Prawa autorskie: AFPAFP
20 listopada 2022

Ameryka Łacińska: nowa, progresywna fala polityczna. Czy zwycięży z neoliberalnym establishmentem?

Wygrana Luli w wyborach prezydenckich w Brazylii jest częścią nowej, progresywnej fali politycznej, która wzbiera w Ameryce Łacińskiej w 2022 roku. Jej liderzy muszą jednak mieć się na baczności - stare gospodarcze elity chcą bronić swego status quo

Na zdjęciu: prezydent Chile Gabriel Boric i burmistrzyni Santiago Iraci Hassler tańczą tradycyjny chilijski taniec „cueca" podczas obchodów niepodległości Chile w O'Higgins Park w Santiago, 14 września 2022.

Kalendarz progresywnej fali w Ameryce Łacińskiej w 2022 roku wygląda tak:

  • Marzec – dawny lider studencki Gabriel Boric obejmuje władzę w Chile.
  • Czerwiec – były partyzant Gustavo Petro wygrywa wybory prezydenckie w Kolumbii.
  • Październik – po 12 latach przerwy – wyborcy w Brazylii decydują się powierzyć ponownie władzę ludowemu trybunowi Luli da Silvie.

Każdy z tych krajów to na swój sposób potęga – w różnych obszarach.

  • Brazylia to największa gospodarka regionu. Mocarstwo surowcowe i rolnicze.
  • Kolumbia – dostarczycielka ropy, węgla, drogich metali, a także nielegalnych substancji psychoaktywnych; na dodatek – potęga w sferze kultury i amerykański przyczółek wojskowo-wywiadowczy na kontynencie.
  • Chile – mimo niespełna 20 milionowej populacji – to polityczny trendsetter i to na skalę światową. To Chile było laboratorium wersji kapitalizmu, którą z czasem nazwano neoliberalizmem. Tej samej, która od lat 80. zaczęła rozszerzać się na ogromne obszary świata, w tym dominującą ekonomicznie Północ.

Należy dodać, że przywódcy o podobnych, egalitarnych zapatrywaniach rządzą także w dwóch największych po Brazylii krajach – Meksyku (Andres Manuel Lopez Obrador) i Argentynie (Alberto Fernandez); także w Boliwii (Luis Arce) i – choć z wieloma wątpliwościami – w Peru (Pedro Castillo). Są spore szanse, że następcy, a może raczej następczynie – w Argentynie i Meksyku, wywodzić się będą z tych samych lewicujących partii, bądź ruchów politycznych.

To druga w ostatnim ćwierćwieczu tego rodzaju fala – jedni opatrzą ją przymiotnikiem: progresywna, inni: lewicowa lub lewicująca, jeszcze inni: egalitarna. Każde z określeń wydaje się uprawnione. Co się pod nim kryje? Zobaczmy na przykładzie pierwszej fali – jej zdobyczy i porażek.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie

Dwie drogi inkluzji

Najpierw jednak najkrótsze z możliwych resume tego, co wcześniej.

Ameryka Łacińska, jak inne regiony świata, przeżyła w XX wieku wejście mas na scenę polityki. Odbywało się ono dwiema drogami.

Jedną z nich był bunt, rebelia, mniej lub bardziej zorganizowany oddolny ruch klas ludowych i średnich przeciw status quo – dyktaturze, oligarchii, gigantycznym przepaściom majątkowym. Przykładami takiej drogi były dwie rewolucje – meksykańska (1910-1929 – choć data końcowa jest tu od zawsze przedmiotem polemik) i kubańska (1959). W nurcie tym mieści się również inna – całkowicie pokojowa, zaprowadzona drogą parlamentarną – rewolucja Salvadora Allende w Chile (1970-1973).

Inną drogą wciągania mas w sprawy wielkiej polityki były rządy przywódców, wywodzących się niekoniecznie z klas ludowych, mających jednak ambicję rządzić w ich imieniu. Nadawali oni ludowi nowe prawa odgórnie, sam lud nie uczestniczył w podejmowaniu decyzji. Ten model rządów opisywano często jako paternalistyczny i populistyczny. Największym latynoamerykańskim przywódcą tego nurtu w XX wieku był Juan Peron, którzy rządził w Argentynie (1946-1955 i 1973-1974). Wywodzący się z tamtych czasów ruch peronistowski jest do dziś najpotężniejszą siłą polityczną w kraju.

Tamte rewolucje i nie-rewolucje były jedynie pierwszymi krokami dążeń emancypacyjnych. Ruchy na rzecz egalitarnych zmian zmagały się za każdym razem z backlashem – tj. reakcją przeciwników z uprzywilejowanych grup społecznych, którzy dążyli do przywrócenia status quo.

Współczesne progresywne fale w Ameryce Łacińskiej to kontynuacje dawnych ruchów i dążeń emancypacyjnych, dostosowane do realiów XXI wieku.

Bogactwo, które nie kapało

Kontekstem i przyczyną pierwszej egalitarnej fali, która zaczęła się pod koniec lat 90. XX wieku, była absolutna dominacja neoliberalnej ideologii i praktyki. Wymyślony przez amerykańskiego ekonomistę Miltona Friedmana, przetestowany w Chile za dyktatury Pinocheta, wprowadzony przez Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii i Ronalda Reagana w USA, skodyfikowany przez ekonomistę Johna Williamsona neoliberalizm stał się od lat 80. XX wieku „obowiązującą” drogą dla dużej części świata. (Zanim pojawiło się określenie „neoliberalizm” mówiono o „konsensusie waszyngtońskim”.)

Wycofanie się państwa z obowiązków socjalnych, deregulacja, prywatyzacja, liberalizacja handlu, ograniczanie praw pracowniczych, dyscyplina budżetowa, pilnowanie niskiej inflacji – to filary modelu, który w Ameryce Łacińskiej lat 80. i 90. nie tylko nie uporał się z kwestiami nierówności i biedy, lecz powiększył ich obszary.

Oficjalnie głoszono, że bogactwo ma stopniowo skapywać z góry na dół. Posługiwano się poręczną metaforą kielicha i spływającego z jego czaszy nadmiaru, zraszającego podstawę. Jak pisał wpływowy krytyk modelu, meksykański pisarz Carlos Fuentes, tak się jednak nie stało. „Ci, którzy byli na szczycie, pozostali tam”, a „nieobecność państwa przerodziła się w brutalną obecność państwa, ilekroć chodziło (…) o ratowanie banków, które splamiły się oszustwem albo zbankrutowały”.

Neoliberałowie „powiększyli dystans między bogatymi a biednymi. Pozostawili biednych samym sobie. Skoncentrowali siłę bogaczy i uświęcili neodarwinowską filozofię przyjętą przez Reagana. Kto jest ubogim, jest nim, bo jest próżniakiem”.

Przeciw neoliberalizmowi

Właśnie z powodu wzrostu biedy, społecznej niesprawiedliwości, kryzysów gospodarczych – a także kryminalnych (sic!) zarzutów pod adresem kilku neoliberalnych przywódców Ameryki Łacińskiej – pod koniec lat 90. zaczęła wzbierać fala niezadowolenia. Wyborcy powierzali władzę w ręce byłych partyzantów, buntowników, aktywistów, związkowców walczących wcześniej z dyktaturami, a potem ze społecznymi nierównościami już w warunkach demokracji parlamentarnej.

Wyglądało to tak:

  • 1998 rok – w Wenezueli wybory wygrał były wojskowy rebeliant Hugo Chávez;
  • 2002 rok – w Brazylii – dawny związkowiec Lula (a po ośmiu latach jego rządów jego następczyni Dilma Rousseff)
  • 2003 rok – w Argentynie, dotkniętej ekonomicznym krachem rządy objął Nestor Kirchner (a po nagłej śmierci – jego żona Cristina Fernandez);
  • 2005 rok – w Boliwii do władzy doszedł lider plantatorów koki, wywodzący się z rdzennego ludu Aymara – Evo Morales;
  • 2007 rok – w Ekwadorze – Rafael Correa;
  • 2005 rok – w Urugwaju – Tabare Vazquez, a następnie w 2010 roku legendarny bojownik partyzantki Tupamaros, Jose „Pepe” Mujica.
Nowi egalitaryści postawili w centrum polityki kwestie biedy i nierówności.

W bardziej egalitarny sposób dzielili narodowy dochód, wprowadzali programy wyrównujące szanse ubogich i dyskryminowanych ze względu na status majątkowy bądź kolor skóry. Zwiększyli dostęp ubogich do edukacji i służby zdrowia, płace minimalne. Dokonywali inkluzji rdzennych mieszkańców i potomków dawnych niewolników, ale kapitalizmu bynajmniej nie wywrócili – i nawet nie próbowali. Niektórzy ultralewicowi komentatorzy tamtych rządów mówili o nich „post-neoliberalne”, unikając określenia lewicowe (w domyśle: lewica powinna zmienić np. stosunki własności).

Samoograniczający się buntownicy

Lewicowa fala w Ameryce Łacińskiej nie odniosłaby prawdopodobnie politycznych sukcesów, gdyby jej liderzy nie stępili radykalizmu postulatów, które głosili będąc w opozycji. Bez pragmatycznego ograniczenia aspiracji nie zdołaliby przeprowadzić zmian. Stare struktury władzy, przede wszystkim ekonomicznej, nie pozwoliłyby na daleko idące naruszenie swoich interesów.

Najlepszym przykładem samoograniczania się dawnych buntowników był Lula. Zanim objął władzę, uspokoił bankierów, że dotrzyma zobowiązań poprzedników w kwestii oprocentowania długu publicznego. I dotrzymał, mimo że państwo traciło na tym grube miliardy.

Samoograniczanie się Luli (mające zastosowanie także do innych lewicujących liderów) obrazowo objaśniał kiedyś jego doradca ekonomiczny, prof. Ladislau Dowbor. „W Brazylii każdy wie – mówił Dowbor – że jak pędzi się krowy przez rzekę, to jedną trzeba zabić i dać na pożarcie piraniom. Piranie się na nią rzucą i inne krowy przejdą niepokaleczone. Lula rzucił oprocentowanie długu na pożarcie. Uprzywilejowani poczuli się bezpieczni. Dzięki temu nie zablokowali programów dla najbiedniejszych”.

To był „podatek za spokój”.

Podobną grę prowadzili – z wielkim agrobiznesem w swoich krajach – Nestor Kirchner w Argentynie i José Mujica w Urugwaju. W Boliwii wielcy właściciele ziemscy omal nie wywrócili rządu Evo Moralesa. Niewiele brakowało do ogłoszenia przez nich secesji rolniczych regionów, w których znajdują się również największe złoża gazu ziemnego i ropy. Ich opór osłabł, gdy Morales wprowadził ulgi podatkowe dla eksporterów produktów rolnych. Morales nie ustąpił jednak zagranicznym koncernom eksploatującym gaz i ropę. Dzięki radykalnemu ograniczeniu ich zysków rząd zyskał środki na programy społecznej inkluzji.

Walka z niedostatkiem i głodem

Nie wszędzie egalitarna fala zdołała poprawić życie najuboższych z jednakowym powodzeniem. Permanentny kryzys polityczny i gospodarczy w Wenezueli – mimo obiecujących początków i poprawy losu ubogich w pierwszych latach – ciążenie Chaveza ku autokracji i zupełnie otwarte łamanie zasad demokracji przez jego następcę, Nicolasa Maduro, sprawiły, że „rewolucja boliwariańska” stała się największą porażką pierwszej egalitarnej fali XXI wieku.

Boliwia z kolei skutecznie wciągnęła na scenę polityki rdzennych mieszkańców i uczyniła z nich równoprawnych obywateli. Zmniejszeniem obszarów niedostatku mogły się pochwalić Ekwador i – jeszcze bardziej – Urugwaj.

Najwięcej udało się zrobić w Brazylii. Egalitarna polityka Luli i Dilmy Rousseff położyła kres pladze głodu, który cierpiały miliony obywateli. Wyciągnęła także z nędzy około 40 milionów Brazylijczyków. Sam Lula miał świadomość, że to zaledwie początek. „Kilkanaście lat rządzenia w imieniu ubogich to niewiele w porównaniu z pięcioma stuleciami rządów bogatych i uprzywilejowanych" – powiedział przy jakiejś okazji.

Teraz będzie miał szanse zrobić kolejny krok. O ile całej 4-letniej kadencji nie zajmie mu sprzątanie po faszyzującym populiście Jairze Bolsonaro. Dość powiedzieć, że do Brazylii, rolniczego supermocarstwa, powrócił głód. Cierpi go ponad 30 milionów ludzi. Ponad 100 milionów utraciło „bezpieczeństwo żywnościowe”, tzn. nie wie, ile posiłków zje następnego dnia.

Chile: to idzie młodość

Trudno uogólnić przyczyny obecnej progresywnej fali. Na pewno wspólne dla wszystkich krajów, w których wezbrała, są wciąż znaczne obszary biedy i głębokie nierówności. Brazylia, Kolumbia i Chile należą do najbardziej nierównych społeczeństw w regionie. Każdy z tych krajów ma jednak własne, specyficzne źródła społecznego niezadowolenia i postawienia przez wyborców na lewicujące partie i liderów.

W Chile kluczowym czynnikiem wydaje się wejście na scenę publiczną nowego pokolenia. Pozbawione jest ono strachu przed represjami, jaki wciąż nosi w kościach pokolenie ich rodziców, przetrąconych przez okrucieństwa dyktatury Pinocheta. Nowy, lewicowy prezydent Gabriel Boric, jak i wiele kluczowych postaci ruchu, który wyniósł go do władzy, to trzydziestoparolatkowie. Boric, Camila Vallejo, Karol Cariola, Giorgio Jackson, Izkia Siches politycznie narodzili się w trakcie studenckich protestów w 2011 roku – o darmową i jakościową edukację. Niektórzy z nich zostali w 2014 roku deputowanymi w kongresie.

Przełomem, który doprowadził ich do władzy, nie była jednak polityka parlamentarna, lecz gwałtowne protesty uliczne w 2019 roku. Zaczęły się od sprzeciwu wobec podwyżek cen biletów komunikacyjnych, a skończyły postulatami wywrócenia całego neoliberalnego ładu. Ulicznej rebelii ton nadawali młodzi, ale brali w niej udział ludzie wszystkich pokoleń i różnych grup społecznych (z wyjątkiem najzamożniejszych).

Dla Chile to pierwsza tego rodzaju progresywana fala od czasów pokojowej rewolucji Salvadora Allende na początku lat 70., czyli pół wieku temu. Bunty licealistów z 2006 roku („rewolucja pingwinów”) i studentów z 2011 („chilijscy Oburzeni”) nie miały ogólnospołecznego zasięgu i nie owocowały zmianą na szczytach władzy. Strach starszych pokoleń, jak również narzucona w czasach dyktatury hegemonia światopoglądowa, która unicestwiła społeczną solidarność i sprywatyzowała wszystko, łącznie z myśleniem o poprawie losu, stały na straży status quo.

Teraz Chilijczycy zrobili dwa kroki wprzód, ale po chwili zrobili półtora kroku w tył.

Wybrali progresywną konstytuantę, która napisała projekt nowej konstytucji i wybrali Borica na prezydenta. Ale we wrześniu odrzucili nową konstytucję jako zbyt radykalną.

Kolumbia: oddolna zmiana po represjach

Kolumbia, jeszcze bardziej niż Chile, nie poddawała się ani w ostatnich latach, ani nigdy wcześniej, progresywnym falom politycznym. Gustavo Petro jest pierwszym w historii tego kraju lewicowcem, dawnym buntownikiem i bojownikiem, egalitarystą, który został przywódcą kraju.

Jego wygrana to owoc długoletnich zmagań oddolnych ruchów społecznych, wojny domowej, a ostatnio – systematycznego łamania przez konserwatywny rząd pokoju, zawartego w 2016 roku z największą z grup zbrojnych (FARC). Iskrą, która wywołała eksplozję poparcia dla Petra, były brutalne represje, jakimi poprzedni rząd Ivana Duque’a łamał w czasie pandemii uliczne protesty. A protestowali ludzie zrozpaczeni swoją sytuacją życiową, przede wszystkim gwałtownym spadkiem dochodów.

Zwycięskiemu obozowi udało się przełamać, podobnie jak w Chile, zmasowaną propagandę establishmentowych środków przekazu. Co więcej, Petro wygrał także ze światopoglądową hegemonią, wedle której każdy, kto dąży do progresywnych zmian, kto mówi o wyrównywaniu szans, o społecznej solidarności, ograniczeniu zysków kapitału, na pewno ustanowi rząd na wzór Kuby czy Wenezueli. Czyli niedemokratyczny, depczący prawa obywatelskie.

W zwycięstwie Petro kluczową rolę odegrała również nieufność większości wyborców do całej klasy politycznej. Mimo że Petro był od lat jej częścią – jako senator i burmistrz stolicy – nie był postrzegany jako „jeden z nich”.

Wielu ludzi przekonała propozycja „pokoju totalnego”, jaką złożył Petro, tj. zapowiedź układania się ze wszystkimi grupami zbrojnymi, także kryminalnymi.

Ludzie w interiorze kraju mają dość przemocy, nie są w stanie dalej żyć w permenentnym zagrożeniu.

Wreszcie – dostrzeżenie krzywd i aspiracji los nadie, czyli „ludzi, którzy są nikim”. Tu decydujące znaczenie miał wybór Afrokolumbijki Francii Marquez jako wiceprezydentki. Znowu więc bieda i nierówności znalazły się w centrum spraw politycznych.

Brazylia: przeciw faszyzującym rządom Bolsonara

Brazylia tymczasem wchodzi po raz trzeci, a może i piąty, do tej samej rzeki (piąty – jeśli zliczyć dwie kadencje Luli i półtorej kadencji Dilmy Rousseff). Tutaj źródłem fali, która wyniosła Lulę do władzy, było przerażenie perspektywą dalszych rządów faszyzującego populisty Jaira Bolsonara.

Powrót plagi głodu w ostatnich czterech latach, dramatyczne zubożenie społeczeństwa, wzrost przemocy w niemal każdym obszarze życia, katastrofalne w skutkach zarządzanie kryzysem, wywołanym przez pandemię, to dość powodów, by większość odwróciła się od przywódcy, którego polityka przywiodła do takich skutków.

A dlaczego akurat Lula? Bo jego rządy były najlepszym czasem, jaki pamięta większość obywateli.

Nowe wyzwania: zmiany klimatyczne

Zasadnicze idee nowej progresywnej fali, tj. zmagania z biedą, nierównościami społecznymi, wykluczeniami z rozmaitych powodów, są takie same, jak w pierwszym przypływie około dwie dekady temu. I jak w dawnych rewolucjach i pierwszych ruchach populistycznych. Ale są też nowe wątki, inne akcenty i hierarchie problemów.

W dyskursach polityków obecnej fali na pierwszy plan wysuwa się walka z przyczynami zmian klimatycznych. W tej sprawie najdonośniej brzmi głos prezydenta Kolumbii. Chciałby on – najszybciej jak to możliwe – odejść od eksploatacji surowców i paliw kopalnych, z których żyje jego kraj, tj. ropy i węgla.

Lula z obrony Amazonii, tzn. powstrzymania przyspieszonej za rządów Bolsonara wycinki lasów deszczowych, uczynił jeden z leitmotivów kampanii. Akurat dla niego nie jest to całkiem nowy wątek. Za swoich poprzednich rządów zdołał ograniczyć wylesianie (z 24 tys. km² rocznie do 5-6 km²). Teraz jednak, w obliczu przyspieszających zmian klimatycznych, uczynił z obrony Amazonii jeden z filarów programu przyszłego rządu. Obejmie on władzę 1 stycznia 2023 roku.

Instrumentem ograniczenia eksploatacji surowców i dewastowania środowiska miała być dla prezydenta Chile Borica nowa, progresywna konstytucja. Przepadła jednak w ogólnonarodowym plebiscycie. W Chile zmiany klimatyczne są odczuwalne najbardziej z krajów regionu. Od 13 lat kraj cierpi suszę – ta może okazać się większym wyzwaniem, niż wszystkie inne, jakie stoją przed nowym rządem.

Nowością obecnej fali jest większa rola kobiet. W rządzie Borica stanowią one większość gabinetu (15 na 24 ministerstwa). W Kolumbii – równo połowę (9 na 18 ministerstw). Ponadto fundamentalną rolę w zwycięstwie Petra odegrała Francia Marquez, pierwsza w historii kraju Afrokolumbijka na stanowisku wiceprezydentki. Skład nowego rządu Luli jest na razie nieznany – wiadomo jednak, że kobiety odgrywały ważne role w jego kampanii wyborczej.

Co na to obrońcy status quo?

Definitywne sądy na temat drugiej progresywnej fali byłyby dziś dalece przedwczesne. W tej chwili widać, że tworzące ją ruchy rozwijają się, poszerzają spektrum spraw wymagających nowej polityki. Reagują na zmiany społeczne i pojawiające się wyzwania. Mogą być inspiracją dla krajów regionu (może nie tylko tego regionu?), w których egalitarna fala wykoleiła się, bądź zastygła w anachronicznych formach.

Z całą pewnością ucieleśnia ona niegasnące marzenia ludzi o lepszym życiu i bardziej solidarnym, gościnnym świecie.

Jej liderzy muszą jednak mieć się na baczności. Petro i Lula wygrali wybory niewielką większością głosów, co oznacza, że siła ich mandatu nie daje pełnego komfortu. Triumfalizm byłby początkiem dekadencji i pewnej w przyszłości porażki. Boric z kolei wygrał dużo większą przewagą (10 pkt procentowych). Ale obrońcy status quo, jak również wiecznie rozczarowani, wysłali mu sygnał ostrzegawczy, odrzucając w referendum nową konstytucję.

Społeczna wola i gotowość do zmian szybko tracą termin ważności, bywają kapryśne i niecierpliwe. To jedna z latynoamerykańskich lekcji o charakterze uniwersalnym. Przywódcy nowej fali nie mogą pozwolić sobie na marnowanie czasu. Zwłaszcza, że za plecami już teraz czują oddech faszyzujących populistów, którzy w imieniu starych gospodarczych elit, chętnie storpedują jakiekolwiek naruszenie społecznego status quo.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne