0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Pezydentka-elekt Meksyku Claudia Sheinbaum pozdrawia swoich wyborców podczas uroczystości w Arena Mexico w Mexico City 8 czerwca 2024 r. Fot: Alfredo ESTRELLA / AFP)Pezydentka-elekt Mek...

Pierwszy i najtrwalszy z sufitów, jakie były do przebicia – kobieta w Meksyku dotarła na szczyt piramidy władzy. Wcześniej próbowały – w różnych latach i z różnych ugrupowań – Rosario Ibarra de Piedra, Cecilia Soto, Marcela Lombardo, Patricia Mercado, Josefina Vazquez Mota i Margarita Zavala (niektóre zatrzymały się na walce o zostanie kandydatką swojej partii). Czy ktoś, kto nie „siedzi” w meksykańskiej polityce o nich słyszał?

Claudię Sheinbaum zapamiętają wszyscy. Najpierw burmistrzyni miasta Meksyk – teraz prezydentka kraju Meksyk. A już za nią wyrasta możliwa następczyni – Clara Brugada, wybrana na burmistrzynię stolicy; feministka i polityczka z dzielnicy biedy Iztapalapa.

Drugi z przebitych sufitów – zwyciężczyni wywodząca się z partii rządzącej zdobyła 60 proc. poparcia. Nie trzeba było czołgać się do wygranej, ciułać dziesiątych procenta głosów, żeby zatriumfować. Główna rywalka Sheinbaum miała o ponad 30 proc. głosów mniej.

Sufit trzeci – wygrana lewicowej formacji 6 lat wcześniej (w Meksyku wybory prezydenckie odbywają się co 6 lat) nie była zbiegiem okoliczności, przypadkiem, efemeryczną zjawą. Nawet więcej – wydaje się, że lewica w Meksyku ustanawia swego rodzaju hegemonię, zostawiając rywali daleko za sobą.

W kolejnej sprawie metafora sufitu nie działa, ale warto ją podkreślić na początku: zmianie płci na stanowisku głowy państwa – istnej rewolucji w maczystowskim społeczeństwie – towarzyszy zmiana pokoleniowa. Sheinbaum nie jest bardzo młoda, ma 61 lat, ale politycznie należy do innego pokolenia niż jej poprzednik i mentor Andres Manuel Lopez Obrador (w skrócie: AMLO).

Zarówno AMLO, lat 71, jak i inny nestor lewicy Cuauhtemoc Cardenas, lat 90, zaczynali politykować jeszcze w PRI – Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej, która rządziła niepodzielnie przez ponad siedem dekad (1929-2000). Tamta partia, która wykluła się w latach krwawej rewolucji na początku XX wieku, bywała czasem lewicowa, czasem zupełnie prawicowa, zazwyczaj autorytarna, pragmatyczna i wyczuwająca polityczne wiatry wiejące czy to w kraju, czy na świecie.

Claudia Sheinbaum od początku swojej politycznej drogi była w opozycji do PRI i na lewicy. Choć sposób, w jaki pojmuje lewicowość, nie bardzo podoba się istotnej części młodszych zwolenników.

Claudia Sheinbaum kluczy w sprawie feminizmu

Oto sedno polemik i kontrowersji wokół Sheinbaum: kobieta, ale czy taka, która będzie walczyła o prawa kobiet? Innymi słowy: czy fakt, że została prezydentką kraju, zmieni położenie kobiet i poszerzy ich prawa? Czy Sheinbaum będzie ich rzeczniczką?

„Musimy pamiętać, że kobieta sprawująca władzę nie jest gwarancją polityki feministycznej” – napisała po zwycięstwie Sheinbaum meksykańska publicystka Cecilia Gonzalez. „W trakcie kampanii Sheinbaum uwzględniała w swoich obietnicach takie tematy, jak otoczenie kobiet opieką i powtarzała motto: »Nie przybywam sama, przybywamy wszystkie«, ale tak naprawdę przez całą karierę polityczną nie angażowała się konsekwentnie w walki feministyczne”.

Więcej – między nią a ruchami walczącymi o prawa kobiet panowało zawsze napięcie.

Nikt nie przysięgnie, czy źródłem tych napięć były poglądy jej samej, czy raczej poglądy człowieka, z którym od lat szła ramię w ramię, zachowywała wobec niego stuprocentową lojalność, a politycznie była jego podwładną.

Mimo że Meksyk ma przerażające statystyki kobietobójstw i przemocy domowej, dla Obradora nigdy nie był to dramat, który uważał za jakieś naczelne wyzwanie swoich politycznych działań. Od osób rozczarowanych tą częścią jego agendy nieraz słyszałem, że AMLO po prostu bagatelizuje te kwestie. Czy Claudia Sheinbaum myśli tak samo jak on, czy jedynie nie miała odwagi lub dość politycznej siły, by mu się sprzeciwić? Z pewnością miała świadomość, że żaden współpracownik AMLO politycznie nie przetrwał, jeśli publicznie ujawniał różnicę zdań z szefem.

AMLO nieraz atakował feministki żądające aktywnej polityki rządu w przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet. Twierdził, że ruchy feministyczne wyrastają z ideologii neoliberalnej; zarzucał im próby wywrócenia jego ekipy i sojusze z prawicową opozycją. (Pewien dziennikarz z Meksyku zwrócił mi uwagę, że źródłem napięć są poglądy AMLO na rolę kobiety tak w ogóle: uważa on bowiem, że kobieta powinna zajmować się domem i dziećmi. A co z Sheinbaum? Kierując się najwyraźniej pragmatyzmem, zrobił dla niej wyjątek).

Gdy AMLO uderzał w feministki, Sheinbaum ewidentnie miała kłopot. Zazwyczaj kluczyła. Mówiła, że są różne feminizmy – z jednymi się zgadza, z innymi nie. Czasem broniła szefa przed zarzutami, mówiąc, że ważna jest przemiana całego społeczeństwa, w tym pozycji kobiet (ale nie tylko ich).

– Problematyczne jest, gdy pojawiają się odosobnione żądania, które nie mają nic wspólnego z tą przemianą [całego społeczeństwa] – powiedziała dosyć mętnie w wywiadzie dla hiszpańskiego „El Pais” rok temu. – [AMLO] argumentuje, że ruch [feministyczny] nie uznaje tej przemiany. I w tej sprawie się z nim zgadzam. Należy uznać fakt, że istnieje przemoc wobec kobiet, ale także i to, że większa dyskryminacja dotyka kobiet tubylczych.

Claudia Sheinbaum próbowała zachować lojalność wobec szefa, a zarazem pokazać się jako liderka solidarna z losem kobiet z klasy ludowej, choć niekoniecznie z tymi z wielkomiejskiej klasy średniej. Czy niespójność i mętna aura tej wypowiedzi były zamierzone? Możliwe.

W kwestii praw reprodukcyjnych Sheinbaum ani w czasie kampanii, ani wcześniej nie zajęła wyraźnego stanowiska. Aborcja w Meksyku jest zdekryminalizowana w 11 z 32 stanów. Orzeczenie Sądu Najwyższego z 2023 roku otworzyło drogę do dekryminalizacji w całym kraju, ale nie zmieniło przepisów kodeksu karnego ani aury niechęci wokół kobiet decydujących się na przerwanie ciąży, szczególnie w bardziej tradycjonalnych regionach i na głębokiej prowincji.

Meksyk jest uważany za kraj obyczajowo tradycjonalny, ale np. Polsce wciąż daleko do meksykańskiej „tradycjonalności”. Małżeństwa jednopłciowe są tam legalne; wprowadzano je stopniowo, w różnym czasie, stan po stanie – i cieszą się one większością praw, jakie posiadają małżeństwa heteroseksualne; wyjątek stanowi prawo do adopcji dzieci.

Jako szefowa władz miejskich stolicy Claudia Sheinbaum utworzyła instytucję wspierającą osoby transpłciowe. W czasie kampanii mówiła afirmatywnie o poszerzaniu różnorodności seksualnej, ale nie wchodziła w szczegóły.

Sheinbaum w ogóle jest zagadką. Niektórzy komentatorzy sugerują, że fasada jej rządów będzie feministyczna i progresywna, ale zawartość konkretnych polityk już niekoniecznie. Ale to spekulacja. Publicystka Gonzalez powstrzymuje się od wydawania oceny już teraz; sugeruje, że dopiero z upływem czasu dowiemy się, czy dojście Sheinbaum do władzy będzie oznaczało poszerzanie praw kobiet i mniejszości seksualnych czy raczej zamrożenie status quo.

Przeczytaj także:

Claudia Sheinbaum poszerza drugą „różową falę”

Zwycięstwo Sheinbaum idzie w parze z powiększeniem stanu posiadania lewicy w Meksyku. Liczba głosów, jakie zdobyła nowa prezydentka, jest imponująca, podobnie jak to, że jej partia zdobyła kwalifikowaną większość w kongresie i brakuje jej tylko trzech foteli w senacie do takiej samej przewagi. Mając taką siłę, można przenosić polityczne góry.

Nazwa tej partii to MORENA – skrót od Movimiento de Renovacion Nacional (Ruch Odnowy Narodowej). Powstała w wyniku rozłamu na lewicy spowodowanego m.in. zarzutami o korupcję i wchodzeniem lewicowych polityków w koleiny starych ugrupowań, przede wszystkim długowiecznej PRI.

Wygrana Sheinbaum to także potężny kontrapunkt dla głośnych ostatnio kampanii prawicowych polityków w Ameryce Łacińskiej. Trzy czołowe postacie tego nurtu to prezydenci Argentyny Javier Milei, Salwadoru – Nadżib Bukele i Ekwadoru – Daniel Noboa. Wszyscy trzej są skrajnie wolnorynkowi, mają skłonności autorytarne, klaszczą Donaldowi Trumpowi i szukają poparcia na amerykańskiej prawicy. Są głośni – szczególnie Milei i Bukele – a mogą stać się jeszcze głośniejsi, gdyby w listopadzie wybory w Stanach wygrał Trump. Wciąż jednak stanowią mniejszość wśród liderów regionu.

Sheinbaum poszerza drugą „różową falę” – staje w jednym szeregu z progresywnymi rządami, które w centrum swoich polityk stawiają kwestie biedy i społecznych nierówności. Mowa o rządach Luli w Brazylii, Gustava Petra w Kolumbii, Gabriela Borica w Chile i Luisa Arce w Boliwii. Są to rządy lewicujące, egalitarne, lecz nie rewolucyjne. Układają się z wielkim kapitałem, nie zmieniają systemu, a jedynie próbują sprawiedliwiej dzielić narodowy dochód, przeznaczając pieniądze dla ubogich i tworząc nowe prawa sprzyjające nieuprzywilejowanym. Stawiają na zmiany ewolucyjne, szukają poparcia nie tylko swoich zwolenników, ale i establishmentu.

Ich polityka socjalna polega przede wszystkim na transferach gotówkowych dla biednych, niekiedy poszerzaniu praw pracowniczych i mniejszości, zwiększaniu obecności w życiu publicznym kobiet i rdzennych mieszkańców. Polityka ta często bywała i wciąż bywa mocno eklektyczna, to znaczy łączy działania wywodzące się rozmaitych, czasem przeciwstawnych szkół myślenia.

Po pierwsze biedni

Taka była prezydentura poprzednika Sheinbaum, ustępującego wkrótce ze stanowiska głowy państwa AMLO. Dyskurs miewał ultralewicowy – ostro atakował uprzywilejowanych, ale w polityce realnej sytuował się blisko centrum, podobnie jak Lula. Wbrew własnej gniewnej retoryce – też podobnie jak Lula – nie naruszył interesów elity gospodarczej i utrzymał z nią dobre stosunki.

W kwestiach społecznych dał nowy impuls państwu opiekuńczemu, w duchu socjaldemokratycznym. Hasło „po pierwsze biedni” wypełnił treścią: wzrosła siła nabywcza ludzi z klas ludowych, za co beneficjenci tej polityki odpłacili mu nieustającym poparciem do samego końca kadencji. AMLO kończy swoje rządy z 60-procentową aprobatą społeczną. Tylko Lula na koniec drugiej kadencji, w 2010 r., miał większą – prawie 90 proc.

Paradoksalnie – AMLO miał też niemało z neoliberała: dbał o stabilność finansów publicznych i miarkował się w zaciąganiu długów; niechętnie podnosił podatki, inflację utrzymywał na niskim poziomie.

Za jego rządów umocniło się ponadto meksykańskie peso, a bezrobocie jest obecnie na poziomie najniższym od dekad. Dzięki podniesieniu płacy minimalnej, wypłacaniu emerytur coraz większej liczbie ludzi, a także programom socjalnym, głównie wsparciu gotówką, zmniejszył się ogólny poziom biedy.

Oddolne ruchy społeczne sygnalizują jednak, że pogorszyło się położenie najuboższego sektora pośród biednych. Trudno orzec, czy z powodu pozostawania tych ludzi „poza systemem” czy z powodu intencjonalnych działań władzy, która postawiła na „inwestowanie” w tych ubogich, którzy zrewanżują się potem politycznym poparciem. Jedna odpowiedź nie wyklucza drugiej.

Polityczne credo Sheinbaum jako żywo przypomina politykę mentora.

– Jestem kobietą lewicy – mówiła u progu kampanii wyborczej – wierzę w uczciwość i redystrybucję bogactwa, którego celem jest eliminowanie ubóstwa. Uważam, że zdrowie i edukacja są prawami, nie towarami, i że państwo powinno o nie dbać. Wierzę w „małe państwo”, oszczędne, ale tylko w tym znaczeniu, że nie powinno stanowić kosztu dla obywateli. Jestem też za dyscypliną finansową, która zapewnia stabilność i umożliwia robienie wielu rzeczy.

Plaga przemocy

Jednym z największych wyzwań meksykańskiej polityki jest rozpasana, niekontrolowana przemoc, którą sieją przede wszystkim kartele, nie tylko narkotykowe, także te, które żyją z kontroli całych połaci kraju. Meksyk to kraj, w którym codziennie zabijanych jest – średnio – stu ludzi.

AMLO nie zdołał zmniejszyć skali tej plagi. Wprawdzie liczba zabójstw minimalnie się zmniejszyła, ale zwiększyła się za to plaga wymuszania haraczy przez grupy przestępczości zorganizowanej, jak i drobne gangi.

Plagom tym nie zapobiegło wciągnięcie do zadań policyjnych wojska, a także powierzenie mu kontroli m.in. nad wielkimi projektami infrastrukturalnymi, lotniskami i portami. Ten krok AMLO wzbudził zresztą potężny niepokój u wielu jego sympatyków.

Wysokie szarże od dawna zamieszane są we współpracę z kartelami i prawa człowieka mają za nic. Wojsko było np. uwikłane w najgłośniejszą zbrodnię ostatnich lat – „zniknięcie” 43 studentów z małej miejscowości Ayotzinapa, którzy protestowali przeciw polityce lokalnego włodarza (zdarzyło się to w 2014 roku, na kilka lat przed objęciem władzy przez AMLO). Spekuluje się, że układy AMLO z mundurowymi mogą być jednym z powodów niewyjaśnienia tamtej sprawy do dziś.

Część zwolenników lewicy, szczególnie działaczy z organizacji praw człowieka, niepokoi polityczna bliskość Sheinbaum i Omara Garcii Harfucha – byłego oficera policji i autora oficjalnej wersji na temat zbrodni w Ayotzinapie (która o „zniknięcie” studentów obwinia lokalny kartel, policję i współpracującego z kryminalistami burmistrza, pozostawiając poza kręgiem uwikłanych miejscową jednostkę wojska). Garcia Harfuch jest nie tylko jednym z doradców Sheinbaum, ale mówi się, że ma wejść do jej rządu. Spora łyżka dziegciu, psująca smak słodkiego zwycięstwa.

Fizyczka, inżynierka, aktywistka

Claudia Sheinbaum jest z wykształcenia – i długiego akademickiego doświadczenia – fizyczką i inżynierką specjalizującą się w kwestiach energetyki, zwłaszcza energii odnawialnej. Dorastała w domu dwojga naukowców chemików – dzieci żydowskich emigrantów z Litwy i Bułgarii, którzy dotarli do Meksyku w latach 20. i 30. XX wieku. Rodzice Sheinbaum urodzili się już w nowym kraju (w którym dziś ok. 67 tys. mieszkańców deklaruje się jako Żydzi). Sheinbaum nigdy w swojej karierze nie nawiązywała do żydowskich korzeni.

W Meksyku – jak mi powiedział kiedyś mieszkający tam amerykański Żyd (pisarz i dziennikarz) – żydowskość nie ma w polityce ciężaru ani znaczenia.

Oponenci próbowali przez chwilę, żeby miała – ale raczej bez antysemickiego podtekstu. Na początku kampanii zasugerowali, że Sheinbaum nie urodziła się w Meksyku – wówczas nie mogłaby kandydować na prezydentkę, a od początku była faworytką. (W podobny sposób prawica w USA próbowała kiedyś ustrzelić Baracka Obamę jako urodzonego rzekomo poza Stanami). Sztab Sheinbaum nie miał trudności, by udowodnić, że to nieprawda.

Do polityki przywiodła ją aura domu rodzinnego, ale nie ta część związana z nauką, lecz zaangażowaniem społecznym rodziców. Oboje brali udział w protestach studenckich 1968 roku, których kulminacją była masakra na Placu Tlatelolco (siły bezpieczeństwa zabiły wtedy ponad trzystu demonstrantów).

Claudia dorastała w otoczeniu, w którym dyskutowało się nieustannie o polityce i odwiedzało się w więzieniach zatrzymanych bądź skazanych przyjaciół domu. Gdy poszła na studia, sama została aktywistką – były to wciąż czasy monopolistycznych rządów PRI, ale śruba represji była już wtedy odkręcona. Młoda Claudia Sheinbaum protestowała przeciw wyborczym fałszerstwom rządzących, solidarnie wspierała strajki robotnicze, sprzeciwiała się neoliberalnym krokom prezydenta Carlosa Salinasa de Gortari, m.in. układowi NAFTA o wolnym handlu między Meksykiem, USA i Kanadą.

Pod koniec lat 80. Sheinbaum przyłączyła się do dysydentów z rządzącej PRI, którzy założyli lewicową Partię Rewolucji-Demokratycznej. Gdy lider tej partii, AMLO, został w 2000 roku burmistrzem miasta Meksyk, zaprosił Sheinbaum do rządu miejskiego w charakterze odpowiedzialnej za sprawy środowiska naturalnego. Później już zawsze szli ramię w ramię. Sheinbaum bywała jego rzeczniczką bądź szefową w dwóch przegranych kampaniach prezydenckich. Gdy w 2018 roku AMLO został w końcu głową państwa – tego samego dnia Sheinbaum wygrała wyścig wyborczy o władzę w mieście Meksyk.

Prywatnie Claudia Sheinbaum jest żoną, mamą i od niedawna babcią. Wychowała Marianę (obecnie ma 35 lat i jest historyczką) i Rodriga (41-letniego artystę sztuk wizualnych), który jest synem jej pierwszego męża. Ów pierwszy mąż, Carlos Imaz, był jednym z założycieli PRD; rozstali się po 30 latach małżeństwa, w 2016 roku. Obecnie mężem Sheinbaum jest Jose Maria Tarriba, doktor fizyki, który pracuje w banku centralnym, gdzie zajmuje się kwestiami ryzyka finansowego. Nie wiadomo jeszcze, w jaki sposób będzie odgrywał rolę Pierwszego Męża, albowiem nigdy wcześniej w historii Meksyku żaden mężczyzna takiej funkcji nie sprawował.

Claudia Sheinbaum – prezydentka bez charyzmy

Przez całą kampanię wyborczą główna rywalka Sheinbaum, jak również wiele osób publicznych mówiło, że nowa prezydentka nie ma charyzmy i osobowości. Niewykluczone, że ów „brak osobowości”, był rodzajem mimikry, strategicznym wyborem, który miał pomóc kobiecie w maczystowskim społeczeństwie dojść na szczyty władzy (i przetrwać w otoczeniu AMLO – także maczo, tyle że w wersji lewicowej). Wyrazistość mogłaby szybko zakończyć pięknie rozwijającą się karierę.

„Podobnie jak w przypadku prawie wszystkich kobiet zajmujących wysokie stanowiska – pisze Cecilia Gonzalez – Claudia Sheinbaum boryka się z wieloma uprzedzeniami. Wystawiona [jako kandydatka] przez Lópeza Obradora, przez przeciwników politycznych i medialnych jest postrzegana jako marionetka prezydenta. Ci sami przeciwnicy utrzymują, że założyciel MORENA – który zapowiedział odejście z polityki – będzie nadal rządził za kulisami.

Claudia Sheinbaum stoi przed wyzwaniem zademonstrowania swojej autonomii politycznej w taki sposób, który nie będzie nielojalny [wobec AMLO]. To jedno z największych wyzwań, jakie stoją przed nową prezydentką”.

Innym, chyba dużo większym wyzwaniem, mającym potencjalnie skutki globalne, będzie polityka migracyjna. Meksyk spełnia funkcję policjanta w służbie Stanów Zjednoczonych, tzn. zatrzymuje na swoim terytorium zdesperowanych, ubogich migrantów zmierzających do USA, przede wszystkim wywodzących się krajów Ameryki Środkowej, Południowej i Karaibów oraz przyjmuje część deportowanych z USA (nie tylko swoich obywateli).

Utrzymanie tej współpracy i skuteczność meksykańskich służb w zatrzymywaniu migrujących – powiedzmy wprost: ich prześladowaniu – mogą mieć wpływ na wynik jesiennych wyborów do Białego Domu. Wśród ludzi zawodowo komentujących politykę rozpowszechniona jest opinia, że większa liczba migrantów docierających do USA – mówimy o milionie lub nawet dwóch rocznie w ostatnich latach – przyniesie wzrost nastrojów ksenofobicznych w USA i zwiększenie szans Trumpa na powrót do władzy.

Claudia Sheinbaum, podobnie, jak AMLO, stanie przed iście diabelską alternatywą. Bo każdy wybór niesie ze sobą jakąś katastrofę – ludzką, moralną, polityczną – a czasem więcej niż jedną naraz.

Czy bliskie jest jej przekonanie, że kalkulacje poświęcające człowieczeństwo, kończą się zazwyczaj źle, albo jeszcze gorzej – i dla ludzi, i dla politycznych projektów – przekonamy się już wkrótce.

W kontekście tego wyboru protekcjonalnie brzmiące obawy, jakie wyrażają czasem publicyści – o to, czy Sheinbaum będzie stuprocentowo samodzielna i czy AMLO będzie miał na nią wpływ – nie wydają się najbardziej istotne.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY„ to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

;
Artur Domosławski

Pisarz i reporter, przez 20 lat związany z „Gazetą Wyborczą”, od dekady z „Polityką”. Autor kultowej „Gorączki latynoamerykańskiej" (2004), niepokojącej „Śmierci w Amazonii" (2013), wstrząsających „Wykluczonych" (2016), słynnej biografii „Kapuściński non-fiction" (2010) oraz monumentalnej biografii Zygmunta Baumana „Wygnaniec. 21 scen z życia Zygmunta Baumana" (2021). Laureat wielu nagród i wyróżnień literackich i dziennikarskich, m.in. Grand Press Dziennikarz Roku 2010, nominowany do Nagrody Nike za „Wykluczonych" i „Wygnańca", aureat Górnośląskiej Nagrody Literackiej „Juliusz” (2022) dla najlepszej biografii za „Wygnańca". Jego książki były tłumaczone na 10 języków.

Komentarze