Ile aborcji wykonuje się w polskich szpitalach? Odpowiedź na to pytanie zdaje się przerastać i Ministerstwo Zdrowia, i NFZ, choć obie instytucje robią wszystko, by tego nie przyznać. Oto dane, które przeczą sobie nawzajem
Zgodnie z danymi Ministerstwa Zdrowia, w 2024 roku w polskich szpitalach przeprowadzono 885 aborcji. Informację tę udostępniały w ostatnich tygodniach zarówno media, jak i polityczki oraz politycy.
Sęk w tym, że z przytoczonymi liczbami – zarówno tymi dotyczącymi sumy ciąż przerwanych w warunkach szpitalnych jak i tymi przedstawiającymi sytuację w poszczególnych regionach – są co najmniej trzy poważne problemy.
Zauważył je kolektyw Legalna Aborcja, który od dawna bacznie przygląda się raportowanym przez Ministerstwo Zdrowia oraz Narodowy Fundusz Zdrowia danym dotyczącymi aborcji wykonywanych w polskich szpitalach.
W odpowiedzi na zadane przez kolektyw pytania, Ministerstwo Zdrowia stwierdziło, że dane statystyczne dotyczące szpitalnych aborcji gromadzi w oparciu o dwa formularze:
Przyznało, że nie posiada informacji na temat stopnia zaawansowania przerywanych ciąż. Nie jest również w stanie przedstawić ich w ujęciu miesięcznym.
W czym tkwi haczyk? W tym, że Narodowy Fundusz Zdrowia gromadzi wspomniane dane inaczej.
Z informacji uzyskanych przez kolektyw Legalna Aborcja wynika, że według informacji NFZ w 2024 roku w polskich szpitalach przerwano 896 ciąż.
Różnica 11 zabiegów, które dzieli NFZ-owskie 896 i ministerialne 885 to jednak tak naprawdę dopiero wierzchołek aborcyjnego bałaganu w systemie.
Za liczbę przerwanych ciąż NFZ uznaje bowiem informacje dotyczące procedur przeprowadzonych w grupie M17 – indukcja poronienia.
Z indukcją poronienia natomiast, poza aborcją, mamy do czynienia również w przypadku tak zwanych poronień zatrzymanych – a więc sytuacji, w której ciąża samoistnie obumarła, ale organizm nie rozpoczął procesu oczyszczania. W związku z tym istnieje uzasadnione podejrzenie, że w raportowanych przez NFZ danych, poza rzeczywistymi aborcjami, uwzględnione zostały także szpitalne poronienia, które z aborcją w typowym tego słowa rozumieniu łączył jedynie efekt – nie zaś podstawa przeprowadzenia procedury.
Teorię tę potwierdza wypowiedź prof. Konrada Futymy dla TOK FM. W lutym 2025 roku lekarz stwierdził, że jako aborcje kwalifikowane są również wszystkie ciąże obumarłe samoistnie. Dodał, że „to jest kwestia wpisywania odpowiednich kodów i rozliczania między szpitalem a Narodowym Funduszem Zdrowia”.
Co więcej: o poronieniu mówimy przed 22 tygodniem ciąży (konkretniej: do 21 tygodnia i 6 dnia). Ta granica nie jest jednak magicznym momentem, od którego aborcja przestaje być możliwa. W polskich szpitalach przerywane są również starsze ciąże – na przykład wtedy, gdy zdrowie ciężarnej stanie się zagrożone w III trymestrze. Takie aborcje nie mogą być natomiast – zakładając poprawne przypisywanie nazewnictwa do procedur – kwalifikowane jako poronienia.
Co za tym idzie,
NFZ dopisuje do aborcyjnych statystyk informacje o hospitalizacjach związanych z poronieniami chybionymi, nie gromadząc natomiast rzetelnych danych na temat aborcji na późniejszych etapach ciąży.
Jak zauważa Dominika Ćwiek, członkini kolektywu Legalna Aborcja, podobny obraz wyłania się ze wstępnych, cząstkowych statystyk za 2025 rok: "W ostatnich dniach media intensywnie komentują »wzrost liczby aborcji«, powołując się na dane NFZ za pierwsze trzy kwartały zeszłego roku, według których zaraportowano 627 terminacji ciąży. Tymczasem skala tej zmiany jest mniejsza niż różnice, które od lat występują między danymi Ministerstwa Zdrowia i NFZ w obrębie pojedynczych województw.
Już po publikacji zeszłorocznych danych uzyskanych z NFZ pojawiały się sygnały, że w jednych regionach liczby są zawyżone, w innych rażąco zaniżone, co może świadczyć o nierzetelnym lub selektywnym raportowaniu procedur".
Sam Narodowy Fundusz Zdrowia deklaruje obecnie na swojej stronie internetowej, że w 2024 roku procedury z grupy M17 przeprowadzono u 888 pacjentek – a więc jeszcze innej liczby niż ta, którą deklarowano aktywistkom.
Choć różnica w liczbie aborcji uwzględnionych przez NFZ oraz Ministerstwo Zdrowia jest stosunkowo niewielka, schody zaczynają się przy porównywaniu wyników w podziale na województwa. W tym miejscu dostrzec można zdecydowanie większe nieścisłości. I tak, kolejno:
Dodatkowo, nawet po przeanalizowaniu różnic i dojściu do tego, ile przerwanych ciąż tak naprawdę zadeklarowały poszczególne województwa (lub konkretne szpitale), nadal nie otrzymamy wiarygodnej informacji na temat aborcyjnej rzeczywistości polskich szpitali.
Część placówek, mimo deklarowania nieprzerywania ciąż w ogóle, tak naprawdę przeprowadza aborcje. Raportuje je jako inne procedury – na przykład „zabieg ginekologiczny” czy „poronienie w toku”. Wspominał o tym w rozmowie z OKO.press mec. Mateusz Bieżuński z Fundacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny FEDERA.
Zapytaliśmy zarówno Ministerstwo Zdrowia jak i NFZ o przyczyny rozbieżności w statystykach, metodologię zbierania danych oraz sposób gromadzenia informacji na temat aborcji na późniejszych etapach ciąży. Do momentu publikacji artykułu nie uzyskaliśmy jednak odpowiedzi na żadne z pytań.
Aktualizacja 28 stycznia 2026 r.:
Niedługo po opublikowaniu artykułu Ministerstwo Zdrowia przysłało odpowiedź na zadane w trakcie przygotowywania tekstu pytania.
Potwierdziło, że ministerialne dane dotyczące przerywania ciąży zbierane są na podstawie formularzy MZ-24 oraz MZ-29. Przyznało, że nie dysponuje danymi na temat stopnia zaawansowania przerywanych ciąż.
Ministerialne Biuro Komunikacji podkreśliło, że dane ze sprawozdań gromadzone są przez Centrum e-Zdrowia, skąd trafiają do Ministerstwa Zdrowia jako całościowe informacje statystyczne. Nie obejmują one jednak danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Ministerstwa Sprawiedliwości. Ministerstwo Zdrowia zwraca się do tych resortów z prośbą o informacje w omawianym zakresie.
Rozbieżność pomiędzy danymi gromadzonymi do celów statystycznych a danymi przedstawionymi przez NFZ zdaniem Ministerstwa wynika z tego, że informacje Narodowego Funduszu Zdrowia nie są danymi statystycznymi, ale danymi o charakterze finansowym. Weryfikacja tej rozbieżności ma natomiast być utrudniona z uwagi na fakt, że nie jest możliwe docieranie do poszczególnych danych agregowanych w ramach statystyki publicznej.
Dzieje się tak ze względu na przepisy ujęte w artykułach 10 i 54 ustawy o statystyce publicznej. Zgodnie z nimi dane jednostkowe identyfikowalne zebrane w badaniach statystycznych podlegają bezwzględnej ochronie. Mogą być wykorzystywane wyłącznie do opracowań, zestawień i analiz statystycznych oraz do tworzenia przez Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego operatu do badań statystycznych. Udostępnianie lub wykorzystywanie tych danych dla innych niż podane w ustawie celów jest zabronione pod rygorem odpowiedzialności karnej.
Z odpowiedzi Ministerstwa Zdrowia wynika zatem, że rozbieżności występują, a Ministerstwo jest tego świadome. Ich zweryfikowanie jednak – zakładając działania w granicach prawa – okazuje się niemożliwe.
Jak komentuje dr hab. Maciej W. Socha, prof. UMK i Kierownik Oddziału Położniczo-Ginekologicznego Szpitala św. Wojciecha w Gdańsku, biorąc pod uwagę klasyfikacje ICD-10 oraz ICD-9, żadna z widniejących w nich procedur nie przedstawia w jasny sposób tego, czy mamy do czynienia
„W tym ostatnim przypadku, pomimo znajomości podstaw prawnych i granic przerwania ciąży, nie mamy odrębnego kodu w klasyfikacji procedur medycznych. Podobnie przy raportowaniu do płatnika jakim jest NFZ, każdy przypadek przerwania ciąży, w zależności od warunków klinicznych i zastosowanego leczenia, może mieć różny kod. Brane pod uwagę przez NFZ jednorodne grupy pacjentów w mojej ocenie mogą nie odzwierciedlać realiów”.
Lekarz dodaje: „W dobie ogólnopolskiej nagonki antyaborcjonistów na lekarzy ratujących zdrowie i życie kobiet, z którą mamy obecnie do czynienia, niektóre podmioty lecznicze w świadomy sposób decydują się podawać dane niezgodne ze stanem faktycznym. Wolą nieco mniej zarobić, ale w ciszy i spokoju działać dla dobra pacjentek. Boją się. Są w sytuacji, w której w prawidłowo działającym systemie nigdy nie powinny się znaleźć”.
Joanna Gzyra-Iskandar z Legalnej Aborcji zauważa natomiast: "Zamiast sensacyjnych nagłówków potrzebujemy spokojnej analizy jakości danych. Obecny system statystyczny nie daje realnego obrazu sytuacji.
Rzetelna informacja o liczbie i dostępności aborcji w szpitalach publicznych jest prawem pacjentek, a nie elementem politycznej narracji. Zaniżanie statystyk prowadzi do stygmatyzacji, a jednocześnie naraża placówki raportujące zgodnie z rzeczywistością na protesty i presję społeczną".
Aktywistka podkreśla, że dysproporcje między województwami są niepokojące. Aborcja w sytuacji zagrożenia zdrowia lub życia powinna być jej zdaniem świadczeniem dostępnym lokalnie, a nie wymagającym migracji po kraju.
Dodaje: „Do dziś nie znamy skali odmów, bo lekarze często nie zostawiają po nich żadnego śladu w dokumentacji. Nie powołują się formalnie na klauzulę sumienia, a pacjentki rzadko decydują się na składanie skarg do Rzecznika Praw Pacjenta. Bez przejrzystości danych nie da się mówić o realnym dostępie do ochrony zdrowia”.
Dominika Ćwiek zauważa, że zgodnie z art. 9 ustawy z dnia 7 stycznia 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, każdego roku, w terminie do 31 lipca, Rada Ministrów zobowiązana jest do przedkładania Sejmowi sprawozdania z wykonywania ustawy oraz o skutkach jej stosowania.
Sprawozdanie za 2023 rok wpłynęło do Sejmu 2 października. Można by pomyśleć: nie jest źle, nieco ponad dwa miesiące opóźnienia to niezły wynik jak na polskie realia. Tyle tylko, że mowa nie o roku 2024, lecz 2025. Rada Ministrów spóźniła się zatem o ponad 14 miesięcy.
Rządzący nie wyciągnęli jednak wniosków z zeszłorocznego potknięcia. A przynajmniej nie zrobili tego w takim stopniu, w jakim powinni. Sprawozdanie za 2024 rok pojawiło się w Sejmie 22 grudnia 2025 roku. Trochę jak wcześniejszy prezent pod choinkę, który tak naprawdę powinien zostać wręczony z innej okazji, która miała miejsce w lipcu.
Jeśli choć częściowo wierzyć statystykom gromadzonym przez Narodowy Fundusz Zdrowia, potwierdzają one, że polskie aborcje w warunkach szpitalnych przeprowadzane są często niezgodnie ze sztuką.
Zgodnie z danymi NFZ aż u 170 hospitalizowanych w celu indukcji poronienia pacjentek wykonano procedurę łyżeczkowania.
Jedynie u 55 zastosowano natomiast metodę aspiracji próżniowej
– czyli o wiele bezpieczniejszą, zalecaną przez różnorakie międzynarodowe organizacje, alternatywę.
Co istotne: nawet jeżeli doszlibyśmy do momentu, w którym wykonywanie aspiracji stałoby się codziennością na polskich oddziałach ginekologicznych, nadal części zabiegów dałoby się uniknąć. Byłoby to możliwe dzięki zarejestrowaniu mifepristonu do oficjalnego użytku na terenie naszego kraju. Aborcje przeprowadzane z jego użyciem, jak udowadniają badania, są skuteczniejsze od aborcji przy pomocy samego mizoprostolu. Czy Ministerstwo Zdrowia ma informacje na temat planów rejestracji tej substancji w Polsce? Ministerialne Biuro Komunikacji przekierowuje w tej sprawie do Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych.
Organizacje zajmujące się na co dzień pomaganiem w uzyskaniu dostępu do bezpiecznej aborcji regularnie podkreślają, że
ciąże przerywane w warunkach szpitalnych stanowią jedynie ułamek aborcyjnych potrzeb osób mieszkających w Polsce.
Zdecydowana większość aborcji przeprowadzana jest w warunkach domowych (podkreślmy: bezpiecznych!), z wykorzystaniem rekomendowanej zarówno przez Światową Organizację Zdrowia jak i inne uznane międzynarodowe organizacje metody farmakologicznej – wspomnianego wcześniej połączenia mifepristonu i mizoprostolu.
Polski system opieki zdrowotnej takiego rozwiązania nie przewiduje. W Polsce wciąż nie można liczyć na otrzymanie recepty na zestaw do aborcji farmakologicznej.
Obowiązujące, skrajnie antyaborcyjne prawo nadal uniemożliwia dostęp do refundowanej aborcji osobom, które w ciąży być po prostu nie chcą. Przewiduje możliwość przerwania ciąży jedynie w przypadku zagrożenia zdrowia lub życia osoby w ciąży oraz wtedy, gdy istnieje podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego.
Zmian realizujących obietnice wyborcze z 2023 roku, biorąc pod uwagę brak porozumienia w Koalicji 15 października, w najbliższych latach raczej nie ma co się spodziewać. Dostęp do setek tysięcy aborcji potrzebnych Polkom i innym mieszkającym na co dzień w Polsce osobom zapewnią (nie pierwszy zresztą raz) aktywistki.
Skala systemowych, szpitalnych aborcyjnych zaniedbań, nadal – również ze względu na niewiarygodne statystyki – pozostaje natomiast nieznana.
Kobiety
Ministerstwo Zdrowia
aborcja
legalne aborcje
Narodowy Fundusz Zdrowia
Prawa kobiet
prawa reprodukcyjne
Absolwentka położnictwa, logopedka, pedagożka. Na co dzień marketing managerka OKO.press. Poza pracą propaguje położnictwo, w którym każda osoba ma prawo zakończyć swoją ciążę wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.
Absolwentka położnictwa, logopedka, pedagożka. Na co dzień marketing managerka OKO.press. Poza pracą propaguje położnictwo, w którym każda osoba ma prawo zakończyć swoją ciążę wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.
Komentarze