Na pytanie o imigrantów minister Brudziński opowiada o uchodźcach, których w końcu i tak nazywa imigrantami zarobkowymi. Rząd gubi się w zeznaniach, a podtrzymywanie antyimigranckiej narracji nijak się ma do ogromnej liczby przyjmowanych do pracy cudzoziemców

Rząd PiS musi zmierzyć się z poważnym zarzutem ze strony wyborców i członków partii. Imigrantów nie da się poukrywać tak, jak podpisów pod międzynarodowymi deklaracjami (np. tej z Marrakeszu).

Wyborcy pytają: gdzie ta Polska dla Polaków, którą obiecywał PiS, a rząd, przyjmujący po cichu gigantyczną liczbę imigrantów, gubi się w zeznaniach.

Brudziński próbuje nie oszukiwać

Zarzut, że rząd usilnie sprowadza imigrantów z „najdalszych zakątków świata” wywołał u ministra Brudzińskiego szyderczy uśmiech. W rozmowie w TV Trwam stwierdził, że to oskarżenie „z pogranicza kabaretu”.

Na pytanie o imigrantów zarobkowych odpowiedział uchodźcami. „Powtarzamy wszędzie, zresztą powtórzył to dzisiaj też pan premier, co jest naszym sukcesem – Polski, Węgier – nie było naszej zgody, i przekonaliśmy do tego UE, o przymusowej relokacji uchodźców”.

Dalej minister jeszcze bardziej gmatwa całą sprawę, dodając: „chociaż jakich tam uchodźców, migrantów  w znacznej mierze” i chwali się tym, że „tak jak Wiktorowi Orbánowi, polskiemu rządowi udało się zapewnić naszemu państwu bezpieczeństwo”.

Po tym ogólnym, niezwiązanym z pytaniem wstępie, minister przechodzi w końcu do sedna, przyznając znienacka, że nie ma się co oszukiwać.

„Bo przecież każdy z telewidzów, radiosłuchaczy poruszający się po dużych miastach widzi, że w jakiejś mierze zaczyna zmieniać się struktura społeczna naszych miast, pojawia się coraz więcej pracowników […] o cechach… karnacji wskazujących, że są to pracownicy spoza Europy”.

Jak Brudziński tłumaczy to karnacyjne zamieszanie? Naciskiem ze strony rolników, uniwersytetami i strefą Schengen.

Między młotem a kowadłem

Minister przyznaje, że polska gospodarka cierpi na deficyt pracowników. Ministerstwo jest więc według Brudzińskiego „między młotem i kowadłem”. „Ja moim pracownikom dałem jasne polecenie i wskazówki: ani o milimetr nie możemy się cofnąć jeżeli chodzi o bezpieczeństwo i wszystkie regulacje wynikające z weryfikacji osób, ale zbliża się okres żniw”.

Wtedy według słów ministra rozpoczyna się szturm rolników i urzędników. „Poluzujcie, bo owoce gniją, nie ma rąk do pracy”.


Trzeba otworzyc możliwości, żeby do Polski przyjechali pracownicy dla których pensja oferowana przez polskich rolników i hodowców będzie atrakcyjna.

Joachim Brudziński, TV Trwam - 20/09/2018

Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazet


Na polskim rynku brakuje rąk do pracy, ale nie tylko w rolnictwie i budownictwie.


Brudziński ma rację mówiąc, że w Polsce brak rąk do pracy i że do mało dochodowych i ciężkich prac w rolnictwie trudno znaleźć chętnych Polaków.

Według szacunków Macieja Wituckiego, szefa firmy Work Service, na polskim rynku brakuje w tej chwili od 150 tys. do 200 tys. osób, a według danych Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, w 2030 pracodawcy będą mieli problemy z obsadzeniem co piątego stanowiska – z 20 mln potrzebnych pracowników pracować będzie tylko 16 mln.

Budownictwo i praca przy zbiorach sugeruje jednak, że w Polsce potrzeba tylko pracowników sezonowych, a więc imigrantów czasowych. Deficyt pracowników dotyka jednak przede wszystkim przemysłu przetwórczego, gdzie potrzeba wykwalifikowanych pracowników.

Sezonowe pozwolenia na pracę dla imigrantów nie rozwiązują problemu, potrzebujemy wykwalifikowanych pracowników gotowych zostać na dłużej.

Niejasna wspólnota kulturowa

Brudziński wyjaśnia, że tania siła robocza ma być werbowana przede wszystkim z „państw szóstki”, czyli Ukrainy, Białorusi, Rosji, Mołdawii, Armenii i Gruzji.

Zgodnie z  nowelizacją ustawy o promocji zatrudnienia i rynku pracy obywatele tych państw mają ułatwiony dostęp do polskiego rynku. Pracodawcy mogą ich zatrudnić wyłącznie na podstawie oświadczenia, a nie pozwolenia na pracę.

