Lekarze mają dość. Dość pracy w źle zorganizowanym, skrajnie niedofinansowanym systemie. W sobotę wychodzą na ulice. Tym razem walczą nie o własne pensje, lecz o normalność w ochronie zdrowia. Rządzący udają, że problemu nie ma. Ale bez radykalnego wzrostu nakładów, będzie jeszcze gorzej. Będziemy szybciej umierać, kolejki się jeszcze wydłużą

„My, lekarze, damy sobie radę – mówi dr Bartosz Fiałek, współorganizator protestu – Mamy kolegów w szpitalu, którzy zawsze pomogą, jak zachorujemy. A w najgorszym razie wyjedziemy pracować w Unii. Pacjenci są w gorszej sytuacji. To dla nich walczymy”.

Zapaść systemu widać w statystykach.

Przedwcześnie umieramy

Długość życia Polaków przestała się już praktycznie wydłużać. Między 2014 a 2017 rokiem wzrosła w przypadku zarówno mężczyzn jak i kobiet zaledwie o 0,2 roku. To najgorszy wynik od 26 lat.

Wskaźnik długości życia w którymś momencie zawsze przestaje rosnąć (mimo ogromnych postępów medycyny jesteśmy śmiertelni), ale w Polsce zatrzymał się on z pewnością zbyt wcześnie.

Statystyczny Polak żyje dziś 74 lata, Polka 81,8. Tymczasem mężczyźni w UE żyją przeciętnie o prawie 5 lat, kobiety o dwa lata dłużej.

W Polsce zdecydowanie za dużo ludzi umiera przedwcześnie. Pokazuje to wskaźnik przedwczesnych zgonów możliwych do uniknięcia dzięki terminowej i skutecznej interwencji medycznej. W 2015 roku był on w Polsce zdecydowanie wyższy od średniej europejskiej. W przypadku kobiet wynosił 121,5 na 100 tys. obywateli (średnia UE – 97,5). Wśród mężczyzn było jeszcze gorzej – 229 wobec średniej UE 158,2.

Jeśli uwzględnimy obie płcie łącznie, mieliśmy w Polsce 169 zgonów możliwych do uniknięcia na 100 tys. Średnio w Unii było to 127, w Szwajcarii – 75.

24 miesiące oczekiwania

Jedną z kluczowych spraw jest dostęp do specjalistów. Według danych Barometru Fundacji Watch Health Care średni czas oczekiwania na wizytę u lekarza specjalisty pomiędzy 2013 a 2019 rokiem wydłużył się u nas dwukrotnie. W październiku/listopadzie 2013 na wizytę czekało się średnio dwa miesiące, na przełomie grudnia 2018 i stycznia 2019 prawie dwa razy dłużej.

A to tylko średnia. Dostanie się do lekarzy niektórych specjalności graniczy bowiem z cudem.

Czas oczekiwania na wizytę u endokrynologa wyniósł na początku 2019 roku 24 miesiące, do kardiologa dziecięcego – 12 miesięcy.

Polacy, tak jak obywatele wielu innych krajów, coraz częściej chorują na nowotwory złośliwe (wynika to m.in. ze starzenia się społeczeństw, a rak to przede wszystkim choroba ludzi starych). O ile jednak w krajach o dobrze zorganizowanej i właściwie finansowanej ochronie zdrowia rak coraz częściej staje się chorobą przewlekłą, o tyle w Polsce skuteczność leczenia nowotworów w porównaniu z Europą spada. Według raportu NIK z 2018 w Polsce, na Węgrzech i Chorwacji notuje się najwyższy poziom umieralności na choroby nowotworowe w Europie (chodzi tu o liczbę zgonów na 100 tys.). I tak np. w przypadku jednego z najczęstszych nowotworów kobiecych – raka piersi współczynnik zgonów w latach 2010-2016 zwiększył się o 7,2 proc. (raport PZH z 2019 roku)

Psychiatria dziecięca tonie

W kraju dramatycznie brakuje lekarzy i pielęgniarek. Przyczyniło się do tego z jednej strony radykalne zmniejszenie liczby miejsc na studiach medycznych, z drugiej masowe wyjazdy pracowników ochrony zdrowia za granicę. System dziś funkcjonuje wyłącznie dzięki najmłodszym lekarzom i emerytom.

Średnia wieku pielęgniarki przekroczyła 50 lat, zaś średnia wieku lekarzy niektórych specjalności np. pediatrów to 60 lat!

O tym jak bardzo brak lekarzy (i wieloletni brak działań zaradczych w tym względzie) może odbić się na zdrowiu obywateli, najlepiej widać w psychiatrii dziecięcej. Organizacja obywatelska Watchdog Polska stworzyła niedawno raport na ten temat. Wnioski są porażające. Jedynym gwarantem miejsca w dziecięcym szpitalu psychiatrycznym jest dziś nieudana próba samobójcza. Pozostali muszą czekać. Na pobyt w 30 szpitalach ze skierowaniem czeka 626 dzieci. A przecież leczenie w takiej placówce to ostateczność.

Kilkudziesięciu psychiatrów pracuje ponad siły w przepełnionych, nielicznych oddziałach w całym kraju – wynika z raportu.

„Stajemy przed dramatycznym pytaniem: czy powiesi się nastolatek z myślami samobójczymi odesłany ze szpitalnej izby przyjęć do domu, czy ten przyjęty na oddział, któremu nie będziemy w stanie zapewnić opieki?” – mówił kilka miesięcy temu prof. Tomasz Wolańczyk z Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Warszawie.

Cała załoga prowadzonego przez niego oddziału złożyła wymówienia. 1 kwietnia 2019 odeszli i to nie ze względu na niskie płace, lecz z powodu warunków pracy, które były dla nich nie do przyjęcia i zagrażały bezpieczeństwu lekarzy i pacjentów.

Porozumienie 2018, czyli rozczarowanie

W lutym 2018 roku rezydenci z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy (OZZL) podpisali porozumienie z Ministrem Zdrowia Łukaszem Szumowskim. Zakładano m. in. podwyżki dla rezydentów i specjalistów. Szczególnie istotnym zapisem była decyzja o wzroście nakładów na ochronę zdrowia w Polsce. Miała ją zagwarantować specjalna ustawa. Ustalono, że nakłady będą rosły stopniowo i w roku 2024 osiągną 6 proc. PKB (początkowo rezydenci zabiegali o 6,8 proc.).

Ustawę uchwalono w lipcu 2018 jednak rząd zastosował trik i planując wydatki na zdrowie liczy je według PKB sprzed dwóch lat. Ten zgrabny zabieg pozwolił państwu zaoszczędzić w tym roku 7,6 (według innych wyliczeń nawet 10) mld zł na zdrowiu obywateli. Rezydenci oceniają, że w związku ze sposobem liczenia „n – 2” nakłady w 2024 sięgną zamiast obiecanych 6 proc. – 5,33 proc. PKB.

Wydatki na zdrowie wprawdzie rosną, ale dzieje się tak wyłącznie za sprawą wzrostu płac w gospodarce, a zatem i dochodów ze składek płaconych z naszych pensji. Niedawno zwiększono plan finansowy NFZ na ten rok o 4 mld 136 mln zł. chwaląc się jednocześnie, iż nakłady po raz pierwszy przekroczą 100 mld zł.

Nie dodano, że dodatkowe pieniądze pochodzą również z naszych składek (w tym m.in. majowej trzynastki dla emerytów), a poza tym, że starczą na zatkanie największych dziur w systemie. Na porządną naprawę nie ma co liczyć.

Jasnych punktów prawie brak

System ledwo zipie od lat. W polskiej ochronie zdrowia trudno nawet wskazać jakiekolwiek jasne punkty (choć naturalnie mamy wielu świetnych, oddanych pacjentom lekarzy). Do niedawna takim punktem była kardiologia. W Polsce udało się doprowadzić do tego, że bardzo spadła umieralność z powodu zawałów. Za tym sukcesem stał oczywiście duży wysiłek merytoryczny i organizacyjny polskich kardiologów, ale przede wszystkim jednak stały pieniądze. NFZ po prostu świetnie wycenił procedurę inwazyjnego badania naczyń wieńcowych (tzw. koronarografię), kluczowej procedury w diagnostyce i leczeniu świeżego zawału.

W efekcie jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać punkty, w których można było przeprowadzać ww. badanie i od razu leczyć pacjentów. Dziś koronarografia wyceniana jest już znacznie słabiej i możemy obawiać się, że wkrótce odbije się to na statystykach.

Innym jasnym punktem na mapie polskiej służby zdrowia jest być może opieka hospicyjna. Choć i tu ograniczenia finansowe są duże, a wiele świetnie funkcjonujących polskich hospicjów działałoby znacznie gorzej, gdyby nie pomoc osób wpłacających 1 proc. podatku, bądź wspierających hospicja w inny sposób.

Nikt za mnie nie zawalczy

W manifestacji lekarzy 1 czerwca chodzi o warunki pracy, o normalność w polskiej ochronie zdrowia, o bezpieczeństwo.

Maria Kłosińska, jedna z wiceprzewodniczących Porozumienia Rezydentów OZZL tak tłumaczy na Facebooku swój przyjazd do Warszawy na protest:

„Hej,

na pierwszą manifestację, 3 lata temu, w nocy rysowałam dla dzieci transparent.

Teraz dzieci narysują (i napiszą😮) go same.

Minęło tyle czasu, jesteśmy wiele kroków dalej, choć czasem czuję jakby nas hamowano tak bardzo, że stoimy w miejscu.

1 czerwca znów będziemy.

Nie mam złudzeń. Lubię zawód lekarza, ale nikt za mnie nie zawalczy o lepsze warunki jego wykonywania w Polsce. Nie chce mi się za polityków tłumaczyć pacjentom, dlaczego jest taka kolejka, że inne opcje leczenia nie są dostępne „teraz”/ „na NFZ”/ „nie w Polsce”.

Zwłaszcza, że nie ma na to czasu, a sporo pacjentów i tak mi nie uwierzy lub nie zrozumie.

Przyjeżdżam dla siebie, dla swojej rodziny. Przyjadę, bo inni nadal walczą, bo wszystkiego (zwłaszcza drobnych, ale istotnych spraw) trzeba pilnować, bo czytam, że nie każdy z nas kto powinien, otrzymał należną podwyżkę. Przyjeżdżam, bo jeżeli nasza obecność ma stymulować społecznie zaangażowanych lekarzy do kontynuowania tej walki, to warto, bo my już dobrze wiemy, że nic „samo z siebie” się nie zmieni. Nie chcę by moja nieobecność zaprzepaściła to, co się już udało wywalczyć.

Przyjadę, bo niektóre historie pacjentów i ich rodzin mogłyby się potoczyć inaczej, gdyby nie ten chory system, a sama na co dzień nic nie mogę z tym zrobić. W końcu to tylko jedna sobota, paręset kilometrów”.

Idę na manifestację jako jedyna

„Nasza manifestacja jest m.in. po to, byśmy policzyli miecze i zorientowali się ilu nas jest i jak w związku z tym możemy prowadzić dalszą walkę przed wyborami parlamentarnymi”

– mówił OKO.press niedawno dr Bartosz Fiałek, przewodniczący Regionu Kujawsko-Pomorskiego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy.

Niestety, manifestacja może wcale nie być tak liczna. OZZL nie jest silną organizacją. Należy do niej zaledwie 10 proc. lekarzy („w krajach, gdzie wykonywanie zawodu lekarza jest i opłacalne, i ergonomiczne, i bezpieczne, uzwiązkowienie sięga 50-70 proc.” – pisze na FB dr Fiałek).

W ochronie zdrowia pracuje wiele grup zawodowych – lekarze, pielęgniarki, położne, fizjoterapeuci, diagnostycy medyczni, administracja, dietetycy, psycholodzy, logopedzi, technicy, salowe, ratownicy medyczni. Każda z tych grup ma nieco odmienne interesy i rząd (nie tylko zresztą obecny) bardzo umiejętnie to wykorzystuje. Protesty na ogół dotyczą tylko jednej z grup, a z mniejszą liczbą protestujących łatwiej się uporać i coś im obiecać.

Różne interesy zdarzają się nawet w obrębie jednej grupy zawodowej. I tak np. młodzi lekarze są w zupełnie innej sytuacji niż specjaliści. Ci pierwsi jeszcze się buntują, zależy im, są też na dorobku. Ci drudzy natomiast całkiem nieźle urządzili się w kiepskim systemie. Dobrze zarabiają, ci którzy mają prywatną praktykę, często wręcz świetnie i ani im w głowie wychodzenie na ulicę.

„Pytałam kolegów ze szpitala kto z nich wybiera się na manifestację 1 czerwca” – mówi OKO.press lekarka z długim stażem z jednej z dziecięcych placówek w Warszawie. „Okazało się, że jestem jedyna”.

Solidarność zagrożona

Podziały wśród pracowników ochrony zdrowia na pewno nie ułatwia walki o radykalną zmianę. Dobrą wiadomością jest to, że w manifestacji 1 czerwca wezmą udział przedstawiciele Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych (OZPSP). Dyrektorzy tych placówek teoretycznie stoją po drugiej stronie barykady. Zatrudniają pracowników, negocjują z nimi stawki. Oni jednak też są coraz bardziej zdesperowani z racji warunków, w jakich przyszło im pracować.

„Rząd chciałby zamknąć 150 szpitali powiatowych, ale nie ma odwagi powiedzieć tego wprost” – mówił niedawno OKO.press Bogumił Kurowski, dyrektor zarządu Szpitala Powiatowego w Nowym Mieście Lubawskim. Dyrektor Kurowski wraz z kilkoma osobami ze swojego szpitala wybiera się 1 czerwca do Warszawy. „Mam nadzieję, że ludzi będzie tak dużo, że się nie spotkamy” – powiedział nam dwa dni przed manifestacją. Oby.

„Z oburzeniem zauważamy, że jako jedyna grupa w ochronie zdrowia domagamy się pieniędzy nie dla siebie, a dla leczonych w szpitalach chorych oraz na realizacje obietnic płacowych ministra, tymczasem zarówno przez Ministerstwo Zdrowia, jak i Narodowy Fundusz Zdrowia, traktowani jesteśmy jak natarczywi żebracy” – czytamy w stanowisku Zarządu OZPSP z 17 maja 2019.

Do 15 lat więzienia

„My lekarze damy sobie radę” – mówi wspomniany dr Bartosz Fiałek, jeden z – jak go nazywam – „wojowników”, któremu chce się poświęcać własny czas dla walki o sprawę.

„My lekarze mamy kolegów w szpitalu, którzy zawsze pomogą, jak zachorujemy. A w najgorszym razie wyjedziemy pracować w Unii. Pacjenci są w gorszej sytuacji. To dla nich walczymy” – mówi dr Fiałek.

Dlatego organizatorzy protestu gorąco namawiają pacjentów, a więc tak naprawdę nas wszystkich, do przyłączenia się do manifestacji.

Władze od dawna rozbijają solidarność lekarzy i pacjentów. Tych pierwszych przedstawia się jako pazernych, niedouczonych, działających często na szkodę chorych. Wystarczy wspomnieć głośne słowa Zbigniewa Ziobry z 2007 roku. „Już nikt nigdy przez tego pana pozbawiony życia nie będzie”.

Dziś Ziobro wziął się za aktualizację kodeksu karnego i proponuje zmianę art. 155 kk, zwiększającą karę za nieumyślne spowodowanie śmierci człowieka z dotychczasowych trzech miesięcy do 5 lat więzienia na rok do 10 lat więzienia. Ponieważ kar powyżej roku nie można warunkowo zawieszać, dlatego lekarz skazany z tego paragrafu pójdzie siedzieć.

Ziobro chce też wprowadzenia nowego przepisu, który zakłada karę od dwóch do 15 lat więzienia dla kogoś, kto nieumyślnie spowoduje śmierć więcej niż jednej osoby. Tą nowelizacją zaniepokoili się szczególnie ginekolodzy-położnicy odpowiadający za życie dwóch osób – matki i dziecka.

Ministerstwo Zdrowia nie miało uwag do propozycji Ziobry. W maju nowy kodeks był procedowany w Sejmie i w Senacie, ostateczna wersja czeka na akceptację posłów.

30 maja Ministerstwo Sprawiedliwości przekonywało, że zmiana przepisu ma nie dotyczyć lekarzy, lecz pospolitych przestępców. MS podkreśliło także, że błąd medyczny nie musi (ale może!) być kwalifikowany jako nieumyślne spowodowanie śmierci.

Jakoś to będzie

Kwestia zaostrzenia kar, która może dotknąć środowisko lekarskie (a także nas – pacjentów, ponieważ lekarze będą zmuszeni się dodatkowo ubezpieczyć, a my wszyscy za to zapłacić) z pewnością będzie podnoszona podczas manifestacji.

Ale – powtórzmy – główny nacisk idzie na poprawę systemu. Radykalną poprawę finansową, ponieważ bez pieniędzy, i to dużych, sytuacji nie da się zmienić. To z czym borykamy się dziś, to efekt wieloletnich zaniedbań. Praktycznie wszystkie rządy po 1989 roku uważały, że z ochroną zdrowia „jakoś to będzie”. Ustalono bardzo niską wysokość składki zdrowotnej, oszczędzano na czym się da – na lekach, na kształceniu kadr, na sprzęcie. Zezwolono na rozwój sektora prywatnego, dziś spełnia on ważną rolę w systemie. Ale:

  • po pierwsze „zassał” on wielu dobrych lekarzy, którzy odeszli z publicznego sektora,
  • po drugie licznych obywateli na niego nie stać,
  • wreszcie po trzecie w razie naprawdę poważniej choroby i perspektywy naprawdę dużych wydatków pacjent i tak trafia do publicznej ochrony zdrowia.

PiS dbając w tej kadencji o „zwykłych obywateli” w kwestii zdrowia zrobił tyle co nic. Trudno za wielką pomoc uznać wprowadzenie bezpłatnych leków dla osób 75+ (lista tych leków jest ograniczona, inne kraje wprowadziły ulgi dla wszystkich emerytów, itd.). Choć trzeba też oddać sprawiedliwość, że ten rząd był pierwszym, który w ogóle zajął się tym problemem.

Trudno też za sukces uznać zapowiadane szumnie w kampanii zmiany w polskiej onkologii. Miał powstać Narodowy Instytut Raka, a skończyło się na kosztownym i mocno oprotestowanym przez specjalistów pilotażu ds. sieci onkologicznej. Rząd przygotowuje strategię walki z nowotworami odrzuciwszy poprzedni gotowy dokument, bo powstał za PO.

Lekarze sami nie dadzą rady

W piątce PiS w ogóle nie wspomniano o zdrowiu uznając, że w ten sposób nie pozyska się głosów wyborców.

Ale bez odważnej politycznej decyzji na zmianę – jak wspomniałem – nie ma szans. Lekarze sami jej nie wywalczą. Pomóżmy im choćby we własnym interesie. Najbliższa okazja 1 czerwca (zbiórka o 13:00 przed siedzibą Ministerstwa Zdrowia przy ul. Miodowej 15 w Warszawie, stamtąd przemarsz Traktem Królewskim i ul. Wiejską przed siedzibę Sejmu).

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”, założył tam dział nauki i napisał ok. 1000 tekstów. Niedawno przepracował 3,5 roku w Ambasadzie RP w Waszyngtonie zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami, a Polską. W OKO.press redaguje i pisze.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym