0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Iga Kucharska / OKO.pressIl. Iga Kucharska / ...

Losy sporu nad ustawą o reformie Państwowej Inspekcji Pracy to okazja do przyjrzenia się tożsamościom pracowników i przedsiębiorców. Analiza dyskusji wokół przekształcania fikcyjnych umów o dzieło, zlecenie albo B2B w etaty pokazuje, o ile bardziej aspiracyjne i tożsamościowe jest w Polsce bycie przedsiębiorcą (w tym jednoosobowym), niż pracownikiem. I jak bardzo trudno sprawić, żeby pracownicy w Polsce przedzierzgnęli się z „klasy w sobie” (czyli grupy, którą łączy wspólny los) w „klasę dla siebie” (czyli grupę, która uświadamia sobie tę wspólnotę losu i dąży do zyskania podmiotowości).

Przeczytaj także:

Status i poczucie kontroli

Nie będę tu mówić o kwestii zatrudnienia na umowach zlecenie i umowach o dzieło, bo trudno w tej debacie usłyszeć głosy pracowników, którzy upierają się przy tych konkretnych formach zatrudnienia i są z nich bardzo zadowoleni. Poza odarciem pracowników z praw dają one niewiele w zamian. Zarówno finansowo, jak i symbolicznie.

Pod względem symbolicznym najbardziej pociągające elementy funkcjonowania na umowie B2B to status i poczucie kontroli.

Status zapewniany jest tradycyjnie przez auto w leasingu (choć jego atrakcyjność nieco zbladła wraz z pojawieniem się leasingu konsumenckiego). Kontrolę daje zaś przez możliwość wybrania stopnia, w jakim skorzysta się z niedostępnej dla pracowników etatowych “optymalizacji”. Jej najpowszechniejszą odmianą jest możliwość odliczania sobie od podatku rozmaitych wydatków.

Odrobinę oszczędności można uszczknąć nie tylko na kosztach realnie związanych z prowadzeniem jednoosobowej firmy, ale na wielu innych wydatkach – od wizyt w restauracji po remont robiony przez szwagra, który weźmie fakturę.

“Możesz sobie dopisać do CEIDG tworzenie filmów i kupić drona, aparat fotograficzny i wystawić jedną fakturę na 100 zł koledze, a do tego zakupić te meble zrobić im zdjęcie i stworzyć stronę w wordpressie mówiąc, że próbujesz wystartować jako PHP developer i potrzebowałeś zdjęć na stronkę” – radzą sobie na forach ludzie z branży IT.

To, że można odliczyć VAT za paliwo, za które pracownik etatowy musi zapłacić w całości, jest niepisaną świętą regułą prowadzenia działalności. Ale to dopiero początek – do korzystnego rozliczania innych wydatków można albo zabrać się samemu, albo wynająć firmę specjalizującą się w optymalizacji. “Liczby nie kłamią, a my? Jak chcesz!” – reklamują się Pomysłowi Księgowi. (Jest też Kreatywna Księgowa oraz Sprytny Księgowy).

W jednoosobowym przedsiębiorcy często duma z oszczędności wygenerowanych dzięki podatkowi liniowemu i drobniejszym optymalizacjom łączy się z poczuciem krzywdy spowodowanym przez absurdalnie wysokie – jego zdaniem – podatki.

Przeświadczenie to najpewniej bierze się stąd, że w przeciwieństwie do pracowników etatowych ci na B2B muszą co miesiąc własnoręcznie robić przelewy do ZUS i Urzędu Skarbowego. Kiedy prowadziłam działalność gospodarczą, momenty, gdy po dwóch kliknięciach moje brutto zamieniało się w netto, nie należały do najprzyjemniejszych.

A jeśli nie ma się pojęcia, o ile większe podatki płacą pracownicy na etacie, nietrudno zrozumieć, że wielu niedoinformowanych przedsiębiorców na JDG uważa, że daniny, którymi są obciążani na liniówce, są o wiele większe niż podatki osób pracujących na etacie.

Kto dźwiga polską gospodarkę?

Osłodę stanowi jednak estyma, jaką otacza się przedsiębiorców. To właśnie ona pomaga w wytwarzaniu się zbiorowej tożsamości.

Polacy od początku transformacji karmieni są legendami o tym, że przedsiębiorca to filar, na którym wspiera się polska gospodarka.

To on ryzykuje, to on nie śpi, a przede wszystkim – to on płaci ogromne podatki do budżetu i w efekcie utrzymuje państwo. To on daje miejsca pracy, to on tworzy innowacje, to on odpowiada za rozwój i zielone strzałki na wykresach pnące się w górę. A do tego jest ciekawą postacią żyjącą nieszablonowym życiem, odmiennym od szarej egzystencji masy pracowniczej.

W latach 90. początkujący polscy przedsiębiorcy zwierzali się mediom, że biznes to wspaniała, bardzo męska gra, która wciąga bez reszty i smakuje lepiej, niż pozostałe sfery życia, takie jak relacje albo rodzinny wypoczynek. Ale kto ryzykuje, ten pije szampana w białych skarpetkach. Czyż nie jest to heroiczna opowieść?

W blasku narracji o wizjonerach podbijających dzięki swojej odwadze zagraniczne rynki grzeją się chętnie nie tylko właściciele średnich firm, ale i jednoosobowe działalności gospodarcze.

Nawet ci, którzy nie zarywają nocy i nie ponoszą wielkiego biznesowego ryzyka, bo jedynym celem ich funkcjonowania w ramach B2B jest optymalizacja podatkowa dzięki przejściu na podatek liniowy.

To, co realnie ryzykują – czyli brak systemowego wsparcia w razie poważniejszej choroby, widmo emerytury minimalnej albo niski zasiłek macierzyński – zakrzykiwane jest często opowieścią o bogactwie, które zgromadzą i które pozwoli im uwolnić się od socjalistycznych wynalazków takich jak NFZ albo ZUS. “Wysoki ZUS to nie mus!” – krzyczała całkiem niedawno kampania Alior Banku, który poprzez wzmocnienie poczucia bycia frajerem chciał sprzedać przedsiębiorcy kierowaną do niego promocję.

Pracownicy? Głównie kosztują

Czy pracownicy mogli kiedykolwiek poczuć się równie ważni, istotni i innowacyjni, jak przedsiębiorcy? Czy ktoś oferuje im wakacje podatkowe? Nie w III RP. Za czasów wczesnej transformacji jedyną aspiracyjną odmianą pracownika był młody wilk korporacyjny, który złapał pana Boga za nogi i mógł robić kilkunastogodzinne zmiany w międzynarodowej firmie konsultingowej. Tego noszono na rękach, opiewano w prasie i wskazywano jako przykład człowieka na nowe czasy.

O wielu grupach pracowników mówiło się i wciąż mówi językiem pełnym ubolewania: szwaczki szyją za wolno, wolniej niż na Zachodzie – skarżyli się prasie w latach 90. szefowie zakładów produkcyjnych. Rozleniwieni socjalizmem pracownicy nie byli w stanie dotrzymać tempa pędzącej polskiej przedsiębiorczości. Nie mieli także odpowiednich manier – w trakcie rozmów rekrutacyjnych irytowali przełożonych pytaniami o wynagrodzenie. Dzisiaj w opowieściach branży HR dużo słyszymy o tym, jak piach w tryby rynku sypie pokolenie Z – rzekomo nieprzystosowane, roszczeniowe, z trudem poddające się realiom pracy. A o millennialsach (którzy jeszcze kilkanaście lat temu też podobno byli roszczeniowi) dziś najczęściej można przeczytać, że wypalili się w zbyt intensywnej pracy, stracili poczucie sensu i nie wiedzą, co dalej robić ze swoim życiem, bo dłużej się tak nie da.

No i koszty pracy.

Pracownicy nie generują zysków, pracownicy KOSZTUJĄ.

Jako że nie wykonują sami przelewów za swoje składki, może niektórzy z nich sami uwierzyli w opowieść o tym, że tak naprawdę pracodawcy muszą do nich dopłacać. Albo w legendę o tym, że płacą mniejsze podatki niż udławione daninami osoby na B2B. A tymczasem nie dość, że płacą wyższy podatek dochodowy, to dodatkowo sformułowanie “składki odprowadza pracodawca” otwiera drogę do manipulacji. Owszem, odprowadza, ale nie funduje ich w całości. Na składkę emerytalną obie strony zrzucają się po równo. Składkę zdrowotną i chorobową pokrywa różnica między wynagrodzeniem brutto a netto pracownika. Większą część składki rentowej opłaca pracodawca, a wypadkową i fundusz pracy – w całości.

Etatowcy mają czuć się niedzisiejsi

Bezpieczeństwo i stabilność wynikające z bycia pracownikiem etatowym bywają przedstawiane jako coś oldschoolowego, niemodnego, wręcz wstydliwego. Pandemia COVID-19 stanowiła dla takich diagnoz dodatkowe paliwo.

W opublikowanym w 2020 roku wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” pewien doradca biznesowy twierdził, że “Coraz większej liczbie osób nie zależy na gwarancji praw pracowniczych, nie boją się nadużyć. (...) Postrzeganie zatrudnienia w kategoriach: etat, urlop, czas pracy, podległość służbowa to tok myślenia II Międzynarodówki”.

Jako prawdziwie nowoczesną formę pracy lansowano modnie brzmiące gig economy albo crowd employment. “Lifelong employment jest passé” – dowodziły we wspólnym raporcie firmy EY i GigLike.

“GIGekonomia jest przeciwieństwem tradycyjnego modelu zatrudnienia etatowego w oparciu o dobrze znaną umowę o pracę, która kojarzy się z 8‐godzinnym czasem pracy i miejscem jej wykonywania w biurze pracodawcy. Taki model sprawdzał się przez wiele lat, do momentu aż przestał odpowiadać potrzebom rynku, firm i co najważniejsze samym pracownikom” – zapewniali autorzy, a kilka stron dalej litowali się nad tymi, którzy wciąż są przywiązani do stabilnego zatrudnienia na etacie. “Na rynku funkcjonują współcześni luddyści – ideowi spadkobiercy ruchu protestu przeciwko pierwszej rewolucji przemysłowej”.

Nagłówek w Business Insiderze z 2025 roku krzyczał “Polacy odwracają się od etatu” (w tekście przedstawione są wyniki raportu firmy Hays, w którym nie ma ani słowa o preferencjach pracowników, ale za to możemy dowiedzieć się, że “wyraźnie przybyło firm, które chcą zwiększyć liczbę pracowników tymczasowych i zewnętrznych podwykonawców na kontraktach B2B”).

Wszystkie te narracje skonstruowano po to, żeby pracownicy przywiązani do swoich praw poczuli się niedzisiejsi, nieadekwatni i zagrożeni rychłym zmieceniem ich stosunku pracy przez nieuchronny wiatr zmian.

Trudno o solidarność

Zbiorowa tożsamość przedsiębiorców – tych wielkich i tych nano – napędzana jest dumą i poczuciem sprawczości oraz podbudowywana opowieścią o tym, że są najistotniejszym elementem systemu.

W pracownikach – zamiast dumy z tego, że płacą wyższe podatki i w zamian za to mają urlopy, prawo do L4 i wyższą emeryturę – wygenerowano zaś poczucie wstydu.

Pokolenia i warunki się zmieniają, ale pracownicy są zawsze nie dość dobrzy i do tego kosztowni.

To jedna z przeszkód stojących na drodze lewicowemu marzeniu o wielkiej pracowniczej solidarności, która mogłaby sprawić, żeby w debacie o umowach ich głos w sprawie umów o pracę był równie głośny, jak głos przedsiębiorców w sprawie zostawienia wszystkiego po staremu.

I tylko dzięki badaniom i sondażom wiemy, że umowę o pracę preferuje 88,5 proc. Polaków*, a zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy w kontekście zamiany fikcyjnych umów cywilnoprawnych na etat – ponad 60 proc.** (w tym szczególnie mocno popierają ją kobiety, osoby z wyższym wykształceniem i z dużych miast).

*Badanie ARC Rynek i Opinia dla Pracuj.pl, marzec 2023 **Sondaż Ibris dla Rzeczpospolitej, styczeń 2026

;
Zofia Smełka-Leszczyńska

Doktorka nauk o kulturze i religii, magistra psychologii (specjalność: kognitywistyka). Absolwentka studiów podyplomowych na SWPS z zakresu projektowania usług (2016) oraz UX (2013). Autorka książek "Usunąć do 30 dni. Semiotyka polskich plakatów wyborczych" ( 2020) oraz "Cześć pracy. O kulturze zapierdolu" (2024). Publikowała m.in. w "Dwutygodniku", "Kulturze Liberalnej" i "Krytyce Politycznej". Warszawska radna wybrana w wyborach 2024 r. (Klub Lewica – Miasto jest Nasze)

Komentarze