Czasem ich ciała są tak popalone, że można je tylko humanitarnie uśpić. Sieć obiegają zdjęcia martwych i poparzonych koala i kangurów, ale giną też inne gatunki. Media mówią o 480 mln (!) zwierzęcych ofiar. Spłonęły - i nadal płoną - siedliska gatunków, których nie można spotkać nigdzie indziej na świecie

Szalejące od września 2019 pożary pustoszą Australię. Co prawda, na tym kontynencie nie tylko nie są niczym niespotykanym, a nawet integralnym elementem ekosystemów koniecznym do ich funkcjonowania. Tyle że takich jak te nie widziano od dziesięcioleci. Zdaniem ekspertów należy je wiązać z katastrofalną zmianą klimatu.

W najbardziej dotkniętej Nowej Południowej Walii, Wiktorii i innych stanach wypaliło się już blisko osiem i pół miliona hektarów. Spłonęły – i nadal płoną – siedliska gatunków, których nie można spotkać nigdzie indziej na świecie.

Media mówią o śmierci nawet 480 mln zwierząt w całej Australii. Okazuje się jednak, że ta liczba może być zaniżona.

480 mln tylko w samej Nowej Południowej Walii

Autorem tego wyliczenia jest prof. Chris Dickman, ekspert od bioróżnorodności z Uniwersytetu w Sydney. To właśnie na stronie internetowej tej uczelni podano informację.

Faktycznie jednak wspomniana liczba blisko pół miliarda zwierząt dotyczy nie tylko zwierząt zabitych – jak podawała większość mediów – ale wszystkich, które ucierpiały w wyniku pożarów od września 2019 roku.

Ponadto, dotyczy ona tylko z obszaru Nowej Południowej Walii. A przecież Australia płonęła i płonie też w innych miejscach.

Podstawą tych wyliczeń był raport z 2007 roku, który przygotowano na zlecenie World Wild Fund for Nature (WWF). Dotyczył wpływu wycinek na przyrodę Nowej Południowej Walii a prof. Dickman był jego współautorem.

Jak podało BBC, w tym opracowaniu oszacowano, że na 1 hektar przypada średnio 17,5 ssaków (nie liczono nietoperzy), 20,7 ptaków i 129,5 gadów. Następnie przemnożono te dane przez powierzchnię ziemi dotkniętą pożarami.

I tak otrzymano liczbę 480 mln zwierząt, choć trzeba zaznaczyć, że nie obejmuje ona owadów, żab oraz wspomnianych nietoperzy.

Jak podkreślił sam prof. Dickman, te szacunki były bardzo ostrożne, więc prawdopodobnie rzeczywista liczba ofiar śmiertelnej pożogi w Nowej Południowej Walii będzie większa. No i  – jak powiedzieliśmy – do tego trzeba będzie jeszcze doliczyć zwierzęta, które zginęły – i zginą – w innych miejscach Australii.

Jakim zwierzętom zagrażają pożary?

Prof. Dickman jest zdania, że duże zwierzęta – takie jak kangury czy emu (nielotny ptak) – mają większe szanse na przeżycie, ponieważ mają szansę uciec przed ogniem. Podobnie ptaki latające, które mogą po prostu uciec w niebo przed pożarem.

Choć, trzeba to podkreślić, duże gabaryty nie zawsze są wystarczającym warunkiem przetrwania. Kilka dni temu w sieci pojawiło się nagranie setek martwych (przypuszczalnie) kangurów i owiec – giną też zwierzęta gospodarskie – których ucieczkę zatrzymało metalowe ogrodzenie.

Kadr z filmu pokazującego setki martwych zwierząt, które uciekając przed ogniem utknęły na ogrodzeniu, którego nie udało im się sforsować. Fot. The ‚new’ Batlow Hotel / Facebook

Zdaniem prof. Dickmana, w najtrudniejszej sytuacji są zwierzęta mniejsze i mniej mobilne, takie jak niewielkie koala. Zdjęcia martwych i poparzonych osobników tego gatunku w ostatnich tygodniach zalały internet.

Koale (póki co) nie znikną

Giną one tym łatwiej, że żyją na łatwopalnych eukaliptusach, których liśćmi się odżywiają. Nie wiadomo, ile ich spłonęło lub się zaczadziło. Pojawiają się rozbieżne dane – brytyjski „The Telegraph” podaje liczbę 25 tys. osobników, ale nie wskazuje jej źródła. Z kolei australijskie ministerstwo środowiska mówi o 8 tys.

W mediach pojawia się też informacja, że zginęła przypuszczalnie aż 1/3 koali z populacji żyjącej na północ od Sydney. A także połowa tych zwierząt z oddalonej o 112 km od miasta Adelajda Wyspy Kangura.

Nieprawdą jest natomiast, jakby w wyniku pożarów koale były zagrożone tzw. funkcjonalnym wyginięciem – czyli że zostało ich już tak mało, że w przyszłości nie stworzą stabilnie rozwijającej się populacji i po prostu znikną.

Według danych opublikowanych w 2016 roku w naukowym piśmie „Diversity and Distributions” w Australii żyło ok. 329 tys. osobników. Jednak ich liczba od lat spada, a tegoroczne pożary z pewnością nie polepszają sytuacji tego gatunku.

Choć w ewakuację koali z obszarów objętych pożarami i innych gatunków angażują się służby a nawet zwykli mieszkańcy, to nie wszystkie zwierzęta daje się uratować. Część ma tak rozległe obrażenia, że weterynarze po prostu je usypiają. Należy się spodziewać też tego, że w najbliższych tygodniach z głodu, stresu, obrażeń i w wyniku ataków drapieżników będą ginęły te, którym udało się przetrwać pożogę.

Dla niektórych to może być koniec

„Należy pamiętać, że Australia jest osobną krainą zoogeograficzną, więc jak coś wyginie, to nie przyjdzie z innych obszarów. Tam nie ma takiej możliwości. Zwierzęta i rośliny są endemiczne. Jeżeli zginą w pożarach, to bezpowrotnie znikną z Ziemi” – mówiła 2 stycznia 2020 na antenie TOK FM dr inż. Anna Wierzbicka z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

Niestety, nie jest wykluczone, że przyszłość niektórych gatunków australijskiej fauny stanie pod znakiem zapytania w wyniku trwającej od miesięcy fali pożarów.

Pożoga spustoszyła wspomnianą Wyspę Kangura i niewykluczone, że zniszczeniu uległa tamtejsza populacja przypominającego nieco mysz grubogonika australijskiego. Naukowcy, z którymi rozmawiał brytyjski „The Guardian” wskazują również na inne gatunki, dla których obecne pożary buszu mogą w być fatalne w skutkach, m.in. myszy Hastings River, chutliwca srebrnogłowego i kanguroszczura długonogiego.

Może nie będzie tak źle

Omówione wcześniej wyliczenia prof. Dickmana spotkały się z krytyką niektórych naukowców. Ich zdaniem może nie być tak źle, jak pisze uczony z Uniwersytetu w Sydney.

Zdaniem ekologa Colina Beale’a z Uniwersytetu w York można liczyć na to, że uratuje się więcej ptaków. „Na obszarach Afryki, gdzie pracuję, bardzo niewiele ptaków umiera w wyniku pożarów” – powiedział badacz. Po prostu – odlatują.

Z kolei prof. Tom Oliver z Uniwersytetu w Reading ma wątpliwości, co do założonych przez prof. Dickmana zagęszczeń poszczególnych gatunków w Nowej Południowej Walii. Wskazuje również na to, że dużo gadów mogło się uratować przez zagrzebanie się w ziemi, która dobrze izoluje od żaru.

Pozostaje mieć nadzieję, że te krytyki okażą się być słuszne.

Ale szacować straty w unikalnej faunie Australii będzie można dopiero wtedy, gdy ustaną pożary. A na to się na razie nie zapowiada.

Aktualną mapę pożarów można zobaczyć na stronie BBC.

OKO.press sprawdza, czy politycy ratują świat przed katastrofą klimatyczną.
Wesprzyj nas, też chcemy przeżyć.

Dziennikarz i publicysta. W OKO.press pisze o ochronie przyrody, łowiectwie, prawach zwierząt, smogu i klimacie oraz dokonaniach komisji smoleńskiej. Stały współpracownik miesięcznika „Dzikie Życie”.


Komentarze

Masz cynk?