Dlatego w sporze o Państwową Inspekcję Pracy słychać głównie biznes i pracowników na fikcyjnym B2B, a nie etatowców? Narracje o odważnych i wizjonerskich przedsiębiorcach oraz niedzisiejszych, nieadekwatnych i zawsze nie dość dobrych pracownikach analizuje dr Zofia Smełka-Leszczyńska
Losy sporu nad ustawą o reformie Państwowej Inspekcji Pracy to okazja do przyjrzenia się tożsamościom pracowników i przedsiębiorców. Analiza dyskusji wokół przekształcania fikcyjnych umów o dzieło, zlecenie albo B2B w etaty pokazuje, o ile bardziej aspiracyjne i tożsamościowe jest w Polsce bycie przedsiębiorcą (w tym jednoosobowym), niż pracownikiem. I jak bardzo trudno sprawić, żeby pracownicy w Polsce przedzierzgnęli się z „klasy w sobie” (czyli grupy, którą łączy wspólny los) w „klasę dla siebie” (czyli grupę, która uświadamia sobie tę wspólnotę losu i dąży do zyskania podmiotowości).
Nie będę tu mówić o kwestii zatrudnienia na umowach zlecenie i umowach o dzieło, bo trudno w tej debacie usłyszeć głosy pracowników, którzy upierają się przy tych konkretnych formach zatrudnienia i są z nich bardzo zadowoleni. Poza odarciem pracowników z praw dają one niewiele w zamian. Zarówno finansowo, jak i symbolicznie.
Pod względem symbolicznym najbardziej pociągające elementy funkcjonowania na umowie B2B to status i poczucie kontroli.
Status zapewniany jest tradycyjnie przez auto w leasingu (choć jego atrakcyjność nieco zbladła wraz z pojawieniem się leasingu konsumenckiego). Kontrolę daje zaś przez możliwość wybrania stopnia, w jakim skorzysta się z niedostępnej dla pracowników etatowych “optymalizacji”. Jej najpowszechniejszą odmianą jest możliwość odliczania sobie od podatku rozmaitych wydatków.
Odrobinę oszczędności można uszczknąć nie tylko na kosztach realnie związanych z prowadzeniem jednoosobowej firmy, ale na wielu innych wydatkach – od wizyt w restauracji po remont robiony przez szwagra, który weźmie fakturę.
“Możesz sobie dopisać do CEIDG tworzenie filmów i kupić drona, aparat fotograficzny i wystawić jedną fakturę na 100 zł koledze, a do tego zakupić te meble zrobić im zdjęcie i stworzyć stronę w wordpressie mówiąc, że próbujesz wystartować jako PHP developer i potrzebowałeś zdjęć na stronkę” – radzą sobie na forach ludzie z branży IT.
To, że można odliczyć VAT za paliwo, za które pracownik etatowy musi zapłacić w całości, jest niepisaną świętą regułą prowadzenia działalności. Ale to dopiero początek – do korzystnego rozliczania innych wydatków można albo zabrać się samemu, albo wynająć firmę specjalizującą się w optymalizacji. “Liczby nie kłamią, a my? Jak chcesz!” – reklamują się Pomysłowi Księgowi. (Jest też Kreatywna Księgowa oraz Sprytny Księgowy).
W jednoosobowym przedsiębiorcy często duma z oszczędności wygenerowanych dzięki podatkowi liniowemu i drobniejszym optymalizacjom łączy się z poczuciem krzywdy spowodowanym przez absurdalnie wysokie – jego zdaniem – podatki.
Przeświadczenie to najpewniej bierze się stąd, że w przeciwieństwie do pracowników etatowych ci na B2B muszą co miesiąc własnoręcznie robić przelewy do ZUS i Urzędu Skarbowego. Kiedy prowadziłam działalność gospodarczą, momenty, gdy po dwóch kliknięciach moje brutto zamieniało się w netto, nie należały do najprzyjemniejszych.
A jeśli nie ma się pojęcia, o ile większe podatki płacą pracownicy na etacie, nietrudno zrozumieć, że wielu niedoinformowanych przedsiębiorców na JDG uważa, że daniny, którymi są obciążani na liniówce, są o wiele większe niż podatki osób pracujących na etacie.
Osłodę stanowi jednak estyma, jaką otacza się przedsiębiorców. To właśnie ona pomaga w wytwarzaniu się zbiorowej tożsamości.
Polacy od początku transformacji karmieni są legendami o tym, że przedsiębiorca to filar, na którym wspiera się polska gospodarka.
To on ryzykuje, to on nie śpi, a przede wszystkim – to on płaci ogromne podatki do budżetu i w efekcie utrzymuje państwo. To on daje miejsca pracy, to on tworzy innowacje, to on odpowiada za rozwój i zielone strzałki na wykresach pnące się w górę. A do tego jest ciekawą postacią żyjącą nieszablonowym życiem, odmiennym od szarej egzystencji masy pracowniczej.
W latach 90. początkujący polscy przedsiębiorcy zwierzali się mediom, że biznes to wspaniała, bardzo męska gra, która wciąga bez reszty i smakuje lepiej, niż pozostałe sfery życia, takie jak relacje albo rodzinny wypoczynek. Ale kto ryzykuje, ten pije szampana w białych skarpetkach. Czyż nie jest to heroiczna opowieść?
W blasku narracji o wizjonerach podbijających dzięki swojej odwadze zagraniczne rynki grzeją się chętnie nie tylko właściciele średnich firm, ale i jednoosobowe działalności gospodarcze.
Nawet ci, którzy nie zarywają nocy i nie ponoszą wielkiego biznesowego ryzyka, bo jedynym celem ich funkcjonowania w ramach B2B jest optymalizacja podatkowa dzięki przejściu na podatek liniowy.
To, co realnie ryzykują – czyli brak systemowego wsparcia w razie poważniejszej choroby, widmo emerytury minimalnej albo niski zasiłek macierzyński – zakrzykiwane jest często opowieścią o bogactwie, które zgromadzą i które pozwoli im uwolnić się od socjalistycznych wynalazków takich jak NFZ albo ZUS. “Wysoki ZUS to nie mus!” – krzyczała całkiem niedawno kampania Alior Banku, który poprzez wzmocnienie poczucia bycia frajerem chciał sprzedać przedsiębiorcy kierowaną do niego promocję.
Czy pracownicy mogli kiedykolwiek poczuć się równie ważni, istotni i innowacyjni, jak przedsiębiorcy? Czy ktoś oferuje im wakacje podatkowe? Nie w III RP. Za czasów wczesnej transformacji jedyną aspiracyjną odmianą pracownika był młody wilk korporacyjny, który złapał pana Boga za nogi i mógł robić kilkunastogodzinne zmiany w międzynarodowej firmie konsultingowej. Tego noszono na rękach, opiewano w prasie i wskazywano jako przykład człowieka na nowe czasy.
O wielu grupach pracowników mówiło się i wciąż mówi językiem pełnym ubolewania: szwaczki szyją za wolno, wolniej niż na Zachodzie – skarżyli się prasie w latach 90. szefowie zakładów produkcyjnych. Rozleniwieni socjalizmem pracownicy nie byli w stanie dotrzymać tempa pędzącej polskiej przedsiębiorczości. Nie mieli także odpowiednich manier – w trakcie rozmów rekrutacyjnych irytowali przełożonych pytaniami o wynagrodzenie. Dzisiaj w opowieściach branży HR dużo słyszymy o tym, jak piach w tryby rynku sypie pokolenie Z – rzekomo nieprzystosowane, roszczeniowe, z trudem poddające się realiom pracy. A o millennialsach (którzy jeszcze kilkanaście lat temu też podobno byli roszczeniowi) dziś najczęściej można przeczytać, że wypalili się w zbyt intensywnej pracy, stracili poczucie sensu i nie wiedzą, co dalej robić ze swoim życiem, bo dłużej się tak nie da.
No i koszty pracy.
Pracownicy nie generują zysków, pracownicy KOSZTUJĄ.
Jako że nie wykonują sami przelewów za swoje składki, może niektórzy z nich sami uwierzyli w opowieść o tym, że tak naprawdę pracodawcy muszą do nich dopłacać. Albo w legendę o tym, że płacą mniejsze podatki niż udławione daninami osoby na B2B. A tymczasem nie dość, że płacą wyższy podatek dochodowy, to dodatkowo sformułowanie “składki odprowadza pracodawca” otwiera drogę do manipulacji. Owszem, odprowadza, ale nie funduje ich w całości. Na składkę emerytalną obie strony zrzucają się po równo. Składkę zdrowotną i chorobową pokrywa różnica między wynagrodzeniem brutto a netto pracownika. Większą część składki rentowej opłaca pracodawca, a wypadkową i fundusz pracy – w całości.
Bezpieczeństwo i stabilność wynikające z bycia pracownikiem etatowym bywają przedstawiane jako coś oldschoolowego, niemodnego, wręcz wstydliwego. Pandemia COVID-19 stanowiła dla takich diagnoz dodatkowe paliwo.
W opublikowanym w 2020 roku wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” pewien doradca biznesowy twierdził, że “Coraz większej liczbie osób nie zależy na gwarancji praw pracowniczych, nie boją się nadużyć. (...) Postrzeganie zatrudnienia w kategoriach: etat, urlop, czas pracy, podległość służbowa to tok myślenia II Międzynarodówki”.
Jako prawdziwie nowoczesną formę pracy lansowano modnie brzmiące gig economy albo crowd employment. “Lifelong employment jest passé” – dowodziły we wspólnym raporcie firmy EY i GigLike.
“GIGekonomia jest przeciwieństwem tradycyjnego modelu zatrudnienia etatowego w oparciu o dobrze znaną umowę o pracę, która kojarzy się z 8‐godzinnym czasem pracy i miejscem jej wykonywania w biurze pracodawcy. Taki model sprawdzał się przez wiele lat, do momentu aż przestał odpowiadać potrzebom rynku, firm i co najważniejsze samym pracownikom” – zapewniali autorzy, a kilka stron dalej litowali się nad tymi, którzy wciąż są przywiązani do stabilnego zatrudnienia na etacie. “Na rynku funkcjonują współcześni luddyści – ideowi spadkobiercy ruchu protestu przeciwko pierwszej rewolucji przemysłowej”.
Nagłówek w Business Insiderze z 2025 roku krzyczał “Polacy odwracają się od etatu” (w tekście przedstawione są wyniki raportu firmy Hays, w którym nie ma ani słowa o preferencjach pracowników, ale za to możemy dowiedzieć się, że “wyraźnie przybyło firm, które chcą zwiększyć liczbę pracowników tymczasowych i zewnętrznych podwykonawców na kontraktach B2B”).
Wszystkie te narracje skonstruowano po to, żeby pracownicy przywiązani do swoich praw poczuli się niedzisiejsi, nieadekwatni i zagrożeni rychłym zmieceniem ich stosunku pracy przez nieuchronny wiatr zmian.
Zbiorowa tożsamość przedsiębiorców – tych wielkich i tych nano – napędzana jest dumą i poczuciem sprawczości oraz podbudowywana opowieścią o tym, że są najistotniejszym elementem systemu.
W pracownikach – zamiast dumy z tego, że płacą wyższe podatki i w zamian za to mają urlopy, prawo do L4 i wyższą emeryturę – wygenerowano zaś poczucie wstydu.
Pokolenia i warunki się zmieniają, ale pracownicy są zawsze nie dość dobrzy i do tego kosztowni.
To jedna z przeszkód stojących na drodze lewicowemu marzeniu o wielkiej pracowniczej solidarności, która mogłaby sprawić, żeby w debacie o umowach ich głos w sprawie umów o pracę był równie głośny, jak głos przedsiębiorców w sprawie zostawienia wszystkiego po staremu.
I tylko dzięki badaniom i sondażom wiemy, że umowę o pracę preferuje 88,5 proc. Polaków*, a zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy w kontekście zamiany fikcyjnych umów cywilnoprawnych na etat – ponad 60 proc.** (w tym szczególnie mocno popierają ją kobiety, osoby z wyższym wykształceniem i z dużych miast).
*Badanie ARC Rynek i Opinia dla Pracuj.pl, marzec 2023 **Sondaż Ibris dla Rzeczpospolitej, styczeń 2026
Gospodarka
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk
Donald Tusk
B2B
Państwowa Inspekcja Pracy
samozatrudnienie
umowy śmieciowe
Zakład Ubezpieczeń Społecznych
Doktorka nauk o kulturze i religii, magistra psychologii (specjalność: kognitywistyka). Absolwentka studiów podyplomowych na SWPS z zakresu projektowania usług (2016) oraz UX (2013). Autorka książek "Usunąć do 30 dni. Semiotyka polskich plakatów wyborczych" ( 2020) oraz "Cześć pracy. O kulturze zapierdolu" (2024). Publikowała m.in. w "Dwutygodniku", "Kulturze Liberalnej" i "Krytyce Politycznej". Warszawska radna wybrana w wyborach 2024 r. (Klub Lewica – Miasto jest Nasze)
Doktorka nauk o kulturze i religii, magistra psychologii (specjalność: kognitywistyka). Absolwentka studiów podyplomowych na SWPS z zakresu projektowania usług (2016) oraz UX (2013). Autorka książek "Usunąć do 30 dni. Semiotyka polskich plakatów wyborczych" ( 2020) oraz "Cześć pracy. O kulturze zapierdolu" (2024). Publikowała m.in. w "Dwutygodniku", "Kulturze Liberalnej" i "Krytyce Politycznej". Warszawska radna wybrana w wyborach 2024 r. (Klub Lewica – Miasto jest Nasze)
Komentarze