„Energia atomowa budzi duże wątpliwości co do bezpieczeństwa. Dzisiaj modny jest serial »Czarnobyl«. Może warto przeczytać kilka książek na ten temat i zobaczyć, jakie są konsekwencje, kiedy nie mamy kontroli nad tym, co tam się dzieje” – powiedział Robert Biedroń deklarując, że jest przeciwny budowie elektrowni jądrowej w Polsce. Bardzo pochopnie

Lider Wiosny i debiutant w Parlamencie Europejskim Robert Biedroń powiedział w wywiadzie dla Onetu, że jest przeciwny budowie elektrowni atomowej w Polsce. W niecałe trzy minuty Biedroń rozprawił się z energetyką jądrową jako nieekologiczną i nieekonomiczną, a energię słoneczną i wiatrową porównał – z charakterystyczną dla siebie promienną emfazą – do „dóbr narodowych”.

Tymczasem energetyka jądrowa – oczywiście we współpracy z odnawialnymi źródłami energii – jest skuteczną receptą na obniżenie emisji gazów cieplarnianych rozgrzewających Ziemię.

Wypowiedź Biedronia to kolejny manewr w wojnie zwolenników i przeciwników energii atomowej w Polsce. Wojna na razie toczy się spokojnie w cieniu konserwujących energetykę węglową rządów PiS. Jednak głośny wybuch sporu jest nieunikniony, a jego rozstrzygnięcie wyznaczy kierunek zmian polskiej energetyki w najbliższych dekadach.

Atomiści i antyatomiści

Po jednej stronie mamy więc przeciwników niskoemisyjnej energii atomowej. Proponują oni ewolucję polskiej energetyki w kierunku całkowitego oparcia się na odnawialnych źródłach energii. To tzw. opcja „100 proc. OZE”. Jako uzupełnienie „zielonych” źródeł energii – zanim osiągną hipotetyczny udział 100 proc. w miksie energetycznym – „antyatomiści” akceptują spalanie wysokoemisyjnych paliw kopalnych takich, jak gaz czy nawet węgiel.

Po drugiej stronie stoją „atomiści” argumentujący, że OZE to znakomite rozwiązanie redukujące emisje gazów cieplarnianych. Pod warunkiem współpracy z energetyką atomową i – w niewielkim stopniu – gazem potrzebnym do szybkiej reakcji systemu energetycznego na zmiany zapotrzebowania.

Atom w połączeniu z OZE to jedyne sprawdzone praktycznie rozwiązanie skutecznie obniżające emisje CO2, mówią „atomiści”. Rzeczywiście, oparte na energetyce atomowej systemy energetyczne Francji i Szwecji są wielokrotnie mniej emisyjne niż polski, a nawet niemiecki czy duński po zainwestowaniu setek miliardów euro w instalacje solarne i wiatrowe.

Z atomem dużo mniej emisji

Po odstawieniu ponad 10 GW niskoemisyjnej mocy w elektrowniach atomowych, niemiecka polityka transformacji energetycznej nie przyniosła znaczącej i zakładanej obniżki emisji CO2. Emisje w sektorze elektroenergetycznym co prawda spadają, lecz wolniej, niż w sytuacji utrzymania produkcji prądu z atomu. Całościowo Niemcy nie spełnią też celu redukcyjnego na rok 2020.

Według serwisu electricitymap.org emisje CO2 (w g na kWh) w produkcji energii elektrycznej wynosiły w chwili pisania tego tekstu (4 lipca około godziny 16:00):

  • 663 g w Polsce,
  • 195 g w Niemczech (dzięki znacznemu nasłonecznieniu),
  • 48 g we Francji,
  • 36 g w Szwecji.

Jednak już po zachodzie słońca, około godziny 22:00, emisyjność produkcji prądu w Niemczech wzrosła o blisko 60 proc. do 308 g na kWh. W Francji i Szwecji praktycznie nie zmieniła się – odpowiednio 49 g i 37 g CO2 na kWh.

Co z podstawą?

Jednym najważniejszych elementów sporu atomistów z antyatomistami jest stosunek do kwestii tzw. mocy w podstawie – czyli instalacji produkujących prąd w sposób stabilny, niezależnie np. od warunków atmosferycznych. Produkcja w podstawie jest niezbędna dla zapewnienia ciągłości dostaw do gospodarstw domowych, przemysłu itd.

Elektrownie atomowe są w stanie zapewnić prąd gospodarce praktycznie w każdych warunkach (mogą istnieć pewne prawne ograniczenia związane ze zrzutem wody używanej do chłodzenia do rzek w upalne dni).

Mniej stabilne źródła energii służą z reguły do pokrywania szczytowego zapotrzebowania. W słoneczny dzień – taki, jak 4 lipca w Niemczech – instalacje fotowoltaiczne bardzo dobrze odpowiedzą na wzrost zapotrzebowania na prąd spowodowany np. masowym włączaniem klimatyzatorów.

Ale, co oczywiste, elektrownie wiatrowe i słoneczne – zostawmy na boku inne mniej istotne źródła energii odnawialnej oraz kontrowersyjne spalanie drzew, elegancko zwanych „biomasą” – pracują tylko wtedy, gdy wieje wiatr i świeci słońce.

Według danych europejskiego przemysłu energii wiatrowej za rok 2018, współczynnik wykorzystania mocy (czyli przez jaki okres czasu źródła pracują z pełną mocą) lądowych farm wiatrowych wyniósł zaledwie 22 proc. Morskich – 36 proc. Współczynnik wykorzystania mocy paneli fotowoltaicznych wynosi 10-25 proc.

Dla porównania, ten sam współczynnik dla energetyki atomowej wynosi około 80-90 proc.

OZE w parze z gazem, czyli emisje maleją wolno

Rozwijanie energetyki odnawialnej w kierunku „100 proc. OZE” wymaga więc znacznie przeskalowanego systemu, ponieważ 1000 MW mocy zainstalowanej w turbinach wiatrowych przy współczynniku wykorzystania mocy ok. 30 proc. to dalece nie to samo, co 1000 MW mocy w elektrowni atomowej pracującej przez ok. 90 proc. czasu. Mało to efektywne.

Trzeba też zapewnić dostawy prądu z instalacji pracujących w podstawie lub jako rezerwa. Jeśli wykluczamy atom, rolę tę spełnią hydroelektrownie (których z reguły jest niewiele) lub emisyjne źródła gazowe i węglowe. W efekcie – rozwijane są OZE, ale emisje maleją nieznacznie lub wcale.

Robert Biedroń zdaje się tego nie rozumieć. „Nie chcemy [elektrowni atomowej], bo uważamy, że Polska powinna korzystać z tego, czego mamy w nadmiarze. Mamy nadmiar słońca, mamy nadal naszą wodę, mamy nadal nasz wiatr. To są nasze dobra narodowe” – powiedział Biedroń.

Wnimanje, wnimanje!

Lider Wiosny twierdzi też, że energetyka atomowa jest niebezpieczna.

„Energia atomowa budzi duże wątpliwości co do bezpieczeństwa. Dzisiaj modny jest serial »Czarnobyl«. Może warto przeczytać kilka książek na ten temat i zobaczyć, jakie są konsekwencje, kiedy nie mamy kontroli nad tym, co tam się dzieje” – powiedział Onetowi Biedroń.

Nawiązanie do znakomitego – ale wciąż jednak tylko rozrywkowego serialu telewizyjnego – może wyjaśniać skąd biorą się słabości argumentacji Biedronia. Przede wszystkim serial nie jest – wbrew temu, co sugeruje lider Wiosny – ostrzeżeniem przed energią atomową.

Jest przede wszystkim oskarżeniem systemu, w którym strach przed władzą nie pozwolił na właściwą reakcję na awarię w elektrowni. Mówi o tym zresztą twórca serialu.

„Lekcja Czarnobyla nie brzmi: współczesna energetyka jądrowa jest niebezpieczna” – napisał scenarzysta Craig Mazin. „Czarnobyl uczy natomiast, jak niebezpieczne są kłamstwa, arogancja i tłumienie krytyki”.

Reaktory tego typu pracowały jeszcze długie lata na terenie byłego Związku Radzieckiego; ostatni został zamknięty w roku 2000. Nieliczne reaktory „czarnobylskie, które do dziś są w eksploatacji wyłącznie na terenie Rosji, przeszły modernizacje i remonty. A z nowych inwestycji żadna nie stosuje już tej technologii.

Awaria taka jak w Czarnobylu jest dziś fizycznie niemożliwa w nowoczesnym reaktorze.

Jednym ze skutków katastrofy w Czarnobylu stało się obwarowanie inwestycji w energetykę atomową chyba najbardziej restrykcyjnymi przepisami dotyczącymi bezpieczeństwa budowy i eksploatacji.

Co ma też złą stronę, bo znacznie utrudnia inwestycje w nowe moce atomowe, a przez to skuteczną obniżkę emisji CO2.

Najmniej groźna dla ludzi

Według danych World Nuclear Association, przez ponad 60 lat funkcjonowania energii atomowej w 33 krajach na świecie – to łącznie 17 tys. lat pracy reaktorów – doszło tylko do trzech poważnych awarii.

Oprócz Czarnobyla miały one miejsce w amerykańskiej elektrowni Three Mile Island i japońskiej Fukushimie. W USA i Japonii nie odnotowano jednak szkodliwych efektów zdrowotnych w wyniku promieniowania. Awarię w Three Mile Island opanowano bez negatywnych skutków poza terenem elektrowni, a awaria w Fukushimie została spowodowana nie przez wady reaktora, a przez trzęsienie ziemi i tsunami – zjawisko o znikomym prawdopodobieństwie wystąpienia w Europie.

Oczywiście awaria w Czarnobylu miała najpoważniejsze skutki – przede wszystkim śmierć kilkudziesięciu osób i skażenie Prypeci i okolic. A jednak w porównaniu do emisji CO2 mających globalny wpływ na miliardy ludzi, katastrofa była w istocie ograniczona do niewielkiego terenu.

Według wyników badań opublikowanych w 2007 roku w brytyjskim czasopiśmie The Lancet, śmiertelność przypadająca na każdą terawatogodzinę (TWh) energii wyprodukowaną w elektrowni atomowej wynosi zaledwie 0,07.

Dla gazu jest to 2,82, natomiast dla biomasy – 4,63. Żadną niespodzianką nie jest, że dane dla energii z węgla kamiennego i brunatnego wyglądają dużo gorzej – odpowiednio 24,62 i 32,72.

Eliminacja energii atomowej na rzecz spalania wysokoemisyjnego gazu, węgla i biomasy na drodze do celu “100 proc. OZE” oznacza więc wzrost śmiertelności, głównie na skutek zanieczyszczenia powietrza i – pośrednio – przez negatywne skutki ocieplenia klimatu.

Jak to było z Żarnowcem

„Jesteśmy sceptyczni także dlatego, że wiemy, że jest ciekawsza alternatywa. Bardziej ekologiczna i ekonomiczna, czyli odnawialne źródła energii. Polska buduje elektrownię atomową od kiedy byliśmy dzieciakami i do dzisiaj tego nie zrobiono” – powiedział Biedroń w wywiadzie dla Onetu.

Niestety, tu również lider Wiosny mija się z prawdą. Polska nie buduje elektrowni atomowej bez przerwy od lat. Budowę elektrowni w Żarnowcu zarzucono w czasach transformacji, po Czarnobylu. Gdyby ją zrealizowano, mielibyśmy dziś ok. 1600 MW bezemisyjnej mocy – tyle co planowane przez polskie spółki energetyczne “brudne” elektrownie Ostrołęka C i Turów. Plany budowy odżyły dopiero niedawno, lecz niestety nieudolność ostatnich rządów sprawiła, że projekt stoi w miejscu.

Zresztą wlokące się plany budowy trudno uznać za argument przeciwko technologii jako takiej. Energetyka jądrowa w Europie ma się stosunkowo nieźle, co dowodzi, że proces inwestycyjny budowy elektrowni atomowej można przeprowadzić skutecznie.

Nowe reaktory budują Białorusini (dwa reaktory, łącznie 2400 MW), Finlandia (1750 MW), Słowacja (dwa reaktory, łącznie 880 MW), Wielka Brytania (1750 MW), oraz Francja (1650 MW). Planują je też Czechy, Rumunia i Bułgaria.

„Tańsza niż z innych źródeł”

Według zeszłorocznego raportu “Całkowity koszt zapewnienia energii elektrycznej” Agencji Energii Jądrowej OECD, energetyka atomowa może być najtańsza w porównaniu do innych źródeł energii, o ile tylko policzymy tzw. koszt całkowity.

Na koszt całkowity składają się koszty na poziomie elektrowni, na poziomie sieci oraz – często pomijane ze względu na trudności w oszacowaniu lub dla zaniżenia rzeczywistych kosztów – koszty zewnętrzne, np. efekty klimatyczne wytwarzania energii elektrycznej.

“Ten, kogo stać na zapłacenie budowy elektrowni jądrowej, będzie miał tanią energię przez wiele, wiele lat. A więc budujemy elektrownie jądrową dla naszych dzieci, w moim przypadku wnuków i prawnuków. Ten tani prąd będzie cały czas do ich dyspozycji, tak jak jest w tej chwili w USA, gdzie elektrownie mają już pozwolenia na pracę do 60 lat i starają się o przedłużenia do 80. Będzie to stała baza produkcji energii w Polsce, tańsza niż z innych źródeł, jeśli weźmiemy pod uwagę cały proces pracy elektrowni” – profesor Andrzej Strupczewski z Narodowego Centrum Badań Jądrowych powiedział w wywiadzie dla Business Insider Polska w zeszłym roku.

Koszt budowy elektrowni atomowej w Polsce szacowany jest na 40-70 mld złotych. To mniej więcej 2-3,5 proc polskiego PKB.

Odpady? W stosunku do ilości produkowanej energii, odpadów z elektrowni atomowych jest niewiele i są trwale odseparowane od środowiska w specjalnych składowiskach. Przedstawianie ich jako “bomb ekologicznych” to nadużycie.

Ech, ta Deutsche Wirtschaft!

Niestety, Niemcy planują wyłączenie swoich reaktorów do końca 2022 roku, co w Polsce – raz wypominającej sąsiadom wojnę, a kiedy indziej chętnie stawiającej ich za wzór racjonalności i efektywności – może uchodzić za politykę godną naśladowania.

W umowie koalicyjnej chadecy z CDU i socjaldemokraci z SPD zapisali utrudnianie rozwoju energetyki jądrowej w Europie. Skutek – Berlin naciska na sąsiednie Belgię i Francję, by te wyłączyły swoje reaktory. Belgia zamierza to zrobić do roku 2025, jednocześnie planując nowe i znaczne inwestycje w OZE i – w podręcznikowym przykładzie budowania wysokoemisyjnych mocy, by zastąpić niskoemisyjny atom – równie duże inwestycje w gaz.

Zwolennicy „100 proc. OZE” argumentują, że problemy z produkcją prądu w podstawie wkrótce zostaną rozwiązane przez przełom technologiczny w budowie magazynów energii oraz rozwój inteligentnych sieci.

Rewolucja nie nadchodzi, a my nie mamy czasu

Jak do tej pory wielkoskalowe magazyny energii jednak nie powstały i niewiele wskazuje na to by miały powstać. Mówimy o przedsięwzięciach na gigantyczną skalę.

Według niektórych wyliczeń, dla zrealizowania opcji „100 proc. OZE” w Niemczech potrzeba możliwości zmagazynowania około 5 TWh energii, przy założeniu gigantycznych inwestycji w moc zainstalowaną, by zapewnić niezbędną dla magazynowania nadprodukcję energii. To równowartość pojemności ok. 35 lat produkcji wszystkich baterii na całym świecie według prognoz na rok 2020.

W świetle klimatologii po prostu nie mamy czasu na takie eksperymenty. Według naukowców musimy obniżyć światowe emisje CO2 aż o 45 proc. względem roku 2010 w zaledwie dekadę, do roku 2030, by mieć szansę na zatrzymanie wzrostu temperatury na poziomie 1,5°C w stosunku do epoki sprzed rewolucji przemysłowej.

Rezygnacja z atomu na rzecz wysokoemisyjnych instalacji gazowych i węglowych w drodze do szlachetnej – lecz w tej chwili zbyt odległej – wizji “100 proc. OZE” przypomina grę w rosyjską ruletkę.

Z tym, że według napisanych przez nas zasad tej gry bęben rewolweru ma już tylko jedną pustą komorę.

Dziennikarz piszący głównie do anglojęzycznych mediów na tematy związane z energią, ochroną środowiska i zmianami klimatycznymi. Jego teksty ukazują się m.in. w Politico Europe. Stały współpracownik OKO.press. Twitter: @WojciechKosc


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym