Część opinii publicznej główną winą za fatalne zapóźnienia w transformacji energetycznej i klęskę w walce ze smogiem obarcza górników. Robią to też politycy. “44 tys. Polaków umiera, by 80 tys. górników mogło zarabiać 13 tys. miesięcznie” - napisał Jakub Bierzyński, główny doradca Roberta Biedronia. To szukanie kozła ofiarnego, a liczby się nie zgadzają

Barbórka i odbywający się właśnie w Katowicach szczyt klimatyczny sprowokowały rządzących do skandalicznie ignoranckich i nieodpowiedzialnych wypowiedzi o energetyce opartej na węglu.

“Użytkowanie własnych zasobów naturalnych, czyli w przypadku Polski węgla, i opieraniu o te zasoby bezpieczeństwa energetycznego nie stoi w sprzeczności z ochroną klimatu i z postępem w dziedzinie ochrony klimatu” – stwierdził prezydent Andrzej Duda.

“Państwo górnicy, więcej węgla nam potrzeba!” – ekscytował się minister Tchórzewski, któremu marzy się nowa kopalnia na Śląsku.

Ten ostatni torpeduje też walkę ze smogiem – bez wątpienia chcąc się przypodobać branży wydobywczej. Zakaz sprzedaży najgorszego miału i odpadów kopalnianych zacznie obowiązywać dopiero za dwa sezony grzewcze, w 2020 roku.

Deklarowana przez rząd PiS miłość do górnictwa, choć – jak argumentował niedawno na łamach OKO.press Bartłomiej Derski – fałszywa i bałamutna, w części społeczeństwa roznieca na nowo niechęć do górników jako całej grupy zawodowej.

Wracają mity o niebotycznych zarobkach, przywilejach oraz słynnym “paleniu opon pod Sejmem” (pytanie do czytelników: kiedy ostatni raz górnicy palili opony na Wiejskiej?). Klęska polskiej transformacji energetycznej i wszechobecny smog – to wszystko się dzieje, by górnikom żyło się dobrze.

Tę opowieść o górnikach podchwytują politycy, ostatnio Jakub Bierzyński, dawniej główny doradca Ryszarda Petru, teraz doradca Roberta Biedronia. Ma to pewną zaletę – twierdzenia polityków OKO.press ma w zwyczaju sprawdzać.

Śmiercionośne powietrze


44 tysiące Polaków umiera by 80 tys. górników mogło zarabiać 13 tys miesięcznie.

Jakub Bierzyński, Wirtualna Polska - 03/12/2018


Fałsz. 44 tys. umiera przez powietrze, ale odpowiedzialne jest całe społeczeństwo. A górnicy zarabiają średnio znacznie mniej.


W ten sposób Bierzyński zachęcał na Facebooku do lektury swojego artykułu pt „Rząd nas truje” w Wirtualnej Polsce. Post miał kilkaset udostępnień, a więc spory zasięg, a artykuł zapewne jeszcze większy – uznaliśmy, że warto poświęcić mu uwagę.

Podobne twierdzenie o zgonach i zarobkach znajdziemy w tekście. Bierzyński dodaje jeszcze, że taniej byłoby zamknąć kopalnie, utrzymując wysokie pensje górników (rzekome 13 tys. zł miesięcznie). Roczne pensje zatrudnionych wypłacane w pełnym wymiarze kosztowałyby według jego obliczeń 12 miliardów złotych (zapewne pomnożył 13 tys. x 12 x 80 tys.)

Artykuł zawiera dużo ciekawych danych, a z alarmistycznym tonem trudno się nie zgodzić. Czy statystyki przedwczesnych zgonów są prawdziwe? Tak.

Polska w czołówce Europy

44 tysiące przedwczesnych śmierci to liczba oparta na danych Europejskiej Agencji Środowiska. W raporcie o jakości powietrza w Europie, opublikowanym w październiku 2018, znajdziemy informację, że w Polsce w 2015 roku z powodu zanieczyszczenia powietrza pyłem PM2,5 przedwcześnie zmarło 44 500 osób (liczba zaokrąglona).

To trzecia najwyższa liczba w Europie. Przed nami są tylko Niemcy (62 300 osób) i Włochy (60 600). Wyprzedzamy państwa z większą populacją od naszej – Wielką Brytanię, Francję i Hiszpanię.

To koszmarna liczba – dziesiątki tysięcy ludzi umiera w Polsce z powodu, który dałoby się znacząco ograniczyć. Jeszcze wyraźniej widać to w statystyce straconych lat życia (YLL – Years of Life Lost). Liczba ponad 533 tys. lat oznacza, że z powodu zanieczyszczeń Polki i Polacy nie tylko umierają przedwcześnie, ale umierają też względnie młodo.

Czy – abstrahując na moment od pytania, co właściwie ta odpowiedzialność oznacza – za to wszystko odpowiadają górnicy? Czy faktycznie 44 tys. ludzi rocznie umiera, by górnicy mogli dobrze zarabiać? Rozumiemy chwyty publicystyczne i chęć przyciągnięcia uwagi internautów, ale w tym przypadku Bierzyński posunął się za daleko.

Nie tylko węgiel i nie tylko górnicy

Spalanie w przemyśle i w domach jest głównym, ale nie jedynym źródłem emisji PM2,5. A choć w polskich gospodarstwach domowych pali się głównie węglem (w tym bardzo niskiej jakości, do czego polski sektor węglowy karygodnie się przyczynia), nie jest to jedyne paliwo.

W paleniu drewnem też nie ma nic ekologicznego. “W Warszawie dogrzewający się kominkami mieszkańcy zamożnych dzielnic oddychają często dużo gorszym powietrzem niż mieszkańcy blokowisk ogrzewanych przez miejską sieć ciepłowniczą” – ostrzega Polski Alarm Smogowy.

Trudno nam też nie zauważyć, że nie tylko górnicy palą kiepskiej jakości paliwem w przestarzałych piecach. Robi to znaczna część społeczeństwa, w całym kraju. Ludzie ci – jak wynika z badań CBOS – w większości nie zdecydowaliby się ponieść jakichkolwiek kosztów w celu ograniczenia zanieczyszczenia powietrza.

Nie jest też winą górników, że rozwój sieci centralnego ogrzewania jest w Polsce dalece niedostateczny. A rozlewanie się kiepsko zaplanowanych miast przyczynia się do tego, że ich mieszkańcy stają się uzależnieni od samochodów – na wyjątkową skalę. W Warszawie jest niemal trzy razy więcej samochodów na 1000 mieszkańców niż w Nowym Jorku.

Niska jakość powietrza w Polsce to efekt zaniedbań władz różnych szczebli (które ktoś przecież wybrał i – pozwolimy sobie zaryzykować twierdzenie – na ogół nie byli to górnicy) i zwyczajów konsumpcyjnych całego społeczeństwa. Sugerowanie, że jest inaczej, jest manipulacją.

13 tys. zł brutto? Znacznie mniej

Wysokość górniczych pensji podana przez Bierzyńskiego jest natomiast fałszywa – już nie tylko na poziomie interpretacji, ale i faktów. 13 tys. zł to mit, który był wielokrotnie wyjaśniany (m.in. przez serwis “money.pl” i ostatnio przez “Gazetę Wyborczą”).

Kwota wzięła się z GUS-owskiego przeciętnego wynagrodzenia w górnictwie grudniu 2017. Z tą liczbą jest kilka problemów.

  • W grudniu wypłaca się premie oraz trzynastki. Średnia jest wtedy wyższa w całym sektorze przedsiębiorstw, choć nie aż tak, jak w górnictwie.
  • Średnia z całego sektora jest zawyżana przez wynagrodzenia i premie zarządów.
  • Do tej sekcji GUS wlicza nie tylko kopalnie węgla, lecz także rafinerie i bardzo bogaty KGHM. A nie jest to bez znaczenia – cała branża nie jest już tak duża jak dawniej: 74 tys. pracowników w sektorze publicznym i 51 tys. w prywatnym (w 2016 roku). 

(W samym górnictwie węgla kamiennego pod koniec 2017 pracowało 82 717 osób, z czego pod ziemią 63 721 osób. Jeszcze w 1990 było to ponad 390 tys. ludzi. W OKO.press pisaliśmy jak górnictwo w Polsce znika.)

A ile rzeczywiście zarabia się w górnictwie? Wg struktury wynagrodzeń GUS za październik 2016 roku robotnicy wykonujący proste prace w górnictwie zarabiali średnio 4271 zł brutto, nieco ponad 3 tys. zł na rękę. Operatorzy maszyn wydobywczych zarabiali 6209 zł brutto, a elektrycy – 6320.

Według raportu firmy badawczej Sedlak & Sedlak, mediana miesięcznych zarobków górników w Polsce w lutym 2018 wynosiła 4554 zł, czyli 3240 zł netto. Znacznie mniej niż kwota podana przez Bierzyńskiego.

Górnicy nie bez winy

Zatem: nie górnicy, a całe społeczeństwo, i nie za 13 tys. zł miesięcznie, a za znacznie mniej. Nie znaczy to jednak, że górnicy jako grupa zawodowa są bez winy. Przykład?

W lutym 2018 Ministerstwo Energii – po latach zwłoki – ogłosiło projekt rozporządzenia o wymaganiach jakościowych dla paliw stałych. Brak norm jakości węgla był jednym z zaniedbań polskich władz, które wymieniała Komisja Europejska w 2016 roku skarżąc Polskę do Trybunału Sprawiedliwości UE za fatalny stan powietrza i brak skutecznej walki z zanieczyszczeniami.

Jak się okazało, w rozporządzeniu chciano jednak zalegalizować sprzedaż miału węglowego z siarką i popiołem dla indywidualnych mieszkańców.

Określone tam parametry paliw stałych (w szczególności zawartość popiołów, siarki i wilgoci) w opinii NIK „uwzględniały w pierwszej kolejności aktualne możliwości krajowego rynku węglowego, a dopiero następnie rozpatrywano możliwość ich kształtowania pod względem celów środowiskowych”.

Opinie organizacji pozarządowych, samorządów i instytucji zajmujących się ochroną środowiska, Ministerstwo Energii po prostu zignorowało. Do konsultacji społecznych zaproszono natomiast spółki węglowe (Polską Grupę Górniczą, Jastrzębską Spółkę Węglową, Tauron Wydobycie, Bogdankę, Węglokoks) i związki zawodowe górników.

Byli zatem przedstawiciele kapitału (głównie państwowego) i górnicy (związki zawodowe), zabrakło miejsca dla strony społecznej, która ponosi koszty ekologiczne tych regulacji, czy – w tym przypadku – ich braku.

Jeśli górnicy uczestniczą w takiej chucpie, trudno się dziwić, że spora część społeczeństwa nie patrzy na nich potem życzliwie.

Brakuje solidarności

Z drugiej strony: górnictwo w Polsce znika i górnicy walczą do upadłego o zachowanie miejsc pracy. A znika, bo łatwy do wydobycie węgiel jest na wyczerpaniu, a polityka klimatyczna UE wymusza zmniejszenie emisji CO2 przez wzrost cen uprawnień do emisji CO2. I nie ma od tego odwrotu, wbrew temu, co sugerują rządzący.

Prąd z węgla będzie coraz droższy, a inne technologie coraz bardziej konkurencyjne. Zaciętą walkę górników o zachowanie stabilnych miejsc pracy wypadałoby przynajmniej zrozumieć i nie powielać mitów na temat pracy w górnictwie. A zrozumieć można tym łatwiej, że zamykanie kopalń kończyło się niejednokrotnie katastrofą społeczną – tak było m.in. w Bytomiu i Wałbrzychu.

Ostatnie zamieszki we Francji pokazują, że transformacja ekologiczna – żeby mogła się udać – musi być solidarna, a jej koszty muszą ponosić sprawiedliwie wszyscy. Tej solidarności w dyskusji o górnictwie brakuje.

Redaktor i dziennikarz OKO.press. Tłumacz literatury. Pisze o polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym