0:00
Prawa autorskie: Wikimedia CommonsWikimedia Commons
27 listopada 2022

Cięli żyletkami, bili laskami. Minęło 85 lat od wprowadzenia getta ławkowego na polskich uczelniach

Bili ich w salach wykładowych i na korytarzach. Cięli żyletkami, bili laskami. Szarpali, wyrzucali przez okna, zrzucali ze schodów. W latach 30. nacjonalistyczna fala przemocy „prawdziwych” Polaków zamieniła życie żydowskich studentów i studentek w piekło

Wydrukuj

Na zdjęciu: indeks Marka Szapiry (1934), studenta Uniwersytetu Warszawskiego narodowości żydowskiej, ze stemplem „miejsce w ławkach nieparzystych", potwierdzającym getto ławkowe.

W październiku 2022 roku minęło 85 lat od momentu, gdy rektorzy uczelni warszawskich z poparciem senatów akademickich wprowadzili wymierzone w młodzież żydowską „zarządzenie o porządku zajmowania miejsc”, czyli getto ławkowe. Polegało ono na etnoreligijnej segregacji w salach wykładowych. W zależności od ośrodka uniwersyteckiego studentom i studentkom Żydom wyznaczano konkretne miejsca, które wolno im było zajmować podczas zajęć.

Rok akademicki 1937/1938 był zatem pierwszym, któremu towarzyszył oficjalny i odgórny antysemityzm na uczelniach wyższych międzywojennej Polski.

Grunt pod dyskryminujące przepisy przygotowała długoletnia kampania organizacji skrajnie prawicowych, takich jak Młodzież Wszechpolska, Obóz Wielkiej Polski czy Obóz Narodowo-Radykalny.

O haniebnym okresie w historii polskiej Akademii opowiada w rozmowie z OKO.press jedna z uczestniczek konferencji, prof. Natalia Aleksiun, historyczka z University of Florida.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie

Walka z „moralną zgnilizną”

Adam Leszczyński, OKO.press: Jak się wylęgał pomysł getta ławkowego?

prof. Natalia Aleksiun*: Termin „getto ławkowe” pojawia się w połowie lat 30. XX wieku. Ale w dokumentach organizacji studenckich samą ideę segregacji, czyli fizycznego oddzielenia studentów Żydów i Żydówek, można znaleźć znacznie wcześniej, co najmniej od połowy lat 20. Oczywiście definiowano żydowskość zgodnie z kryteriami przyjętymi przez organizacje nacjonalistyczne. Najpierw przez wyznanie, ale potem przez pochodzenie, również pochodzenie rodziców i dziadków.

Pracuję właśnie nad książką o tzw. aferze trupiej...

rozumiem, że chodziło protesty przeciw wykorzystywaniu ciał chrześcijan do zajęć na uczelniach medycznych, na których studiowali Żydzi? Aby Żydzi nie kroili ciał chrześcijan?

W kontekście studiów medycznych oddzielenie studentów – wspólnie uczestniczących w zajęciach! – staje się faktem już w drugiej połowie lat 20.

Przy pomocy memoriałów, demonstracji, zamieszek, odmawiania studentom żydowskim wstępu do sal, przymusza się poszczególne wydziały lekarskie, aby wydawały porządkowe zarządzenia. Wedle tych zarządzeń Żydzi i nie Żydzi osobno odbywają ćwiczenia z anatomii w prosektorium. Tego nikt nie określa jeszcze mianem „getta”.

Naciski na wprowadzenie tej segregacji w przestrzeni uniwersyteckiej, ale także kompletnej segregacji w relacjach społecznych, pojawiają się w apelach i petycjach organizacji studenckich. Te dokumenty wyrażają różne wątki rasistowskie i nacjonalistyczne.

Przedstawiają studentów i studentki żydowskie jako zagrożenie, bowiem

wszelkie kontakty między chrześcijańskimi, a więc tzw. prawdziwymi Polakami a Żydami mogą być źródłem moralnej zgnilizny, komunizmu.

„Rozsadnik zła”

Żydzi są tutaj postrzegani jako rozsadnik zła?

Tak, nawet jako element fizycznie zanieczyszczający przestrzeń akademicką. Dlatego chodzi o to, żeby Żydów całkowicie usunąć z uczelni. Na przykład w petycji, która się zachowała w archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego, zawierającej dziesiątki podpisów polskich studentów chrześcijan, mówi się wprost, że tak naprawdę chodzi o to, żeby Żydów na UJ w ogóle nie było.

Uniwersytet ma być instytucją narodu polskiego, tak jak odrodzone państwo ma być państwem polskiego narodu katolickiego.

Zanim jednak społeczność akademicka osiągnie swój cel, trzeba izolować ten żydowski rozsadnik zła. Dlatego i w tej petycji, i w innych podobnych dokumentach, mówi się o chronieniu studentów polskich i polskich uniwersytetów przez Żydami.

Ten język odwołujący się do czegoś między zdrowiem publicznym a zdrowiem moralnym przewija się w prasie, a jego ślady odnaleźć można również we wspomnieniach z epoki.

Czyli chodziło także o uniemożliwienie zwykłych, codziennych kontaktów pomiędzy studentami?

Tak, z teczek studenckich i wspomnień wynika, że w rozmowach dyscyplinuje się studentów, którzy utrzymują kontakty towarzyskie z Żydami. Zawstydza się ich, bo oni się wyłamują z tego zbiorowego aktu „polskiej samoobrony”.

Antysemici przedstawiali prześladowania jako samoobronę?

Zawsze. Bardzo często prześladowanie przedstawiła się jako samoobronę grupy większościowej, która jest rzekomo w niebezpieczeństwie i musi dbać o własny interes wobec naporu i żądań mniejszości.

Żydzi „nadreprezentowani”

Czy w tle nie było konkurencji o przyszłość w zawodach inteligenckich? W dwudziestoleciu powszechnie skarżono się np. na niskie zarobki początkujących lekarzy czy prawników. Mówiono o „nadreprezentacji” Żydów.

Jeśli spojrzymy na statystyki uniwersyteckie z pierwszej połowy lat 20., to na dwóch wydziałach, na których najwięcej było studentów i studentek żydowskich, czyli na prawie i na medycynie, stanowili oni ponad 30 proc.

Nawet w akademickim dyskursie współczesnym – dzisiaj! – te dane się ciągle przedstawia jako przyczynę i racjonalne uzasadnienie żądań wprowadzenia numerus clausus i getta ławkowego.

Oczywiście potępia się wtedy przemoc fizyczną: polewanie żydowskich studentów kwasem, używanie pałek i żyletek — było przecież tuż przed wojną kilku studentów zamordowanych czy pobitych na śmierć. Natomiast generalnie Żydzi są „nadreprezentowani”.

Ten rodzaj dyskursu oznacza jednak w istocie przyjęcie argumentów nacjonalistycznych. Zakłada, że Żydów na wyższych uczelniach powinno było być najwyżej tylu, ilu ich było w całym kraju, czyli 9-10 proc.

Jeśli ich jest więcej, to interpretuje się to jako „odebranie tych miejsc prawdziwym Polakom”.

Dlaczego Żydów było proporcjonalnie więcej na studiach niż w całej populacji II RP?

To się oczywiście wiąże z kwestią tradycji edukacyjnej, zmianami społecznymi w miasteczkach, ale także z gwałtowną urbanizacją w końcu XIX w. Żydzi byli miejską ludnością. Łatwiej im było w oparciu o sieci rodzinne przyjechać do Warszawy czy Lwowa na studia i zatrzymać u dalekich krewnych. Drugi ważny powód był taki, że prawo i medycyna to wolne zawody, a więc Żydzi po prostu mogli je uprawiać. Unikali wówczas systemowego wykluczenia. Nie mogli zostać ordynatorem miejskiego szpitala, ani sędzią, ale mogli zostać lekarzem czy prawnikiem z prywatną praktyką.

brama Uniwersytetu Warszawskiego na które wiszą transparenty z hasłami antyżydowskimi
Pikieta studentów z ONR z transparentami („Żądamy ghetta dla Żydów i obniżki opłat” i „Śmierć żydo-komunieģ) na bramie głównej Uniwersytetu Warszawskiego. Lata 30. XX wieku. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Polowanie na żydowskich studentów i studentki

Prześladowania Żydów były skuteczne?

Bardzo. Odsetek studentów żydowskich spada dramatycznie już w latach 30. Musimy pamiętać, że

oficjalne wprowadzenie getta ławkowego w 1937 roku to ukoronowanie całego procesu gettoizacji, który trwał już wiele lat.

W Polsce pokutuje wciąż przekonanie, że do śmierci Piłsudskiego w 1935 roku nie było systematycznych prześladowań antysemickich i dopiero w ostatnich latach II RP to się zmieniło. To nieprawda. Widać to przez pryzmat relacji na uniwersytetach i przemocy, która stała się tam endemiczna od 1931-1932 roku. Śmierć Piłsudskiego nie była żadnym momentem przełomowym, żadnym „początkiem kryzysu”.

Co się właściwie działo? Na czym konkretnie polegała przemoc?

Studenci i studentki rozpoznani lub wskazani jako Żydzi, byli bici na terenach uniwersytetu, w budynkach, w salach wykładowych, na korytarzach, na dziedzińcu.

Byli szarpani, wyrzucani przez okna, zrzucani ze schodów, cięci żyletkami, bici przynoszonymi w tym celu laskami.

Jest jeszcze pytanie o język, którym mówią o tych wydarzeniach źródła. Mam poczucie, że wciąż nie dostrzegamy prawdziwej skali zjawiska. Myślę, że w jakimś sensie tamtą przemoc przykryła Zagłada. Te ofiary przemocy na uniwersytetach w większości zginęły, ich rodziny także. Być może trudno się dziś pochylać nad kimś, komu rozbito głowę, kto spędził kilka dni w szpitalu i być może stracił w wyniku poniesionych obrażeń semestr, mając w pamięci to, co się miało stać parę lat później w czasie niemieckiej okupacji. Ale ta przemoc była bardzo brutalna.

Często w prasie żydowskiej powraca opinia, że dochodziło właściwie do polowania na żydowskich studentów, którzy bali się chodzić pojedynczo. Przemoc spotykała również studentki Żydówki, które siłą wypychano z sal wykładowych, ciągnięto za włosy po schodach.

Kobiety także bito?

Tak. Znamy z nazwiska trzy ofiary – mężczyzn, którzy zginęli od razu albo zmarli w wyniku odniesionych ran. To jednak jest czubek góry lodowej. To tylko przypadek, że wśród nich nie było kobiet.

Profesorowie świadkami, a czasem uczestnikami

Były bezpieczne miejsca?

Nie. Napadano na Żydów właściwie w każdym miejscu przestrzeni uniwersysteckiej. Na dziedzińcach, przed salą, ale również w salach, z których Żydzi byli siłą usuwani. Usuwano ich z biblioteki.

Wykładowcy nie reagowali?

Znanych jest parę przypadków, kiedy solidaryzowali się z żydowskimi studentami. Na przykład prof. Mieczysław Michałowicz, pediatra z Wydziału Lekarskiego na Uniwersytecie Warszawskim, nie pozwalał na swoich zajęciach na wymuszenie na studentach i studentkach żydowskich zajęcia osobnych miejsc. Filozof Tadeusz Kotarbiński protestował przeciw gettu ławkowemu, za co wyniesiono go z sali. Pojawiały się pogróżki wobec profesorów, o których wiedziano, że nie popierają getta ławkowego.

Ale w relacjach żydowskich studentów jest mnóstwo opisów sytuacji, w których profesorowie sami nie uczestniczą w biciu, lecz są wspierającymi świadkami. Albo dają wyraźny sygnał atakującym, że stoją po ich stronie.

Znam na przykład relację studentki polonistyki z Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Marii Rosenbloom, która jako młoda dziewczyna z tradycyjnego chasydzkiego domu zakochała się w polskiej literaturze romantycznej i wbrew woli rodziców pojechała z Kołomyi na studia (rodzice uważali, że powinna przede wszystkim wyjść za mąż).

Opisuje, że była jedyną w sali Żydówką. Zostało jej natychmiast wskazane osobne miejsce. Ona jednak odmówiła, słuchała wykładu na stojąco. Profesor, który prowadził zajęcia, nie tylko nie reagował, ale również ją szykanował.

Rzucił jej indeks na podłogę ku uciesze całej sali.

Relacja Rosenbloom zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie. Opowiadała o swoich uniwersyteckich doświadczeniach w kilkugodzinnym wywiadzie, nagranym w 1997 roku w Nowym Jorku. W czasie wojny przeszła getto w Kołomyi. Potem ukrywała się po aryjskiej stronie we Lwowie, w Warszawie i w Heidelbergu. Straciła całą rodzinę.

Ale istotną część tego wywiadu stanowi jej opowieść o samotności i o wiktymizacji, której doświadczyła tuż przed wojną na uniwersytecie. Opowiadała, że wymiotowała na myśl o pójściu na zajęcia. Że stres był nieznośny. Ale postanowiła, że będzie dalej studiować, mimo, że była to dla niej fizyczna i psychologiczna męka.

Nikt jej nie uderzył, nie przewrócił. Żyła jednak w poczuciu nieustannego bycia potencjalną i samotną ofiarą przemocy: werbalnej, symbolicznej i fizycznej.

Przemoc, upokorzenie, strach

W polskich relacjach dziś raczej podkreśla się, że niektórzy profesorowie się sprzeciwiali. Skala przemocy, o której pani opowiada, jest wstrząsająca.

Zdążyłam jeszcze zrobić wywiad z prof. Ireną Petrusewicz (1917-2015), sławną neurolożką, która studiowała przed wojną medycynę w Warszawie. Wstąpiła na uniwersytet tuż po śmierci Piłsudskiego, skończyła w już sowieckim Lwowie.

Opowiedziała mi, że w sumie nic się takiego złego nie działo na uniwersytecie. Był tylko jeden student – notabene syn profesora medycyny, a więc członek społecznej elity – który, gdy spotykał koleżankę Żydówkę na korytarzu, mówił, że jej zęby wybije. Opowiadając to zaśmiała się i powiedziała, że bardzo się tym martwiła, bo miała „piękne zęby”.

Ofiary więc często opowiadają o przemocy obracając ją w żart, ironię czy sarkazm. Ale za tym kryje się przemoc, upokorzenie i strach.

Czy prasa żydowska reagowała jakoś na tę przemoc?

Próbowała podjąć polemikę z ideą „odzyskiwania przestrzeni zawodowej” dla „prawdziwych Polaków”. Czyli z poglądem, że jeśli się Żydów usunie z wydziałów oferujących awans społeczny, takich jak medycyna i prawo, to otworzą się większe możliwości dla studentów-Polaków.

Prasa żydowska starała się przekonać opinię publiczną, że Polska na tym traci. Że przecież tylu inteligentnych, młodych ludzi chce studiować z pożytkiem dla kraju. Starano się również dowodzić, że przemoc, szczególnie wobec kobiet, była sprzeczna z polską tradycją. Oczywiście był to głos wołającego na puszczy – poza tymi pojedynczymi przypadkami.

Władze uniwersyteckie: bezsilność i hipokryzja

Jak się zachowywały władze uniwersyteckie? Rozumiem, że formalnie wprowadziły getto ławkowe w latach 1937-1938. Zachowały się indeksy ze specjalnymi pieczątkami.

Rektorzy i senaty uczelni właściwie stopniowo przychylali się do tego, czego domagały się korporacje studenckie i organizacje Bratniej Pomocy. Były to samopomocowe organizacje studenckie, które z krótkimi przerwami na polskich uniwersytetach znajdowały się w rękach Narodowej Demokracji.

Nie wiemy jednak, na ile liczebna była skrajna, bardzo głośna, bardzo aktywna grupa faszystów, którzy nadali ton uniwersytetom? Ilu studentów znalazło się pod ich wpływem, popierało wysuwane przez nich hasła? Być może znaczna część studentów i profesury nie popierała tego, co się działo. Ale nie znajdowała sposobu na przełamanie fali przemocy i siły nacjonalistów, którzy mieli coraz większy wpływ na atmosferę, panującą na wyższych uczelniach.

Kiedy myślę o postawie władz uniwersyteckich, mam poczucie, że dominował rodzaj bezsilności i hipokryzji. Uniwersytety miały autonomię, którą się władze państwowe zasłaniały. Rektorzy jednak nie wzywali sami policji na teren uniwersytetów.

Przemoc wobec studentów żydowskich, szczególnie na początku roku akademickiego, stała się endemiczna.

Ostatecznie jednak wszystkie te instytucje praktykowały ograniczenia w przyjmowaniu studentów i studentek Żydów. Pozwoliły na wykluczanie Żydów ze stowarzyszeń studenckich oraz wprowadziły w tej czy innej formie „ustawy porządkowe”.

Oficjalnie przez władze uniwersyteckie są one traktowane jako antidotum na przemoc. To oczywiście była iluzja, bo przemoc nie brała się stąd, że studenci nie-Żydzi i Żydzi mieli ze sobą fizyczny kontakt, siedząc we wspólnych ławkach. Ona się brała z tego, że studenci nieżydowscy sformułowali program „oczyszczenia” z Żydów instytucji akademickich.

I dlatego, kiedy te „ustawy porządkowe” zostały wprowadzone, obiecany porządek nie zapanował w salach wykładowych. Przeciwnie, nacjonaliści przeszli do kolejnego etapu kampanii — walki o to, żeby zupełnie wypchnąć z wyższych uczelni nielicznych pozostałych tam studentów i studentki Żydów.

Udanej, jak rozumiem.

Prawie. Jeśli się patrzy na statystyki, to mnóstwo wydziałów tuż przed wojną już ma numerus nullus, czyli nie przyjmują Żydów i Żydówek wcale.

W archiwum Uniwersytetu Warszawskiego jest dokument opowiadający taką historię: przychodzi ktoś do komisji, zajmującej się przyjmowaniem kandydatów na studia. Pyta, czy w najbliższym roku akademickim Żydzi będą przyjmowani na medycynę. Bo wiadomo już powszechnie, że jest numerus clausus i że więcej niż 10 proc. nie ma szansy na przyjęcie bez względu na wyniki matur i egzaminów.

Wówczas osoba pracująca na uniwersytecie odpowiada

„będą przyjmowani na medycynę tylko jako ciała do prosektorium”.

Co za koszmarny dowcip!

To jest oczywiście rodzaj okrutnego dowcipu. Ale dla mnie znaczący jest fakt, że osoba, funkcjonująca w swoim urzędowym charakterze, wypowiada takie zdania wobec osoby zainteresowanej wstąpieniem na Uniwersytet! Nie czuje żadnych oporów!

Przemoc jest wtedy już wszechobecna w przestrzeni akademickiej. Jednym z miejsc, gdzie się skupia, są punkty, gdzie kandydaci składają dokumenty. Ludzie, którzy składają dokumenty i są rozpoznani jako Żydzi, są bici. Ma to ich zniechęcić do wstąpienia na studia.

Solidarność i samotność

Nie było żadnej lewicy na tych uczelniach? Socjalistów, komunistów?

Byli oczywiście studenci o poglądach lewicowych. Właściwie za każdym razem są wymieniani w relacjach żydowskich jako nieliczni sprzymierzeńcy. Na Uniwersytecie Warszawskim zostaje podjęta próba założenia przez sanację nowej organizacji samopomocowej, jako alternatywy dla przejętej przez nacjonalistów Bratniej Pomocy. „Spójnia” staje się właściwie lewicową organizacją. I to właśnie „Spójnia” solidaryzuje się ze studentami żydowskimi.

Ponosi też konsekwencje, bo studenci ze „Spójni” są również bici. Nie ulega wątpliwości, że tylko nieliczni decydowali się na gesty solidarności. Badania historyczek, takich jak Monika Natkowska, Izabela Mrzygłód i Natalia Judzińska, pokazują jednak ogromną samotność studentów żydowskich, zarówno wobec koleżanek i kolegów, jak i wobec grona pedagogicznego.

*Natalia Aleksiun – profesorka studiów Holocaustu na University of Florida, Gainesville. Jest doktorem Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Nowojorskiego. Autorka wielu publikacji na temat historii Żydów polskich, Holokaustu, inteligencji żydowskiej w Europie Środkowo-Wschodniej, stosunków polsko-żydowskich i współczesnej historiografii żydowskiej. Opublikowała m.in. „Conscious History: Polish Jewish Historians before the Holocaust” (Littman Library of Jewish Civilization, 2021), jest także autorką książki „Dokąd dalej? Ruch syjonistyczny w Polsce 1944-1950” (Warszawa,2002).

Udostępnij:

Adam Leszczyński

Dziennikarz OKO.press, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne