To był największy strajk od dawna, który sparaliżował pół kraju. Mobilizacja zaskoczyła wszystkich („najwyżej dwa dni wytrzymają”). Strajk przypomniał, że pracownicy o swoje prawa muszą walczyć razem i że polskie prawo to utrudnia. Pokazał koszmarne skutki deformy. Odblokował autentyczną debatę o edukacji. Przywrócił nauczycielską tożsamość. Co jeszcze?

Nauczyciele, grupa od lat uważana za niezgraną, niezdecydowaną i niesolidarną wewnętrznie, w końcu poczuła się jednością. Deklaracja: jestem nauczycielką, stała się deklaracją dumy. Jak pisała jedna z komentujących w nauczycielskiej grupie – do tej pory cały czas bałam się, co myśli o mnie społeczeństwo. A teraz myślę, że najważniejsze jest dla mnie to, co ja sama pomyślę na swój temat. I że pomyślę na swój temat dobrze.

Co jeszcze dał nam strajk nauczycieli? Pisze dla OKO.press nauczycielka i działaczka społeczna Justyna Drath*

1. Spopularyzowanie idei strajku

Przez ostatnie 30 lat strajki niestety były nierzadko dyskredytowane, postulaty typowo pracownicze sprowadzane do fanaberii. Meandry pisowskiej rzeczywistości zaczęły w końcu uświadamiać ludziom, o co tak naprawdę chodzi w pracowniczych protestach. Oczywiście strajk nauczycieli nie był jedynym głośnym, pamiętamy strajki rezydentów czy personelu lotniczego – i to one utorowały tę drogę.

Ale powiedzmy to sobie wyraźnie – był to największy strajk od dawna, który sparaliżował pół kraju. Mobilizacja zrobiła na wszystkich wrażenie i przekroczyła początkowe szacunki (ee, najwyżej dwa dni wytrzymają).

Nauczyciele wykrzyczeli: nie dajemy już rady pracować w chaosie i bałaganie, domagamy się lepszych warunków płacowych i uwzględniania nas przy decyzjach dotyczących polskiej szkoły. Mimo rządowej dobrze opłaconej propagandy do naprawdę wielu polskich obywateli dotarło, że nauczycielka po 12-tu latach doświadczenia rzadko zarabia więcej niż 2700 na rękę – i że w tych warunkach trudno jest w ogóle mówić o sensownym zmienianiu szkoły. Przypomniano sobie, że strajk musi być uciążliwy i tylko taki jest skuteczny.

Oraz wreszcie – niektórzy zrozumieli jak obwarowane jest polskie prawo do strajkowania, jak trudno jest strajk zorganizować i że jego postulatem po prostu muszą być żądania płacowe.

Oczywiście nadal są tacy, którzy uważają, że strajk powinien być bezbolesnym happeningiem, na którym nikt absolutnie nie ucierpi i wszyscy będą się tylko uśmiechać. Ale może w końcu przypomnieliśmy sobie, że niczego nie da się po prostu dostać, bez walki i oporu, a do mediów głównego nurtu wróciło zapomniane słowo – łamistrajk. Mam nadzieję, że ta lekcja z nami zostanie, niezależnie od tego, kto wygra wybory.

2. Klej społeczny i mobilizację

Nauczyciele, grupa od lat uważana za niezgraną, niezdecydowaną i niesolidarną wewnętrznie, w końcu poczuła się jednością. Było to trudne: zawód nauczycielki w przedszkolu, niewielkiej podstawówce na prowincji i nauczyciela np. w liceum w wielkim mieście wyglądają zupełnie inaczej. Inaczej też kształtują się losy i doświadczenia stażystów, a nauczycieli przed emeryturą.

„Byliśmy w końcu jak jedna pięść” – napisał jeden z uczestników strajku i trudno się z tym nie zgodzić.

Nauczyciele starali się przekazywać sobie wsparcie, doradzać w trudnych sytuacjach, wczuwać się w dylematy nauczycieli podstawówek, odpowiedzialnych za przeprowadzenie egzaminów i w rozterki nauczycielek z liceów, które patrzyły na sytuację swoich maturzystów. Pisząca te słowa odświeżyła po latach wiele kontaktów z obu miast i z różnych szkół, w których przyszło jej pracować. Nagle nauczyciele zaczęli się rozumieć, wymieniać punktami widzenia i znaleźli wspólny język. Poczuli również siłę mediów społecznościowych. To wielki kapitał tego strajku.

3. Wprowadzenie edukacji do głównego nurtu debaty.

Poza nośnymi hasłami jak drożdżówki, sześciolatki i kosze na głowie, edukacja to najczęściej śmiertelnie nudny dla mediów temat. Coś o tym wiem, jako osoba próbująca go pokazać trochę głębiej niż zazwyczaj pozwalają ramy mediów głównego nurtu. Do tej pory mało kogo obchodziło, co to jest to pensum i czym się różni od pensji. Mało kto orientował się, że nauczyciele muszą realizować podstawę programową, której nikt z nimi specjalnie nie konsultuje.

Strajk to kilka tygodni debaty o edukacji. Może nie takiej, jaką mogłabym sobie wymarzyć, ale jednak dyskusji, która zaczęła całkiem śmiało przemycać temat oceniania i motywacji, problem z liczeniem czasu pracy nauczycieli, kwestię dofinansowania oświaty pod względem sprzętu, egzaminów zewnętrznych i wreszcie – skutków różnych reform, w tym ostatniej.

4. Pokazanie skutków deformy

No właśnie – to jedna z zalet tego strajku – przypomnienie o konsekwencjach deformy Anny Zalewskiej, które przecież dopiero zaczynają być widoczne i będą nas dotykały przez wiele lat.

Dlatego tak bardzo oburzało wycieranie sobie ust „dobrem dzieci” wśród rządzących, którzy bez zmrużenia powieki przepchnęli idiotyczne i fatalne zmiany ustroju szkolnego. Zmiany, które skazały uczniów na funkcjonowanie w chaosie, zarówno organizacyjnym – przepełnione korytarze, podwójny rocznik, jak i programowym – wciśnięto trzy lata programu gimnazjum w dwa i dorzucono anachronicznych treści.

Strajk nauczycieli nie odbyłby się na taką skalę, gdyby nie działania pani minister. Nauczyciele mało zarabiali od dawna, jednak to w ostatnich dwóch latach rządzący dorzucili im na głowę taki kaliber absurdów, że zirytowałoby to największego mistrza zen. Dzięki trwającemu strajkowi można było o tym przypomnieć, zarówno pod względem koniecznych napraw, jak i personalnej odpowiedzialności za ten bałagan pani minister, szykującej się do lepiej płatnej posady – europosłanki.

5. Odzyskanie tożsamości nauczyciela

Nauczycielki śpiewające, szyjące transparenty, piekące ciastka, układające hasła i wiersze. Opowiadające o tym, dlaczego wybrały zawód i co nim cenią. Słowa wsparcia od uczniów. Żarty, memy i anegdoty.

W tekście sprzed strajku w Krytyce Politycznej pisałam „nauczyciele, opowiedzmy swoją historię” – i to się właśnie stało. Nikt nie opowiedział jej lepiej niż strajkujący, którzy wykrzesali z siebie ogromną determinację w przekazaniu: kim są, jak pracują, co jest dla nich ważne, o co chodzi w proteście.

Deklaracja: jestem nauczycielką, stała się deklaracją dumy. Jak pisała jedna z komentujących w nauczycielskiej grupie – do tej pory cały czas bałam się, co myśli o mnie społeczeństwo. A teraz myślę, że najważniejsze jest dla mnie to, co ja sama pomyślę na swój temat. I że pomyślę na swój temat dobrze.

Nic już nie będzie takie samo

Co będzie dalej? Energia nadal buzuje, okraszona oczywiście rozczarowaniem niektórych, że decyzja zarządu ZNP była przedwczesna. Niektórzy nauczyciele mobilizują się na wrzesień, inni myślą nad innymi formami strajku, jak strajk włoski czy strajk hybrydowy, który umożliwiałby wszystkim kończenie szkół z piątkami (tak zrobiono we Francji).

Na pewno potrzebna jest rozmowa o konsolidacji i współpracy z innymi planującymi protesty grupami zawodowymi. Jest szansa, że strajk nauczycieli jest dość dużym kamykiem, który uruchomi ogromną lawinę, po której nic już nie będzie takie samo.

Związek zapowiedział realny, nie cyrkowy okrągły stół edukacyjny, co pozwoli na przekierowanie dyskusji w stronę rozmowy o wizji, jak ta wymarzona polska szkoła ma wyglądać. Bardzo często takie dyskusje toczyły się bez udziału nauczycieli. Po tym, co się stało w kwietniu 2019 roku, już nigdy nie będzie to możliwe.

I to jest sukces, którego nikt nigdy strajkującym nie odbierze.

Justyna Drath – absolwentka polonistyki i filmoznawstwa UJ, nauczycielka, działaczka społeczna, polityczka. Pracowała m.in. w II Liceum Ogólnokształcącego im. Króla Jana III Sobieskiego. Publikowała w „Krytyce Politycznej” i „Dialogu”. Mieszka w Warszawie.

 


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym