają takich apeli.



Krótsza edukacja

Niezagrożone są licea, których organem prowadzącym jest powiat. Spadnie na nie wprawdzie masa kłopotów – m.in. przez trzy lata (2019–2022) będą równolegle uczyć według dwóch różnych programów nauczania (starego – absolwentów wygaszanych gimnazjów i nowego – absolwentów nowych ośmioletnich podstawówek), a już od tego roku (2016/2017) będą w biegu zmieniać program, bo Zalewska zapowiada wycofanie się z kierunkowej specjalizacji na rzecz rozszerzonego kursu ogólnokształcącego, z pełnym kursem historii czy nauk przyrodniczych” – ale przynajmniej pracy im nie zabraknie. Wręcz przeciwnie, wydłużenie nauki z trzech do czterech lat sprawi, że będzie jej więcej. Znaczną część tej dodatkowej pracy wykorzystają obecnie zatrudnieni nauczyciele, przede wszystkim ci, którzy nie mieli pełnego etatu.

Co jednak zrobią gminy, które prowadzą podstawówki i gimnazja? Zgodnie z tradycją PRL, obowiązkowa dla wszystkich nauka zostanie skrócona o rok – zamiast obecnych dziewięciu lat (sześć podstawówki plus trzy gimnazjum) będzie osiem. To oznacza, czysto matematycznie, o jedną dziewiątą pracy mniej. Matematycznie, ale też finansowo, bo szkoły utrzymują się z subwencji na jednego ucznia. Uczniów będzie tyle samo (ulubiony argument PiS), ale w gminie uczyć się będą o rok krócej. „Oko” liczy:

Przeciętna polska gmina to ok. 15 tys. ludzi. Dzieci w przeciętnym roczniku  7-14 lat stanowią dziś w Polsce tylko ok. 1 proc. populacji, czyli w gminie jest ich 15o. Trzeba to pomnożyć przez 500 zł subwencji miesięcznie (średnia z subwencji dla podstawówki i gimnazjum), co daje ok. 0,9 mln rocznie. Tyle zabraknie na płace dla nauczycielek/li. To ok. 17 etatów (czyli 42 tys. w skali kraju)

szacunków „Głosu Nauczyciela”, które są nieco niższe niż „Oka”, wynika, że w całym kraju pracę straci ok. 37 tys. nauczycieli/lek.

Z punktu widzenia nauczycieli/lek poszczególnych przedmiotów zagrożenie jest jeszcze większe. Obecnie nauka przedmiotów zaczyna się po trzech latach edukacji wczesnoszkolnej i trwa sześć lat (klasa IV, V i VI oraz I, II i III w gimnazjum). Według planów PiS ma trwać w pełnym wymiarze tylko cztery lata: od V do VIII klasy podstawówki, bo klasa czwarta – w ramach polityki ochrony dzieci przed stresem, jak w ruchu Elbanowskich – ma być „przedłużeniem edukacji wczesnoszkolnej”, tylko z elementami nauczania przedmiotowego.

To oznacza, że spadek zapotrzebowania na pracę nauczycieli „przedmiotowców” będzie jeszcze większy.

Pusty rocznik

Powrót do wieku szkolnego siedmiu lat spowodował, że powstał „pusty rocznik”. Do pierwszej klasy pójdzie w tym roku maksymalnie 210 tys. dzieci (w 2015/16 r. – z powodu kumulacji sześciolatków – było ponad 500 tys., w poprzednich latach – niecałe 400 tys.). I ten pustawy rocznik będzie się toczył przez kolejne klasy, zmniejszając subwencję dla szkoły podstawowej przez pełne osiem lat. 

Z punktu widzenia typowej gminy, koszt podwyższenia wieku szkolnego to strata kolejnych 450 tys. rocznie.

Gminy staną przed trudnymi wyborami

Szkoły podstawowe będą bronić swego istnienia i chętnie przyjmą dwa dodatkowe roczniki, nawet gdyby oznaczało to przepełnienie. Zwłaszcza, że to ich dyrektorzy/rki zostaną na stanowiskach, a szefostwo gimnazjów utraci funkcję. Gimnazja będą w słabszej pozycji. Nie będzie – jak sugeruje Zalewska – automatycznego przekształcania trzyletniego gimnazjum w ośmioletnią szkołę, bo oznaczałoby to, że trzeba zamykać podstawówki. Poza tym odrębne gimnazja (blisko połowa) zwykle nie są przystosowane do pracy z małymi dziećmi. Łatwiej o integrację może być, gdy gimnazjum tworzy z podstawówką zespół szkół.

Z drugiej strony, wiele samodzielnych gimnazjów to szkoły lepiej wyposażone, z młodszą i lepszą kadrą, tętniące życiem. Trudno będzie wybrnąć z tego galimatiasu, bo tworzenie jednej szkoły w dwóch budynkach oznaczałoby konieczność dowożenia dzieci, a to oznacza komplikacje i kolejne koszty. Z pewnością wiele zespołów nauczycieli gimnazjalnych znajdzie się na lodzie.  

Oczywiście gminy staną na głowie, by nie zamykać szkół, zwłaszcza, że zbliżają się wybory samorządowe 2018 i trzeba zadbać o życzliwość wyborców. Ale zwalniać będą musiały. A im bardziej będą zwalniać, tym bardziej będą musiały zwalniać, bo zgodnie z art. 20 Karty Nauczyciela muszą zwalnianym wypłacać niemałe odprawy i pieniędzy zostanie jeszcze mniej. Wielu nauczycieli skorzysta też zapewne z urlopów na poratowanie zdrowia.

Kilka miesięcy temu min. Zalewska argumentowała, że podwyższenie wieku szkolnego nie spowoduje zwolnień, bo „przecież dzieci jest w systemie tyle samo”. Faktycznie reforma PiS nie redukuje na szczęście liczby dzieci, ale liczy się to, gdzie one są: w szkole czy poza nią. Według  wyliczeń  ZNP z sierpnia 2016 w związku z cofnięciem sześciolatków do przedszkoli, zwolnionych zostanie nawet 8 tysięcy nauczycieli/lek edukacji wczesnoszkolnej. Minister edukacji twierdzi, że to nieprawda. Ale swoich danych resort nie ma lub nie podaje.

Według „Gazety Prawnej” szkoły postanowiły na razie przeczekać skutki pierwszego chudego roku. Jak powiedział prezes ZNP Sławomir Broniarz, wiele samorządów pozostawiło po kilkoro dzieci w klasach i nie doszło do tak dużych zwolnień nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej, jak się spodziewał.



Minister sama sobie zaprzecza

Min. Zalewska zapowiadała niedawno, że jej reforma uchroni edukację przez „masowym bezrobociem nauczycieli”. Argumentów nie przedstawiła.

Teraz asekuruje się, twierdząc, że „ewentualne zwolnienia będą wynikiem niżu demograficznego”. Należy uważać z takimi argumentami. „Oko” jakiś czas temu sprawdziło, że w latach 2006–2014, pomimo spadku liczby uczniów aż o 18 proc., liczba nauczycieli wzrosła o 2 proc.

 

Minister sama sobie zresztą zaprzecza. Podczas spotkania z nauczycielską „Solidarnością” przedstawiła pomysł, by kuratorzy oświaty tworzyli wojewódzkie listy nauczycieli/lek przeznaczonych do zwolnienia. Osoby z tej listy miałyby prawo do zatrudnienia w innej szkole w pierwszej kolejności. Niezależnie od tego, jak poważny i realistyczny jest to pomysł, świadczy on tym, że min. Zalewska zdaje sobie sprawę z zagrożenia, którego oficjalnie nie ma.


Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press