0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.plFot. Agnieszka Sadow...

Z okazji 8. urodzin OKO.press, które wystartowało 16 czerwca 2016 roku, będziemy przez cały tydzień przypominać wybrane teksty (i filmy) z tych ośmiu lat. Takie, które zmieniły bieg zdarzeń, ale także po prostu teksty wyjątkowo dobre, ciekawe, ważne dla opinii publicznej. Poza tym mamy dla Was w prezencie osiem wybitnych reportaży OKO.press w wersji audio. I cały czas czekamy na Wasze życzenia, liczymy na wskazanie, czego Wy sobie życzycie od OKO.press.

Karolina Felberg: Dwie przyczyny skłaniają mnie do tego, by przypomnieć czytelnikom OKO.press mój tekst „Autofikcja na pełnym gazie. O »demonach« Marcina Kąckiego” z początku 2024 roku. Po pierwsze, opinia publiczna nadal nie poznała wyników wewnętrznego dochodzenia w sprawie, którą opisałam, a pewnie chciałaby wreszcie usłyszeć kilka słów na temat rozstrzygnięć.

Po drugie, trwa właśnie ustanowiony przez Sejm RP rok Marka Hłaski. A Hłasko był jednym z licznych ojców założycieli dyskursu męskocentrycznego, którego spadkobiercą czy nawet innowatorem jest niewątpliwie Marcin Kącki. Co ciekawe, za uhonorowaniem w ten sposób mizantropa, seksisty i mizogina głosowało aż 449 posłów. Tylko jeden poseł był przeciw za to 3 wstrzymało się od głosu. Widać więc, że literatura męska nie traci na sile rażenia oraz powszechnym uznaniu.

Zastanawiam się przy tej okazji, kiedy, zgodnie z zasadą, która kobiecocentryczne pisarstwo nazywa „literaturą kobiecą” vel „narracją dla kucharek”, zacznie się o tej prozie mówić „literatura męska” vel „pisarstwo dla robotników”.

Gwoli sprawiedliwości – w opowiadaniach izraelskich narrator Hłaski bywa przepiękny – czuły na kwestie postkolonialne, rasistowskie, ksenofobiczne, ale to już materiał na inną opowieść.

„Autofikcja na pełnym gazie. O »demonach« Marcina Kąckiego”

Przeczytaj także:

Tekst Marcina Kąckiego „Moje dziennikarstwo – alkohol, nieudane terapie, kobiety źle kochane, zaniedbane córki i strach przed świtem”, opublikowany 5 stycznia 2024 roku na portalu Wyborcza.pl, ujął pierwszych czytelników odwagą, brawurą, szczerością. Wzorem autorów francuskojęzycznych autofikcji – Annie Ernaux, Didiera Eribona i Édouarda Louisa, autor zwierzył się ze swoich lęków, wstydów, kompleksów. Lecz czy upakowując swoją historię w literacki schemat, nie nadużył zaufania czytelników, przekonanych, że mają do czynienia z “wyznaniem”, nie zaś z autokreacją?

Sprawdźmy, co rzeczywiście kryje się pod zastosowaną przez niego – efektowną, a momentami wręcz efekciarską – poetyką.

Awans ze Stargardu

Bohater tekstu nie pochodzi z wielkopańskiego lub wielkomiejskiego domu, lecz z przeciętnej rodziny stargardzkiej. I ewidentnie ma o to żal do losu. Nie ukrywa, że w wielu aspektach czuje się naznaczony tudzież wykluczony. Matka – pracownica lokalnej spółdzielni i ojciec – maszynista, a potem robotnik w niemieckiej hucie, nie rozpieszczali go przesadnie. Sam musiał sobie skołować kasę na pierwszą gitarę. Typowa sytuacja, ale nie dla Kąckiego. Autor skarży się zatem dalej. Kiedy już bowiem kupił instrument, nie od razu mógł na nim zagrać, bo „w tamte wakacje” ręce miał całe w bąblach. Wszak przepracował je przy odzyskiwaniu miedzi z kabli. Historia jakich wiele, ale – znów – nie dla Kąckiego.

Rodzice wysyłają Kąckiego na studia do Poznania, co naturalnie jest awansem społecznym, lecz z drugiej strony – pochłania koszty. Student dorabia po zajęciach w sklepie, skupie makulatury i złomu. Nic szczególnego – przynajmniej w latach 90. – ale nie dla Kąckiego. Lecz jakby tego było mało, narrator czuje się winny, że uciekł „z dziury po tę swoją przygodę”, a w związku z tym dzieli skromne dochody pomiędzy siebie a biedującą w feralnym małżeństwie siostrę.

Marcin Kącki poznaje dziewczynę – niestety, niezbyt fajną. Wpierw przygarnia go i pozwala mu z sobą mieszkać, a następnie wyrzuca za niedokładnie się do czynszu. I kiedy autor zaczyna swoją życiową przygodę z dziennikarstwem, spada nań szok – jego kolejna dziewczyna zachodzi w ciąże i rodzi mu córkę. Dwudziestotrzylatek rzuca zatem studia na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i ostro zabiera się do pracy, a przez to coraz rzadziej wpada po słoiki do matki. I nadal wspiera finansowo siostrę. Choć ledwo żyje.

Fikcyjna akademia

Pierwsze sukcesy Kącki osiąga w poznańskiej „Gazecie Wyborczej”. I co ważne, wypracowuje swoiste metody. Kiedy nie może „namierzyć morderców gejów” – wdziewa kostium męskiej prostytutki. Kiedy nie jest w stanie „przyłapać polityków na korupcji” – instaluje im kamerę. A przy tym samodzielnie kupuje kradzione części i rozbija w ten sposób „gang złodziei”. Jaki jest związek przyczynowo-skutkowy między „kupowaniem kradzionych części”, a „rozbijaniem gangu złodziei”? Zostawmy to jednakowoż – grunt, że brzmi atrakcyjnie.

W 2024 roku Marcin Kącki wspomina ten czas następująco: „Dziennikarstwo było jak zakładanie własnego uniwersytetu, chodzenie na własne wykłady, a zaliczenia dawali czytelnicy. Gdy spadła jakość nauczania w Polsce, bo powstały wyższe szkoły wszystkiego i niczego, to zakładam w redakcji fikcyjną akademię, która dawała magistra każdemu, bo chcę pokazać, że edukacja stacza się w maturę gorszą od mojej, a do pracy w tej mojej akademii zgłaszają się szanowani profesorowie”.

Czego konkretnie nauczał Kącki? W jaki sposób obnażył słabości systemu szkolnictwa? Ani tu, ani w innych miejscach tekstu nie padają konkrety, fakty, przykłady. Kącki poprzestanie na epatowaniu czytelnika efektownością i własnym kombatanctwem.

Romantyzowanie (auto)biografii

Młody reportażysta poznaje „starszą, mądrą, odważną” poznańską dziennikarkę radiową i telewizyjną – Ewę Wanat. I z miejsca wchodzi z nią w relację równorzędną. Kącki z Wanat wspólnie „szlifują” „dziennikarski etos” („gdzie wcisnąć gaz, gdzie zaciągnąć hamulec”). Kiedy więc w 2003 roku dziennikarka wyjeżdża z Poznania i „zakłada Radio TOK FM w Warszawie” – ich zażyłość służy im obu, „by kalibrować sobie te kompasy etosu”.

Ten passus od razu wydał mi się dość dziwny – natrętne powoływanie się na „etos”, nigdy zaś na „etykę” pracy i „szlifowanie etosu” miast warsztatu dziennikarskiego. Zdziwiła mnie też nieścisłość. Wszak pamiętam, że słuchaliśmy TOK-u w moim domu rodzinnym, a wyprowadziłam się z niego w 2000 roku. Sprawdzam zatem ten drobiazg, no i mam rację – rozgłośnia rozpoczęła nadawanie w marcu 1998 roku, pod nazwą Inforadio. Owszem, Wanat zredefiniowała i zreformowała tę stację – uczyniła z niej „Pierwsze Radio Informacyjne”, ale jednak nie zakładała go. Skąd zatem ten błąd rzeczowy?

Ta autofikcja zawiera więcej nieścisłości i białych plam. Jednak Kąckiemu nie chodzi o manipulowanie faktami, ale o kontrolowanie wrażeń i emocji odbiorcy. To dlatego jego bohater jest człowiekiem „znikąd”, choć Stargard to wcale niemałe miasto. Nie kończy studiów, ale staje się guru poznańskiego dziennikarstwa. Wanat zaś przedstawiana jest przez niego jako pionierka, bo przecież obdarzona iskrą bożą wizjonerka nie potrzebuje poprzedników ani tradycji.

Zabieg stary jak świat – nazywa się go „romantyzowaniem (auto)biografii”. Literatury nowożytna i nowoczesna wyeksploatowały ten chwyt do cna. Poczynając od Adama Mickiewicza, który dla oświeconych salonów europejskich był także „znikąd” – człowiekiem bez przeszłości. Dlatego widziano w nim nieobliczalnego rewelatora gminnego, buntownika, trybuna ludowego i rewolucjonistę.

Pod wulkanem

Dwudziestosiedmioletniego dziennikarza spokój się jakoś nie ima, Matka „błaga” go, by „częściej dzwonił”, a jego „mała rodzina” się rozpada. Marcin Kącki zostaje sam, choć znów nie tak do końca. Trzymają się go koledzy z branży, z którymi pije i gada do upadłego. Żyje czytaniem, pisaniem i walką z własnymi “demonami”. Przez siedem lat pisze książkę o skazanym za pedofilię Wojciechu Kroloppie i jest bezprzykładnie zakochany – w dziennikarstwie śledczym, przez które zaniedbuje dwie córeczki, ale w zamian przeżywa coś tak intensywnego, iż żałuje, że nie może mieć ze swoją pasją kolejnych dzieci.

Koszty tej miłości rosną bezustannie. Kącki zostaje pobity metalową pałką. Orientuje się, kim był napastnik, lecz nie zdradza tego policji. Po wyjściu ze szpitala odnajduje oprawcę i obiecuje mu milczenie, jeśli ten zostanie jego informatorem. Tak też się staje. Zbir – szantażowany przez dziennikarza przez całe lata – „służy” mu („wiernie jak pies”), on zaś wpada w kolejny romantyczny amok – w „uzależnienie od własnej krwi”.

Kącki nie wyjaśnia, co to właściwie znaczy. Nie musi. Przecież czytelnik – wychowany na kontrkulturze, prozie „straconego pokolenia” (ot, choćby Ernesta Hemingwaya czy Marka Hłaski), poezji pokolenia „brulionu”, książkach Szczepana Twardocha, Ziemowita Szczerka czy Jakuba Żulczyka – zrozumie. Świat (nie)przedstawiony w autofikcji Kąckiego do złudzenia przypomina realność wiersza „Pod wulkanem” Marcina Świetlickiego. A jest nią domena antysystemowców, buntowników z wyboru, straceńców i ludzi marginesu. „Niczego o nas nie ma w Konstytucji” – powiada podmiot liryczny. W puencie zaś: „Po zdjęciu czarnych okularów / ten świat przerażający jest tym bardziej. / Szedł z nami pies i śmierdział. Wszystkie dokumenty / uległy rozkładowi. Wszystko, co kochałem, / uległo rozkładowi. Jestem zdrów i cały. // Pod wulkanem / urodziło się / DZIECKO!”.

„Pod wulkanem” to naturalnie aluzja do słynnej powieści Malcolma Lowry’ego z 1947 roku, której bohater – brytyjski konsul Geoffrey Firmin – upija się do spodu pod meksykańskim słońcem. Czy nie podobny amok panuje w męskocentrycznej narracji Kąckiego, gdzie sukces, prestiż, kariera nie chronią przed chlaniem, a mimo to, od czasu do czasu, deus ex machina zjawiają się tutaj kolejne dzieci? Jakby spadały z nieba.

Smarki pod nosem

Jakiś czas potem bohaterowi Kąckiego rodzą się dwie kolejne córki. A dzieje się to w czasie dość niefortunnym – kiedy „siostra prosiła o więcej, mama o częściej, ojciec na orbicie, książka o Maestro [Wojciechu Kroloppie – KF] zdemolowała mi do reszty rodzicielskie wzorce”. Dla romantyków książki to żywioł zbójecki – wiadomo. Zwodzą, uwodzą, zabijają. Lecz co gorsza, w rzeczywistości dziennikarza rozgaszcza się nowe pojęcie – „alimenty”. I tylko „obce kobiety” niczego od niego nie chcą. One jedne fundują mu azyl.

A tymczasem Agora – wydawca „Gazety Wyborczej” – wchodzi na giełdę i zaczyna na dorocznych śledzikach serwować pracownikom („zamiast gorącego barszczu”) – „optymalizację kosztów na zimno”. „I już nie tylko Adam, ale wszyscy zaczęliśmy się jąkać, gdy patrzyliśmy w przyszłość” – wyznaje Marcin Kącki. Dziennikarz nie zmienia jednak pracodawcy ani sposobu zarabiania i również ten stres przepoczwarza w kolejnego „demona”. Odtąd pracuje dla ludzi, którzy nawet przed nim nie ukrywają, że mają krew na rękach. W dodatku – krew doskonałych dziennikarzy i jednocześnie przyjaciół.

Kącki ląduje w szpitalu z wrzodem żołądka i bardzo żałuje, że to nie rak, bo wtenczas mógłby oddalić się na wieczny spoczynek, a tak – musi wracać do córek. W domu tymczasem jazda bez trzymanki. Zabawy z deskorolką kończą się dla reportera złamaniem ręki. Od kompletnej fiksacji ratują go spotkania z ludźmi z branży – z dziennikarzami, redaktorami, wydawcami, z którymi toczy pełne pasji rozmowy. Najlepiej robią mu, naturalnie, rozmowy po świt z Ewą Wanat. Nie oszczędzają siebie. Ale nad ranem Ewa zawsze powtarza, że oboje są w gruncie rzeczy „dobrymi” – choć „poharatanymi” – ludźmi. Następnie ociera reportażyście smarki spod nosa.

Kącki gubi z pola widzenia najstarszą z córek. Dziewczyna wcale nie znika ot, tak – naturalnie, jak każdy młody człowiek, który chce odciąć pępowinę. Przeciwnie. Przepada, obciążając ojca niezłym balastem – wyrzutami sumienia oraz poczuciem niedającej się zapić straty. Słowem, “demony” mnożą się na potęgę. Jakby tak jak córki spadały z nieba. Marcin Kącki zapada się pod ich ciężarem i z wolna znika „z horyzontu” reszty dzieci.

Batman reportażu

Książka o Kroloppie przynosi spełnienie. Czytelnicy ślą pełne wyrazów wdzięczności listy i proszą o więcej. Kącki postanawia zatem udać się do Białegostoku – po materiał na reportaż o rodzimych faszystach. Po drodze zalicza jeszcze mały skok w bok. Pije całą noc u kochanki-feministki, która wyjaśnia mu, że świat dzięki jego robocie naprawdę staje się lepszy. Rano wymiotuje na poznańskim przystanku. Jakiś facet nazywa go „menelem”, więc dziennikarz rozbija butelkę o chodnik. Policja wlepia mu mandat za akt wandalizmu. Jemu, czyli właściwie komu? „Batmanowi reportażu” – jak pisze o sobie, wcale nie zawsze autoironicznie.

Superbohater rekompensuje sobie domowe straty na mieście. Szuka u obcych kobiet ulgi i zrozumienia. I jedne rzeczywiście matkują mu, a inne go po prostu kochają – takim, jaki jest. Bez oczekiwań. Cenią więc w nim zarówno supermana, który niszczy złych ludzi, jak i panikarza, którym targają „męskie demony zniszczenia”. Kobiety to jego azyl. Zapomina w ich objęciach, że zakładnikami jego codziennej wojny ze złem pozostają żony i dzieci. Burdelmama Bebe, która zna piekło od podszewki, obdarza go spokojem i informacjami. Skąd ta szczodrość? Z wdzięczności, że Kącki „piórem” rozbroił „gang niejakiego »Tałaja«”.

W połowie minionej dekady Ewa Wanat („odrzucona przez hipokryzję naszego środowiska, przez swoją bezkompromisową osobowość”) przenosi się do Berlina. A przed wyjazdem wyposaża przyjaciela w pocieszkę. „Jeśli Marek Edelman był dobrym człowiekiem, a przeszedł piekło, to jest dla nas nadzieja, że nie zapędzimy się na własny Umschlagplatz” – tak mu ponoć powiada.

Marcin Kącki wkłada w jej usta wypowiedź co najmniej bulwersującą. I czyni to ledwie kilka tygodni pod jej śmierci (dziennikarka zmarła 13 grudnia 2023 roku). Na Facebooku ustęp ten jest szeroko krytykowany. Zwłaszcza na profilu Piotra Pazińskiego – pisarza, a w latach 2000–2019 redaktora naczelnego czasopisma polskich Żydów „Midrasz”. Wielu komentatorów przyznaje, iż ich „zemdlił”. „Ja też się przy tym fragmencie porzygałem. Wszystko na sprzedaż: Żydzi – Holokaust – Umschalgplatz – zmacerowane od wilgoci stopy ludzi ściganych na granicy polsko-białoruskiej...” – pisze Jacek Leociak, znawca literatury Zagłady i badacz Zagłady Żydów.

Cud nad Wisłą

Kącki zapamiętał przekazywaną w jego rodzinie z ojca na syna maksymę – „jeśli wracasz do domu w swoich butach, to nie jesteś alkoholikiem”. Dba więc o to, by każdorazowo zadośćuczynić temu przykazaniu. W rezultacie zdarza się, że kompletnie pijany nad ranem przemienia przedpokoje znajomych w istne rumowiska. Stara się jednak nie wychodzić od nich boso. Prócz etosu dziennikarstwa, szlifuje zatem etos pijaka z zasadami. Konkretnie zaś – z tą jedną zasadą.

Latem 2017 roku czterdziestojednoletni reportażysta siada nad whisky w Amatorskiej w Warszawie i doznaje olśnienia. Oto bowiem nawiedza go myśl, że choć życie spędził na tropieniu pedofilii, drapieżców seksualnych, faszystów, zdegenerowanych polityków i gangsterów, to może jednak i on ma na sumieniu jakiś występek wobec kobiet. Wszak słynie z „kurewsko szyderczego dowcipu” oraz pociągu do „flirtu, podboju i napięcia erotycznego, które buduje piętrowe zagadki na pół nocy”. Wnet dociera do niego, iż (po)etyka jego praktyk seksualnych mogła być dla kogoś raniąca. Dopiwszy butelkę, oddaje wszystkie pieniądze bezdomnemu i postanawia oddać swe życie Wiśle.

I wtedy zdarza się cud. Wisła go nie chce. Wyrzuca Kąckiego na brzeg. Skazuje na zmartwychwstanie. „Śmierdzący jak sushi” dziennikarz udaje się do Agory, gdzie domyka wydanie „Dużego Formatu”. „Wziąłem prysznic w redakcyjnej toalecie, palcem umyłem zęby i zacząłem ten czwartek. I nikt, NIKT, nie miał prawa widzieć, zwłaszcza koledzy redaktorzy z »DF«, że chodzę po linie, bo chodziłem wytrenowanym, nonszalanckim krokiem człowieka, który na wszystko patrzy z góry, zwłaszcza na przepaść pod sobą, a w pionie trzymało mnie słowo »odpowiedzialność« jak sztuczne serce, a kłamałem wtedy tak, że nawet Zbigniew Religa uznałby to serce za prawdziwe” – powiada.

Niedługo potem spada z nieba Aneta Groszyńska – utalentowana reżyserka teatralna. Jedna Kąckiego z dziećmi – nawet z najstarszą córką. Sprawia, że dziennikarz wraca wreszcie z Amatorskiej o przyzwoitej godzinie. Namawia go na terapię. Psycholog uświadamia mu, że skoro urodził się dziesięć miesięcy po śmierci brata, który w 1975 roku umarł na raka nerki, to najpewniej stał się zakładnikiem autodestrukcyjnego przekonania, iż musi „się udać jako terapia swoich rodziców, by już nigdy nie cierpieli”. Jego zdaniem, to dlatego Kącki całe życie zabiegał, by stać się „dobrą terapią, dobrym synem, bratem, ojcem, dziennikarzem, albo terapią dla swoich własnych bohaterów”, zaś autoagresję i nieumiejętność budowania trwałych relacji rozładowywał „poszukiwaniem ulgi w alkoholu, w seksie, w problemach innych”. Takie są źródło jego “demonów” i przyczyna samozagłady. Terapeuta tłumaczy mu, że przez lata „na raty” wpędzał się „do grobu obok brata”. I w pewnym sensie tak było – zawsze bowiem nosił na jego grób ważne teksty i zakopywał je płytko.

Teraz jest jednak inaczej. Aneta wciąga Kąckiego w teatr (jako dramaturga), co również okazuje się dla niego terapią.

Konteksty własnych demonów

W ramach prywatnej resocjalizacji Marcin Kącki obdzwania różne kobiety z przeszłości i przeprasza je za niestosowne zachowania. A jednak – licho nie śpi. Paweł Goźliński, czyli redaktor naczelny Wydawnictwa Agora i opiekun programowy Polskiej Szkoły Reportażu, w której wykłada Kącki, dzwoni do niego i mówi mu, że „jedna z kobiet z naszej szkoły uważa, że przekroczyłem granicę, i to jest […] dla naszej szkoły reportażu niedopuszczalne”. Dziennikarz próbuje nawiązać kontakt z poszkodowaną, lecz zamiast słów, które podsuwa mu Aneta („rozumiem, przepraszam”), wychodzą mu spod palców esemesy o długości eseju, owijające przy tym „wyrządzone krzywdy […] w konteksty własnych demonów”.

Kącki wpada zatem na lepszy pomysł. Decyduje się spisać swą spowiedź i opublikować ją w „Wolnej Sobocie” – redagowanym przez siebie magazynie internetowym na portalu Wyborcza.pl. Zwłaszcza że Ewa Wanat wielokrotnie namawiała go do tego kroku. „I postanowiłem – powiada Kącki – że skończę ten tekst, który jej obiecywałem od lat, bo Ewa nie odpuszcza, siedzi nocą na mojej komodzie, macha nogami jak Alicja ze swojej krainy, pali długą faję jak gąsienica z tej Alicji i namawia, bym napisał o sobie tak, jak pisałem o innych, czyli szczerze, czyli nie do zniesienia”.

Dziennikarz siada więc do niełatwego tekstu. Pisze go dla Wanat, która już nie żyje, dla kobiet, które „źle kochał”, a które przecież mu przebaczyły, dla córek, które po wielokroć zawiódł. Chce w ten sposób mieć swój wkład w rewolucję kobiet, której od lat kibicuje. Tym bardziej że po napisaniu książki „Chłopcy. Idą po Polskę” (Kraków 2023) nie może dłużej biernie przyglądać się ich wysiłkom. Musi włączyć się wreszcie w ich dzieło. Wszak „chłopcy” z Konfederacji tylko czekają, by zgotować kobietom patriarchalną kontrrewolucję.

Jaskółka #metoo

Być może stawką „Mojego dziennikarstwa…” jest więc zwarcie z korwinistami? Zarzucenie im, że hołdują zmurszałemu etosowi męskości, który nijak się ma do współczesności? Udowodnienie, że można inaczej – nawet jeśli przez większość życia pozostawało się zakładnikiem własnych demonów? Zrelacjonowanie osobistej przemiany, przed którą nadal się bronią, myląc demony ze wzniosłymi ideałami?

Zmartwychwstały Kącki głosi zatem prawdę – o tym, jak było, jak jest i jak być powinno.

I gdyby rzeczywiście taka właśnie była najważniejsza stawka jego tekstu, to właściwie nie byłoby sprawy. Jest jednakowoż inaczej.

W finale tekstu Marcin Kącki przytacza rozmowę z Wanat z lata ubiegłego roku. Zapytany przez przyjaciółkę, co zmieniłby, gdyby mógł cofnąć czas, odpowiada, że nic. Nic, albowiem szanuje sens własnej „drogi z lękami, szajbami, przygodami, z ranami zadawanymi w słusznej i niesłusznej sprawie”. Nic, ponieważ jego prywatne dziennikarskie rewolucje – „śledztwa, reportaże, prowokacje” – uważa za etap niezbywalny, by w przyszłości mogło być lepiej. „Zamykaliśmy złych mężczyzn, gdy o metoo nikt jeszcze nie słyszał” – stwierdza. „Na naszych ramionach i ramionach naszych przyjaciół dziennikarzy młodsi koledzy i koleżanki mogą robić dzisiaj swoje rewolucje i żądać jeszcze więcej, także od nas, a potem na ich ramiona wdrapią się kolejni” – konkluduje.

Wszystko, co się zdarzyło, było więc po coś. Nawet jego “demony”.

Prawda etapu

Marcin Kącki jest przekonany, że opinia publiczna łyknie ten tekst. Wszak od małego jest trenowana w myśleniu stricte nowoczesnym – zgodnie z logiką dziejów, w optyce postępu, celu i sensu, który nieodmiennie majaczy na horyzoncie, lecz „tu i teraz” zawsze jest nieobecny. Tak jak Kącki, kiedy jego córki były małe. Tak, z jego perspektywy, wygląda „prawda” poszczególnych „etapów”.

Lecz czy ta autofikcja naprawdę nadaje sens jego doświadczeniu albo przynajmniej je urealnia? Nie – ale za to je usprawiedliwia.

Kącki romantyzuje swoją robotę. Czyni z niej alibi. Wykpiwa się nią z tego, co zawalił na innych polach. Na koniec zaś wyraża nadzieję, że młody dziennikarz, który go właśnie czyta, skorzysta z jego doświadczenia i wystartuje z miejsca, do którego on, w takim mozole, doczłapał się już po czterdziestce.

Dziennikarz pozoruje się na pisarza lost generation – ofiarę okoliczności, które ograniczyły jego wolę i zdeterminowały jego działania.

Tuż po publikacji „Moje dziennikarstwo…” zbiera lajki, a Kącki – gratulacje. Zdarzają się faceci, którzy reflektują się, że im również zdarzało się krzywdzić w przeszłości partnerki. Tekst odbezpiecza temat, który dotąd był tabu. Pojawiają się głosy, że stanie się początkiem nowej fali #metoo. Wyrazów zachwytu nie szczędzą nawet krytycy literaccy. „Czytam, oddycham, czytam, oddycham, czytam. Jezu, Marcin, jak to jest napisane. dzięki” – egzaltuje się Michał Nogaś na Facebooku.

Ale w sobotę, 6 stycznia, Karolina Rogaska – dziennikarka „Newsweeku”, kiedyś studentka, a dziś współpracowniczka Polskiej Szkoły Reportażu, zmęczona „kultem oprawców”, publikuje posta, w którym zwraca się wprost do Kąckiego: „Czemu nie napisałeś, że moje wielokrotne NIE potraktowałeś jak niebyłe, czemu nie padło, jak rzuciłeś do mnie, że »teraz odmawiasz, a po 30-stce nie będziesz już tak wybrzydzać i będziesz ruchać się jak popadnie«? Jak za stosowne uznałeś rozebranie się i masturbację mimo mojego ewidentnego przerażenia?”.

Okazuje się, że to ona jest tą osobą, która zgłosiła Instytutowi Reportażu – organizatorowi PSR – nadużycia ze strony Kąckiego.

Własny interes

Rogaska potwierdza, że rozmawiała z Kąckim po tym, jak Goźliński powiadomił go o „skardze”. Odniosła nawet wtenczas wrażenie, że dziennikarz coś zrozumiał. „Ale teraz mam poczucie – dodaje – że ta rozmowa, te telefony, to było tylko kolejne »zbieranie materiału« do tekstu. Że tekst wynika tylko ze strachu, że prawda wyjdzie na jaw, więc trzeba ją wyprzedzić, że trzeba postawić sobie mocny pomnik, żeby trudniej byłoby go obalić. Komuś, kto nie zna kontekstu, będzie to wyglądać na napisaną z porywu serca spowiedź, ale tak nie jest, prawda?”.

6 stycznia Instytut Reportażu przyznaje, że 13 grudnia 2023 roku zerwał współpracę z Marcinem Kąckim. Co istotne, również i tej – jakże merytorycznej – informacji zabrakło w tekście Kąckiego. Dwa dni potem IR wyjaśnia, że do nadużycia doszło po skończeniu przez Karolinę Rogaską w 2017 roku studiów w PSR. Stało się to kiedy dziennikarka „pracowała nad reportażem dla Gazety Wyborczej, którego redaktorem był Marcin Kącki”.

Poszkodowana nie życzyła sobie upublicznienia tej sprawy. Chciała ją zamknąć w czterech ścianach IR. A jednak Kącki – zwolniony z Polskiej Szkoły Reportażu tego samego dnia, kiedy umarła Wanat – zignorował tę prośbę i, zasłaniając się rzekomym długiem wobec wieloletniej szefowej Radia TOK FM, napisał tekst, który miał mu pomóc zabezpieczyć własne interesy – na przykład zniechęcić kolejne osoby do zgłaszania skarg na niego u innych jego pracodawców.

Publikacji niefortunnego tekstu można było uniknąć. Jednak nikt z redakcji nie przeprowadził fact-checkingu ani nawet nie skontaktował się z Goźlińskim – choćby po to, by zweryfikować u niego ciężar i naturę wspomnianych w tekście „skarg”. Przeciwnie, Aleksandra Sobczak – wicenaczelna „Gazety Wyborczej”, redaktorka odpowiedzialna za portal „Wyborcza.pl”, w tym także za kobiecocentryczne „Wysokie Obcasy”, rozesłała do klubowiczów „GW” newslettera, którego zatytułowała „Nadal zazdrościcie białemu mężczyźnie w średnim wieku?” i w którym gorąco polecała materiał Kąckiego, przyznając, że czytała go na raty, bo kilka razy się popłakała.

„Artykuł ma tylko jedną wadę – powinien być książką. Dawałabym ją w prezencie wszystkim kolegom i koleżankom” – konkludowała.

Uwodzenie

Marcin Kącki uwiódł kolegów – ot, cała prawda. Zbudował „piętrowe zagadki na pół nocy” i uśpił ich czujność. Wiedział, że nie oprą się efektownemu tudzież efekciarskiemu tekstowi, który zapowiada sporą klikalność. Zrewanżował się Agorze, która, wchodząc przed laty na giełdę, przedłożyła zyski nad etos. Słowem, idealnie wpisał się w logikę drapieżnego kapitalizmu. Ale Kącki zwiódł na manowce także i siebie, a przede wszystkim – czytelników.

Kącki kreuje się w „Moim dziennikarstwie…” na bohatera ludowego lub outsidera – buntownika z wyboru, skrytego rewolucjonistę, lecz koniec końców okazuje się banalnym uzurpatorem, który próbuje przejąć cudzy dyskurs i skapitalizować nieswoje racje. Zauważyła to Małgorzata Rejmer, która skomentowała mitomański wywód Kąckiego następująco:

„Znikąd ratunku – powiedziałam do przyjaciółki, gdy w piątek przez mój Facebook przewalała się fala zachwytów nad kabotyńskim tekstem Marcina Kąckiego. Jeszcze dobrze nie przeszła fala #MeToo, a już jest narracyjnie zagarniana przez skruszonych sprawców – napisała. – Zaraz się okaże, że twarzą #MeToo w Polsce będzie heteroseksualny mężczyzna w średnim wieku. To jak w dowcipie, że mężczyźni wygrywaliby nawet w konkursach na najlepszą kobietę”.

Dziennikarz odwołuje się do starej jak świat metody – mitotwórczą i męskocentryczną autofikcją o życiu na pełnym gazie zagaduje vel dyskredytuje realny problem ze spektrum „kultury gwałtu”. Odnosi się do „skarg” na niego, lecz li tylko na swoich warunkach – krzywdząc poszkodowaną po raz wtóry. Rogaskiej zależało na dyskrecji? Pisze więc spory tekst i publikuje go w ogólnopolskim medium, którego jest zresztą redaktorem (7 stycznia został zawieszony). Nie przyznaje się do molestowania, stwierdza tylko, że czasem „źle kochał”. Przeprasza, lecz nie żałuje. Wprost przyznaje, że gdyby miał drugą szansę, postąpiłby identycznie.

Czy naprawdę sądzi, że onanizowanie się przy kobiecie, która nie życzy sobie być tego świadkiem, jest „etapem” koniecznym w drodze do pełnej równości i dobrostanu kobiet?

Kultura samogwałtu

Autofikcja Kąckiego udaje, że walczy z „kulturą gwałtu”, lecz w gruncie rzeczy modelowo się w nią wpisuje.

Wyrażenie to bywa uważane za bacik czy pałkę na mężczyzn. Tymczasem w polskim prawie definicja gwałtu jest nieprecyzyjna, nie zawiera np. zapisu o sprzeciwie ofiary [Rzecznik Praw Obywatelskich odwołując się do aktów prawa międzynarodowego, w tym do Konwencji przeciw przemocy wobec kobiet, proponował, by definicja gwałtu była oparta na braku zgody na współżycie, a nie na konieczności stawiania widocznego oporu – red.]. To dlatego te przestępstwa i nadużycia pozostają zwykle nierozliczone. Rozmywają się do wszechobecnej, acz nieweryfikowalnej opresji – do tego więc, co składa się na pojęcia „kultura gwałtu”.

Narracja Kąckiego, choć ewidentnie współtworzy dyskurs (o)presji, posiada jeszcze swoistą specyfikę. Otóż stanowi autofikcję pijacką, czyli podgatunek, który we współczesnej polszczyźnie ma takich patronów jak Jerzy Pilch, Krzysztof Varga czy Janusz Rudnicki. Notabene trójca ta przez całe lata związana była z „Gazetą Wyborczą”.

Czym zatem różni się (po)etyka autofikcji „na gazie” od (po)etyki autofikcji pozbawionej tego dookreślenia? Inaczej mówiąc, czym różni się „Moje dziennikarstwo…” od „Powrotu do Reims” (2009) Didiera Eribona – francuskiego filozofa i socjologa, na którego Kącki powołuje się zresztą w tekście? Tym mniej więcej, czym różni się gwałt od samogwałtu.

Kącki (własnym piórem) wyładował dręczące go napięcie – rzeczone „demony”, które, jeśli się je odromantyzuje, okazały się niczym innym jak popędami. Sęk w tym, że uczynił to publicznie. Pewnie od czasu do czasu autofikcje pijackie lub narkotyczne rodzą się w każdym z nas – to rzeczywiście żywioł, któremu niewiele trzeba. Ot, iskra. Kilka kieliszków. Ale nieczęsto je spisujemy – prawda? A jeszcze rzadziej podajemy je do druku w medium o ogromnym zasięgu.

Morał z tego taki, że i pióro bywa bronią obusieczną. Kto piórem wojuje, ten od pióra ginie – i to własnego.

Przymierzanie się do krzyża

Patronem nowoczesnej autofikcji pijackiej jest Marek Hłasko – choć sam wcale nie uprawiał tego gatunku. Ale stworzył dlań figurę centralną – Kubę z „Pętli” (1956), który składa z siebie ofiarę na ołtarzu, mimo że nikt nie czeka na jego ofiarę. Lecz Kuba tylko tak może pozbyć się wewnętrznego napięcia. W ekranizacji „Pętli” w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa z 1957 roku w alkoholika wcieli się Gustaw Holoubek – bożyszcze kobiet i mężczyzn. Od tej pory zbitka pijak-romantyk przestała brzmieć jak oksymoron.

Kuba uosabia „stracone pokolenie”, bo jego młodość przypadła na czas okrutnej wojny. Zapija traumy wojenne? Chcemy wierzyć, że tak. Hłasko przez całe lata nie umiał matce przebaczyć, że nie puściła go do powstania warszawskiego. Miał wtedy dziesięć lat. Kiedy dorósł, stał się nałogowym mitomanem. Uwielbiał kombatanctwo.

Agnieszka Osiecka dostrzegała w nim przede wszystkim autoagresję i źle zaadresowane ofiarnictwo. „Są tacy ludzie, którzy – jak znajdą but na plaży, to natychmiast przymierzają ten but, mają odruch, żeby włożyć nogę. Marek przymierzał się do krzyża”– stwierdziła w dokumentalnym filmie Andrzeja Titkowa „Piękni dwudziestoletni”.

Lecz ze straceństwem Hłaski było podobnie jak z samogwałtem – chodziło w nim o luzowanie własnych demonów.

Autofikcje pijackie nie wnoszą nic do rewolucji feministycznej, bo są to (re)prezentacje etosu narcystycznego, samozwrotnego, autotematycznego. Kabotyńska i męskocentryczna (po)etyka Kąckiego nie przyda się zatem kobietom. Zwłaszcza że motywuje ją stricte męska potrzeba kontroli dyskursu i pełnej hegemonii w sferze symbolicznej. Dla autora książek o faszystach będzie to pewnie policzek, ale trudno – trzeba to jasno powiedzieć: kobiety czują się bezpiecznie wśród mężczyzn, którzy rozumieją znaczenie słowa „nie”. Tylko tyle i aż tyle. I naprawdę nie ma znaczenia, jakie poglądy deklarują mężczyźni. Grunt, żeby rozumieli odmowę.

PS: Pamiątką po burdelmamie Bebe nie jest, jak twierdzi Marcin Kącki, książka „Najpiękniejsza para śmierci na świecie" Rolanda Topora, ale „Najpiękniejsza para piersi na świecie” (tegoż, tyt. oryg. „Plus belle paire de seins du monde”, 1995).

;
Karolina Felberg

Doktor nauk humanistycznych, historyczka literatury, krytyczka literacka i publicystka. Stała współpracowniczka „Kultury Liberalnej”, gdzie publikuje recenzje książek i spektakli oraz współtworzy rubrykę „Debiuty i po-debiuty”. Wykłada na Uniwersytecie Gdańskim. Współpracuje z Prix Grand Continent, „Nowym Tygodnikiem Kulturalnym” i „Notatnikiem Teatralnym", prowadzi autorką audycję „Mowa domowa” w Radiu Kapitał.

Komentarze