Prawna kwalifikacja czynu "obalaczy" pomnika nie będzie możliwa bez oceny postaci samego księdza. W przeciwnym wypadku zmowa milczenia chroniąca Henryka Jankowskiego okaże się nie patologicznym odstępstwem od normy, tylko symptomem patologicznej normy - pisze dla OKO.press Edwin Bendyk*

O obaleniu w Gdańsku pomnika Henryka Jankowskiego napisano już chyba wszystko, wypowiedzieli się obrońcy prałata i jego wrogowie, legaliści i moraliści stawiający ponad literą prawa jego etycznego ducha. Wypowiedziały się także skrajne emocje, to na ich fali doszło do w końcu udanej restauracji pomnika i prób niedopuszczenia do owej restauracji.

Wszystko to potwierdza wagę sprawy, ale także zwiększa jej złożoność.

Bo można by stwierdzić, że sprawa jest jasna i jak Adam Bodnar, rzecznik Praw Obywatelskich, w twitterowym wpisie, stwierdzić:

Rzecznik jest instytucją, działa w granicach prawa, nie mógł więc napisać inaczej, bo podważyłby swój mandat do wypowiadania się w innych sprawach, w których zajmuje się prawami obywateli. Dlatego nie zgadzam się z opinią Jana Hartmana, który na swym blogu w serwisie Polityka.pl określił działanie Adama Bodnara „świętoszkowatym pseudolegalizmem”.

Co jednak nie oznacza, że zgadzam się ze stanowiskiem Rzecznika Praw Obywatelskich.

Chcą odzyskać prawo

To pozorny paradoks, a klucz do jego rozwiązania wskazał wspomniany Jan Hartman żarliwie broniący trzech mężczyzn, którzy pomnik obalili, Konrada Korzeniowskiego, Rafała Suszka i Michała Wojcieszczuka: „Rzadko zdarza się tak spektakularny pokaz obywatelskiego nieposłuszeństwa, to znaczy działania otwarcie bezprawnego, lecz podejmowanego w imię imponderabiliów – wartości etycznych, w obronie których warto i należy nadstawiać kark”.

Tak, działanie „obalaczy” pomnika można określić mianem obywatelskiego nieposłuszeństwa, tylko że definicja użyta przez Hartmana prowadzi na manowce. W klasycznym wykładzie analizującym tę kategorię działania Hannah Arendt pisała, że chodzi o świadome i jawne naruszenie norm prawnych, by sprawdzić ich ważność.

Motywy takiego działania mogą być etyczne, polityczne, społeczne – sens jest jednak jeden.

Podejmujący akcję w ramach nieposłuszeństwa obywatelskiego nie są rewolucjonistami, nie chcą zmienić prawa, tylko je odzyskać.

Jak to? Przecież autorzy czynu sami napisali w manifeście przekazanym OKO.press:

„Podejmujemy działanie, którego celem  jest symboliczne strącenie ze wspólnotowego piedestału fałszywej pamięci i czci osoby Henryka Jankowskiego. Tak wyraża się nasza obywatelska niezgoda na obecność w przestrzeni publicznej zła, pogardy dla drugiego człowieka i jego uprzedmiotowienia, gwałtu na jego wolności i prywatności, braku szacunku dla bólu i gniewu ofiar, wreszcie też – mowy nienawiści”.

Owszem, nie musieliby jednak działania podejmować, gdyby wcześniej prawo zadziałało i Henryk Jankowski został osądzony, a w wyniku procesu albo uniewinniony, albo skazany prawomocnym wyrokiem.

To będzie proces w sprawie Jankowskiego

Teraz jednak sprawiedliwości może stać się zadość i tym aktem sprawiedliwości nie jest samo obalenie pomnika, tylko prawny ciąg dalszy. Bo postępowanie przeciwko Korzeniowskiemu, Suszce i Wojcieszczukowi będzie postępowaniem w sprawie Jankowskiego.

I o to właśnie chodzi, o uruchomienie procedury, o jaką upomniał się Adam Bodnar, a która powinna przywrócić sprawiedliwość,

bo prawna kwalifikacja obalenia pomnika nie będzie możliwa bez oceny postaci samego Henryka Jankowskiego.

Czy tak się stanie oczywiście nie wiemy. Może się okazać, że sprawa będzie meandrować tak, by nigdy nie zapadło jednoznaczne rozstrzygnięcie. Taki jednak rozwój historii byłby szkodliwy dla wspólnoty, bo potwierdziłby, że to, co jest jej ostoją – sprawiedliwość (jak można przeczytać na frontonie sądu w Warszawie przy Alei Solidarności), nie działa.

A wówczas akt obywatelskiego nieposłuszeństwa Korzeniowskiego, Suszki i Wojcieszczuka nabrałby jeszcze większego znaczenia, bo pokazałby, że nie mamy do czynienia z patologią w systemie, tylko patologią systemową, że

zmowa milczenia chroniąca Henryka Jankowskiego nie była patologicznym odstępstwem od normy, tylko symptomem patologicznej normy.

Dlatego właśnie, niezależnie od stanowiska jakie kto zajmuje wobec Henryka Jankowskiego, wszyscy powinniśmy być zainteresowani jak najpełniejszym wyjaśnieniem sprawy. Nie chodzi w niej bowiem tylko o ten konkretny incydent, tylko rzecz znacznie ważniejszą – o Rzeczpospolitą właśnie i ostoję, na jakiej została wzniesiona.

Gorszące akty państwowej anarchii

Sprawy pomnika Henryka Jankowskiego nie można jednak odczytywać w oderwaniu od trwających od wielu lat sporów o przestrzeń publiczną. Po przejęciu władzy przez PiS w 2015 roku spory te przekształciły się w gorszące akty państwowej anarchii, kiedy pomniki stawia się lub obala z brakiem poszanowania prawa, autonomii i tożsamości lokalnych wspólnot, prawy historycznej i biograficznej.

Mam na myśli zarówno próby upamiętniania na siłę Lecha Kaczyńskiego, jak i nieudolnego rozliczania dziedzictwa komunizmu.

Dekomunizacja przestrzeni publicznej przeprowadzona przez niekompetentnych wojewodów zakończyła się wielką kompromitacją obozu władzy. Trzeba być idiotą, by zmuszać katowiczan do zamiany placu Wilhelma Szewczyka na plac Marii i Lecha Kaczyńskich.

Trzeba być nieukiem, żeby demontować w Zamościu tablicę upamiętniającą Różę Luksemburg, która przeciwstawiała się bolszewickiemu komunizmowi, a z sowieckim nie miała nic wspólnego nawet kalendarzowo, bo w styczniu 1919 roku została zamordowana w Berlinie przez prawicowych oprawców z freikorpsu.

Wyroki sądów administracyjnych potwierdziły w wielu przypadkach (choćby wspomnianego placu Wilhelma Szewczyka w Katowicach) bezzasadność działań organów państwa.

Dekomunizacja okazała się sekciarską próbą narzucenia symbolicznej dominacji w przestrzeni publicznej, a nie stała się procesem przywracania historycznej sprawiedliwości.

I dlatego nie mogła się powieść w takim sekciarskim wydaniu w społeczeństwie, które ciągle tworzy pluralistyczną, różnorodną wielość zajmującą tę samą wspólną przestrzeń.

Musimy dobrze zrozumieć to pytanie

Obalenie pomnika Henryka Jankowskiego wykracza jednak poza bieżący polityczny spór, nie ma też charakteru partykularnego działania w imię wąskiego interesu jakiegoś środowiska. Jest znacznie poważniejszym testem.

By go zdać, musimy dobrze zrozumieć pytanie, jakie zadali swym czynem Konrad Korzeniowski, Rafał Suszek i Michał Wojcieszczuk.

 

*Edwin Bendyk – dziennikarz, publicysta, pisarz. Pracuje w tygodniku „Polityka”. Autor książek „Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności” (2002), „Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci” (2004), „Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu” (2009) oraz „Bunt Sieci” (2012), „Jak żyć w świecie, który oszalał” (wspólnie z  Jackiem Santorskim i Witoldem Orłowskim, 2014). Na UW w ramach DELab prowadzi Laboratorium Miasta Przyszłości. Wykłada w Collegium Civitas, gdzie kieruje Ośrodkiem badań nad Przyszłością. W Centrum Nauk Społecznych PAN prowadzi seminarium o nowych mediach. Członek Polskiego PEN Clubu.



Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym