Czy rozpoczęcie impeachmentu to początek końca Donalda Trumpa? Prezydent USA nie ma zbyt dobrych notowań, ale zarzuty wobec niego mogą się okazać dla Amerykanów zbyt zawiłe, by Trumpa pogrążyć na dobre

Impeachment to wywodząca się z brytyjskiej tradycji procedura usunięcia z urzędu i jedno z najpopularniejszych słów końca 2019 roku w USA. Szafuje się nim z taką dezynwolturą, że można odnieść wrażenie, iż Donald Trump już żegna się z urzędem prezydenta Stanów Zjednoczonych. To jednak nie takie proste.

Konstrukcja odsuwania od władzy przypomina zwykły proces sądowy. Rolę kolektywnego prokuratora pełni Izba Reprezentantów. „Ona też będzie miała wyłączne prawo stawiania w stan oskarżenia za nadużycia popełnione w czasie sprawowania urzędu” – tak określa rolę kongresmenów amerykańska ustawa zasadnicza.

Ale żeby do sformułowania aktu oskarżenia doszło, Izba musi znaleźć dowody. Demokraci formułując dwa artykuły impeachmentu, w środę 18 grudnia uznali, że się znalazły – na nadużycie władzy i obstrukcję śledztwa parlamentu. Pozyskano je, przesłuchując świadków. Mechanizm ten przypomina komisje śledcze polskiego Sejmu.

Szefowej Izby Reprezentantów demokratce Nancy Pelosi udało się przekonać do wniesienia aktu oskarżenia przeciwko prezydentowi Trumpowi wszystkich członków swojej partii oprócz dwóch. To Jeff van Drew z New Jersey, który ogłosił, że przechodzi do Republikanów, i Colin Peterson z Minnesoty – reprezentuje w Izbie bardzo konserwatywny okręg wyborczy i nie chciał się narazić swojemu elektoratowi, który Trumpa po prostu lubi i mu ufa.

Jednym zdaniem, dowody za wystarczająco mocne uznali tylko przedstawiciele opozycji.

Czas na bastion Republikanów

Teraz, gdy Trumpa postawiono w stan oskarżenia, sprawa idzie do Senatu, a grupa kongresmenów – de facto wyselekcjonowanych przez Pelosi – zostaje oddelegowana do roli prokuratora. „Rozprawie przeciw Prezydentowi Stanów Zjednoczonych będzie przewodniczył Prezes Sądu Najwyższego. Nikt nie może być uznany za winnego bez zgody dwóch trzecich obecnych na posiedzeniu senatorów” – zapisano w konstytucji.

Afera ukraińska (Trump miał wywierać naciski na Ukrainę, by zmusić tamtejsze władze do śledztwa przeciw synowi byłego wiceprezydenta i prawdopodobnego rywala w 2020 roku – Joe Bidena) według konstytucjonalistów jest dowodem na przekroczenie uprawnień przez prezydenta oraz nadużycie władzy w postaci próby zaangażowania amerykańskiego fiskusa oraz armii do realizacji partykularnych interesów politycznych.

Ale czy senatorowie są tego samego zdania? Nic na to nie wskazuje. Jak dotąd ani jeden z 53 Republikanów nie poparł inicjatywy impeachmentu, a że do wyroku skazującego potrzeba 67 głosów, 20 z nich musiałoby dołączyć do całego klubu demokratycznego.

Gdyby ktokolwiek z prawicy się na to zdecydował, ekipa Trumpa, który zdominował Partię Republikańską, znalazłaby rywala dla takiego senatora w kolejnym cyklu prawyborów. Dlatego dziś, na nieco ponad rok przed wyborami prezydenckimi, szanse na impeachment prezydenta USA są bliskie zeru.

Trump za kratkami? Mało prawdopodobne

Ale gdyby jednak ten promil szansy się spełnił, nie oznacza to, że Donald Trump trafi automatycznie do więzienia. Według ustawy zasadniczej w sprawie o nadużycie popełnione w związku ze sprawowaniem urzędu można skazać tylko na usunięcie z zajmowanego urzędu. Dopiero wówczas prezydent będzie mógł – na mocy zasad ogólnych – być pociągnięty do odpowiedzialności karnej i skazany.

Tymczasem ulubieni dziennikarze prezydenta dbają o to, by jego wyborcza baza nie zwątpiła w swojego bohatera.

Snują spiskowe teorie na temat kongresmenów chcących zbadać temat ewentualnego nadużycia uprawnień przez Trumpa i próbują dyskredytować sygnalistę, który ujawnił treść jednej z rozmów telefonicznych między Donaldem Trumpem, a prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim.

Rush Limbaugh, gospodarz najbardziej popularnego w Stanach Zjednoczonych programu radiowego „The Rush Limbaugh Show”, ogłosił kilka tygodni temu na antenie, że głowa państwa jest linczowana w lewicowych mediach na podstawie spreparowanych przez demokratów dowodów, a ich celem jest przeprowadzenie zamachu stanu.

„Wszystko, co słyszycie z ust liberalnych reporterów na ukraiński temat, jest zwyczajnym kłamstwem” – powiedział Limbaugh.

Z kolei Sean Hannity z telewizji Fox News stwierdził, że w zachowaniu Trumpa nie było nic niestosownego. „Prezydent nie zrobił nic złego. Teraz wszystkie ręce na pokład, by go ochronić. Prawdziwa walka toczy się o nasz styl życia” – grzmiał komentator.

Potem jeszcze dał do zrozumienia, że każdy, kto wierzy w zarzuty wysuwane pod adresem prezydenta, jest po prostu głupi. „Ludzie ufający w tej sprawie Demokratom muszą być pozbawieni bożego daru inteligencji i elementarnego zdrowego rozsądku” – mówił Hannity.

W nieco mniej konfrontacyjnym duchu, ale też dość stanowczym, wypowiedział się inny z komentatorów Foxa, Newt Gingrich. Ten były polityk z Georgii był w latach 90. przewodniczącym Izby Reprezentantów i przewodził w niej procedurze impeachmentu przeciwko Billowi Clintonowi w 1998 roku. Gingrich oznajmił, że zainicjowane przez Demokratów dochodzenie jest próbą legislacyjnego przewrotu, obalenia legalnie wybranego prezydenta w białych rękawiczkach.

Wspomniany wcześniej Limbaugh zaczął ryzykowną politycznie grę zaczepiania i podpuszczania republikańskich liderów w Senacie na wypadek, gdyby ci opowiedzieli się przeciwko prezydentowi. Miał na myśli głównie szefa klubu senackiej większości Mitcha McConnella. Polityk w rozmowie z dziennikarzami stwierdził bowiem, że jeśli Izba Reprezentantów postawi głowę państwa w stan oskarżenia, Senat nie będzie mieć innego wyjścia, jak zacząć proces przeciwko Trumpowi. „Przepisy są w tej sprawie jednoznaczne i nie może być co do nich sporu” – oświadczył McConnell.

Limbaugh odparował, że serce Partii Republikańskiej bije poza Waszyngtonem i to ono zna prawdę. Skrytykował też szefa senackiej komisji sprawiedliwości Chucka Grassleya, który także wyraził wolę postępowania zgodnie z parlamentarnymi procedurami.

Nixon zrezygnował, Clinton przetrwał

Obserwatorzy amerykańskiej polityki zastanawiają się, czy sytuacja Donalda Trumpa bardziej przypomina 1974 rok, kiedy w obliczu impeachmentu stanął Richard Nixon, czy 1998 rok, gdy przeprowadzono procedurę wobec Billa Clintona.

W przypadku republikanina Nixona komisja sprawiedliwości Izby Reprezentantów przegłosowała postawienie głowie państwa trzech zarzutów i oddała wniosek pod głosowanie całej izby, w której – jak dziś – przewagę mieli Demokraci.

Zanim doszło do głosowania, lider ultrakonserwatywnej frakcji Partii Republikańskiej, senator Barry Goldwater, udał się do Białego Domu i powiedział prezydentowi w oczy, że jeżeli dojdzie do procesu w Senacie, to jest dość głosów po obu stronach politycznego sporu, żeby Nixona skazać, pozbawić urzędu i otworzyć drogę regularnej procedurze karnej. Dlatego ówczesny prezydent wolał uniknąć większego upokorzenia i jako jedyny w historii USA podał się do dymisji.

W 1998 roku przeprowadzono całą procedurę. Republikanie z izby postawili Clintona w stan oskarżenia, stawiając mu zarzut krzywoprzysięstwa w zeznaniach przed wielką ławą przysięgłych, w cywilnych pozwach, które złożyły przeciwko niemu oskarżające go o nadużycia seksualne Paula Jones i Monica Lewinski.

W Senacie odbył się proces, ale w ostatecznym głosowaniu oba sformułowane przez izbę zarzuty zostały odrzucone i Clintona uniewinniono. Dziesięciu republikańskich senatorów było przeciwko impeachmentowi, bo uznało, że sprawa jest zbyt małej wagi, by doprowadzać do kryzysu na najwyższym szczeblu władzy w USA.

Co z tego zrozumieją Amerykanie?

Sprawa impeachmentu w zasadzie zawsze ma charakter polityczny. Pytanie sprowadza się dzisiaj do tego, po czyjej stronie są Amerykanie. W 1974 roku byli przeciwko Nixonowi, bo od dawna jawił się im jako postać szemrana. Stąd jego utrwalona przez historię ksywka „Tricky Dick”, czyli Cwany Rysio. W 1998 roku było odwrotnie. Gospodarka rosła, budżet miał nadwyżkę, a Clintona może nie uwielbiano, ale na pewno szanowano.

Z pozoru Donald Trump jest w trudnej sytuacji, bo z kilku sondaży opublikowanych w ciągu ostatniego miesiąca przez różne ośrodki wynika, że ufa mu około 40 proc. obywateli, czyli nie za dużo. Ale tak naprawdę może to mieć mniejsze znaczenie niż to, jak Demokraci sprzedadzą opinii publicznej konieczność przeprowadzenia impeachmentu do końca.

Sprawy semantycznych różnic między „nadużyciem władzy” a „przekroczeniem uprawnień” są dla większości Amerykanów zbyt zawiłe, tym bardziej że żyjemy w czasach mniej rzetelnej i uproszczonej informacji. A że, jak wspomnieliśmy, impeachment jest sprawą na wskroś polityczną i ma mało wspólnego z dochodzeniem sprawiedliwości, celem demokratki Nanci Pelosi jest teraz utrzymanie władzy w partii. Republikański przewodniczący Izby Reprezentantów Newt Gingrich myślał w 1998 roku, że umocni się, zatapiając Clintona. Pomylił się jak mało kto w powojennej historii USA i jego polityczna kariera wkrótce dobiegła końca.

*Autor jest dziennikarzem „Dziennika Gazety Prawnej”

OKO pilnuje,
żeby Polska nie wyszła z Europy.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Komentarze

  1. Konserwatywny Socjalista

    "Prezydent USA nie ma zbyt dobrych notowań"

    Tylko 8% Demokratów popiera Trumpa, zaś poparcie wśród Republikanów wynosi 89% (Gallup, grudzień 2019).

    Trumpa popiera głównie "lud" w środku kraju, zaś odrzucają go elity na Wschodnim i Zachodnim Wybrzeżu.

Masz cynk?