0:000:00

0:00

„Jaśminie” z pewnością nie można odmówić ambicji. Jak deklarują w opisie jej twórcy, umożliwić ma użytkowniczkom podejmowanie kluczowych dla Polski decyzji bez konieczności wychodzenia z mieszkania. W praktyce wygląda to mniej imponująco - uczestnictwo w plebiscytach polega po prostu na klikaniu w odpowiedzi na pytania zamknięte.

Mimo to, jak na razie cieszą się dość dużym zainteresowaniem. W pierwszym plebiscycie - poświęconym propozycjom programowym Polski 2050 - wzięło udział niecałe 11 tysięcy osób. W drugim, na temat protestu medyków, odpowiedzi było niemal trzy razy więcej. Poza plebiscytami aplikacja daje członkom i członkiniom ruchu możliwość wpływania poprzez głosowania na stanowisko Polski 2050 (na przykład w sprawie handlu w niedzielę i święta). Oprócz tego „Jaśmina” posiada funkcje społecznościowe. Informuje o wydarzeniach związanych z działalnością ruchu, pozwala zapoznać się z profilami kluczowych postaci oraz ich aktywnością w mediach społecznościowych dzięki konsolidującemu treści z różnych źródeł strumieniowi aktualności. Zawiera również bazę dokumentów programowych tworzonych przez think tank Strategie 2050.

Jak na razie to tyle. „Jaśmina”, choć pionierska, nie oferuje nieznanych z innych aplikacji funkcji. Sama zresztą stanowi zmodyfikowaną wersję obecnego od dawna na rynku programu "Meeting Application”. Co ciekawe, już wcześniej zaprzęgnięty został do politycznych celów przez brytyjski lewicowy ruch polityczny Momentum.

Gdy w 2017 aplikacja pod nazwą „M.app” została zaprezentowana na konferencji Partii Pracy, magazyn Wired pisał, że „może na zawsze odmienić politykę”. Niestety, przegrane w 2019 roku przez laburzystów wybory dowiodły raczej, że były to nietrafne intuicje.

Czy „Jaśminie”, kolejnemu wcieleniu „Meeting Application”, uda się zrealizować drzemiący rzekomo w tym narzędziu potencjał?

Przeczytaj także:

Z ziemi amerykańskiej…

Szymona Hołownia jest przekonany, że tak. „Jaśmina” jego zdaniem „odmieni polską politykę”. To odważne stwierdzenie przywodzi na myśl nie tylko niespełnione przewidywania Wired, ale i komentarze padające przed ponad dekadą po premierze pierwszej na świecie głośnej aplikacji politycznej — „Obama’08”. Polska 2050 bezpośrednio zresztą odwołuje się do tego dziedzictwa byłego prezydenta USA, o czym mówił w poświęconym „Jaśminie” webinarze poseł Michał Gramatyka.

Przeznaczona wyłącznie na iPhone’y i iPody aplikacja miała wspomóc elektorat Obamy w bezpośrednim kontaktowaniu się ze znajomymi, by namówić ich do głosowania. Oprócz funkcji „Call your friends” posiadała m.in. bazę wiedzy o postulatach wyborczych kandydata, informacje o wiecach wyborczych czy materiały wideo z kampanijnego szlaku. Co ciekawe, dodano do niej także element grywalizacji w postaci modułu ze statystykami wykonanych przez jej użytkowników połączeń, co zachęcać miało do bicia rekordów. Magazyn Wired pisał, że premiera „Obama’08” to początek epoki Internetowych Wyborów 2.0. To przewidywanie, jak pokazały kolejne kampanie prezydenckie w USA, okazało się akurat słuszne. O ile w 2008 Republikanie nie odpowiedzieli na wynalazek sztabu Obamy, o tyle w 2012 Mitt Romney mógł się już pochwalić apką „With Mitt”. Jednak na jego nieszczęście szybko stała się ona obiektem kpin, gdy okazało się, że już na ekranie startowym wita użytkowniczki literówką w słowie „America”.

Po latach także kampania Obamy znalazła się w ogniu krytyki — i to dużo poważniejszej niż uszczypliwości z powodu drobnych błędów czy małej liczby funkcji aplikacji. Gdy w 2018 w pełnej krasie na jaw wyszedł skandal z udziałem Cambridge Analytica, ze strony amerykańskich konserwatystów pojawiły się głosy zrównujące działalność brytyjskiego przedsiębiorstwa ze strategią cyfrową prezydenta z obozu Demokratów. Zarzuty nie dotyczyły tylko aplikacji kampanijnej, lecz wykorzystania danych z Facebooka przez wszystkie stosowane przez niego narzędzia cyfrowe. „To się działo za czasów Obamy i było wychwalane przez media jako genialne. A teraz, podczas kampanii Trumpa, jest to skandal Cambridge Analytica” — mówiła związana z obozem Republikanów prezenterka telewizyjna Meghan McCain.

Przez „to” na myśli miała dwie kwestie: pobieranie danych na temat użytkowników Facebooka oraz mikrotargetowanie wyborców. Weryfikując tezę McCain, portal PolitiFact ocenił ją jako półprawdę. Sztab Obamy rzeczywiście gromadził na ogromną skalę informacje ze strony Marka Zuckerberga, a następnie wykorzystywał je np. w mailach zachęcających do przekonywania wymienionych z imienia i nazwiska znajomych, by wzięli udział w lokalnych prawyborach. Dane o użytkownikach Facebooka pobierane były jednak za ich wiedzą i przyzwoleniem, a nie podstępem, jak w przypadku Cambridge Analytica. Wątpliwości natury etycznej budzi natomiast kwestia zbierania i wykorzystywania informacji o znajomych osób, które wyraziły zgodę. Ówczesne zasady funkcjonowania portalu pozwalały pobierać wiele takich informacji za plecami samych zainteresowanych, co zmieniono dopiero w 2015 roku.

Między działaniami sztabu Obamy a współpracą Donalda Trumpa z przedstawicielami Cambridge Analytica jest więc sporo różnic dotyczących intensywności wykorzystania danych czy legalności ich pozyskania. Obie sprawy pokazują jednak, że związki nowych technologii oraz polityki rodzić mogą nadużycia — zaufania użytkowników czy niejasnych, dziurawych regulacji. Po latach od zawarcia pierwszych tego typu mariaży świadomość zagrożeń jest na szczęście dużo większa, podobnie jak uwaga przykładana kolejnym projektom przez badaczki czy organizacje pozarządowe.

…przez francuską i włoską, do Polski

A jest się czemu przyglądać. Zapoczątkowany przez Obamę boom na polityczne narzędzia cyfrowe trwa w najlepsze. W Stanach Zjednoczonych aplikacje sygnowane przez kandydatki i kandydatów są już elementem obowiązkowym każdej kampanii. W Europie funkcjonują rzadziej, ale znaleźć można ich ciekawe przykłady. Dwa po premierze „Jaśminy” wskazał sam Hołownia - „La Grande Marche” francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona oraz „Rousseau” włoskiego Ruchu Pięciu Gwiazd. Co ciekawe ani on, ani inni członkowie Polski 2050 słowem nie wspominają jak na razie o „M.app”, bliskiej kuzynce „Jaśminy”. Czyżby narzędzie zmarginalizowanej dziś w Partii Pracy frakcji corbynistów było czarną owcą w rodzinie?

Aplikacja „La Grande Marche” była elementem strategii kampanijnej stworzonej przez firmę „Liegey Muller Pons”, notabene założonej przez byłych wolontariuszy Obamy z 2008 roku. Narzędzie skrojone zostało pod potrzeby wolontariuszy ruchu Macrona, którzy chodzili od drzwi do drzwi i rozmawiali z potencjalnymi wyborcami. Poprzez „La Grande Marche” (co znaczy dosłownie „Wielki Marsz” i dobrze koresponduje z obranym typem kampanii) raportowali w łatwy sposób każde takie spotkanie. Dzięki temu sztab Macrona pozyskał we w miarę etyczny sposób bezcenne dane ilościowe i jakościowe na temat wyborczyń we Francji.

„Rousseau” z kolei służyło przez lata rozwijaniu demokracji bezpośredniej w Ruchu Pięciu Gwiazd. Główną funkcjonalnością narzędzia, podobnie jak w przypadku „Jaśminy”, było umożliwienie sympatykom i sympatyczkom formacji wyrażania głosu nt. programu Ruchu czy projektów ustaw. Historię aplikacji opisał niedawno w Polityce Mateusz Mazzini, wskazując, że mimo popularności — przez pięć lat przeprowadzono w niej ponad 340 konsultacji — słabo grała powierzoną rolę. Konsultacje prowadzone poprzez „Rousseau” służyły raczej potwierdzaniu decyzji polityków niż kształtowaniu kierunku rozwoju Ruchu, do tego zadawane poprzez aplikację pytania formułowane bywały pod tezę, dając raczej ułudę sprawczości.

Z podobnymi zarzutami będzie się musiała mierzyć „Jaśmina”. W mediach społecznościowych padały one zresztą już po prezentacji pierwszego plebiscytu. „Ta »rewolucyjna partycypacja« to będą pytania w stylu »czy kochasz swojego lidera trochę, trochę bardziej czy bardzo?«” - ironizował na Twitterze Łukasz Pawłowski z Ogólnopolskiej Grupy Badawczej. Przedstawicielki Polski 2050 odpierają uwagi, mówiąc, że aplikacja jest ciągle w rozwoju.

Fakt, iż Gramatyka i Hołownia jako inspiracje dla „Jaśminy” wskazali trzy skrajnie odmienne narzędzia, może sugerować, że ruch nie ma pełni określonej wizji jej przyszłości.

Kto wie, czy gdy na horyzoncie pojawią się wybory parlamentarne, z platformy do konsultacji nie stanie się narzędziem do prowadzenia zdalnej agitacji czy wspierającym kampanię w terenie.

Doświadczenie użytkownika, doświadczenie obywatela

Azymut przekształceń „Jaśminy” wyznaczony może zostać odgórnie bądź oparty na informacji zwrotnej od korzystających z niej osób. To drugie podejście jest dziś zdecydowanie dominującym w projektowaniu narzędzi cyfrowych, którym rządzi zasada zorientowania na użytkownika. Przy dużej liczbie pobrań aplikacji, Polska 2050 może zyskać wgląd w preferencje internautów względem stosowania narzędzi cyfrowych dla celów politycznych.

Wiele informacji o tych preferencjach jest jednak dostępnych już dziś. Kilka lat temu zbadał je Daniel Mider z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW. W opublikowanej w 2012 roku pracy Cyberentuzjaści, cybermaruderzy czy cybermalkontenci? Badanie postaw polskich internautów wobec zastosowań Internetu w polityce pisał: „Wyraźnie wyodrębniają się płaszczyzny związków Internetu i polityki szczególnie silnie popierane przez internautów: internetowe referenda, debaty polityków z wyborcami z użyciem Internetu oraz uczynienie Internetu kluczowym medium kampanii wyborczej. Tę triadę można rozpatrywać nawet w kategoriach swoistego postulatu internautów wyznaczającego decydentom zakres i kierunek potencjalnych zmian”.

Do tej pory Polska 2050 działała na dwóch spośród tych trzech płaszczyzn. Jak informował magazyn Press, w ubiegłym roku w ostatnim miesiącu kampanii prezydenckiej Szymon Hołownia wydał na reklamy w internecie najwięcej spośród wszystkich kandydatów. Nie znaczy to, że wcześniej nie był w sieci aktywny i, co ważniejsze, popularny. Jedną z przyczyn dobrego rezultatu jego kampanii była z pewnością bezpośrednia komunikacja z wyborcami, realizowana w pandemicznej rzeczywistości między innymi poprzez nagrania w formule Q&A. Obecnie takie wydarzenia Polska 2050 organizuje z udziałem ekspertek czy ważnych członków i członkiń ruchu, budując wizerunek merytorycznej opozycji oraz rozpoznawalność przyszłych kandydatek.

Oczywiście podobne działania podejmują także inne siły polityczne. Ruch Szymona Hołowni zdaje się jednak dobrze czuć w roli trendsetterów. Fakt, że żadna partia nie chwaliła się dotąd posiadaniem aplikacji, był więc dla niego idealną okazją, by się wyróżnić, przy okazji czyniąc pierwszy krok ku realizacji ostatniego elementu sformułowanego przez Midera postulatu — umożliwienia oddawania głosu w referendach przez internet. Wygląda na to, że Polska 2050 traktuje „Jaśminę” jako swego rodzaju poligon dla takiego rozwiązania.

Opowiadając o głosowaniach poprzez aplikację, Michał Gramatyka mówił na kongresie ruchu: „Ta funkcja dziś dostępna jest dla członkiń i członków Stowarzyszenia Polska 2050, ale kiedy będziemy rządzić, ta funkcja będzie dostępna dla każdej Polki i dla każdego Polaka, bo tak widzimy nową politykę, tak widzimy politykę ery cyfrowej. To naprawdę ważne, żeby rzeczywiście każdy z nas mógł mieć głos”.

Trzeba jednakże pamiętać, że badania Midera przeprowadzone były niemal dekadę temu. Dziś warto byłoby na nowo zbadać, jakich doświadczeń oczekuje obywatel-użytkownik. Nie można wykluczyć, że postawy internautów, ich oczekiwania wobec wykorzystania nowych technologii w polityce, uległy istotnej zmianie. Wpłynąć na nie mógł choćby gwałtowny rozwój mediów społecznościowych, które choć w części zaspokajają potrzebę debaty online polityków z wyborcami. Wzrost zasięgów oddziaływania Facebooka, Twittera czy YouTube’a uczynił je także jedną z kluczowych aren walki o głosy.

Ze wskazanej wcześniej triady jedynie internetowe referenda pozostają wciąż w sferze postulatów. Ich wizja również stracić mogła przez ostatnie lata na atrakcyjności, choćby ze względu na fiasko głosowania zarządzonego przez Bronisława Komorowskiego w 2015 roku. Co więcej, jak wynika z badania CBOS z kwietnia tego roku, wśród wyborczyń Polski 2050 aż 65 proc. deklaruje brak poczucia wpływu na sprawy kraju. To największy odsetek takich deklaracji pośród wszystkich zbadanych elektoratów. Na drugim od końca miejscu znajdują się natomiast wyborcy Koalicji Obywatelskiej, spośród których 61 proc. nie czuje, że może wpłynąć na losy Polski.

Być może to właśnie dlatego Szymon Hołownia reklamuje swoją aplikację jako rozwiązanie, które „odmieni polską politykę”. Być może „Jaśmina” ma odpowiedzieć na potrzebę poczucia sprawczości u liberałów, potencjalnych wyborców Polski 2050. Wzbudzić w nich entuzjazm i dać takie doświadczenia użytkownika-obywatela, jakiego oczekują.

Hasła, którymi polityczki i politycy Polski 2050 zachwalają „Jaśminę”, to polityczny marketing — być może skuteczny. Jeśli jednak potraktować je jako w pełni poważne deklaracje, wyraz wielkiej wiary w zdolności aplikacji, to zaczynają brzmieć jak technologiczny solucjonizm. Określenie to pochodzi z książki krytyka nowych technologii Jewgienija Morozowa, zatytułowanej To Save Everuthing, Click Here. Jak tłumaczy Jędrzej Niklas z Cardiff University, technologiczny solucjonizm polega na wierze, że „(…) technologia jest niezbędnym, a zarazem najbardziej efektywnym rozwiązaniem wszelkich problemów społecznych”. To jednak wiara w ułudę. Tak jak aplikacje śledzące rozprzestrzenianie się wirusa COVID-19 nie są w stanie same powstrzymać rozwoju pandemii, tak i „Jaśmina” nie zwiększy poczucia odpowiedzialności Polek i Polaków za sprawy państwowe. Cyfrowe narzędzia mogą rzecz jasna wspierać procesy zmiany społecznej, ale pokładanie nadziei z nich samych to pułapka. Jak pisał Niklas, „Solucjonizm technologiczny ogranicza i zamyka nasze polityczne wyobrażenia o tym, jak może wyglądać skuteczne rozwiązywanie problemów”.

Co więcej, jak pokazały kampanie Obamy z 2012 i Trumpa z 2015 roku, za hasłami o genialnych technologiach, nowoczesnych i rewolucyjnych rozwiązaniach, kryć się mogą nieetyczne praktyki wplecione w linijki pozornie niegroźnego kodu. Stąd też określanie dziś aplikacji mianem zdolnej do odmienienia polityki brzmi niewiarygodnie, a jednocześnie groźnie. Patetyczne deklaracje twórców cyfrowych produktów zbyt często bowiem okazywały się zasłoną dymną kryjącą prawdziwe intencje polityków czy korporacji. Dwa lata temu Katarzyna Szymielewicz, prezeska Fundacji Panoptykon, w zatytułowanym Czy internet w ogóle jeszcze służy ludziom? Pora się obudzić tekście ostrzegała: „Jesteśmy w momencie, w którym technosolucjonizm i wiara w demokratyzujący potencjał samej technologii wydaje się nie tylko naiwna, ale wręcz niebezpieczna”. Ostrzeżenie to nie straciło na aktualności.

Prywatność i polityka

Czy „Jaśmina” także budzić może obawy? Przedstawionych wcześniej wątpliwości dotyczących realnego potencjału realizacji stawianych jej celów nie można traktować jako zarzutów. Aplikacja Polski 2050 może się okazać wśród członkiń ruchu sukcesem — ułatwić wypracowywanie konsensusów, poprawić przepływ informacji nt. wydarzeń czy postulatów, zacieśnić społeczne więzi. Na dziś nie jest jednak produktem wolnym od problemów. Najpoważniejsze z nich dotyczą kwestii prywatności. Teoretycznie odpowiedzi na pytania takie jak „jakie dane gromadzi o mnie aplikacja” czy „do czego może je wykorzystać” znaleźć się powinny w polityce prywatności aplikacji. Niestety, w przypadku „Jaśminy” tak nie jest.

—W polityce w ogóle nie występują hasła „Jaśmina” ani „Polska 2050”. Administratorem danych jest firma Meeting Application, a cały dokument dotyczy aplikacji o tej samej nazwie. Domyślam się, że „Jaśmina” powstała na bazie istniejącego narzędzia, jednak za dostosowaniem identyfikacji wizualnej do potrzeb Polski 2050 nie poszły niezbędne zmiany w polityce prywatności. Zamiast tego dostaliśmy niejasny, częściowo zrecyklingowany dokument, z którego niewiele wynika. — tłumaczy Karolina Iwańska, prawniczka z Fundacji Panoptykon.

Na pytania Fundacji odpowiedziało biuro prasowe Polski 2050. Zdaniem jego przedstawicieli, partia ani podmioty działające na jej zlecenie nie korzystają i nie będą korzystać z żadnych danych gromadzonych w ramach „Jaśminy”. Nie potrafili jednak wytłumaczyć w jakich celach przetwarzać je będzie ich administrator, spółka Meeting Application. Fakt, iż dane o osobach używających „Jaśminy” będą poza kontrolą Polski 2050, w posiadaniu podmiotu trzeciego, który na dodatek nie określa jasno co ma zamiar z nimi robić, może niepokoić. Tymczasem jak zwracał uwagę Panoptykon, aplikacja zbiera nietypowe dane o użytkownikach, na przykład o ich dokładnej lokalizacji, w niejasnych celach. Jak tłumaczą przedstawiciele Polski 2050, geolokalizacja służyć ma przede wszystkim umożliwieniu znajdowania odbywających się w pobliżu użytkownika wydarzeń. Takie informacje powinny jednak być dostępne publicznie, a nie wyciągane przez organizacje pozarządowe.

— Komunikacja partii Szymona Hołowni opiera się na obracaniu pytań o ochronę danych w żart. Biorąc pod uwagę jeszcze świeże wspomnienia o skandalach z udziałem Facebooka i Cambridge Analytica i to, że podobna aplikacja Baracka Obamy była wykorzystywana do mikrotargetowania wyborców, takie podejście wydaje mi się bardzo krótkowzroczne. — mówi Iwańska. Fundacji Panoptykon udało się pozyskać od Polski 2050 deklarację, iż partia nie korzysta i nie będzie korzystać z żadnych danych gromadzonych w ramach funkcjonowania „Jaśminy”. Mimo to trzeba po raz kolejny zaznaczyć, że do takich zapewnień powinni mieć dostęp poprzez politykę prywatności wszyscy pobierający aplikację. Brak tej transparentności może powodować obawy, szczególnie w zakresie kontroli użytkowników nad danymi.

— Zgodnie z polityką prywatności operator aplikacji umożliwia użytkownikom skorzystanie ze wszystkich praw, jakie przysługują im na gruncie RODO, m. in. prawa dostępu do danych, prawa do ich usunięcia czy sprostowania. Dostrzegam jednak zagrożenie w samym braku przejrzystego informowania o tym, kto i w jakich celach wykorzystuje dane o użytkownikach „Jaśminy”. Bez tych informacji trudno mówić o prawdziwej kontroli nad danymi i uznać zgodę na przetwarzanie danych za świadomą i dobrowolną. — wyjaśnia ekspertka Panoptykonu.

Szymonowi Hołowni zapewne nie w smak są takie uwagi. „Zawsze będzie ktoś, kto się będzie czepiał” - komentował krytykę „Jaśminy” w programie „Graffiti” w telewizji Polsat News. Doświadczenia z technologicznym solucjonizmem pokazują jednak, że intensywniejsze „czepianie się” pozwoliłoby zapewne uniknąć wielu katastrof w rodzaju kradzieży danych czy ich wykorzystania w nieetycznych celach. Za granicą badaniem politycznych aplikacji zajmuje się np. organizacja pozarządowa Tactical Tech. W Polsce liczyć można na działalność nie tylko Panoptykonu, lecz także choćby Niebezpiecznika, który przeanalizował sprawę wycieku adresów e-mail z „Jaśminy”. Ich „czepialstwo” jest w interesie wszystkich obywateli, bo cyfrowa aktywność organizacji politycznych może się przełożyć na ich wyborcze sukcesy i dać im realny wpływ na sprawy kraju. Problemem jest natomiast postawa odwrotna: bezkrytyczna wiara w hasła o „rewolucjonizowaniu” czy „odmienianiu oblicza”.

Udostępnij:

Jan Jęcz

Doktorant na Wydziale Socjologii UAM w Poznaniu, zawodowo związany z branżą kreatywną. Stały współpracownik Magazynu Kontakt.

Przeczytaj także:

Komentarze