Subskrybentów jest mało, bo za oglądanie Łukaszołek grozi na Białorusi kara, a dwie baby, które kpią z Łukaszenki i Putina to ekstremistki. Tańczą, śpiewają i rozbierają się do barchanowych gaci. A Baba Nina oddała Trumpowi swój medal Weterana Pracy
Warszawa, Pelcowizna, ulica Błotna. Na balkonie, na pierwszym piętrze wisi biało-czerwono-biała flaga niezależnej Białorusi. W środku, w izbie na parterze czekają na mnie dwie wiejskie baby. Jedna w kufajce przewiązanej sznurkiem. Druga w okularach z demobilu i wielkiej chuście w kwiaty. W izbie stół, wersalka, na ścianie dywan, na nim Ostatnia wieczerza. I portret Aleksandra Łukaszenki. Dookoła pudła z proszkiem do prania, worki z ubraniami.
Gdzie ja w ogóle jestem? Wyglądam przez okno, czy to na pewno Warszawa. Ostatnio takie baby widziałam na Grodzieńszczyźnie.
Te dwie baby – każda z nich to Hanna – skończyły właśnie pracę. – Chwileczkę – mówi jedna zdejmując kozaki. Druga ściąga kufajkę. Za parę minut będą wyglądać jak regularne warszawianki. W dżinsach i w białym podkoszulku jedna. Druga – dżinsy, brązowe body, marynarka, adidasy.
Jezus zostanie na ścianie. Łukaszenka pójdzie na ch... To, że ma wstęp w te mury, to duży kompromis. Bo to ośrodek dla więźniów politycznych z Białorusi. Ale Łukaszenka nie jest tu bez powodu. Ta kanciapa obok garażu to biuro, skład darów i scenografia Łukaszołek, programu satyrycznego, który dwie Hanny nagrywają na YouTube.
Hanna Fiedaronak nie interesowała się polityką. Do czasu. Czyli do 2020 roku.
– Byłam gospodynią domową, wychowywałam córkę, hodowałam króliki. A potem wystrzeliło mnie do polityki. Trochę jak Swiatłanę Cichanouską, choć nie wypada się porównywać.
Z wykształcenia Hanna jest reżyserką teatru ludowego, ale po studiach pracowała w biznesie. Miała jednego męża, potem drugiego. Ten pierwszy był przemocowcem. Wytrzymała z nim czternaście lat. Potem poszła na pielgrzymkę i wymodliła rozstanie. Zabrała dziecko, zaczęła od zera. Wyszła za mąż po raz drugi.
– Andrej nie miał dzieci, a koniecznie chciał, więc urodziłam mu córkę – przyznaje. Miała 41 lat. W szpitalu położne oglądały ją jak cud natury, że babka rodzi. Faktycznie była już babką. Jej wnuczka urodziła się dwa lata wcześniej. – Może i byłam babką, ale urodziłam w kwadrans, bo trenowałam siatkówkę i byłam wysportowana – podkreśla.
Życie zaczęło się układać. Kupiła dom. Zajmowała się córką. W ogrodzie rosły ogórki, pomidory zbierała wiadrami, czarne, czerwone, każde. Robiła wino. Mąż jeździł ciężarówką w długie trasy.
A potem do jej wsi (ta wieś nazywa się Warapajewa, to obwód witebski) przyjechał Siarhiej Cichanouski. Była wiosna 2020 roku, spotkania, wiece, entuzjazm. Ale w maju odmówiono rejestracji jego komitetu wyborczego, aresztowano. W wyborach zamiast niego wystartowała żona, Swiatłana. Hanna zgłosiła się do pracy w komisji wyborczej. Na własne oczy widziała, ile głosów oddano na Cichanouską. Na Łukaszenkę o wiele mniej. Ale po wyborach okazało się, że było na odwrót i wygrał Łukaszenka, dostał ponad 80 procent głosów. Nie mogła uwierzyć: – Przecież wiem, jak było.
I wtedy poszła na demonstrację, bodaj pierwszy raz w życiu. Tak jak tysiące ludzi. Zaczęła organizować pomoc finansową dla tych, którzy trafili do aresztu. Nie robiła nic szczególnego, podkreśla. Ale i to wystarczyło. Już dzień po wyborach posadzili ją na trzy doby w areszcie, zasądzili grzywnę 5000 dolarów. W październiku miała kolejne postępowanie administracyjne. A w styczniu zaczęły się rewizje i proces karny.
- To były drobne represje – podkreśla Hanna. – To nic w porównaniu z tym, czego doświadczają prawdziwi polityczni.
Może i ona doświadczyłaby tego samego, ale w styczniu ostrzegli ją, by uciekała. W całym kraju znikali ludzie, tyle że w koloniach. Kazali jej zniknąć z domu.
Córka miała osiem lat, gdy wyszły z domu. W dresach, prawie że w kapciach. Kilka dni spały po przypadkowych ludziach, Hanna nie włączała telefonu. Mąż był akurat na Litwie. Potem wyjechały do Kijowa. Był styczeń, 30 stopni mrozu. – Białorusini przynieśli nam pościel, ubrania, buty. Rozumiem ludzi, którzy wyjeżdżają bez niczego. Bez skarpet, majtek i szczoteczki do zębów. Myśmy też tak wyjechały.
Półtora miesiąca czekała na polską wizę. Przyjechała do Lublina i od razu zapadła na Covid. Dwadzieścia jeden dni leżała w szpitalu, w przejściówce między życiem a śmiercią. – Jednego dnia rano, a to była niedziela, pomyślałam, że umrę. Chciałam zadzwonić do męża, pożegnać się. – Ale wzeszło słońce, przestała żegnać się z życiem. Pomyślała: „Przecież nie umrę wcześniej niż Łukaszenka”.
– To nie wiara ani nie miłość do bliskich, ale złość pozwoliła mi stanąć na nogi.
Luty 2026. Baby siedzą okutane w grube szale. Narzekają, że w chacie mróz. Baba Galja (w którą wciela się Fiedaronak) opowiada o wyspie Epsteina. Baba Nina (gra ją druga Hanna) gniewa się: „Tylko czemu Baćki tam nie zaprosili?” On by wsiadł na traktor, nasadził ziemniaków. Ach, dziewczęta by za nim latały. „On sam może sobie zrobić taki raj”, mówi jej Galja. „Ale u nas nie ma wyspy”, narzeka Nina. Potem omawiają porady kosmetyczne. Baćka powiedział przecież, że najlepsze na urodę to brać łopatę i odśnieżać ulice. Galja: „Nie dziwota, kogo w tym kraju stać na krem przeciwzmarszczkowy?” Baby zabierają się za odśnieżanie podwórka. I proszą widzów o opinię, czy odmłodniały.
Hanna przeniosła się do Warszawy, wynajęła pokój. – Łudziłam się, że 9 sierpnia, w pierwszą rocznicę wyborów, będzie rewolucja i wszyscy wrócimy do domu. Ale sierpień minął, nic się nie wydarzyło. Trzeba było posłać córkę do szkoły. Hanna zaczęła się urządzać. A pół roku potem zaczęła się pełnoskalowa inwazja na Ukrainę. – 24 lutego płakałam pół dnia. To było jak 2020 rok w Białorusi. I jak druga wygrana Trumpa. Siedzisz, płaczesz i nie wiesz, co dalej.
Razem z innymi Białorusinami chodziła pod ambasadę Rosji. Z plakatami „Białoruś to nie Łukaszenka”. – Byli tacy, co na nas pluli. Trudno im się dziwić. Dla nich byliśmy współwinni. W końcu Rosja z naszego terytorium bombardowała ich domy – wspomina.
Przyjechał mąż z Litwy. Kupowali makaron, tuszonkę, wszystko co trzeba, rozwozili po dworcach. Ludzie jechali bez końca, koczowali na peronach. Anna zaczęła szukać dla nich jakiegoś lokum, pewna włoska organizacja dała pieniądze, Hanna wynajęła budynek na Błotnej. Zaczęła przyjmować uchodźczynie z Ukrainy. Tak narodził się szelter. Hanna mówi wprost: – Chciałam zmyć naszą białoruską winę.
Z czasem pomocy dla Ukraińców zrobiło się w kraju wiele, w 2023 roku uznała, że trzeba pomagać też kobietom z Białorusi. Ale co zrobić z mężczyznami? Najpierw brała ich do ośrodka po cichu, potem już oficjalnie. – Myśmy mieli ludzi, którzy wpław płynęli przez Niemen, na Litwę. Miałam ich zostawić na bruku?
Włoski sponsor wycofał się z czasem, środki zaczęły się kurczyć. Koszty utrzymania, około 4000 euro na miesiąc, przejął International Humanitarian Fund. Żeby łatwiej było zarządzać ośrodkiem, w październiku 2025 roku Hanna, razem z Alesią Buniewicz, więźniarką polityczną, otworzyły fundację Prytuliaj Mianie.
W budynku na Błotnej korytarze zastawione są butami, przed drzwiami do kanciapy Anny kwiczy w klatce świnka morska. Pokoi jest sześć, mieści się w nich w sumie dwadzieścia osób. Wszyscy mieszkają na kupie. – Tylko kiedy przyjeżdża rodzina, dajemy im pokój osobno, by mieli trochę prywatności. – Ścisk to główny kłopot Hanny. – Chcemy kupić zwykłe łóżka, a nie wersalki. Bo te, jak się je rozłoży, zajmują cały pokój.
Ale finanse są zawsze na styk. Jest połowa miesiąca, Hanna ma 140 złotych na koncie.
Kuchnia jest na pierwszym piętrze, w samym sercu budynku. Na gazie bulgocze czerwony barszcz. Gotuje go inna Hanna. Przyjechała z Białorusi z mężem i dzieckiem parę dni wcześniej. Ziemniaki pokrojone w grubą kostkę, po ukraińsku – tłumaczy – tak nauczyła się od krewnych męża. Mówi, że nie wie, czy smaczny, bo jeszcze się nie odstał. Daje mi miskę barszczu, chleb. Ale bez słoniny, znów się usprawiedliwia.
– Jak uciekłam do Kijowa, też gotowałam dla wszystkich w szelterze. To odruch nerwowy, już mi przeszło – mówi Hanna Fiedaronak. Teraz gotuje głównie dla Narodowego Zarządu Antykryzysowego. Powołał go Pawieł Łatuszka, były ambasador Białorusi w Polsce, dziś działacz opozycji. Jej gołąbki są najlepsze na świecie, zachwala.
Druga Hanna zmywa talerze, potem usiądzie na chwilę. Kuchnia jest mała, przy stole mieszczą się ledwie trzy taborety. Opowie, jak trafiła do przytuliska na Błotnej. A wcześniej za kraty. – Byliśmy na kanale w Telegramie, Biełaruski Hajun. Ludzie wrzucali tam zdjęcia i inne informacje o ruchach rosyjskiej techniki wojennej. Kto, gdzie co widział. Te dane szły potem do Ukrainy. W lutym 2025 roku władze zhakowały ten kanał i zaczęły zabierać użytkowników.
Ale zabrali się też za inne fora, zastrzega Hanna. Aresztowali ludzi, którzy wymieniali się praktycznymi poradami, w zupełnie innym kanale, też na Telegramie, co kupić krewnym, gdy idzie się na widzenie w areszcie. – Oni wciąż zamykają za 2020 rok. Biorą cię za jakiś paragraf z dziś, trzymają w areszcie i kopią aż się dokopią. Albo coś wymyślą.
Mają w komputerze gotowce, zmieniają tylko nazwisko w akcie oskarżenia – opowiada.
Do Warszawy Hanna trafiła przez Białoruską Fundację Solidarności BYSOL, która pomaga w ewakuacji więźniom politycznym i osobom represjonowanym. Najprościej na wizie humanitarnej, prosto do Polski lub Litwy. Gdy nie da się inaczej, trzeba przez państwa trzecie. Hanna cztery dni była w drodze. Wieści o szelterze na Błotnej najpierw rozchodziły się z ust do ust, teraz wszystkie ścieżki są już wydeptane. Wyjazd był ogarnięty, w Polsce występujesz o ochronę międzynarodową, masz potwierdzenie, że czeka na ciebie miejsce, chwali Hanna.
Rotacja w szelterze jest spora. Mieszkać można do dwóch miesięcy. Większość lokatorów szybko się ogarnia, szuka pracy. BYSOL daje im jednorazową zapomogę. Wszyscy jakoś stają na nogi. A potem przynoszą paczki z jedzeniem i pomoc dla tych, co przyjeżdżają po nich.
– Myśmy już wcześniej wybierali się do Polski. Mąż dostał wizę, a ja nie. Mieliśmy plan, że on pojedzie pierwszy, a ja dołączę – opowiada. Mąż istotnie pojechał pierwszy, ale do aresztu. Zgarnęli go z ulicy, jak odprowadzał dziecko do przedszkola. Pobili go, zabrali klucze, weszli do domu. W cywilu.
Hanna: – Nawet zaczęłam na milicję dzwonić. To mogli być zwykli bandyci.
W końcu ją też wzięli. Ale zwolnili za poręczeniem, nałożyli karę 6500 dolarów, jej matka była poręczycielką. – Gdybym uciekła, przyszliby i po nią. My jesteśmy dla Łukaszenki towarem. Chodzi o to, żeby wyciągnąć z nas pieniądze, skonfiskować własność, zabrać dzieci. Wiele kobiet wyjeżdża, bo boi się, że państwo odbierze im prawa rodzicielskie – tłumaczy Hanna Fiedaronak. Jej starsza córka wyjechała dwa lata po niej. Nachodził ją OMON, też bała się stracić dzieci. Dziś chodzą do szkoły, ona sama uczy pływania dzieci z autyzmem.
– Ja mam 19 spraw karnych – mówi Fiedaronak. Wie, bo za każdym razem sąd wysyła pismo jej 84-letniej matce.
Za ten szelter też ma ileś spraw. W lutym otworzyła ośrodek, w maju Białoruś uznała go za organizację ekstremistyczną.
– Mogą zaocznie wydać wyrok. Cichanouska, Łatuszka, wszyscy są przecież skazani – mówi. Cichanouska dostała 15, Łatuszka 18 lat więzienia.
Druga Hanna, ta co gotowała barszcz: – Nie wiem, po co oni tracą czas na te pokazówki. Mogliby wyrok wylosować z kapelusza.
Fiedaronak: – Na moim procesie, w 2020 roku, były trzy osoby. Sędzia, milicjant i ja. Czytają mi zarzuty: jestem oskarżona o produkcję koktajli mołotowa. W życiu nic takiego nie robiłam. A to był dopiero początek, jeszcze się krępowali, dali mi tylko karę administracyjną.
Druga Hanna: – Dziś są bardziej bezczelni. Biorą twój telefon i na twoich oczach podpisują się za ciebie na jakimś zakazanym kanale. I już. Dowód gotowy.
Pytam, czy powinno się rozmawiać z Łukaszenką. O to apeluje Maryja Kalesnikawa, która zwolniona została z kolonii w grudniu zeszłego roku.
Tu Hanna, ta od barszczu, wzdycha. – Mi się podoba jak pracuje Cichanouska. A takie osoby jak Wiktar Babaryka albo Kalesnikawa, która robiła mu kampanię wyborczą, to były w kompletnej próżni. Po pięciu latach za kratami nie mają kontaktu z realiami. Los się do nich uśmiechnął. A co z innymi? Babaryka zresztą musi uważać na słowa, jego syn nadal siedzi.
Fiedaronak: – A z kim tu rozmawiać? Z mordercą? On od trzydziestu lat kłamie.
Do kuchni wchodzi nastolatek po wrzątek do herbaty. Prosi, by go o nic nie pytać. Jego matka jest w więzieniu.
Hanna, ta od barszczu: – Łukaszenka dziesięciu wypuści, a stu posadzi. Chce pokazać, że idzie na ustępstwa, a tak naprawdę wietrzy sobie kolonie, żeby zrobić miejsce na nowych więźniów. Mój mąż pół roku był w areszcie, w celi miał samych politycznych. Był korek, bo w kolonii nie było miejsca. Wypuścili paru z kolonii, to zaczęli znowu wysyłać do kolonii tych z aresztu.
I dodaje: – Zresztą co z tego, że Łukaszenka cię wypuści? Po kolonii jesteś nikim. Jak byłeś na liście terrorystów, nie znajdziesz pracy, nie otworzysz konta w banku, nie kupisz nawet karty SIM.
Telefon to osobny temat. Droga ucieczki, kanał kontaktu ze światem i kartoteka, gdzie są wszystkie dowody twojej winy. Hanna: – Codziennie czyściłam telefon, by nie został żaden ślad mojej komunikacji. Gdyby mnie złapali, że pracuję nad ewakuacją, to koniec. A trzeba uważać, bo władze wpuszczają do sieci fikcyjne linki. Myślisz, że piszesz do służby ewakuacyjnej w BYSOLu, a lądujesz na stronie KGB.
Fiedaronak: – To stalinizm czystej wody.
Hanna, od barszczu: – Oni sadzają osiemdziesięcioletnie babki, co w dobroci serca wysłały obcemu człowiekowi do aresztu pęto kiełbasy. I to na trzy lata o zaostrzonym rygorze. Tak jak ja bym za ten talerz barszczu poszła siedzieć.
Fiedaronak wyciera chlebem talerz. – Łukaszenka jest jak mój pierwszy mąż, damski bokser. Przed milicjantem na ulicy by klękał, ale kobiety bił. Łukaszenka i Putin są tacy sami, do nich przemawia tylko siła.
Do kuchni wchodzi rosły mężczyzna, dopiero co przyjechał z Białorusi. Odsiedział sześć lat. Stanął w obronie kobiety bitej przez milicję na demonstracji. Za to można zostać uznanym za terrorystę. Przyszedł zalać kawę. – Z Łukaszenką można tylko siłą, jeszcze nie jest za późno.
Październik 2025. Baba Nina przyszła w kokoszniku na głowie, bo w radiu mówili, że Putin lubi dziewczyny w kokosznikach. Galja czytała, że na Dzień Weterana białoruskim emerytom rozdają suchary. Narzeka: „Ale czym my je pogryziemy, jak nikt z nas zębów nie ma?“ Nina: „Jakby ziarna dali, to bym choć kurom rzuciła.“ Baby cieszą się, bo wyszła książka „Morska potęga Białorusi“. Chwileczkę, tylko gdzie w Białorusi jest morze? No ale w Bielaaziorsku odsłonili przecież niedawno pomnik krewetki. Galja: „To może jest u nas morze, tylko my głupie? A Baćka to nie tylko historyk, poeta, ale i admirał?“
W Białorusi zamiast Anny aresztowali jej dom. A w nim wszystko, co miała. Pokazała to nawet telewizja państwowa.
– Jeszcze jakiś czas po wyjeździe, jak nie mogłam zasnąć, wyobrażałam sobie, co gdzie leży. Talerze, obrusy, wazony. A potem Pawieł Łatuszka wysłał mi link i pyta: To chyba twój dom? – opowiada Hanna.
Dziennikarz wchodzi z kamerą do domu, mówi: „To dom Hanny Fiedaronak, która prowadzi w Polsce ośrodek dla uciekinierów”. Całość poszła w Programie 1 telewizji. Na wizji odcięli kable, prąd i gaz.
- Jak to zobaczyłam, poczułam ulgę. Jakby odcięli moje związki z tym domem. Dziś już nawet nie pamiętam, co miałam i co gdzie stało. Jeśli kiedyś wrócę do Białorusi, to oddadzą mi dom i jeszcze dadzą odszkodowanie. A jak nie wrócę, to nie ma sensu tęsknić.
Na ekranie dziennikarz obwieszcza sensacyjne znalezisko. Napięcie rośnie. – Już myślę, dynamit znaleźli albo jakieś miliardy – opowiada Hanna. A oni ściągają z lodówki laurkę, którą córka Anny narysowała, gdy mama wróciła z aresztu. Na niej: „Dużo dobra i zdrowia. I niech gówno zdechnie. Żywe Bełarus”.
Komentarz dziennikarza: „Nie jestem psychologiem, ale coś mi podpowiada, że dziecko samo nie wpada na taką retorykę. Temu dziecku nie powiodło się z mamą. Zwracam się do pani Anny: Proszę chronić dziecko od tych plugastw. Niech cieszy się szczęśliwym dzieciństwem”.
– Szczęśliwe dzieciństwo, powiada? A jak córka chowała się pod łóżkiem, gdy do domu wpadała milicja, to jest szczęśliwe dzieciństwo? A jak wyważali drzwi do domu? – Denerwuje się Hanna. – Córka przychodziła ze szkoły i opowiadała, że na lekcjach mówili, że w Mińsku mieszka nasz najlepszy prezydent. „Jak on jest najlepszy, jak cię wsadził do więzienia?”, pytała. U dziecka pojawia się dysonans poznawczy. Bo albo mama jest złoczyńcą, albo prezydent jest zły. No i dziecko mówi, że prezydent jest kupa.
Swoją drogą, tyle było wcześniej rewizji i nikt tej kartki nie spostrzegł. A wisiała przypięta magnesem na lodówce. Hanna: – Córka zresztą nie napisała, o kogo chodzi. Sami się domyślili. Nie wiem, jak to o nich świadczy.
Kiedy spotykam Hannę w kwietniu, szykuje się do podpisania umowy najmu na nowy szelter w Warszawie. Ośrodek przeniesie się pod inny adres. Budynek jest większy i ma dwie kuchnie. Ona będzie mieć bliżej, wieczorem wraca przecież do córki.
Hanna cieszy się też na udział w wyborach do Rady Koordynacyjnej ds. Przekazania Władzy na Białorusi. To organ utworzony przez Cichanouską po wyborach w 2020 roku, przez Senat RP uznany został za białoruski parlament na emigracji. Hanna kandyduje z listy numer 9, to koalicja Kamanda Łatuszki i Ruch „Za Swabodu”. Hanna jest 19 na liście. Wiele sobie obiecuje po tych wyborach. – Będę dalej robić to samo, ale skuteczniej. Bo będę mieć inny status, nawet w rozmowach z miastem.
Głosowanie trwa tydzień, startuje 11 maja. Ale zaczyna się z poślizgiem. W przeddzień wyborów Nasza Niwa pisze, że firma obsługująca wybory ma powiązania z Rosją. Sugeruje, że dane osób biorących udział w wyborach nie są bezpieczne. Alarm jest trochę na wyrost, firma ma korzenie w Rosji, ale po 2022 opuściła rynek rosyjski i białoruski.
Potem jest atak botów, tysiące wejść na stronę, system siada. Początek głosowania opóźnia się o dziesięć godzin.
Tydzień wyborczy będzie miał dla Anny więcej niespodzianek. Przed wyborami jedzie na szkolenie za granicę. Wraca na swój pogrzeb.
Bo już w pierwszym dniu głosowania krąży plotka, że Hanna nie żyje. W poniedziałek na ulicy w Częstochowie pojawia się ogłoszenie, czarno-biała kartka przyklejona na słupie. Zdjęcie Anny, nagłówek „Pomagała, a jej pomóc nie mogli”, po polsku i białorusku. I wezwanie do zbiórki datków na pogrzeb. Numer konta prawdziwy, pieniądze miałyby wpływać na konto Fundacji Prytuliaj Mianie.
Na pogłoski o swojej śmierci Hanna najpierw się zaśmiała. Uznała, że to próba zdyskredytowania jej przed wyborcami. Że niby jest taka pazerna, że chce wyłudzić pieniądze na własny pochówek. Czemu akurat w Częstochowie, tego nie umie wyjaśnić. Nikt nic nie wpłacił, zapewnia.
Trochę mniej wesoło zrobiło się, gdy zobaczyła wieniec. Ktoś zostawił go pod budynkiem, tym nowym, gdzie ma przenieść się szelter. Białe lilie i tulipany, szarfa, na szarfie napis „W podziękowaniu za wspólnie spędzone chwile”. Wieniec zostawiono jeszcze w piątek, ale Hanna o tym nie wie. Nadawca niecierpliwi się, we wtorek wysyła jej zdjęcie wieńca w wiadomości na Telegramie. I komentarz: „Co, nie zachodzisz do swojego nowego domku, nie widziałaś upominku?”
Hanna dzwoni do właściciela posesji. Faktycznie, ktoś podrzucił wieniec. Nie było napisane, dla kogo, więc facet odwiózł kwiaty na cmentarz. Połączył kropki dopiero potem, gdy Hanna zaczęła pytać.
To jeszcze nie koniec. W czwartek Hanna dostaje na Telegramie zdjęcie nagrobka. Na katafalku jej portret, imię i nazwisko. Data urodzenia, prawdziwa i śmierci 11.05.2026 (to dzień, w którym pojawiło się ogłoszenie w Częstochowie). Pod spodem: „Za wspólnie spędzone chwile.”
– Coś ta osoba słabo się orientuje w polskich cmentarzach, bo kto pisze takie hasła na grobach – mówi Hanna. Poza tym „pochowano” ją na cmentarzu katolickim obok jakiejś Teresy i Czesława. Wiadomo, że grób to fejk, ale cmentarz prawdziwy.
Hanna próbuje wytropić przez Chat GPT co to za cmentarz. „Wielki cmentarz, duże miasto”, odpowiada sztuczna inteligencja i prosi o więcej danych.
Razem ze zdjęciem nagrobka przychodzi wiadomość. Nadawca to niejaki Bartek. Hanna nie zna żadnego Bartka. „Wiem, że się boisz. Możesz oszukać wielu, ale nie mnie”. Hanna odpisuje: „Dziękuję. Pozdrowienia dla rodaków i do zobaczenia na policji.”
Skąd nadawca znał adres nowego szelteru, przecież nie jest podany oficjalnie? – Nasi lokatorzy wiedzą, dokąd się przenosimy. A jak wie kilka osób, to wiedzą wszyscy. Ale – tu Hanna podnosi w górę palec – nadawca nie wiedział, że przeprowadzki jeszcze nie było. Bartek powinien był przysłać kwiaty na Pelcowiznę.
Ważne, że wieniec nie trafił pod jej mieszkanie. To by ją zdenerwowało. Na razie bardziej denerwuje się mąż. Tym bardziej, że dużo czasu jest w trasie. Kupił żonie i córce gaz pieprzowy. Hanna non stop jest pod telefonem. – Cichanouska i Łatuszka atakowani byli wiele razy. Ja jestem nowa, może dlatego chcą mnie wystraszyć.
Takie ataki zna z Białorusi. W 2020 roku jakaś Aliona wstawiła w mediach społecznościowych zdjęcie Hanny, w bikini, na Krymie, całe wieki temu. I komentarz w stylu: „Ty prostytutko, jak pojawisz się we wsi, włosy ci z głowy powyrywam za to, że przewracasz się w łóżku z moim mężem”.
Mąż Hanny bywa zazdrosny, ale przyjął to spokojnie. Hanna złożyła zawiadomienie na milicji. Milicjanci powiedzieli, że żadna Aliona nie istnieje i nie dopatrzyli się znamion czynu karalnego. – I tak było jasne, że to akcja KGB – konkluduje Hanna.
Teraz też myślała, że to KGB i t też poszła na policję. Wrzuciła potem na Facebooka zdjęcie przed komisariatem, poszła do białoruskich mediów. Oznajmiła, że wybiera się do prokuratury.
I nastała cisza. Więcej wieńców, nagrobków ani nekrologów nie było. – Czyli to chyba nie KGB. Bo oni mieliby w nosie polską policję i prokuraturę.
Na komendzie Hanna spędza cztery godziny. Policjanci próbują zniechęcić ją do złożenia zawiadomienia, bo to według nich nie są groźby podpadające pod Kodeks Karny. Na szczęście poszła z Polakiem, ten zaczął wymieniać paragrafy prawa. W końcu ją wysłuchali. W rozmowie z OKO.press policja potwierdza, że prowadzi czynności wyjaśniające w kierunku paragrafu 107 Kodeksu Wykroczeń, za złośliwe niepokojenie drugiej osoby. Na odchodne Hanna powiedziała im, „musicie się liczyć z tym, że macie w kraju białoruskich szpiegów”.
A czy w szelterze nie ma szpiegów? – pytam Hannę. Odpowiada poważnie: – Nie wiadomo, kogo reżim złamał w kolonii. Moim obowiązkiem jest ufać i pomagać ludziom.
Większym problemem niż dyskredytacja kandydatów jest jednak frekwencja. – Ludzie się boją, bo Rada Koordynacyjna ma status organizacji ekstremistycznej w Białorusi. W internecie krążą nagrania. Hanna pokazuje mi całą serię. Oto facet siedzi na krześle na jakimś komisariacie lub w KGB i tłumaczy się przed kamerą. Gada, że go omamili, zagłosował na Radę i teraz się kaja. „Pokajalne wideo”, mówi na to Hanna. Wszystkie wyglądają tak samo. – Cały Telegram jest tym zawalony. Celowo wypuszczają je teraz, żeby wystraszyć ludzi od głosowania. – Tymczasem nie ma dowodów, by były jakiekolwiek wycieki danych przy poprzednich wyborach, podkreśla Hanna. To samo mówią niezależne białoruskie media.
Głosować można na podstawie paszportu, może być przedawniony. Można głosować i z Białorusi, wystarczy VPN. – Ale nawet niech głosują tylko ci poza granicami kraju, to i tak będzie dobrze – mówi Hanna. W 2024 roku (wybory powszechne są co dwa lata) zagłosowały 6723 osoby, to 0,097 procent uprawnionych.
Jednak i zagranicą nastroje są różne. – Krytycy mówią, że Rada za mało robi i nawołują do bojkotu wyborów. Ale ja się pytam, komu będzie lepiej bez Rady? Jedynie Łukaszence. Rada to nasz protoparlament. Jakoś trzeba się uczyć tej demokracji. A jak się komuś nie podoba, co robi Rada, to niech kandyduje i zmienia ją od środka. To jest podejście psa ogrodnika, jak się mówi po białorusku. I sam nie ham, i druhomu nie dam.
Skandale też nie pomogły, zwłaszcza ten z Anżaliką Mielnikawą, przewodniczącą Rady. W marcu 2025 roku Mielnikawa zniknęła bez śladu. W rok potem prasę obiegła informacja, że Mielnikawa podobno odnalazła się, ale w Mińsku. Opublikowano nawet jej zdjęcie z klubu fitness. Razem z Mielnikawą zniknęły pieniądze przeznaczone na działalność Rady. Wniosek: pracowała dla białoruskich służb. Nie wiadomo tylko, czy od zawsze, czy zwerbowali ją niedawno. Bo wiele osób w białoruskiej diasporze dostaje oferty współpracy. Zwykła wiadomość na telefon: „Za informacje płacimy 3000 złotych”. To nie są grosze.
– My tu żyjemy wśród zagadek i znaków zapytania – mówi Hanna. Nie chce wierzyć, że Mielnikawa była agentką. – Anżalika miała tatuaż na całą rękę, na zdjęciu tego nie widać. Dziwne, że chodzi na siłownię i daje się fotografować. A jej ojciec twierdzi w rozmowie z prasą, że córka dzwoni do niego z tajnego numeru. Za dużo tu sprzeczności.
Media twierdzą, że Mielnikawa ukradła 150.000 dolarów. Ponoć kupiła dwa mieszkania, trzecie miała w planach. – Za tę sumę to co najwyżej jedno mieszkanie można kupić w Mińsku. Poza tym czemu nie pokażą jej w telewizji jak Pratasiewicza? – zastanawia się Hanna. – A może Anżalika nie żyje?
Żyje na pewno Hanna. I będzie długo żyła. To stary przesąd: kogo „pochowali“ przez pomyłkę lub uznali za zmarłego, ten będzie miał długie życie.
Mąż mówi: „To chyba nareszcie spadły ci już z oczu różowe okulary”.
Hanna: – Tak szczerze, to ja pół wieku chodziłam w różowych okularach. Jak się ma 58 lat, to już nie wypada. Może lepiej, że się stłukły.
Listopad 2025. Baba Galja czyta komentarze od widzów z Charkowa, Paryża i z Arktyki. „To chyba te pingwiny nas oglądają?”, zastanawia się. I dodaje: „Nawet nad Bajkałem oglądają, to te bardziej rozsądne”. Tylko w Białorusi nie wiadomo, bo widzowie boją się pisać komentarze. „Bo Baćko uznał nas za organizację ekstremistyczną. Niedługo będziemy terrorystkami”, tłumaczy. „Koń by się uśmiał. Dwóch starych bab się boi!“ Baby komentują premierę pierwszego humanoidalnego robota w Rosji, tego, który upadł na scenie już po paru krokach. „To w Japonii roboty robią operacje w szpitalach, a w Rosji zrobili robota Wańkę pijaka“.
Kiedyś Hanna myślała, że praca fizyczna męczy. A teraz ma porównanie. – Bo my w szelterze non stop główkujemy, jak przeżyć – mówi. Poza tym sprząta biuro dużej organizacji pozarządowej. Gdzieś trzeba zarabiać i mieć ubezpieczenie. Bo praca w szelterze jest gratis.
Na stres pomaga jej jeszcze większy wysiłek, fizyczny. Hanna nie lubi kardio, za to wyciska ciężary. Na ławce spokojnie 50 kilogramów, rumuński martwy ciąg 45. Jedną ręką podnosi 10. – To mi pomaga na stres – mówi.
Higienę psychiczną dają jej też Łukaszołki. – Tyle jest na świecie kurestwa, przepraszam za wyrażenie, że chciałoby się powiedzieć coś konkretniej. Ale ja jestem kulturalna i nie mogę. Muszę się kontrolować.
To, czego Hanna nie może powiedzieć publicznie, mówi za nią Baba Galja.
– Ta baba to mój wentyl. Ona może powiedzieć wszystko, nawet, że ten chaluj Trump robi z Łukaszenką interesy za naszymi plecami.
A że robi, to pewne. Przecież za wypuszczenie Andrzeja Poczobuta Ameryka ma zrobić z Białorusią jakiś interes. Stany mają nadzieję, że Polska przepuści transport potasu z Białorusi.
– Swoją drogą jaki jest pożytek z tego, że Poczobut wróci do Białorusi? – pyta Hanna i odpowiada – Taki sam jak z tego, że Nawalny wrócił do Rosji albo Statkiewicz odmówił wyjazdu z Białorusi.
(Mikałaj Statkiewicz, były kandydat na prezydenta Białorusi, zwolniony został z kolonii we wrześniu 2025 roku. Odstawiony na granicę z Litwą odmówił wyjazdu z kraju).
Hanna: – Pokazał siłę charakteru, no i co z tego. Wsadzili go znowu, w styczniu doznał udaru mózgu. Wypuścili go, ale to wrak człowieka, nawet nie mówi. To jest jakieś męskie ego. Nie ma z niego pożytku ani rodzina, ani opozycja, ani kraj. Bohaterstwo powinno mieć sens. Ja tego nie oceniam, ale nie widzę w tym logiki.
Hanna najpierw robiła show dla Nexty, niezależnego portalu informacyjnego w Białorusi. Program nazywał się Pałata nomer 6 (Sala Nr 6), jak w opowiadaniu Antoniego Czechowa, o szpitalu dla umysłowo chorych. Ale chciała robić coś większego. Zeszły się z drugą Hanną. Razem obgadują politykę, prostym, dosadnym językiem. Dla publiczności 50+, jak mówią. Oglądane są w wielu krajach: w Litwie, Rosji, Turcji i Kazachstanie. Baba Nina jest fanką Łukaszenki, Baba Galja ją kontruje, na tym zasadza się cały koncept. Czasem mają też gości. Była nawet Cichanouska.
Nazwa kabaretu to gra słów. Kaszołka to pleciona siatka na zakupy i nieładne określenie na starsze panie, które głosują na Łukaszenkę. Trochę jak polskie „moherowe berety“.
Subskrybentów jest mało, jakieś 5300, odsłon po 60000. To i tak dobrze. Za subskrypcję grozi w Białorusi kara. Bo te dwie baby to ekstremistki. Tak samo jak szelter i Łukaszołki są na czarnej liście. Baby czytają gazetę, komentują wiadomości w telewizji, rozprawiają o nowych pomysłach Łukaszenki i Putina. Baba Nina oddała Trumpowi swój medal Weterana Pracy i narzeka, że w Rosji zakazano słowa dupa: „Jak to tak, gdzie popatrzysz, wszędzie dupa”, komentuje. Baby tańczą, śpiewają i rozbierają się do barchanowych gaci.
Ta druga Hanna nie rozmawia z mediami. Pytam, czy dlatego, że gra babę Ninę, tę wierną Łukaszence. Po prostu nie chce. Ma bliską rodzinę w więzieniu.
Kiedy odwiedzam szelter przed przeprowadzką, kanciapa z „Ostatnią wieczerzą” jest bardziej zagracona niż zwykle. Trwa pakowanie. Pomaga nawet mąż Hanny. Pytam, gdzie trzymają portret Łukaszenki, gdy nie kręcą Łukaszołek.
– Szczerze mówiąc, spaliliśmy w ognisku – mówi Hanna. – Trzeba będzie wydrukować nowy.
Wybory się skończyły. Swój głos oddało 2113 wyborców. Hanna weszła do Rady Koordynacyjnej. Szelter działa pod nowym adresem. Na posesji będą kamery.
Hanna wciąż dostaje pogróżki. W tym tygodniu zdjęcie płyty nagrobnej, tym razem „pochowana“ została razem z mężem. Dzień później ten sam nadawca przysyła jej nagrobki córek, potem wnucząt. „Kup większą kwaterę na cmentarzu, rodzinę masz przecież sporą”, pisze rzekomy Bartek. „Wiem, że się boisz. Możesz spodziewać się gości“.
Uchodźcy i migranci
Swiatłana Cichanouska
Alaksandr Łukaszenka
Białorusini w Polsce
białoruska opozycja
Łukaszołki
reporterka, doktorka antropologii z Uniwersytetu Humboldtów, zajmuje się Europą Wschodnią i Azją Środkową. Na podstawie badań terenowych napisała książkę „Trading caterpillar fungus in Tibet” (Amsterdam University Press). Laureatka Recherchepreis Osteuropa (2024) i Gliwickiej Nagrody Literackiej (2025) za książkę „Baranie oko”, która ukaże się w Wydawnictwie Czarne. Publikowała m.in. w The Guardian, WOZ: Die Wochenzeitung, New Lines Magazine, Piśmie, Gazecie Wyborczej i Polityce.
reporterka, doktorka antropologii z Uniwersytetu Humboldtów, zajmuje się Europą Wschodnią i Azją Środkową. Na podstawie badań terenowych napisała książkę „Trading caterpillar fungus in Tibet” (Amsterdam University Press). Laureatka Recherchepreis Osteuropa (2024) i Gliwickiej Nagrody Literackiej (2025) za książkę „Baranie oko”, która ukaże się w Wydawnictwie Czarne. Publikowała m.in. w The Guardian, WOZ: Die Wochenzeitung, New Lines Magazine, Piśmie, Gazecie Wyborczej i Polityce.
Komentarze