0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Weronika SyrkowskaIlustracja: Weronika...

„Zazdroszczę” – napisała koleżanka, która już film widziała, na wieść, że właśnie wybieram się do kina na „Biedne istoty” („Poor Things”). Wiadomo, grecki reżyser Yórgos Lánthimos to klasa sama w sobie: artysta skłonny do ryzyka, z którym gotowe są współpracować największe hollywoodzkie gwiazdy; laureat Festiwalu w Cannes i festiwalu w Wenecji, z garścią nominacji oscarowych w kieszeni.

Jednak tym razem chodziło mniej o niego, a o nią: główną bohaterkę filmu „Biedne istoty”, Bellę Baxter, dziewczynę, co się patriarchatowi nie kłania. Czytając o reakcjach różnych znajomych miałam wrażenie, że właśnie dołączyła do pokaźnego tłumu bohaterek zbiorowej wyobraźni odpowiadających na tęsknotę za wywrotową kobiecą siłą

Problem w tym, że od kiedy słowo „feministka” przestało być obelgą, tęsknota ta została zaprzęgnięta w tryby kapitalistycznego rynku. Fantazja o kobiecej sprawczości dobrze rymuje się z neoliberalnym kultem sukcesu (girl-boss), a mit dziewczynek-rewolucjonistek staje się sposobem na zdjęcie z dorosłych odpowiedzialności. Najinteligentniej zrealizowane popkulturowe produkty (jak różowa „Barbie” Grety Gerwing czy czarna „Wednesday” Netflixa) nigdy nie naruszą rzeczywistego status quo – co najwyżej pozwolą się nam z niego pośmiać.

Między filmem a fantazją o nim

Dlatego bardzo cieszyłam się, że Bella Baxter, stworzona przez pisarza Alasdaira Graya w dialogu z „Frankensteinem” Mary Shelley trafiła w łapy Lánthimosa, a wcieliła się w nią Emma Stone (aktorka niesamowita, zdecydowanie zbyt długo więziona w rólkach komercyjnie sformatowanych dziewczątek). Liczyłam na opowieść dziką, zadziorną, ambiwalentną, niewygodną, na jazdę bez trzymanki wolną od obowiązków spłacania trybutów kobiecym żywotom świętych i taryf ulgowych za dobre chęci. Świadomość, że o feministyczne aspekty filmu „Biedne istoty” toczy się zażarta dyskusja, tylko zaostrzyła apetyt. Wiadomo przecież, że postać tricksterki poprowadzona przez tego reżysera niekoniecznie wpisze się w estetykę poprawnego siostrzeństwa i grzecznego empowermentu.

W czasie seansu śmiechem wybuchałam często i głośno. Byłam olśniona fantastycznym aktorstwem i szaloną, rozbuchaną wizualną wyobraźnią (te stroje, wnętrza, kolory i technika w steampunkowej wiktoriańskiej Europie!). Wychodząc z kina, zamierzałam jednak odwołać pisanie tego tekstu – no bo po co dzielić się publicznie swoim osobistym poczuciem, że to nie było to, na co liczyłam? Rano stwierdziłam jednak, że ma to sens: nie o mój osobisty zawód chodzi, ale mechanizm kulturowego wytwarzania i (nie) spełniania „feministycznych” fantazji. I jeśli słowo „feministyczne” biorę tu w cudzysłów, to nie dlatego, że uznaję entuzjazm dla panny Baxter za wyraz fałszywej świadomości.

Wszak na tym polega fantazjowanie – obraz coś uruchamia, bo wpisuje się w istotne dla osoby konteksty, wydobywa jakieś pragnienia, które potem go żywią – często go wypaczając lub dopisując mu dodatkowe znaczenia. Nie ma zatem sprzeczności między faktem, że energia Belli na wiele osób działa wyzwalająco, a tym, że sam film „Biedne istoty” emancypacyjny nie jest. I to ostatnie też nie jest zarzutem: w końcu dzieła sztuki nie są pisane na społeczne zamówienie, a bez prawa eksperymentu (i porażki) nie poszerzymy pola naszej wyobraźni.

Rzecz w tym jednak, żeby odróżniać jedno od drugiego – energię fantazji, którą jakieś dzieło wyzwala od wizji świata, którą buduje i ideologii, którą podtrzymuje.

Nie interesuje mnie zatem wystawianie certyfikatów poprawności, ale ta przestrzeń między społecznie dzieloną fantazją, pragnieniem, marzeniem a niespełnioną obietnicą, której – co więcej – nikt tak naprawdę nie złożył. Otwórzmy zatem drzwi tej fantastycznej menażerii.

Kobieta z elektrodami przystawionymi do głowy. Biedne istoty
Emma Stone w filmie „Biedne istoty” („Poor things”), fot. Searchlight Pictures

Ucieczka z raju

Bella mieszka w londyńskiej rezydencji szalonego chirurga Godwina Baxtera, po którym przechadzają sobie kuropsy i inne hybrydowe zwierzęta. Ma ciało dorosłej kobiety, ale świadomość, koordynację i emocje kilkulatki – a to zacznie się masturbować przy stole, a to dźgać trupa w oko w czasie zabawy w domowym prosektorium. Doktor Baxter zatrudnia asystenta Maxa, by sporządzał naukowe obserwacje z rozwoju podopiecznej. Max zakochuje się w Belli i dostaje zgodę na małżeństwo pod warunkiem, że nie opuszczą posiadłości. Kobieta zgodnie z wolą opiekuna, zwanego przez nią pieszczotliwie „Godem”, ma żyć w zupełnej izolacji (niczym dzieci z „Kła”, wcześniejszego filmu Lánthimosa).

Ona jednak jest głodna doświadczenia, poznania, przygód. Gdy na horyzoncie pojawia się Duncan, prawnik-bawidamek, rusza z nim w wielką seksualną podróż. Bella trafi więc do Lizbony, Aleksandrii i Paryża, gdzie – wciąż mając nikłe pojęcie o społecznej konwencji – będzie delektować się wykwintnymi obiadami w luksusowych restauracjach, kochać się zapamiętale, pracować w burdelu, czytać filozofię, płakać nad śmiercią biednych dzieci i chodzić na spotkania socjalistów.

Kim jest zatem panna Baxter? Można tu udzielić dwóch skrajnie różnych odpowiedzi, obie będą prawdziwe.

Przeczytaj także:

Potęga cielesnej naiwności

Bella nie jest kobietą seksualnie wyzwoloną – jest kobietą, która nie zna seksualnego zniewolenia. Nie tyle nawet walczy z patriarchatem, co nie rozumie seksualnych reguł płciowej dominacji. Nie zna słownika moralistyki, całego tego kontredansu dobrego wychowania, zazdrości, społecznych oczekiwań. Przyjemność zapewnia sobie tak, jak chce i kiedy chce – seks to po prostu przynoszące szczęście „dzikie skakanie”.

Ta „naiwna” cielesność Belli doskonale obnaża mechanizmy kulturowej tresury, denaturalizuje „naturalne” ideologie płci, a mężczyzn doprowadza do skrajnej frustracji, wręcz szaleństwa. Wszystkie postacie reprezentujące patriarchalne figury – ojca-opiekuna, dobrego męża, kochanka-kobieciarza, domowego tyrana – zderzone z absolutnym brakiem rewerencji dla penisa i wąsa, z kompletnym niezrozumieniem całej tej mitologii męskości, okazują się bezbronne, najczęściej w wydaniu komiczno-żałosnym.

Lánthimos raz jeszcze zadaje zatem swoje ulubione pytanie: „co by było, gdyby?”. W filmie „Kieł” rozważał naturę absolutnej władzy polegającej na wychowaniu w zupełnej izolacji, w „Homarze” opowiadał o miejscu miłości w społecznej dyscyplinie. Tym razem bawi się sytuacją, w której w patriarchalne społeczeństwo zostaje wrzucona kobieta, która nie przeszła właściwej temu społeczeństwu tresury – i to wystarczy, by wszystko wywrócić do góry nogami.

Z filmu „Biedne istoty” wynika bowiem, że cała ta płciowa dominacja trzyma się na bardzo cienkim włosku: kobiecym spojrzeniu od dziecka formatowanym do lęku i podziwu dla mężczyzn.

Gdy zamiast tego na królów stworzenia patrzą wolne od okularów społecznej konwencji oczy Belli, cały czar patriarchatu pryska jak bańka mydlana. Efekt jest przekomiczny, a główna bohaterka niepowstrzymana – nie dziwię się pokusom utożsamienia z jej energią.

Tyle że to tylko jedna strona medalu.

Czy szukanie emancypacji jest feministyczne?

Bella jest również eksperymentem swojego domorosłego boga-scjentysty. Niemal ciągle znajduje się nakontrolowanym przez mężczyzn terenie. To oni mają dostęp do kluczowych dla niej informacji, to oni są jej „przewodnikami” w poznawaniu świata. Więzi z kobietami nawiązuje rzadziej i nie mają formacyjnego ciężaru.

Bella może zatem – nieświadomie – obnażać społeczne hierarchie, ale nie ma mocy budowania odmiennych wzorców relacji. Nie zna swojej historii i nie ma żadnej „swojej” przestrzeni. Może nie da się jej podporządkować władzy, ale łatwo – przy odpowiedniej strategii – można ją dla swoich celów wykorzystać (co wprawnie robi francuska burdelmama). Końcowy happy end – na co zwraca uwagę Aleksandra Krajewska w recenzji dla „Mint” i Grzegorz Brzozowski na łamach „Kultury Liberalnej” – nie polega na zmianie reguł gry, ale możliwości ustawienia świata pod siebie. Po śmierci Godwina jego dom nadal jest tą samą zamkniętą przestrzenią wypełnioną „biednymi istotami” – tyle, że tym razem to Bella sprawuje kontrolę.

Krajewska zdecydowanie odżegnuje się od czytania dzieła w feministycznym kluczu: uważa, że to raczej kwestia strategii promocyjnej niż artystycznych intencji reżysera. Według niej to, że dzieło jest tak odbierane, wynika z mechanizmu, zgodnie z którym w historii mężczyzny jesteśmy skłonni widzieć uniwersalną opowieść o człowieczeństwie; w historii kobiety natomiast opowieść o emancypacji. Innymi słowy – ciągnę tę myśl dalej – fakt, że kobieca sprawczość, niezależność, autonomia automatycznie kojarzone są z emancypacją jest tylko symptomem płciowej nierówności.

O ile zgadzam się z Krajewską w ogólności, to już nie w tym konkretnym przypadku. Po pierwsze, film „Biedne istoty” jest osadzony w alternatywnej wersji czasów wiktoriańskich, a te we współczesnej wyobraźni są przecież symbolem seksualnej represji i męskiej dominacji. Po drugie, „przygody” Belli to seria konfrontacji nie tyle z każdą możliwą formą władzy/ zależności/hierarchii (np. państwo, pieniądz, autorytet, charyzma), co z patriarchalną opresją wymierzoną w kobiety – od podwójnej moralności dotyczącej relacji seksualnych, przez pracę seksualną, po cenzurowanie seksualnej rozkoszy, sprowadzenie seksu do reprodukcji i przymus macierzyństwa.

No i tu trzeba zadać pytanie: czy ciało Belli – ten rzekomy kij w szprychy męskiej dominacji – jest w ogóle ciałem kobiecym?

Drobne szczegóły

Panna Baxter jest całkowicie wyzwolona z tych ograniczeń, z którymi kobiety z krwi i kości muszą radzić sobie na co dzień – comiesięcznego krwawienia, ryzyka zajścia w ciążę itd. Dużo tu stosunków, mało erotyki i niemal żadnych uczuć – nawet minetka w wykonaniu przyjaciółki (kochanki?) jest raczej pretekstem do dostarczenia ważnej dla intrygi informacji niż pokazania złożoności ludzkiej relacji.

I nie chodzi tu o to, że kobiece pożądanie miałoby być spokojne i pastelowe, ale że – jak pokazują nowe badania o kobiecej seksualności – często opiera się na innej dynamice. Duża część kobiet – inaczej niż zdecydowana większość mężczyzn – nie odczuwa pożądania spontanicznie, ale w odpowiedzi na bodźce pozaseksualne (potrzeba bliskości, atmosfera itd.). Dla nich seksualna wolność wyglądałaby zupełnie inaczej niż to, co realizuje i uosabia Bella.

Pod tym względem „Biedne istoty” są bardzo odmienne od „Faworyty”. W najnowszym dziele główna bohaterka realizuje swoją seksualność na wzór i podobieństwo najprostszych stereotypowych męskich fantazji: dużo, często, bez zobowiązań, bez uczuciowych i fizycznych konsekwencji. Natomiast tam, gdzie tematem jest „uniwersalna” walka władzę (tyle, że między kobietami), Lánthimos wraz z doskonałym tercetem aktorskim (Olivia Colman, Rachel Weisz, Emma Stone) i siedemnastoma królikami umie odmalować wielowymiarowy i jednoznaczny splot nienawiści, czułości, pożądania i dominacji.

Nie kastruje się tutaj spektrum kobiecych żądz do marzeń o kwiatach i czułym kochanku, ale nie redukuje ich wyłącznie do biologii czy gry o władzę. Kobiety nieustannie seksu do czegoś używają, ale jednocześnie wszystkie żywią do siebie bardzo złożone uczucia – i potrafią być w nich przejmujące.

Można oczywiście powiedzieć, że „Faworyta” jest osadzona w innej, bardziej „realistycznej konwencji” (wciąż dyskretnie grającej z konwencją filmy kostiumowego), a „Biedne istoty” to – podobnie jak „Homar” – eksperyment wyobraźni, w której postać testuje działanie społecznych sił. Tyle, że „racjonalność” tego „eksperymentu” też jest bardzo podejrzana.

Czego (nie)doświadcza Bella

Fakt, że panna Baxter nie nosi w sobie zinternalizowanego kobiecego strachu, nie znaczy wcale, że nie powinna go nabyć. Przecież ciało ma do poznania nie tylko brak tchu, gdy dosięga szczytu rozkoszy, ale też tę gulę w gardle wywołaną przerażaniem – a także zmęczenie, wyczerpanie, obrzydzenie, napięcie wynikające ze stresu. Szczególnie ciało kobiety radykalnie łamiącej konwencje społeczne w dziewiętnastowiecznym świecie szybko powinno poznać, jak reaguje na przemoc i ból.

Tymczasem mężczyźni komicznie wściekają się na Bellę, więżą ją, grożą, usypiają ją chloroformem, okłamują i aranżują wycięcie łechtaczki, ale żaden z nich nie używa wobec niej tego, co jest podstawą męskiej dominacji – fizycznej siły. Kochanek grzecznie zaprasza ją do skrzyni, a ona wchodzi do niej z własnej woli; gdy po dłuższej chwili z niej wyjdzie, będzie jak po drzemce w wygodnym łóżku (w realnym życiu taka praktyka jest po prostu torturą). Jedyna scena, kiedy bohaterka jest bita, zostaje przedstawiona jako konsensualny akt poznania, który nie pociąga on za sobą żadnych konsekwencji – ani fizycznych ran, które muszą się zagoić, ani psychologicznych skutków, z którymi trzeba sobie radzić.

Ani praca seksualna, ani cielesna zachłanność nie pozostawiają na jej ciele śladu. Jeśli Bella obiecuje się przed ślubem zbadać, to jest to decyzja oświeceniowego umysłu, a nie efekt bólu spowodowanego powikłaniami po kolejnej skrobance czy syfilitycznymi wrzodami na odbycie. W zasadzie jedyne spotkanie z cierpieniem, które wywiera na Belli jakiekolwiek wrażenie, to oglądanie umierających biednych dzieci. A więc widok cudzego cierpienia, nie własne doświadczenie.

Recenzent “Dwutygodnika” Jakub Socha zauważa, że Bella zadziwiająco szybko przechodzi nad cierpieniem do porządku dziennego – jego zdaniem głównym problemem filmu „Biedne istoty” jest to, że bohaterka się nie rozwija: raczej kolekcjonuje doznania niż nabiera wiedzy o świecie. Zgadzając się z tą krytyką, dodałabym jeszcze, że ten brak rozwoju oznacza, że cały ten „eksperyment” jest ściemą. Jeśli niezależnie od tego co się dzieje, Bella jest tak samo nieustraszona, to niby jak mamy wierzyć, że przyglądamy się działaniu społecznego mechanizmu? I dlaczego niby stopień „bezzałożeniowości” Belli tak bardzo się zmienia w zależności od kontekstu: na przykład w jednej scenie chce uderzyć niemowlę, bo irytuje ją jej płacz, a za chwile nagle nie może się uspokoić, patrząc na umierające dzidziusie? (Wiem, po drodze zanurzyła się w filozoficznych lekturach – ale co dokładnie w nich przeczytała?)

Młoda kobieta tańczy w sali balowej z uniesionymi rękoma. Emma Stone w filmie Biedne istoty
Emma Stone w filmie „Biedne istoty”, fot. Searchlight Pictures

Ciało jak książka

Całe to „co by było, gdyby” rozstrzygane jest zatem bardzo arbitralnie. To, że panna Baxter przeżywa różne przygody i dużo orgazmów, nie oznacza, że obserwujemy tu proces „zanurzenia” w doświadczeniu. Ciało jawi się jako narzędzie poznania dostarczające zmysłowych danych świadomości, a nie żywy organizm kształtowany i adoptujący się do warunków, w których przebywa. Jeśli Bella w końcu odkrywa prawdę o swojej przeszłości dzięki niemu, to dlatego, że dzięki zdobytej wiedzy umie zinterpretować, co znaczą jej blizny po operacjach: czyta je zatem jak książkę. Nie tyle zatem przeżywa świat, co zbiera dane – zupełnie jak przeprowadzający na niej eksperyment God (sam zresztą ofiara eksperymentów swojego ojca).

Grzegorz Brzozowski w recenzji dla “Kultury Liberalnej”, zauważa, że „Cała ścieżka rozwoju Belli przywołuje zatem paradoksalną dialektykę nowoczesności: poszukiwania wolności i nieuchronnego popadania w kolejne formy zniewolenia”. I to odczytanie jest intelektualnie ciekawe, ale jednocześnie potwierdza tylko zachowawczość dzieła. Bo ileż razy sobie to już te sprzeczności nowoczesności zdiagnozowaliśmy (zaczynając od Jana Jakuba Rousseau, przez „Dialektykę oświecenia” Maxa Horkheimera i Theodora Adorno, na krytyce ekologicznej kończąc)?

Co jest odkrywczego w konstatacji, że emancypacja polegająca na zmianie ról, a nie reguł gry, nie poszerza pola wolności?

Wystarczy się nie bać!

Jeśli Lánthimos zdaje się nam zatem obiecywać opowieść o kobiecej emancypacji przez seksualność, to faktycznie pokazuje kobietę realizującą wzorzec „wolności seksualnej” odpowiadający męskim wyobrażeniom o niej. Jeśli wydaje się snuć historię o zdobywaniu doświadczenia przez bezkompromisowe zanurzenie w świecie, to faktycznie każe nam oglądać nadludzką – nieludzką! – odporność Belli na świat, którego reguły w zderzeniu z nią nagle przestają obowiązywać. To, że pokazuje śmieszność patriarchalnych fantazji o męskości, wcale nie znaczy, że podważa mechanizm społeczny oparty na kontroli i dominacji. „Biedne istoty” działają więc tak, jak średniowieczny karnawał w interpretacji literaturoznawcy Michaiła Bachtina: pozwalają przez chwilową zamianę ról dać upust emocjom, obśmiać opresyjny porządek, ale nie zamierzają go zmieniać.

Więcej nawet: jeśli nieposkromioną Bellę ani razu nie spotyka z rąk mężczyzn faktyczna, niekonsensualna przemoc, a cały ten patriarchat okazuje się tylko rozkoszną komedią, to czy nie kryje się za tym sugestia, że faktyczna odpowiedzialność za podtrzymywanie męskiej dominacji spoczywa na kobietach? Bo przecież wystarczy, że przestaną zachowywać się w oczekiwany od nich sposób, by ci straszni mężczyźni okazali się zgrają śmiesznych chłopiąt.

Wszystko wydaje się zatem dziecinnie proste: wystarczy się nie bać!

Postać Belli wpisuje się zatem w charakterystyczną dla pewnego typu feminizmu „kulturę pewności siebie” (confidence culture), opisaną przez Rosalind Gill i Shani Orgad. Postawa taka zakłada, że emancypacja dokona się poprzez zmierzenie się kobiet z psychologicznymi barierami (takimi jak „syndrom oszustki”, brak wiary we własne kompetencji itp.), a nie walkę ze strukturalną dyskryminacją. Feministyczna pisarka Katherine Angel zauważała, że model ten „kładzie niemal maniakalny nacisk na siłę” i prezentowanie siebie jako osoby „heroicznie odpornej” – i ta dokładnie fraza przypomniała mi się w czasie seansu.

Gdzie jest Bella?

I tu wracamy do problemu wyjściowego: fantazji określanych jako „feministyczne”. Część z nich polega na utożsamieniu się z bohaterkami sprawczymi i wolnymi (często realizującymi po prostu wzorzec utożsamianej dotychczas z męskością autonomii, czy woli mocy), część na wierze w rzekomą lepszość „kobiecej natury” (matriarchat, siostrzeństwo, troska, czułość, te sprawy), inne żywią się marzeniami o zemście za zadaną przemoc. Tak długo, jak nie przekładają się na szkodliwe społecznie działania, nic w nich złego – wszak od tego, między innymi jest, sztuka. Można je więc przeżywać radośnie i bez wstydu: nie ukarze nas za to żaden racjonalny-Bóg-Ojciec, ani Policja Feministycznej Poprawności... Nie przypałęta się tu na sygnale żadne superego.

Oparte na fantazji utożsamienia często mogą nas jednak zwodzić – bo to, że Bella w wielu z nas może uruchamiać marzenia o rozmontowaniu patriarchatu, nie znaczy jeszcze, że oferuje do tego drogę. Przyjemność, której nam dostarcza, nie jest przecież pracą krytyczną, a konsumpcja sprawiających przyjemność obrazów nie jest emancypacją.

Dlatego bardzo potrzebujemy tego, czego Lánthimos w filmie „Biedne istoty” nam nie daje: gotowości do myślowego eksperymentu.

Na przykład: czy możliwy jest porządek oparty na poszanowaniu woli jednostki, który nie będzie opierał się na idei wolności? Co by było, gdyby widzielibyśmy siebie jako organizmy zanurzone w świecie, wchodzące w relacje z innymi organizmami, nieustannie przez niego współkształtowane – a nie autonomiczne kartezjańskie świadomości uważające ciała za narzędzie zbierania doznań zmysłowych? Jaki rodzaj opresji zaistniałby w świecie z feministycznych siostrzano-troskliwych fantazji?

Bo przecież żadna z możliwych do wyobrażenia zmian proponowanych przez feminizm, ekokrytykę, transhumanizm, anarchizm nie zaprowadzi nas do utopii, w której wszyscy będą szczęśliwi. Każdy porządek ma swoją własną ekonomię emocjonalną, specyficzne dla siebie reguły gry i ograniczenia. I w ramach sztuki możemy sobie testować paradoksy tych możliwych „nowych wspaniałych światów” (tak jak robiła to na przykład Ursula Le Guin).

Tymczasem w tym filmie – to smutna dla mnie konstatacja – grecki reżyser przypomina Duncana. „Biedne istoty” próbują sprawiać wrażenie, że są śmiałym myślowym eksperymentem i odkrywają jakieś nieoczywiste prawdy. W rzeczywistości, w efektownej feerii barw płyną sobie estetycznie dzikim, ale bardzo bezpiecznym parowcem, po naprawdę świetnie rozpoznanych wodach.

Ta Bella, o której fantazjowałam, jest już zupełnie gdzie indziej.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, niepokoją, zaskakują właśnie.

;
Agata Sikora

Kulturoznawczyni, eseistka, autorka książki „Wolność, równość, przemoc. Czego nie chcemy sobie powiedzieć” (Karakter 2019). Napisała doktorat o szczerości nowoczesnej. Mieszka w Londynie.

Komentarze