Minister ma świadomość „wszystkich zagrożeń, jakie potencjalnie każda z tych grup […] może stanowić dla integralności państwowej, dla świadomości.” Ale:


Państwa szóstki,[...] czyli Ukraina, Białoruś, Rosja, Mołdawia, Armenia, Gruzja [...] to państwa bliskie nam kulturowo, językowo.

Joachim Brudziński, TV Trwam - 20/09/2018

Fot . Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta


Mołdawski, ormiański czy gruziński nie są nam bliskie językowo. Nie wiadomo do końca co oznacza tu bliskość kulturowa.


O ile Rosję, Ukrainę i Białoruś faktycznie łączy z Polską słowiańska bliskość językowa, to dorzucenie do tej samej grupy Gruzji, Mołdawii i Armenii nie da się uzasadnić. Język mołdawski zbliżony jest do rumuńskiego, ormiański wywodzi się z osobnej podgrupy języków indoeuropejskich, a gruziński z południowo-kaukaskiej rodziny językowej.

Pojęcie bliskości kulturowej jest w wypowiedzi Brudzińskiego ideą niejasną. Minister tłumaczy, że chociaż „wszystko jest w stanie sobie wyobrazić”, to na pewno nie to, „żeby jakiś obywatel Ukrainy czy któregoś z tych państw wpadł na pomysł, żeby w imię jakiegoś szaleństwa ideologicznego, religijnego obwiesić się dynamitem i wysadzić w jakimś centrum handlowym”.

Nie wiadomo, kto jest na liście państw, której Brudziński wyobraża sobie z dynamitem, ale dopuszcza się jawnej manipulacji, utożsamiając kraje obce kulturowo z terroryzmem. Wszystko po to, żeby uchronić się przed zarzutem promowania znienawidzonej przez PiS multikulturowości.

Minister zapewnia, że „dopóki Prawo i Sprawiedliwość będzie u władzy […] dopóty nie będzie naszej zgody, żeby ulec temu szaleństwu multikulturowości, otwierania w sposób niekontrolowany granic, zasysania ludzi, którzy mogą stanowić potencjalne niebezpieczeństwo”.

Winne są uczelnie i strefa Schengen

Skąd na tych monitorowanych przez wyborców ulicach biorą się osoby o innych „cechach karnacji” ? Wszystkiemu winne uniwersytety i Schengen.

„Nie ma zgody […] na przymusową relokację, żeby nam tutaj pani kanclerz Angela Merkel czy pan prezydent Macron przerzucali ten gorący kartofel, który sami sobie wypiekli. […] Ale jesteśmy członkiem UE, obowiązują nas pewne przepisy chociażby jeżeli chodzi o wolny ruch obywateli i tutaj jest problem”.

„O ile nasze służby mogą kontrolować tych, którzy przyjeżdżają spoza UE, to już takich możliwości nie mamy w stosunku do tych, którzy do Polski wjeżdżają na podstawie wiz któregoś z państw członkowskich”.

Minister zwraca też uwagę na to, że winę ponoszą państwa „pokroju” Grecji czy Włoch, bo chcąc pozbyć się nielegalnych migrantów ze swojego terytorium legalizują im pobyt  i dają możliwość wyjazdu do innych państw Unii.

Tylko czy na pewno do Polski? Po skandalu jaki w szeregach PiS wywołała deklaracja ministra spraw zagranicznych, że Polska przyjęła 2700 migrantów okazało się, że chodziło o osoby, dla których Polska była krajem „pierwszego wjazdu do UE” i które złożyły wniosek o udzielenie ochrony międzynarodowej w innym kraju.

Zdaniem Czaputowicza, migranci nie chcieli zostać w Polsce, gdzie stopa życiowa jest za niska.

Winę za zwiększoną ilość imigrantów mają też ponosić polskie uczelnie, które dotknięte niżem demograficznym ratują się przyjmując cudzoziemców. „W latach 2015-2018 wzrósł gwałtownie współczynnik studentów z państw typu Bangladesz, Nepal, Indie, na tzw. wizy studenckie”.

Na polskich uczelniach rzeczywiście studiuje coraz więcej obcokrajowców, jednak nie można tym faktem kamuflować o wiele większej liczby imigrantów przyjmowanych do pracy w Polsce.

W swojej długiej wypowiedzi Brudziński nawet się nie zająknął o tym, że tylko w pierwszej połowie 2018 roku, Polska dała pozwolenie na pracę:

  • 9,7 tys. obywateli Nepalu;
  • 3,6 tys obywateli Indii;
  • 3,0 tys. Bangladeszu;
  • 1,4 tys. Azerbejdżanu.

Tylko w pierwszej połowie 2018 roku Polska przyjęła z krajów muzułmańskich ok. 4,5 tys osób. Po co było więc psuć relacje z Unią Europejską nie godząc się na przyjęcie 7 tys. uchodźców?

PiS: imigranci gorsi niż uchodźcy


Rząd ma bardzo jasną, twardą i niezmienialną od początku naszych rządów politykę względem uchodźców i imigrantów.

Joachim Brudziński, TV Trwam - 20/09/2018

03.11.2016 Warszawa , Sejm . Wicemarszalek Joachim Brudzinski podczas debaty nad rzadowym projektem - " Za zyciem " w obronie dzieci niepelnosprawnych . Fot . Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta


W sprawie imigrantów nic nie jest jasne - rząd deklaruje co innego niż robi. Narracja wobec imigrantów jest często niespójna.


To drastyczne zderzenie potrzeb gospodarki z dezaktualizującą się narracją „Polska dla Polaków” przysparza rządowi sporo problemów. Awanturują się wyborcy, których PiS zdążył przekonać, że imigranci to samo zło. Awanturują się też posłowie, np. Krystyna Pawłowicz, która napisała do premiera długi list żądając wyjaśnień i alarmując: „przegramy wybory!”

Trudno będzie teraz złagodzić wersję, bo PiS od lat straszy wyborców uchodźcami, mówiąc między innymi, że to przebrani imigranci zarobkowi.

We wrześniu 2015 roku w Sejmie Kaczyński głosił, że „trzeba zdecydowanie odróżnić uchodźców, którzy rzeczywiście uciekają przed wojną, od emigrantów ekonomicznych”.

W styczniu 2016 roku Mariusz Błaszczak zapewniał: „Będziemy bardzo dokładnie kontrolowali, kto miałby do naszego kraju przyjechać. To muszą być uchodźcy, a nie imigranci ekonomiczni, a niestety jest problem z rozróżnieniem”.

Sama Beata Szydło tłumacząc się z decyzji o nieprzyjęciu nawet 100 uchodźców, w 2015 roku podkreślała, że chociaż „Honorujemy decyzje, które zapadają na poziomie UE i rozumiemy to, ale… Uchodźcy, którzy uciekają przed zagrożeniem życia – to jedno. A ci, którzy uciekają z powodów ekonomicznych, to drugie.”

Imigranci ekonomiczni byli więc dla PiS skutecznym straszakiem przed przyjmowaniem uchodźców. Teraz wychodzi na to, że mimo iż z dumą obnoszą się ze zniechęceniem Unii do relokacji uchodźców, to imigrantów ekonomicznych muszą jednak przyjąć. Zwycięska antyimigrancka narracja przestaje pokrywać się z polityką rządu.

Szydło otwiera ramiona

Radykalną zmianę można zauważyć w wywiadzie byłej premier we wPolsce.pl. Na pytanie dziennikarza, zaniepokojonego tym, że Warszawa „nasiąka przybyszami z Azji i Afryki”, Szydło odpowiedziała, że to „naturalny proces”, który „będzie narastał”. Dodała też,  że dla obcokrajowców,

„którzy u nas studiują, pracują, chcą tutaj razem z nami żyć, szanując naszą kulturę, akceptując te warunki, które tutaj są w Polsce, powinniśmy […] jak najszerzej otwierać ramiona”.

Zupełnie inaczej wypowiadała się też o problemach związanych z migracją w innych krajach UE. Według Szydło to wynik „nieprzemyślanych decyzji w UE i wpuszczenia bez żadnego przygotowania takiej fali ludzi, którzy tutaj też nie otrzymali żadnej oferty, bo trafili do miejsc, w których ani nie mieli perspektyw mieszkania, ani pracy”.

Obiecujący przekaz na temat migracji niesie też podpisana przez rząd deklaracja w Marrakeszu, zwracając uwagę na pozytywny wpływ, jaki niesie migracja – zarówno dla kraju pochodzenia, jak i przyjmującego. Kraje podpisujące miały się zobowiązać do „promowania takiej narracji opartej na faktach” zamiast ksenofobicznych uprzedzeń.

I tu widać jednak wewnętrzne rozbicie PiS, bo choć polski rząd podpisał deklarację i nie poparł sprzeciwu Węgier, to tak się jej wstydzi, że gdyby przez przypadek nie trafiły na nią prawicowe media, nikt by o niej nie wiedział. MSZ nawet o tym nie wspomniało.

Czy PiS zdecyduje się na nową narrację, według której migracja to „naturalny proces”, czy będzie się kurczowo trzymał wersji o „szaleństwie brukselskich elit”? Na razie partia rządząca wydaje się zagubiona, a elektorat PiS coraz bardziej podirytowany. Efekty wieloletniej polityki straszenia imigrantami mogą okazać się trudne do odwrócenia.

 

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym