Z moich doświadczeń wynika, że w kontekście ogólnopolskiego egzaminu maturalnego z języka polskiego jako miernika potencjału tych, którzy chcieliby studiować, istnieje tylko jedno uczciwe rozwiązanie: egzamin zlikwidować. Przywrócić egzaminy wewnętrzne na studia – pisze polonistka Aleksandra Korczak
Jestem nauczycielką polskiego w liceum i tak wyszło, że w ostatnich dwóch latach mojej szkolnej aktywności zawodowej przygotowywałam najstarsze klasy do matury. Rok po roku nauczałam po dwie klasy czwarte i wraz z nimi dźwigałam emocjonalne bagaże towarzyszące kończeniu edukacji licealnej: ciężar wyparcia, strachu, nadziei, pogodzenia z losem, napięcia i wisielczego humoru.
Jestem też egzaminatorką Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej w Warszawie – sprawdzam prace pisane i w zakresie podstawowym, i na poziomie rozszerzonym. Przez moje ręce przewiną się także i w tym roku setki arkuszy maturalnych. Setki wypracowań.
To już dwa duże powody, by w dniu pisania ogólnopolskiej matury z języka polskiego zacząć dzień od sprawdzania w Internecie, jakim tematom osoby zdające musiały stawić czoła tym razem.
Zawsze to tak wygląda: nie wolno zasiadać w komisjach egzaminacyjnych z przedmiotu, do którego nauczania posiada się uprawnienia. Oznacza to, że gdy abiturienci zaczynają pisać maturę z polskiego, ich polonistki nerwowo odświeżają stronę CKE albo serwisów informacyjnych.
Niezależnie od obszaru tematycznego zagadnień, polecenie w tej części arkusza rok w rok brzmi tak samo („Wybierz jeden z poniższych tematów i napisz wypracowanie”) wraz z identycznymi obwarowaniami dodatkowymi podpunktami (m.in. „W wypracowaniu rozważ problem podany w temacie. Przedstaw również swoje zdanie i je uzasadnij” – pogrub. oryg.). Zawsze pojawiają się dwa tematy do wyboru, a w tym roku brzmią następująco:
Temat 1: Wpływ pracy na człowieka i na otaczającą go rzeczywistość.
Temat 2: Kiedy dla człowieka jest ważne, jak postrzegają go inni?
Ale miło. Czyż nie są to zagadnienia bardzo bliskie młodym osobom? Idealnie dobrane do etapu dorastania – na kilka chwil przed symbolicznym wejściem w dorosłość, z czym wiąże się napisanie wszystkich matur i odebranie wyników?
Jak wpływa na człowieka wykonywana przez niego praca? Czy kształtuje jego charakter? Czy źle wykonywana – dewaluuje wykonującego? Jakie warunki muszą zostać spełnione, bym mogła powiedzieć uczciwie: moja praca jest dla mnie wartością? Założyłam, że chodzi o pracę zarobkową, ale czy nie można by napisać fascynującego wypracowania o pracy wewnętrznej, wysiłku nad zwalczaniem własnych słabości? Zresztą nauka szkolna to także praca, wieloletni wysiłek, choć niepłatny. To może o niej? Albo o pracy wolontariackiej? Czy taki temat to nie zaproszenie do podjęcia refleksji o roli pracy w życiu człowieka w XXI albo i XXII wieku, gdy AI będzie w stanie wyręczyć ludzkość w wykonywaniu większości zawodów?
Zadanie o byciu postrzeganym przez innych to też „samograj” do pisania przez nastolatków! W kulturze ciągłej psychoterapii, psychoedukacji, przy wysokiej świadomości młodych osób na temat mechanizmów kompensacji, konsekwencji alienacji rówieśniczej (czerpanej równolegle i z warsztatów z psychologami, i z Netflixa, i z TikToka), szczególnie gdy jest się w okresie adolescencji, gdy więzi pozadomowe stają się nagle ważniejsze niż rodzinne, choć nadal zależy młodym na uznaniu rodziców, praca tekstowa na taki temat pisze się właściwie sama.
W przypadku obu tematów z serca i z głowy płyną mi gotowe odniesienia: podkasty popularnonaukowe o zmianach na rynku pracy, nagłówki przeczytanych esejów psychologicznych na temat budowania wizerunku i odgrywania ról społecznych, świetne filmy i wybitne seriale, a co dopiero książki! Dziesiątki możliwych konstelacji. Do tematu pierwszego: o nieodpłatnej pracy kobiet, w tym pracy macierzyńskiej, Eliza Kącka, Paulina Małochleb, Jolanta Brach-Czaina. Do tematu drugiego: o dynamice akceptacji i jej braku w życiu w mikrospołeczności, tutaj można sięgnąć i po Radka Raka, i po Myśliwskiego, i po Orzeszkową, która napisała znakomitą powieść pt. Dziurdziowie o dziewczynie posądzonej o bycie czarownicą.
Oczywiście za pracę napisaną z odwołaniami do powyższych tekstów kultury dostałabym okrągłe zero punktów.
Jako egzaminatorka mówię od razu: takie podejście do wypracowania maturalnego – pisanie sobą, pisanie z zaangażowaniem, pisanie szczerze i z namysłem, z przykładami czerpanymi z lubianych tekstów kultury – to najlepsza strategia, by dostać bardzo mało punktów. Albo by nie zdążyć skończyć pisania wypracowania w wyznaczonym czasie.
Ale nie martwcie się! Jako praktyczka, nauczycielka polskiego, której klasy osiągają z tego egzaminu średnio osiemdziesiąt kilka procent, ogłaszam sprawdzone, efektywne w skutkach wytyczne: jaką strategię pisarską zastosować, by na pewno zdążyć i na pewno dostać jak najwięcej punktów:
Wykorzystałam sarkastyczny ton, bo, rzecz jasna, nie jestem fanką pisania prostackich, kiepskich wypracowań z naciąganymi tezami. Wiem jednak, że apelując do podopiecznych, by starali się pisać szczerze, ambitnie i z finezją, patrzyłabym na sprawę przez swój przeźroczysty przywilej: osoby, która ma już dawno zdany egzamin maturalny, a nawet obroniony doktorat, która ma już pozycję na rynku pracy. Moi podopieczni chcą mieć jak najwięcej punktów, bo od nich zależy ich przyszłość, ich marzenia. Nie wszyscy mogą się spodziewać pomocy z domu. Nie wszyscy odziedziczą firmy. Nie wszyscy mają znajomości i inne zasoby, by utrzymać się bez studiów i bez stypendiów. Bo się boją, a ja jestem w szkole dla nich.
Ktoś mógłby powiedzieć: zaraz, zaraz. O co właściwie chodzi? Przecież zawsze pisało się wypracowania dostosowane do listy lektur, zawsze respektowało się narzucony kanon podczas pisania, zawsze trzeba było się samodyscyplinować do skupienia nie na własnych poglądach czy ulubionych książkach, tylko na tym, czego oczekuje system. Zawsze pisało się… Jak by to zgrabnie ująć w słowa? Nie jako osoba, tylko jako maturzysta. Czy ta matura czymś się różni od poprzedniej?
Otóż tak, różni się. Powstała kilka lat temu w odpowiedzi na nową podstawę programową – z tzw. reformy ministry Zalewskiej – w której, uwaga, wielokrotnie podkreślano jako istotną następującą kompetencję absolwentów lansowanego modelu edukacyjnego: mają umieć uargumentować własne stanowisko. Poprawnie sformułować swój pogląd (tezę), dobrać argumenty, odróżniać logiczne od emocjonalnych itd.
Dlatego właśnie nadrzędne polecenie do wypracowania brzmi, przypominam: „W wypracowaniu rozważ problem podany w temacie. Przedstaw również swoje zdanie i je uzasadnij”. Umiejętność argumentowania uznano za ważną na tyle, że ćwiczy się ją od podstawówki przez całą szkołę średnią. Pisze się rozprawkę i na egzaminie ósmoklasisty, i na maturze. W arkuszu nie pada słowo „rozprawka”, ma to być po prostu wypowiedź argumentacyjna, ale umówmy się – nikt nie pisze na maturze przemówienia na wymyśloną okazję ani listu otwartego do fikcyjnego podmiotu. Wszyscy piszą rozprawki. I, zapewniam, nie po to, by „przedstawiać swoje zdanie”. Mimo że jednocześnie niemal całą strukturę przedmiotu Język polski podporządkowano tej funkcjonalności!
Na lekcjach w szkołach ponadpodstawowych nie ma już niemal w ogóle gramatyki – nie ma na to czasu, trzeba tłuc wszystkie lektury obowiązkowe i ćwiczyć na nich umiejętności argumentacyjne. Co, rzecz jasna, nie oznacza, że uczniowie i uczennice mają rzeczywiście zastanowić się, co oni sami sądzą na zadany temat! Mają raczej umieć przypomnieć sobie, co sądził na ten temat bohater lektury lub jaki wniosek płynie w danym kontekście z jego działań i ich konsekwencji.
Już tutaj odsłania się istotna sprzeczność dydaktyczna: to w końcu ten trening argumentacyjny ma być o obronie swojego własnego stanowiska? Czy ma być o lekturze obowiązkowej?! Z podstawy programowej niby wynika, że istotne są też kompetencje retoryczne do wykorzystania w wypowiedziach ustnych, nie tylko pisemnych, ale to już w ogóle bujda na resorach.
Kto w 35-osobowej klasie ma czas, by coś takiego ćwiczyć z uczniami i uczennicami? Zapewniam: w dzisiejszych czasach można przepłynąć przez cztery lata szkoły średniej i ani razu nie wypowiedzieć się na głos na lekcji.
Warto wiedzieć, że po reformie czas nauki w liceum wydłużono do czterech lat, ale w sumie lekcji polskiego dzisiejsi nastolatkowie mają mniej (!) niż miało się w dawnym liceum trzyletnim. W zależności od siatki godzin, to 3 lub 4 godziny polskiego w tygodniu (o ile ktoś nie rozszerza przedmiotu). Doprowadzono przez to do sytuacji, w której poloniści mają na głowie więcej klas jednocześnie, a zatem jeszcze mniej czasu na sprawdzanie wypracowań i przygotowywanie tzw. informacji zwrotnej (ocen kształtujących), ale to temat na oddzielny artykuł.
Wracając do matury: w teorii stojącej za rzeczoną reformą umiejętność zajęcia własnego stanowiska przedstawia się jako kluczowa. Ważna do tego stopnia, że na maturze ustnej z języka polskiego komisja egzaminacyjna ma obowiązkowo (!) zadać pytanie dotyczące tzw. własnej perspektywy. Czyli jeśli młody człowiek wylosował do omówienia temat, dajmy na to, przemiany wewnętrznej Andrzeja Kmicica, moje pytanie jako egzaminatorki może brzmieć na przykład: „Czy według ciebie człowiek może się rzeczywiście zmienić? Czy ludzie się raczej nie zmieniają?”. Serio, serio.
Ale ustna, wiadomo, nie liczy się w rekrutacji na studia i dlatego o nią nikt kopii kruszył nie będzie. Za to rokrocznie wykłócają się wszyscy o maturę pisemną z polskiego, gdyż… Co roku jest ta sama awantura o rozbieżnościach w przyznawaniu punktów. W skrajnych przypadkach mowa o przypadkach osób, które niby nie zdały matury, ale się odwołały i… Jednak zdały.
I na ten problem, niemożności sformułowania jednej, obiektywnej oceny, wskazuje się też często, gdy stwierdzam, że chciałabym, aby – zgodnie z założeniami podstawy programowej, w oparciu o którą mam teoretycznie obowiązek nauczać – młode osoby na lekcjach polskiego rozwijały horyzonty ideowe, budowały własny świat wartości, podejmowały refleksje natury etycznej, tożsamościowej, egzystencjalnej, a matura (egzamin dojrzałości!) wieńczyła tę wieloletnią pracę wewnętrzną. Tematy przewijające się przez arkusze maturalne zdają się przecież tego właśnie dotyczyć. W tym roku była praca i postrzeganie jednostki przez innych, w latach ubiegłych np.: Człowiek – istota pełna sprzeczności, Bunt i jego konsekwencje dla człowieka, Jak relacja z drugą osobą kształtuje człowieka?. Jako nauczycielka nie tylko języka polskiego, ale też etyki i filozofii, stwierdzam: to są tematy wprost zapraszające do rozważania sensu i natury człowieczeństwa. Czyż nie takie jest sedno humanistyki?
Ale właśnie – jak takie rozważania oceniać? Jakie obmyślić zasady i kryteria oceniania, by w całym kraju oceniano powstałe prace pisemne jednorodnie? Uczciwa odpowiedź brzmi: nie da się. Nie da się utworzyć rozstrzygającej, arbitralnej skali oceny tekstu, bo i funkcjonalność lekcji języka polskiego jest rozmaita i niejednoznaczna. Nawet co do kanonu lektur szkolnych nie umiemy się dogadać: po co się je czyta? Dla podtrzymywania „kodu kulturowego”, a zatem swoistej tradycji historycznoliterackiej? By lepiej rozumieć przeszłość? Poszerzać słownictwo, rozwijać kompetencje językowe czy umiejętność czytania ze zrozumieniem? Poszerzać wiedzę? Utrwalać nawyk czytelniczy? W zależności od tego, jak odpowiemy, przedmiotem dociekań na lekcjach języka polskiego mogą być najwybitniejsze dzieła literatury polskiej, ale kto o tym decyduje i kto, kiedy stwierdził, że ma to być w przeważającym stopniu literatura romantyczna? Dlaczego nie współczesna? Dlaczego nie dzieła literatury światowej? Dlaczego nie publicystyka? Przecież wywody natury eseistycznej poszerzą słownik odbiorcy skuteczniej niż utwory fabularne.
Egzamin maturalny z języka polskiego w swojej obecnej postaci jest pokłosiem nierozstrzygnięcia fundamentalnych sporów dotyczących tego, jakiego człowieka ma ukształtować polska szkoła. Co ma umieć? Co ma być dla niego ważne? Spodziewam się, że obecne kryteria oceniania prac maturalnych miały być po prostu możliwie jak najbardziej logiczne, obiektywne i jednoznaczne, dalekie od humanistycznych dywagacji – dlatego można im najefektywniej sprostać, pisząc prace łopatologicznie proste. Do tego prowadzi spłaszczenie i zsyntetyzowanie treści dydaktycznych wypełniających lekcje polskiego.
Sęk w tym, że, jak już wspominałam, nawet w najnowszej formule ocenianie wypracowania maturalnego nastręcza nieporozumień.
CKE słusznie dwoi się i troi, by dookreślić, czym jest choćby błąd kardynalny (za który się zeruje wypracowanie), co to znaczy, że lektura jest wykorzystana w pełni lub częściowo funkcjonalnie, ale praktyka egzaminatorska pokazuje, że granice między jednym i drugim są, jak to w życiu, rozmyte. Nawet w odniesieniu do weryfikowania poprawności językowej wypracowań jest trudno: co jest błędem językowym, a co tylko nieporadnością językową? Za pierwsze odejmuje się punkty, za drugie – wcale nie. Wytyczne dla egzaminatorów brzmią: „Nie każde nieprecyzyjne sformułowanie jest niepoprawne językowo (stanowi błąd językowy); może być przejawem nieporadności językowej. Błędem jest nieporadność językowa będąca oczywistym nieuzasadnionym naruszeniem obowiązującej normy językowej”.
Rozumiem, słusznie, nie możemy przecież oczekiwać, że maturzysta operuje polszczyzną na tym poziomie, co absolwentka polonistyki. Nawet użytkownicy języka mający wyższe wykształcenie popełniają błędy, nawet artykuły słane na konferencje naukowe na filologii polskiej przechodzą przez kilka par redaktorskich czy korektorskich oczu. A tu, na maturze, mowa o pracach pisanych na szybko, odręcznie. Jakieś usterki zawsze się trafią… Tylko co z tą świadomością zrobić w praktyce? Konstrukcja „w każdym bądź razie” to według mnie błąd językowy, ale co jeśli wobec jakiejś egzaminatorki na drugim końcu polski – to tylko nieporadność językowa?
Wiadomo: przyznamy różnie punkty.
Co właściwie nie musiałoby być problemem, gdyby nie istotna rola społeczna, którą odgrywa powszechny egzamin maturalny: z zasady ma on pomóc rozstrzygnąć, jakie zasoby poznawcze, jaką wiedzę, jaki potencjał intelektualny i motywację do nauki ma dana osoba i jak to się ma do jej możliwości studiowania na poszczególnych kierunkach i uczelniach.
Tyle tylko, że… w zaistniałych okolicznościach matura z polskiego tego nie zmierzy. Sprawdzamy raczej biegłość w wykorzystywaniu treści lektur obowiązkowych jako materiału potwierdzającego wybraną argumentację, a i to nieprecyzyjnie. Dla człowieka jest ważne, jak postrzegają go inni, gdy jest zakochany i ma potrzebę, by dobrze wypaść w towarzystwie i zrobić wrażenie na obiekcie uwielbienia. Przykładem tego jest zachowanie i przemyślenia Wokulskiego zakochanego w Izabeli. A że są w lekturze fragmenty, które dowodzą czegoś przeciwnego? Że tak naprawdę Lalka jest jeszcze o czymś innym? To może jednak lekturę wykorzystano nie w pełni funkcjonalnie? Sparafrazujmy znane porzekadło: jeden egzaminator powie tak, drugi powie inaczej…
Tak naprawdę do mierzenia odgórnie, w sposób scentralizowany, tego wszystkiego, co wypisałam powyżej, a co warto by rzeczywiście brać pod uwagę w akademickich procesach rekrutacyjnych, trzeba by zaprojektować diametralnie odmienną ścieżkę egzaminacyjną (diagnostyczną?), jeszcze droższą niż obecna (pochłaniająca ok. ćwierć miliarda złotych rocznie!). Nadal jednak nie wyobrażam sobie, jak miałabym zmierzyć jednym egzaminem, czy ktoś nadaje się na studia humanistyczne i w jakim stopniu. Punkty z polskiego liczą się w rekrutacji i na prawo, i na filologie, i na historię, i wiele, wiele innych. Lekcje polskiego też są ogromnie zróżnicowane: jest na nich i teoria i historia literatury, i językoznawstwo, i wiedza o teatrze, poezja, publicystyka, słowotwórstwo, barokowe rzeźby, biblijne przypowieści.
Z moich przemyśleń i doświadczeń wynika, że w kontekście ogólnopolskiego egzaminu maturalnego z języka polskiego jako miernika potencjału tych, którzy chcieliby studiować, istnieje tylko jedno uczciwe rozwiązanie: egzamin zlikwidować. Przywrócić egzaminy wewnętrzne na studia. Każdy wydział miałby własną komisję z ograniczonym składem i konkretnymi oczekiwaniami w oczywisty sposób powiązanymi z profilem studiów. Że kiedyś tak było i dochodziło do oszustw? Sceptyków zachęcam do zalogowania się w dniu matury na Discorda, gdzie już parę minut po rozpoczęciu pisania dziesiątki zdających wrzucają zdjęcia arkuszy i odpowiedzi, by setki mogły się z nimi zapoznać podczas kilkuminutowego wyjścia z egzaminu do toalety.
Zresztą, umówmy się, o uczciwym i równym dostępie do wykształcenia wyższego nie można mówić w kraju, w którym postępuje prywatyzacja edukacji, mamy coraz większe rozbieżności w wynikach edukacyjnych dzieci z dużych miast w porównaniu do tych ze środowisk wiejskich, a prowadzący zajęcia nie potrafią lub nie mają możliwości dostosowania ich dla osób neuroatypowych.
Czy w takim układzie – przy odrębnej, wewnętrznej rekrutacji na studia, ale też w obliczu narastających nierówności, m.in. klasowych – egzamin kończący szkołę nadal ma sens? Jak powinien przebiegać i co sprawdzać?
Aby odpowiedzieć na te pytania, musimy sobie odpowiedzieć na inne:
A po co nam w ogóle szkoła?
Wyróżniona w konkursie Nauczyciela Roku nauczycielka języka polskiego, etyki i filozofii. Ukończyła studia doktoranckie na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Jest ekspertką do spraw lektur szkolnych oraz edukacji antydyskryminacyjnej, a także nagradzaną poetką performatywną.
Wyróżniona w konkursie Nauczyciela Roku nauczycielka języka polskiego, etyki i filozofii. Ukończyła studia doktoranckie na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Jest ekspertką do spraw lektur szkolnych oraz edukacji antydyskryminacyjnej, a także nagradzaną poetką performatywną.
Komentarze