0:00
Prawa autorskie: AFPAFP
01 marca 2022

12 rosyjskich błędów. Dlaczego początek wojny w Ukrainie okazał się blamażem Rosjan? [ANALIZA]

Rosjanie sądzili, że poradzą sobie z Ukrainą błyskawicznie kosztem bardzo małych strat. Tymczasem, zamiast po prostu zająć kraj, znaleźli się na wojnie, która stała się już dla rosyjskich żołnierzy piekłem. Oto, jakie błędy zaprowadziły ich do tego punktu

Wydrukuj

Kiedy Charków znalazł się pod regularnym ostrzałem artylerii rakietowej, a pod Kijowem w ponad sześćdziesięciokilometrowym korku stoją rosyjskie kolumny szykujące się do szturmu lub oblężenia miasta, może nam się wydawać, że nie pora analizować błędy jednej z najpotężniejszych armii na świecie.

A jednak Rosjanie dopiero teraz zaczynają się otrząsać z pierwszego szoku i przechodzić do działań, które mogą realnie zagrozić ukraińskiej obronie.

Przez pierwszych pięć dni wojny, broniący się Ukraińcy urządzili im piekło. Dalsze próby zmiażdżenia ukraińskiej obrony oznaczałyby dla Rosjan naprawdę gigantyczne straty w ludziach i sprzęcie. Obserwowana od poniedziałku zmiana taktyki i skupienie się na obleganiu i ostrzeliwaniu ukraińskich miast oznacza, że do Rosjan zaczęło docierać, jak trudna dla nich stała się ta wojna.

Oto 12 błędów, które skończyły się upokorzeniem rosyjskiej armii i Władimira Putina.

1. Rosjanie wybrali się na całkiem inną wojnę

Trzon rosyjskiego kontyngentu zgromadzonego przed rozpoczęciem wojny u granic Ukrainy stanowiły siły specjalne i wojska powietrznodesantowe. Zarazem cały kontyngent był znacząco za mały jak na reguły pełnoskalowej wojny konwencjonalnej, nakazujące agresorowi zgromadzenie wyraźnej przewagi, zapewniającej mu dominację nad obrońcami.

Gromadzone przez całą zimę wokół granic Ukrainy rosyjskie siły lądowe składały się z dwóch głównych komponentów.

Pierwszym były wojska pancerne i zmechanizowane – z których większość stanowiły siły dywizji zaliczanych przez siły zbrojne FR do gwardyjskich, czyli stanowiących elitę tej części rosyjskiej armii.

Drugim – równie istotnym (i liczebnie znaczącym w relacji do sił pancernych i zmechanizowanych) – były wojska powietrznodesantowe, piechota morska oraz siły specjalne – do których dla uproszczenia zaliczamy i specnaz, i najemników z tzw. grupy Wagnera, i część czeczeńskich rosgwardzistów zaprawionych w brutalnym zwalczaniu oddziałów. Rosjanie skierowali tu znaczną część najbardziej elitarnych jednostek swojej armii

Łącznie było to około 150 tysięcy żołnierzy (do których można doliczyć kilkudziesięciotysięczne siły separatystów z „republik” Donbasu, co da nam często spotykaną w mediach liczbę 190 tysięcy) – czyli o 80 tysięcy mniej, niż wynosiła nominalna liczebność armii ukraińskiej w momencie rozpoczęcia przez Rosjan agresji.

Bardzo wyraźnie pokazuje to nam, że Rosjanie szykowali się nie do regularnej wojny, ale do kolejnej operacji specjalnej według doktryny przyjętej w Rosji za czasów Putina – kompletnie odmiennej od planów wielkiej inwazji na Europę z okresu zimnej wojny.

Zgodnie z tą nową rosyjską doktryną, Rosjanie byli przygotowani do przeprowadzenia operacji specjalnej w warunkach konfliktu asymetrycznego – w dużej mierze podobnej do tych, jakie prowadzili przeciwko Czeczenii, Gruzji, czy przeciwnikom reżimu Assada w Syrii – a nawet jeszcze w czasach sowieckich w Afganistanie.

Rosjanie nie byli natomiast przygotowani do pełnoskalowej wojny konwencjonalnej, której – jak się okazało – musieli sprostać na Ukrainie. Dopiero w najbliższym czasie okaże się zresztą, czy w ogóle są do niej przygotowani.

2. Pułapka doktryny „operacji specjalnych”

Rosjanie mieli prawo trochę zapomnieć, jak wygląda prawdziwa wojna. Po raz ostatni przecież Rosja realnie uczestniczyła w takiej wojnie konwencjonalnej w latach 1941-1945.

Choć przez większość okresu zimnej wojny głównym elementem sowieckiej doktryny wojskowej było szykowanie się do zalania Europy dywizjami pancernymi, szczęśliwie dla świata nigdy do tego nie doszło. A wojny, w których najpierw Związek Radziecki, a następnie Rosja uczestniczyły, były wyłącznie interwencjami zbrojnymi (jak na Węgrzech w roku 1956 albo w Czechosłowacji w roku 1968) lub konfliktami asymetrycznymi – jak wojna prowadzona przez ZSRR w Afganistanie – zakończona wycofaniem się sowieckich żołnierzy w 1989 roku.

W czasach po upadku ZSRR Rosja uczestniczyła już wyłącznie w konfliktach asymetrycznych – w których jej zaangażowanie zbrojne ograniczało się do przeprowadzania operacji specjalnych w celu osiągnięcia założonych celów. Regułą w tym była zawsze gigantyczna dysproporcja sił i potencjałów zbrojnych obu stron.

Prowadząc obie wojny w Czeczenii i atakując Gruzję, a nawet zwalczając bojowników Państwa Islamskiego i syryjskich rebeliantów, rosyjska armia zawsze atakowała wielokrotnie słabszego przeciwnika.

I zawsze robiła to ograniczonymi siłami, nie angażując wiele ponad to, co było niezbędne do rzucenia przeciwnika na kolana, stawiając na przewagę w powietrzu i jakość swych sił specjalnych. Podobnie rzecz się miała również podczas ostatniej rosyjskiej operacji specjalnej – przeprowadzonej w 2014 roku na Ukrainie. Właśnie to ostatnie doświadczenie mogło być dla Rosji szczególnie mylące w ostatnich miesiącach, gdy szykowała się do kolejnej napaści na ten kraj.

3. Pycha płynąca z doświadczenia z 2014 roku

Rosjanie przyzwyczaili się też do myśli, że Ukraina to trwale niezdolny do poważniejszej obrony przeciwnik. Mieli do tego zresztą pewne – choć dawno zdezaktualizowane – podstawy.

Operacja specjalna przeciwko Ukrainie z 2014 roku, zakończona aneksją Krymu i utworzeniem separatystycznych „republik”, powiodła się generalnie zgodnie z założeniami Kremla. Rosja skromnymi siłami, niskim kosztem i z bardzo małymi stratami zdołała w niej szybko osiągnąć większość celów.

Choć zapewne Kreml liczył wtedy na oderwanie od ukraińskiego państwa większej części Donbasu niż ta, która ostatecznie pozostała w rękach separatystów, dla Rosji zdecydowanie najważniejsza była aneksja Krymu.

Fakt, że udało się do niej doprowadzić za pomocą samych słynnych „zielonych ludzików” – będących w gruncie rzeczy żołnierzami elitarnych jednostek i najemnikami w nieoznakowanych mundurach, niemal bez angażowania regularnej armii i niemal bez walki, mógł utwierdzać przez kolejne lata rosyjskich planistów, że coś podobnego będzie na Ukrainie możliwe zawsze.

Nie, nie powinniśmy zakładać, że rosyjski wywiad składa się z idiotów. Z całą pewnością przynajmniej część analityków zwracała swoim przełożonym uwagę na fakt, że w Ukrainie nastąpiły istotne przemiany.

Ale z jakichś przyczyn – nad którymi pewnie przez dekady będą zastanawiać się historycy – zwyciężyło przekonanie, że Ukraina jest pozbawiona zdolności i woli do efektywnej obrony. Był to niezwykle kosztowny błąd.

4. Niezrozumienie skutków ukraińskiej traumy 2014 roku

Rosjanie najwyraźniej nie zrozumieli, że dla ukraińskiego społeczeństwa – ale także kształtujących się nowych elit politycznych Ukrainy – wojna 2014 roku była traumą i upokorzeniem, ale inną, niż myśleli architekci inwazji z Kremla. Ukraińcy nie zostali złamani i pozbawieni nadziei na szansę wygranej w przyszłości z rosyjską potęgą. Przeciwnie, cały swój przyszły wysiłek związany z obronnością kraju skupili na tym, by osiągnąć zdolność do powstrzymania ewentualnej kolejnej rosyjskiej inwazji.

Od 2014 czasu armia ukraińska była więc nieustannie modernizowana i wzmacniana, co odbywało się zresztą wielkim - w sensie wysiłku finansowego i społecznego - kosztem dla Ukrainy.

Działo się tak za prezydentury Petra Poroszenki i już w czasach Wołodymyra Zełenskiego. Armia ukraińska jeszcze w pierwszym etapie wojny z „republikami” separatystów w Donbasie, rozbudowała swą liczebność do około 230 tysięcy żołnierzy. Pamiętajmy przy tym, że na Ukrainie przez długie lata trwała wojna o Donbas – w której brały udział kolejne roczniki ukraińskich poborowych.

Dziś więc 300-400 tysięcy ukraińskich młodych mężczyzn (z których część została w szeregach ukraińskiej armii) ma więc za sobą doświadczenie bojowe z wojny w Donbasie. To ludzie, którzy znajdowali się już w życiu pod ciężkim ostrzałem, nocowali w okopach, uczestniczyli w zażartych często wymianach ognia z separatystami, widzieli rannych i martwych kolegów, nauczyli się żyć ze świadomością zagrożenia śmiercią.

5. Zignorowanie modernizacji ukraińskiej armii

Przeświadczeni o własnej potędze, rosyjscy planiści przegapili też najwyraźniej fakt, że Ukraińcy zadbali o dozbrojenie swojej armii.

Modernizowali na sporą skalę posowieckie czołgi T-64, T-72 i T-80 do znośnych współczesnych standardów, zapewniających im szanse efektywnej konfrontacji z rosyjskim sprzętem pancernym. Modernizacje polegały m.in. na wyposażeniu ich w pancerze reaktywne, nowe systemy łączności, celowania i kierowania ogniem. Dziś to właśnie te zmodernizowane czołgi są dla Ukraińców najcenniejsze.

Bardzo istotna była też kwestia broni przeciwpancernej – zwłaszcza tej ręcznej, która daje szansę przeciwstawiania się rosyjskim czołgom dobrze wyszkolonej ukraińskiej piechocie. Tu działo się wiele. Ukraińcy produkowali własne – zdaniem ekspertów efektywne i nowoczesne – pociski przeciwpancerne kierowane Korsa i Stugna. W przededniu wojny zakupili też kilkaset kierowanych pocisków przeciwpancernych Javelin, należących do najlepszych broni produkowanych w tym segmencie w skali świata, kolejne – również w przededniu wojny - dostali od krajów NATO. Ukraińcy otrzymali - najprawdopodobniej również jeszcze przed wojną - dostawę nieznanej liczby groźnych dla rosyjskich czołgów i prostych w obsłudze jednorazowych wyrzutni pocisków przeciwpancernych NLAW.

Ukraińcom udało się również stworzenie własnego nowoczesnego systemu rakiet do zwalczania okrętów. To pociski Neptun, których dwie baterie (tyle udało się dotąd Ukraińcom wprowadzić do służby) strzegą obecnie Odessy i (prawdopodobnie) Mikołajowa, utrudniając w ich bezpośredniej bliskości operowanie rosyjskiej floty czarnomorskiej.

Sporo inwestowano też w obronę przeciwlotniczą. Były to zakupy na tyle skuteczne, że zupełną mrzonką okazało się rosyjskie założenie, że Ukraińców da się pozbawić ochrony przed atakiem z powietrza.

Ukraińcy kupili wreszcie także tureckie drony bojowe Bayraktar TB-2. To spore maszyny, fizycznie trochę przypominające słynne amerykańskie Reapery. Ukraina regularnie używa ich w wojnie, niszcząc za ich pomocą rosyjskie konwoje, a nawet drogie, nowoczesne i cenne dla Rosjan zestawy rakiet przeciwlotniczych BUK.

6. Papierowy plan "blitzkriegu"

Rosjanie źle zaplanowali początek operacji i to właśnie dlatego pierwszy dzień wojny okazał się ich kompletną porażką. Rosyjski plan „blitzkriegu”, jakim miała być kolejna „operacja specjalna” w Ukrainie, zakładał przede wszystkim błyskawiczne opanowanie Kijowa.

Rosjanie zamierzali to rozegrać mniej więcej tak, jak przeprowadzili interwencję w Kabulu w 1979 roku.

Desant sił specjalnych ze śmigłowców wsparty ogniem śmigłowców szturmowych i lotnictwa oraz uderzeniem rakiet manewrujących miał za zadanie opanować ogromne lotnisko Antonow w podkijowskim Hostomlu. Następnie miały tam lądować Iły-76 wypełnione wojskami spadochronowymi z 98. Świrskiej Dywizji Powietrznodesantowej Gwardii i 76. Czernichowskiej Dywizji Desantowo-Szturmowej Gwardii, które miały błyskawicznie zająć przynajmniej część Kijowa i utrzymać ją do nadejścia głównego uderzenia z północy – tego poprowadzonego z Białorusi, między innymi przez okolice elektrowni jądrowej w Czarnobylu.

Rosyjskie uderzenia rakietowe i z powietrza nie spełniły jednak swej roli, Ukraińcy zachowali całkiem sporą zdolność do obrony przeciwlotniczej.

Podczas rosyjskiego desantu na lotnisko w Hostomlu zestrzelili kilka śmigłowców – w tym najcenniejsze dla Rosjan szturmowce Ka-52 Aligator - a następnie po kilkugodzinnych zaciętych walkach wyparli Rosjan z lotniska. Potem Rosjanie po raz kolejny je zdobyli (i utrzymują do teraz), ale ukraińska artyleria zniszczyła pasy startowe – co sprawiło, że Iły ze spadochroniarzami nie mogły wylądować na czas. Razem ze spowalnianiem natarcia z północy całkowicie udaremniło to rosyjski plan błyskawicznego opanowania Kijowa.

Jednocześnie zaś Rosjanie natrafili na bardzo zacięty ukraiński opór wzdłuż całej wschodniej granicy kraju. Tam Ukraińcy bronili się na dobrze przygotowanych pozycjach i w pierwszych dniach wojny niemal trzymali Rosjan w miejscu pozwalając im na co najwyżej kilkudziesięciokilometrowe postępy.

7. Brak planu B

Rosjanom zabrakło też elastyczności w reagowaniu na ukraińską obronę. Już pierwszy dzień ukraińskiej obrony kraju całkowicie przekreślił rosyjskie szanse na przeprowadzenie operacji według jej pierwotnego planu. Zarazem okazało się, że Rosjanie nie mają planu B – a przynajmniej nie mają takiego, który odpowiadałby napotkanym na polu walki realiom.

Przede wszystkim nie potrafili zmienić taktyki napotykając na gwałtowny, zorganizowany i zarazem bardzo skuteczny opór ukraińskiej armii.

Zamiast zewrzeć szyki i skupić na działaniach ofensywnych typowych dla pełnoskalowej wojny nadal – przez kilka długich i bardzo dla nich kosztownych dni prowadzili próby wjeżdżania na kilkadziesiąt kilometrów w głąb Ukrainy niewielkimi grupami bojowymi – często liczącymi po kilkanaście pojazdów. Był to łatwy cel dla ukraińskich manewrów i zasadzek – a niekiedy nawet uderzeń z powietrza. Szlaki rosyjskiej armii szybko zaczęły znaczyć wraki rosyjskich czołgów i transporterów opancerzonych.

Już drugiego dnia wojny – a trzeciego na wielką skalę – zaczęły się także ujawniać rosyjskie problemy logistyczne.

W wielu różnych rejonach ukraińskiego pogranicza Rosjanie zaczęli porzucać nie tylko pojedyncze pojazdy pancerne i opancerzone, ale całe ich kolumny – ze względu na brak dostaw paliwa (a czasem również części zamiennych do pojazdów lub amunicji). Wynikało to z tego, że Rosjanie nie przygotowali zaplecza realnych działań wojennych – trochę tak, jakby zakładali, że po łatwym zajęciu kraju, paliwo wezmą sobie ze stacji benzynowych lub spokojnie dowiozą cywilnymi ciężarówkami.

Tymczasem Ukraińcy po przejściu Rosjan błyskawicznie odtwarzali obronę na ich tyłach – w oparciu o obronę terytorialną i manewry pomiędzy rosyjskimi liniami – i przecinali im drogi zaopatrzenia.

8. Blamaż sił specjalnych

Rosjanom nie wyszło nawet to, co miało być niekłamanym atutem wprawionej w „operacjach specjalnych” armii. W pierwszej fazie wojny stracili wielu żołnierzy wojsk powietrznodesantowych i sił specjalnych – te straty będą – ze względu na długotrwały proces szkolenia odtwarzać przez lata.

Działo się tak, ponieważ żołnierzy cennych elitarnych jednostek wykorzystywano w kompletnie niefrasobliwy sposób. Lekko uzbrojone kolumny wojsk WDW, czyli spadochroniarzy, zamiast zaskakiwać Ukraińców szybkością działania i z zaskoczenia zajmować obiekty strategiczne i punkty obronne, stawały się dla ostrzelanych i dobrze uzbrojonych żołnierzy ukraińskich łatwym celem.

Zupełnie nie sprawdziły się też grupy dywersyjno-sabotażowe złożone z najemników z Grupy Wagnera i żołnierzy specnazu.

Część z nich – zgodnie z jeszcze zimnowojenną doktryną doskonaloną przez okres panowania Putina – przenikała do ukraińskich miast na długie tygodnie przed rozpoczęciem rosyjskiej agresji. Gdy to jednak nastąpiło, zamiast skrycie likwidować członków ukraińskich władz albo wysadzać elementy infrastruktury krytycznej, ci przebrani, udający cywili zawodowi zabójcy i sabotażyści, wpadali w ręce ukraińskich sił porządkowych – przyczyniając się też w ten sposób do wzmacniania morale ukraińskiej obrony cywilnej.

9. Niezrozumienie ukraińskiej obrony

Rosjanie całkowicie nie docenili również jakości ukraińskiej obrony oraz poziomu jej zorganizowania i dowodzenia nią. Ukraińskie siły regularne bronią się zarówno pozycyjnie jak manewrowo.

Choć są odcinki frontu (na przykład w Donbasie), gdzie realia przypominają pole walki II wojny, z okopami i umocnieniami oraz niemal nieprzerwanym ostrzałem, to jednocześnie ukraińska obrona bardzo często opiera się na selektywnym zwalczaniu rosyjskich kolumn pancernych.

Ukraińcy pozwalają rosyjskim kolumnom zapędzać się na kilkanaście do kilkudziesięciu kilometrów w głąb kraju, a następnie zatrzymują je czy to własnymi siłami pancernymi, czy to z użyciem przeciwpancernych pocisków kierowanych. Ta taktyka sprawdza się nawet po sześciu dniach ciężkich walk.

Blamaż Rosjan polega też na tym, że przy ich gigantycznej przewadze w powietrzu Ukraina wciąż zachowuje zdolne do działania lotnictwo.

Dotyczy to zarówno samolotów załogowych, jak i dronów Bayraktar TB2. Te ostatnie były już wielokrotnie wykorzystywane do wykonywania uderzeń na rosyjskie siły w różnych rejonach Ukrainy.

Bardzo źle poszły również Rosjanom próby neutralizacji ukraińskiej obrony przeciwlotniczej. Wciąż efektywnie działa ona w dużych miastach – w Kijowie regularnie zestrzeliwuje nawet pociski balistyczne i manewrujące. A jednocześnie ukraińskie jednostki liniowe mają dużo ręcznych wyrzutni pocisków. Sprawia to, że Rosjanie wciąż - w obawie przed utratą samolotów i śmigłowców – nie są w stanie w pełni wykorzystać przewagi powietrznej.

10. Zlekceważenie cywili z koktajlami Mołotowa

Ukraińskie społeczeństwo jest w bardzo wysokim stopniu zmotywowane do walki z najeźdźcami.

W ukraińskich miastach obywatelom wydawana jest broń, powstały również niezliczone społeczne wytwórnie koktajli mołotowa i innych improwizowanych środków walki. W wielu punktach ukraińskiej obrony były już one używane. Ale ukraińska obrona cywilna i terytorialna nie ogranicza się do stawiania straceńczego oporu.

Bardzo ciekawy jest przypadek ukraińskiego miasta Sumy, w którym - po zajęciu (po ciężkich walkach) przez rosyjską armię i następnie po przejściu przez nie głównych rosyjskich sił - natychmiast odtworzyły się sprawne struktury obrony terytorialnej. Po kolejnych ciężkich walkach wyparły one Rosjan z miasta i w ten sposób odcięły im linie zaopatrzenia.

To również żołnierze obrony terytorialnej wsparci niewielkimi siłami wojsk regularnych odparli Rosjan próbujących przebić się do Kijowa ze wschodu. Miało to miejsce w rejonie Pryłuków, a zakończyło się wycofaniem resztek zatrzymanej przez obrońców rosyjskiej kolumny.

11. Zachód miał spać

Rosjanie nie brali wreszcie pod uwagę skali wsparcia, jakiego ostatecznie zdecydował się udzielić Ukrainie zachód.

Rozległe sankcje miażdżą w tej chwili Rosję gospodarczo – stawiając ją w obliczu gigantycznego kryzysu – co doskonale tłumaczy w OKO.Press Bartosz Kocejko. My jednak skupmy się na wsparciu w postaci dostaw uzbrojenia. Zadeklarowana przez kraje Zachodu już po rozpoczęciu wojny pomoc sprzętowa dla Ukrainy oznacza wręcz gigantyczne wzmocnienie potencjału obronnego ukraińskiej armii, jeśli chodzi o walkę z czołgami i samolotami. Choć dostawy potrwają jeszcze kilka dni, gdy broń już dotrze na ukraińskie pozycje, drastycznie pogorszy to rosyjską sytuację.

Dostawy są bowiem naprawdę masowe.

Do Ukrainy zostanie wysłanych ponad 10 tysięcy sztuk broni przeciwpancernej – w tym zarówno granatniki przeciwpancerne jak i pociski kierowane. Ukraina otrzyma też łącznie kilka tysięcy odpalanych z ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych amerykańskich rakiet Stinger – choć leciwych, to wciąż bardzo skutecznych na polu walki. Część z nich została przystosowana do zwalczania dronów. Wśród wysyłanych do Ukrainy wyrzutni i pocisków przeciwlotniczych są też polskie Gromy i Pioruny – te ostatnie są na tyle nowoczesne, że były prowadzone przymiarki do zaoferowania ich Stanom Zjednoczonym jako potencjalnych następców Stingerów.

Unia Europejska obiecała również Ukrainie przekazanie jej samolotów myśliwskich.

To łącznie około 70 samolotów (głównie MiG-29, ale także Su-25), które oddały ze swych zasobów Polska, Bułgaria i Słowacja. Pamiętające jeszcze sowieckie czasy Migi i Su są jedynymi samolotami w Unii, które mogą pilotować rosyjscy piloci – używają tych samych maszyn (choć w nieco innych wersjach).

Razem z masowymi dostawami przeciwlotniczych Stingerów może to wręcz powstrzymać Rosjan przed wysyłaniem lotnictwa nad Ukrainę. Tu zaś ponownie kłania się sowieckie doświadczenie z Afganistanu – jednym z głównym czynników porażki Armii Czerwonej w tym kraju były spore dostawy Stingerów dla mudżahedinów, które zmusiły Sowietów do pozostawienia śmigłowców szturmowych i samolotów na ziemi. Bez wsparcia lotnictwa żołnierzom radzieckim walczyło się zaś z afgańskimi bojownikami o wiele ciężej.

12. Żołnierze mieli nie ginąć

Rosjanie z całą pewnością niedoszacowali również tego, jak kosztowna będzie dla nich ta wojna, jeśli chodzi o liczbę poległych żołnierzy.

Choć podawane przez ukraińskie ministerstwo obrony dane dotyczące rosyjskich strat w ludziach – ponad 53o0 ofiar po piątym dnia wojny – mogą być zawyżone, nawet dzieląc je przez dwa nadal uzyskamy szokująco wysoki wynik.

Sowiecka wojna w Afganistanie – która trwała przez 10 lat – kosztowała życie ponad 14 tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej. Społeczne niezadowolenie z tych strat – uważanych przez społeczeństwo ZSRR za niezwykle wysokie i zarazem bezsensowne, okazało się zaś jednym z czynników rozpadu Związku Radzieckiego.

Obecny rachunek rosyjskich strat mówi zaś jasno, że Rosja straciłaby w tej wojnie tyle samo żołnierzy - co Związek Radziecki w Afganistanie - w ciągu zaledwie miesiąca.

***

Po pierwszych 5-6 dniach wojny w Ukrainie Rosjanie zaczynają wyciągać wnioski. Dlatego przegrupowują siły i ściągają coraz potężniejsze posiłki do oblegania ukraińskich miast. Mogą też nasilać ich ostrzał z artylerii rakietowej - także kosztem bezpieczeństwa cywili. Jeżeli będzie to wstęp do podjęcia próby rozprawy z Ukrainą według reguł pełnoskalowej wojny konwencjonalnej, zamieni to dotychczasową napaść w agresję o skali niewidzianej w Europie od czasów Hitlera.

Udostępnij:

Witold Głowacki

Dziennikarz, pracował w "Dzienniku" i "Polsce The Times". W Oko.press od 2021 roku. Zajmuje się tematyką polityczną i okołopolityczną.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne