0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.plFot. Sławomir Kamińs...

Analiza sytuacji politycznej to nie fizyka czy matematyka – nie mamy pewnych danych wejściowych, nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkich czynników, a zatem nasze przewidywania siłą rzeczy są tylko prognozami właśnie. Możemy jednak wskazywać na mniej lub bardziej sensowne przesłanki na ich rzecz.

Poniżej pięć takich, które sugerują, że partie opozycyjne są w niezłej sytuacji, a Zjednoczona Prawica ma kłopoty.

Po pierwsze, 500 plus

Na razie nic nie wskazuje na to, by konwencja programowa partii rządzącej i obietnice złożone przez jej prezesa – przede wszystkim waloryzacji 500+ do 800+ przyniosły istotne zmiany poparcia. Michał Danielewski w tekście dla OKO.press zestawił wyniki sondaży przeprowadzonych przez tę samą pracownię – Ipsos – w marcu i w maju. Wynik PiS? Bez zmian.

Trudno też zrozumieć tezę o udanej pułapce zastawionej na opozycję. Znacznie bardziej sensowna wydaje mi się diagnoza Tomasza Sawczuka. W „Kulturze Liberalnej” zwracał on uwagę na reakcję Mateusza Morawieckiego, który „stwierdził, że Tusk wyskoczył ze swoimi postulatami »jak królik z kapelusza« – co świadczy o zaskoczeniu”, a „Wiadomości” na siłę starały się pokazać, że lider KO jest przeciwko waloryzacji.

Co więcej, Tusk w swojej odpowiedzi podkreślał, że podwyżka – jakby to powiedziała Beata Szydło – po prostu się Polakom należy ze względu na wysoki poziom inflacji, za który odpowiada PiS. To samo powtarza Lewica. W rezultacie coś co miało być „prezentem” ze strony władzy, nie tylko prezentem być przestało, ale zwróciło uwagę na problem wysokich cen – bardzo dla Polaków istotny. Tym bardziej, że jak w czasie konwencji powiedział Kaczyński, pieniądze na waloryzację „nie on będzie dawał” – zwracając uwagę, być może mimowolnie, że pochodzą one z podatków nas wszystkich.

O tym, że trzymane w tajemnicy ogłoszenie – wiedziało o nim podobno zaledwie kilka osób w PiS – niekoniecznie spełniło pokładane w nim nadzieje, świadczą też inne dane sondażowe. W badaniu przygotowanym dla Onetu podniesienie świadczenia do 800 zł za dobry pomysł uznało 37 procent ankietowanych, a za zły aż 46 procent. W innym, opublikowanym przez „Super Express”, proporcje zwolenników i przeciwników wynosiły odpowiednio 48 i 52 procent. W badaniu organizacji More in Common opartym na dużej próbie, bo liczącej cztery tysiące respondentów, 55 procent ankietowanych stwierdziło, że program 500 plus przyniósł więcej strat niż korzyści.

A odsetek zwolenników dominował nad przeciwnikami tylko w elektoracie PiS.

Nie wiemy, co dokładnie mieli na myśli ankietowani, mówiąc o „stratach”. Być może niektórzy oceniają program negatywnie, ponieważ są przeciwni „rozdawnictwu”, a inni, bo sądzą, że pomógł Zjednoczonej Prawicy zdobyć władzę. Ale, mówiąc najdelikatniej, nie widać by propozycja Kaczyńskiego wywołała u większości Polaków autentyczny entuzjazm. A reakcja opozycji nie była wejściem w pułapkę.

Po drugie, zróżnicowanie opozycji

Sprawa waloryzacji programu 500 plus dobrze pokazała też, że brak wspólnej listy nie tylko nie szkodzi partiom opozycyjnym, ale może pomagać. Pozwala bowiem na zróżnicowane odpowiedzi na propozycje partii rządzącej. Tym samym stwarza szanse na „zagospodarowanie” różnych grup wyborców opozycyjnych. Zwolennicy waloryzacji – czy to z przekonania, czy to wyrachowanej chęci osłabienia PiS – mogą łaskawym okiem spojrzeć na Lewicę lub KO, a przeciwnicy tego kroku mogą poprzeć propozycje Hołowni i PSL, zamiast wzmacniać Konfederację.

Taki układ odbiera też Kaczyńskiemu amunicję do atakowania przeciwników za brak spójności. Trudno przecież czynić zarzut z tego, że różne partie mają różne poglądy. Gdyby jednak wszystkie one znalazły się na wspólnej „Liście Jedności Narodowej”, brak owej jedności w każdej sprawie byłby znacznie poważniejszym problemem.

Przeczytaj także:

Po trzecie, wojna w Zjednoczonej Prawicy

Ewentualne wypominanie opozycji różnic programowych traci na sile także ze względu na potężne konflikty w łonie rządu. Jeśli co drugi dzień zaczynamy od publicznej wymiany obelg pomiędzy premierem a ministrem sprawiedliwości; jeśli szef rządu oskarża swojego ministra, że „dużo ryczy, a mało mleka daje”, ten drugi zaś odpowiada, że premier niemal we wszystkim się myli – to łajanie opozycji za różnice zdań traci zdolność przekonywania.

Ale wojna na prawicy przynosi partiom opozycyjnym jeszcze jedną – ważniejszą korzyść: skupia uwagę mediów na dysfunkcjach elity władzy.

Dziennikarze, zamiast doszukiwać się niesnasek pomiędzy Hołownią a Tuskiem czy Tuskiem a Zandbergiem dostają na talerzu nie uszczypliwości, lecz prawdziwe polityczne mordobicie. Uwaga mediów wymusza z kolei na politykach partii rządzącej tłumaczenie się ze słów swoich liderów i prowokuje pytania o to, dlaczego zamiast troskami obywateli zajmują się sobą i swoimi interesami politycznymi. A tego potencjalni wyborcy zapewne nie polubią. Jeśli z kolei ten stan rzeczy przełoży się na spadek sondażowy PiS, walki wewnętrzne mogą się zintensyfikować, bowiem liczba miejsc na listach gwarantujących wejście do Sejmu jeszcze się skurczy. A przecież to właśnie o te miejsca toczy się walka.

„Im bliżej będzie do wyborów, im dłużej sondażowe notowania PiS będą w impasie i nie będą dawały nadziei na samodzielne zwycięstwo, […] tym mocniej będziemy widzieć typowe zamieszanie w obozie władzy, przed którym stanęło widmo porażki: paniczne szukanie szalup ratunkowych, sprawdzanie, skąd wieje wiatr zmian i ustawianie się pod nowe rozdanie, już po wyborach”, pisał w OKO.press wspomniany już Danielewski. I trudno się z nim nie zgodzić. Opozycja powinna na każdy kroku podkreślać pęknięcia w ramach już tylko z nazwy Zjednoczonej Prawicy i na nie kierować uwagę wyborców.

Po czwarte demobilizacja wyborców

„Pęknięcia w prawicowym bloku nie doprowadzą raczej do transferów do innych formacji, mogą co najwyżej demobilizować”, pisze Edwin Bendyk w tekście dla „Polityki”. Zgoda, ale chyba nikt – może poza Szymonem Hołownią – nie wierzył, że demokratycznej opozycji uda się hurtowo przejąć wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Nigdy nie można wykluczyć jakiejś spektakularnej katastrofy, po której partia władzy po prostu się „zwinie” – dość przypomnieć losy SLD w 2005 roku czy węgierskich socjaldemokratów w roku 2010 – ale znacznie bardziej prawdopodobna jest stopniowa erozja poparcia niż spadek w przepaść. Taka erozja – skutkująca spadkiem poparcia nawet o 5 punktów procentowych – może w zupełności wystarczyć do zmiany układu sił.

Walka wyborcza polega nie tylko na mobilizacji swoich wyborców, ale i właśnie demobilizacji elektoratu przeciwnika. I pod tym względem opozycja może mieć nadzieję na pewne sukcesy.

We wspomnianych już badaniach More in Common zapytano, jak respondenci zapatrują się na ewentualne zwycięstwo obecnej władzy lub partii opozycyjnych. 43 procent ankietowanych odpowiedziało, że byłoby bardzo lub raczej zadowolonych, gdyby władzę przejęła opozycja. Zadowolonych z utrzymania władzy przez obecną ekipę byłoby jedynie 29 procent. I odwrotnie – o ile bardzo lub raczej niezadowolonych z sukcesu opozycji byłoby 33 procent badanych, to utrzymania Zjednoczonej Prawicy przy władzy nie chce aż 51 procent. Takie wyniki sugerują, że potencjalny elektorat opozycji jest bardziej zdeterminowany do odsunięcia obecnego rządu od władzy niż elektorat prawicy do utrzymania obecnego stanu rzeczy.

Swoich wyborców PiS może mobilizować kolejnymi obietnicami, ale też wzbudzeniem obaw przed rządami opozycji. Wydaje się, że partii Kaczyńskiego nie idzie pod tym względem najlepiej.

Po piąte, niezdecydowani

Od pewnego czasu toczy się w mediach debata o tym, kim są wyborcy deklarujący udział w wyborach, ale niemający jeszcze sprecyzowanych preferencji. Czy to wyborcy PiS, którzy nie są do końca zadowoleni z działań tej partii i w ten sposób dają wyraz swojemu niezadowoleniu? A może to wyborcy opozycji, którzy jeszcze nie zdecydowali, na jaką ostatecznie partię opozycyjną oddadzą głos? Sprawa jest poważna, bo mowa o istotnym odsetku elektoratu. W ostatnim badaniu Ipsos dla tygodnika „Do rzeczy” (z 16-19 maja) opcję „trudno powiedzieć” wybrało 6 procent ankietowanych. W sondażu dla „Dziennika” i RMF FM (z 19-21 maja) aż 8,3 procent. Jeśli partia władzy lub partie opozycyjne uzyskają w tej grupie znaczącą przewagę, może ona zadecydować o układzie sił w przyszłym Sejmie.

I znów, wyniki badania More in Common sugerują, że niezdecydowanym wyraźnie bliżej do opozycji. Myśląc o przyszłości znacznie częściej niż wyborcy PiS, mówią o towarzyszącym im niepewności, lęku i bezsilności, a znacznie rzadziej o nadziei czy spokoju. Jedynie 9 procent członków tej grupy uważa, że sprawy w Polsce idą w dobrym kierunku, a przeciwnego zdania jest 65 procent. Dla porównania w elektoracie PiS zadowolonych z obecnej sytuacji jest ponad połowa ankietowanych (54 procent), a niezadowolony niespełna co czwarty (24 procent). A przecież to ludzie, którzy w pytaniu wstępnym odpowiedzieli, że „raczej” lub „zdecydowanie” wezmą udział w wyborach, tylko po prostu nie wiedzą jeszcze, na kogo oddadzą głos. Trudno przypuszczać, by z taką opinią na temat sytuacji w kraju masowo poparli rządzących.

Co teraz?

Wiele wskazuje na to, że wyborcy opozycji mają uzasadnione powody do ostrożnego optymizmu. Najbliższym testem ich zaangażowania i gotowości do publicznego wyrażenia swoich poglądów będzie organizowany przez Donalda Tuska 4 czerwca marsz.

Rafał Kalukin w tygodniku „Polityka” przewiduje, że mimo zgrzytów, jakie propozycja Tuska wywołała wśród liderów opozycji, inicjatywa może być frekwencyjnym sukcesem.

„Zainteresowanie udziałem w marszu 4 czerwca wydaje się naprawdę spore, co widać chociażby po obfitości w mediach społecznościowych ofert organizacji transportu do Warszawy”, pisze Kalukin. „Mieszkańcy małych miast często skrzykują się na własną rękę, żeby zebrać pieniądze i wynająć jakiś środek lokomocji. To jednak zaledwie uzupełnienie bardziej skoordynowanej akcji, którą w najpełniejszym zakresie realizuje Komitet Obrony Demokracji”.

Co to jednak znaczy sukces frekwencyjny, pozostaje kwestią otwartą. Rzecz jasna, nawet jeśli na ulice Warszawy wyjdzie 50 czy choćby 100 tysięcy ludzi rząd PiS od tego nie upadnie. Ale nie taki jest cel – wystarczy, by wyborcy opozycji uwierzyli, że jest ich wielu, że reprezentują różne grupy społeczne (w tym różne pokolenia) i że mają szanse na sukces.

Emocje są ważne, bo to przez ich pryzmat często oceniamy bieżące wydarzenia i aktorów politycznych. Jak powiedział prof. Jarosław Flis w jednym z wywiadów, cykl życia partii władzy można podzielić na dwie zasadnicze fazy: w pierwszej nic nie jest w stanie jej zaszkodzić, w drugiej nic nie jest w stanie jej pomóc.

;
Łukasz Pawlowski

Publicysta, doktor socjologii, doradca polityczny. Wspólnie z Piotrem Tarczyńskim prowadzi „Podkast amerykański” [https://www.facebook.com/podkastamerykanski]. Autor książki „Druga fala prywatyzacji. Niezamierzone skutki rządów PiS” [2020]. Dawniej sekretarz redakcji tygodnika „Kultura Liberalna”.

Komentarze