Prawa autorskie: AFPAFP
24 października 2022

Timothy Garton Ash: Nowy premier Wielkiej Brytanii, Rishi Sunak, sygnalizuje żałosny koniec brexityzmu

Po farsie związanej z próbą samodzielnych rządów Liz Truss, rozpoczyna się bolesny powrót do rzeczywistości. Podróż, która rozpoczęła się od hasła „odzyskać kontrolę”, zakończyła się spektakularną utratą kontroli.

Chaotyczne pojawienie się Rishiego Sunaka jako nowego premiera Wielkiej Brytanii sygnalizuje koniec nie brexitu, lecz brexityzmu – ideologii złudzeń, że Wielka Brytania jest w stanie poradzić sobie w pojedynkę, której kulminacją była bijąca światowe rekordy farsa krótkotrwałego rządu Liz Truss.

„Trussonomika” doprowadziła logikę brexityzmu do absurdalnej skrajności o dających się przewidzieć skutkach. Przez ostatnie osiem lat, pod rządami partii konserwatywnej, Wielka Brytania przeszła od pragmatycznego eurosceptycyzmu Davida Camerona, przez średnio miękki brexit proponowany przez Theresę May i twardy brexit Borisa Johnsona aż do urojonego brexitu Truss.

Ten tekst ukazuje się równocześnie w OKO.press i w brytyjskim dzienniku „The Guardian”. Timothy Garton Ash jest brytyjskim intelektualistą i historykiem, profesorem na Uniwersytecie Oksfordzkim. Świadkiem i uczestnikiem przemian demokratycznych w Europie Środkowej i Wschodniej. Ostatnio po polsku ukazało się wznowione wydanie jego „Wiosny obywateli”, jest także autorem książek „Polska rewolucja: Solidarność” oraz „Wolny świat: dlaczego kryzys Zachodu jest szansą naszych czasów”.

Brexitowa rewolucja przebiegała według znanego schematu, z tą różnicą, że o ile tradycyjnie „rewolucja pożerająca swoje dzieci” wiązała się z radykalizacją w lewo (od żyrondystów do jakobinów w rewolucji francuskiej, od mienszewików do bolszewików w rewolucji rosyjskiej), o tyle w tym przypadku nastąpiła radykalizacja w prawo.

„Przedstawiliśmy wizję nisko opodatkowanej szybko rosnącej gospodarki, która wykorzysta swobody wynikające z brexitu”, powiedziała Truss w swoim wystąpieniu, gdy składała rezygnację. Tą wizją była ułuda: obniżyć podatki, zlikwidować regulacje unijne, zmotywować bogatych i wtedy, jakimś cudem, Wielka Brytania wróci do wspaniałej dynamiki XIX wieku. Reszta świata powinna w to uwierzyć, bo my w to wierzymy.

Podróż, która rozpoczęła się od hasła „odzyskać kontrolę” zakończyła się spektakularną utratą kontroli.

Tylko jedna trzecia za Brexitem

Rzeczywistość dogoniła brexitowców, a społeczeństwo brytyjskie zaczyna doganiać rzeczywistość. Gdyby jutro odbyły się wybory powszechne, a ludzie głosowaliby tak, jak mówią teraz ankieterom, torysi zostaliby praktycznie zmieceni ze sceny.

Jeszcze bardziej wymowne jest to, że szczątkowa wiara w brexit wśród tych, którzy na niego głosowali, utrzymująca się przez wiele lat, najwyraźniej pęka. W ostatnim sondażu YouGov tylko 34 proc, pytanych stwierdziło, że Wielka Brytania miała rację opuszczając Unię Europejską, podczas gdy 54 proc. uznało to za złą decyzję.

Oczywiście, nie wszystkie gospodarcze nieszczęścia Wielkiej Brytanii są spowodowane brexitem. Jeszcze przed głosowaniem w 2016 roku kraj ten był nadmiernie zależny od sektora finansowego, miał on chroniczny problem z produktywnością oraz duży deficyt w zakresie szkoleń i umiejętności.

Ale, w miarę jak bledną skutki pandemii Covid, coraz wyraźniej widać skutki brexitu. Wiele wskaźników takich jak inwestycje w gospodarkę i odbudowa handlu po pandemii wskazuje, że gospodarka brytyjska radziła sobie gorzej niż jakakolwiek inna w grupie G7.

Liczba małych firm z działalnością sięgającą na drugą stronę kanału spadła o około jedną trzecią. Według oficjalnych prognoz w wyniku brexitu kraj stracił w przybliżeniu 4 proc. PKB. Zarówno agencje ratingowe Moody’s jak i S&P obniżyły perspektywę gospodarczą Wielkiej Brytanii ze „stabilnej” do „negatywnej”. Tak, to jest brexit, głupcze.

Obniżać mur z UE

Sunaka na pewno nie można uznać za przekonanego Europejczyka. Osią jego świata jest Dolina Krzemowa – Londyn – Bombaj, a nie Londyn – Paryż – Berlin. W 2016 roku był zdecydowanym zwolennikiem brexitu. Ale jeśli nawet podzielał jakieś złudzenia brexityzmu, to z pewnością już je utracił.

Jak pokazał tego lata podczas rywalizacji z Liz Truss o przywództwo w Partii Konserwatywnej jest realistą, stawiającym na pierwszym miejscu solidne finanse publiczne i wiarygodność rynku – podobnie jak Margaret Thatcher. A realizm wymaga, by w wyjątkowo trudnych warunkach gospodarczych obniżać przeszkody dla prowadzenia działalności gospodarczej z największym jednolitym rynkiem (UE), a nie dalej je zwiększać.

Spadki po Truss

Jeden jest dobrze znany: to protokół w sprawie Irlandii Północnej. Jest to nie tylko trudna kwestia sama w sobie, ale impas w sprawie Irlandii Północnej blokuje postępy na innych frontach, takich jak na przykład ponowne przystąpienie Wielkiej Brytanii do programu współpracy naukowej Horizon.

Na drugi z testów powszechnie zwraca się mniejszą uwagę. Za rządów Theresy May wszystkie istniejące regulacje unijne zostały utrzymane w prawie brytyjskim, chyba że poszczególne przepisy zostały wyraźnie zastąpione przez nowe krajowe.

Podczas fantasmagorycznych rządów Truss wprowadzono ustawę, która sprawi, że do końca 2023 roku wszystkie istniejące regulacje unijne zostaną zlikwidowane. Ministerstwa muszą przedstawić specjalne argumenty za utrzymaniem każdego z ponad 2400 przepisów lub zastąpić je, pojedynczo, nowymi przepisami krajowymi.

Jeśli Sunak poważnie myśli o skupieniu się na tym, co naprawdę ważne dla brytyjskiej gospodarki, wyrzuci ten szalony projekt ustawy i zacznie od nowa.

Partia rozdarta frakcjami

Sam Sunak może być gospodarczo kompetentny i realistyczny, ale będzie rządził mając za plecami beznadziejnie podzieloną partię. Ideolodzy brexityzmu wciąż są tam w sile.

W imię jedności partii będzie musiał zapewne wziąć część z nich do swojego gabinetu. Gdyby brytyjska demokracja działała jak większość innych wielkich zachodnich demokracji, w kraju odbyłyby się teraz albo wybory powszechne, albo zostałoby przeprowadzone „konstruktywne wotum nieufności”, co wprowadziłoby do władzy inne partie.

Ale tak nie jest. Torysi wciąż mają znaczną większość w parlamencie. A ponieważ według obecnych sondaży większość konserwatywnych posłów straciłaby swoje mandaty, to "indyki nie będą głosować za Świętami Bożego Narodzenia". Jednak gniew i podziały wewnątrz partii rządzącej, a także poważny kryzys gospodarczy, sprawiają, że Wielka Brytania może stanąć przed wyborami powszechnymi jeszcze przed 2024 rokiem.

Bez względu na to kiedy wybory się odbędą, brytyjski elektorat prawie na pewno, w tradycyjny sposób „wykopie drani” – „dranie” są tu określeniem całkowicie bezstronnym – i wybierze rząd umiarkowanej centrolewicy.

Niech Wielka Brytania działa

Przywódca Partii Pracy, Keir Starmer, zachowuje nadmierną ostrożność w sprawie Europy obawiając się, że nie uda mu się odzyskać swoich wyborców z północnej Anglii, którzy przeszli na stronę Johnsona, żeby „doprowadzić brexit do końca”. Wciąż jak papuga powtarza „niech brexit działa!” [make Brexit work!] – beznadziejny slogan sugerujący, że jedyną złą rzeczą w brexicie jest to, że nie został on prawidłowo przeprowadzony.

Ponieważ opinia publiczna wyraźnie się zmienia, powinien zacząć od zmiany tego hasła na „niech Wielka Brytania działa!” (Pomimo brexitu).

Nikt nie wie, co się jutro wydarzy. W brytyjskiej polityce dzień to szmat czasu. Ale kierunek jest jasny. Wielka Brytania wreszcie rozpoczęła swoją długą, bolesną podróż powrotną od złudzeń brexityzmu.

Książka Timothy’ego Gartona Asha „Homelands: A Personal History of Europe” ukaże się wiosną przyszłego roku

Tłumaczyła Anna Halbersztat.

Udostępnij:

Timothy Garton Ash

brytyjski historyk, profesor na Uniwersytecie Oksfordzkim, wykłada też na Uniwersytecie Stanforda. Europejczyk. Świadek i uczestnik przemian demokratycznych w Europie Środkowej i Wschodniej. Ostatnio po polsku ukazało się wznowione wydanie jego "Wiosny obywateli".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne