30 marca 2020

Co poszło nie tak? Najgorsze błędy w walce z koronawirusem [Polska, USA, Chiny, Wielka Brytania]

Ukrywanie wirusa w Chinach, wadliwe testy w USA, "zbiorowa odporność" Brytyjczyków, chory personel medyczny w Polsce, niedoszacowana liczba chorych na OIOM-ie w Holandii - to największe błędy popełnione w walce z epidemią koronawirusa na świecie

Jak mówią statystycy, wszystkie modele się mylą, ale można ich racjonalnie użyć. Pod koniec trzeciego miesiąca pandemii można już pokusić się o przegląd tych, którzy mylili się spektakularnie. Nie modeli, ale ludzi, bo kiedy oni się mylą, niewiele już da się zrobić.

Chiński błąd. Ukrywanie

Władze Chińskiej Republiki Ludowej przez co najmniej miesiąc ukrywały, że doszło do transmisji wirusa od zwierząt do ludzi i że epidemia w Wuhanie osiąga katastrofalne rozmiary.

Według portalu Caixin (jego śledczy tekst na ten temat został usunięty przez chińską cenzurę) już w grudniu 2019 roku dziewięć próbek pobranych od pacjentów z niespotykanym wcześniej wirusowym zapaleniem płuc trafiło do laboratoriów.

27 grudnia 2019 laboratorium w Guangzhou przekazało Pekinowi swoje odkrycie, że genom wirusa w 87 proc. jest identyczny z koronawirusem spotykanym u nietoperzy. W odpowiedzi Narodowa Komisja Zdrowia zakazała uczonym publikowania wyników swoich badań.

Dopiero 11 stycznia 2020 Chiny przekazały te wyniki Światowej Organizacji Zdrowia. 20 stycznia o nowym koronawirusie, który atakuje ludzi, poinformowała chińska telewizja państwowa. Trzy dni później 11-milionowe miasto Wuhan zostało odcięte, a mieszkańcom nakazano zostać w domach.

Oficjalnie chińskie władze informowały wtedy o 457 przypadkach choroby, i do dzisiaj takie dane są publikowane w międzynarodowych statystykach. Ale jak wiemy z późniejszych badań, transmisja wirusa w Wuhanie hulała już wtedy w najlepsze.

Opieszałość chińskich władz przyczyniła się i do tragicznej sytuacji w prowincji Hubei, i do opóźnienia działań WHO, a co za tym idzie, globalnej reakcji na pandemię.

Błąd amerykański I. Wadliwe testy i konkurencyjne instytucje

CDC, amerykańskie Centra Kontroli i Prewencji Chorób, instytucja, która w USA zajmuje centralną rolę w walce z epidemią, straciła kluczowe tygodnie z powodu zamówienia wadliwych testów na koronawirusa.

CDC wysłało do laboratoriów wadliwe testy, w których brakowało kluczowego komponentu. Wtedy inna niezależna agencja federalna - Federal Drug Administration uruchomiła niezależne laboratoria i zaczęła robić własne testy.

"Gromadziły się stosy próbek, a najlepsi wirusolodzy na świecie błagali, żeby pozwolić im je testować, ale FDA im odmawiała” - opisują autorzy "The Atlantic".

Wirus rozprzestrzeniał się, a w całym kraju brakowało zestawów do testów. Kiedy odkryto w USA pierwsze transmisje poziome, poszczególne stany i szpitale nie miały jak diagnozować ciężko chorych pacjentów.

"A kiedy pojawiły się testy, CDC i wielu urzędników nadal trzymało się restrykcyjnych zasad, że tylko pacjenci, którzy byli za granicą lub mieli kontakt z chorym, mogą być testowani”.

To sytuacja z końca lutego i początku marca. Pod koniec marca Stany Zjednoczone pobiły już wszystkie koronawirusowe rekordy – zbliżają się do 150 tys. zakażonych.

Trevor Bedford, naukowiec z Seattle, wyśledził pierwsze przypadki SARS-CoV-2 w USA już w styczniu. „Cały tydzień po 20 stycznia spędziłem na alarmowaniu wszystkich urzędników zajmujących się ochroną zdrowia, których znam" – pisał Bedford. Jak widać, z miernym skutkiem. 31 stycznia Bedford mógł napisać na blogu, że pandemia się zaczęła.

Błąd brytyjski, czyli niech wirus wytnie najsłabszych

Premier Boris Johnson, który od 27 marca siedzi w domu z koronawirusem, jeszcze na początku miesiąca chwalił się, że wszystkim podaje ręce, także pacjentom z COVID-19 w szpitalu. W międzyczasie zdążył o 180 stopni zmienić strategię walki z epidemią. W połowie marca, kiedy liczba zachorowań przekroczyła tysiąc, kraj tętnił jeszcze życiem – otwarte były restauracje, puby, no i szkoły. Premier zapewniał, że to ma sens, bo nie można wprowadzać ograniczeń w poruszaniu się za wcześnie, jeśli będą trwały za długo, to ludzie nie będą ich przestrzegać. Najpierw niech nauczą się myć ręce, a jeśli czują się chorzy, niech siedzą w domach przez tydzień.

W tle pojawiła się strategia nabywania przez brytyjską populację zbiorowej odporności – wspomniał o tym główny naukowy doradca Johnsona Patrick Valliance. Minister zdrowia Matt Hanckok zapowiadał, że odizoluje się tylko seniorów od 70. roku życia.

Jednak coraz więcej epidemiologów i specjalistów od zdrowia publicznego było zaniepokojonych tą nieortodoksyjną strategią. Szalę przeważył raport epidemiologów z Imperial College London, których praca – jak pisze „The New York Times” – jest uważana za rodzaj złotego standardu w modelowaniu matematycznym epidemii. Badacze z ICL wyliczyli, że jeśli dalej będzie kontynuowana strategia, którą przyjął Johnson, w Wielkiej Brytanii umrze 550 tys. ludzi.

Brytyjskie władze w końcu zawróciły z tej drogi 16 marca – zamknęły puby, restauracje, potem szkoły, kazały ludziom się izolować. A oprócz premiera wirusa złapał minister zdrowia, a objawy ma doradca premiera Dominic Cummings, architekt Brexitu, który stał za pomysłem, żeby walczyć z epidemią inaczej niż reszta Europy. (Więcej o tej pierwszej brytyjskiej strategii pisaliśmy tutaj.)

Błąd amerykański II. Czyli Trump. „To zniknie. Pewnego dnia w cudowny sposób zniknie”

Właściwie nie wiadomo, czy człowieka stojącego na czele najpotężniejszego państwa na świecie można zaliczyć do tych, którzy się mylili, bo jego publiczne wypowiedzi o pandemii koronawirusa wymykają się standardom, mówiąc eufemistycznie. Ta uwaga dotyczy większości wypowiedzi prezydenta USA, można co najwyżej wyrazić zdziwienie, że pandemia nie otrzeźwiła tego wybitnego umysłu.

Trump w lutym i na początku marca 2020, kiedy epidemia rozwijała się już w Stanach Zjednoczonych w najlepsze, systematycznie bagatelizował jej możliwe rozmiary, ignorując opinie ekspertów.

Jak donosił dziennik „The Washington Post”, prezydent lekceważył doniesienia CIA, która w styczniu i lutym bombardowała doniesieniami o możliwej pandemii. Skoncentrowany na kampanii wyborczej, w której walczy o reelekcję, padł zapewne ofiarą licznych błędów poznawczych i charakterystycznego dla siebie przekonania, że wszyscy się mylą, tylko nie on.

„Financial Times” zestawił jego wypowiedzi o koronawirusie z ostatnich trzech miesięcy:

  • 22 stycznia: „Mamy to całkowicie pod kontrolą. To tylko jedna osoba z Chin i mamy to pod kontrolą”;
  • 28 lutego: „To zniknie. Pewnego dnia w cudowny sposób zniknie”;
  • 9 marca: „Niczego nie zamykamy, życie i gospodarka działają dalej. Mamy 546 potwierdzonych przypadków, 22 zgony. Pomyślcie o tym!"
  • 16 marca, zapytany, jak ocenia swoją reakcję na kryzys: „Na 10. Myślę, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty";
  • 17 marca: "przeczuwałem, że to będzie pandemia zanim zaczęto mówić o pandemii”.

Charakterystyczna dla reakcji prezydenta na kryzys może być decyzja z 11 marca: Trump nakazał, by nie wpuszczać do Stanów Zjednoczonych przybywających z Europy cudzoziemców – oprócz Brytyjczyków. Jakby mieszkańcy Zjednoczonego Królestwa albo powracający do domu Amerykanie byli w cudowny sposób omijani przez wirusa.

Błąd holenderski. Ile dni na OIOM-ie

W niedzielę Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego i Środowiska (RIMV), placówka badawcza z Utrechtu zrewidowała swoje dane na temat liczby pacjentów, którzy trafią na intensywną terapię w wyniku COVID-19.

Jacco Wallinga, ekspert RIVM, przewidywał, że w szczycie na OIT trafi około tysiąca pacjentów, z czym holenderski system ochrony zdrowia dałby sobie radę. Cały projekt walki z koronawirusem był nastawiony na to, żeby nie doprowadzić do zapaści w szpitalach.

Holenderscy lekarze pierwszego kontaktu skrupulatnie pilnowali, żeby do szpitala nie trafiały lżejsze przypadki, testowano tylko pacjentów, którzy mieli wyraźne i poważne objawy.

Teraz się okazało, że według przewidywań Wallingi pacjentów na intensywnej terapii w najbardziej prawdopodobnym scenariuszu będzie 2400. Oznacza to konieczność zupełnego przemodelowania odpowiedzi kryzysowej.

Holenderski badacz twierdzi, że błędne obliczenia wynikły z tego, że w swoim modelu założył, że średni czas pobytu na OIT będzie wynosił 10 dni, podczas gdy jest to już 23 dni.

Można to było przewidzieć na przykładzie danych z Chin i Włoch. W Chinach, mimo że krzywa epidemiczna wypłaszczyła się już pod koniec lutego, liczba osób na intensywnej terapii spadła poniżej tysiąca dopiero w zeszłym tygodniu.

To mały błąd w porównaniu np. do sytuacji w Chinach czy USA, ale konkretnie i boleśnie przekładający się na sytuację holenderskiej służby zdrowia.

Błąd polski. Zakażanie personelu medycznego

Z całej Polski dzień w dzień spływają doniesienia o zamykanych oddziałach szpitalnych, całych oddziałach objętych kwarantanną lub wręcz ewakuowanych, jak ten w Nowym Mieście nad Pilicą.

Na początku przygotowań do epidemii

zabrakło jasnych procedur, które sprawiłyby, że zakażeni pacjenci w jak najmniejszym stopniu trafialiby do zwykłych placówek, tylko od razu na oddziały zakaźne. I to w sposób bezpieczny, tak by nikogo nie zarażali „po drodze".

Część winy ponoszą tu sami chorzy, którzy nie przyznawali się do kontaktów z osobami powracającymi z zagranicy albo z zakażonymi, ale i tutaj procedury mogłyby pomóc.

Tymczasem Główny Inspektor Sanitarny dopiero 23 marca zmienił kryteria uprawniające do przeprowadzania testów. Poprzednio wskazanie do diagnostyki w kierunku SARS-CoV-2. obejmowano osoby z objawami ciężkiej infekcji układu oddechowego i w nagłym stanie zagrożenia życia lub zdrowia z objawami niewydolności oddechowej, które spełniały kryterium epidemiologiczne (powrót z zagranicy, kontakt z osobą zakażoną). Obecnie kryterium epidemiologiczne nie jest konieczne.

Nieprowadzenie diagnostyki wobec osób bez wskazań epidemiologicznych sprawiło, że do zwykłych oddziałów szpitalnych trafiły osoby zakażone. I największe szpitale pulmonologiczne, jak Dolnośląskie Centrum Chorób Płuc, są sparaliżowane przez zakażenie dużej części personelu. Kryzys dotyka też duże szpitale miejskie i mniejsze powiatowe.

Poza tym widać, jak w przypadku epidemii przeciwko ochronie zdrowia działa „wolnorynkowy” i „elastyczny” rynek pracy.

Pielęgniarki i lekarze pracują na kilku etatach, w kilku placówkach i roznoszą wirusa pomiędzy nimi. W Nowym Mieście nad Pilicą i w Radomiu źródłem zakażenia była ta sama osoba.

Minister zdrowia poprosił już lekarzy, by ograniczyli się do jednego miejsca pracy. Ale w poniedziałek opisaliśmy w OKO.press szpital zakaźny we Wrocławiu, gdzie wojewoda nakazał w kwarantannie ratować sytuację na oddziale czterem chirurgom z innych placówek.

Po dyżurze w szpitalu zakaźnym wracają do swoich szpitali, jeszcze nie zakażonych. Koronawirus to lubi.

Udostępnij:

Miłada Jędrysik

Miłada Jędrysik – dziennikarka, publicystka. Przez prawie 20 lat związana z „Gazetą Wyborczą". Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku. Publikowała też m.in. w „Tygodniku Powszechnym", kwartalniku „Książki. Magazyn do Czytania". Była szefową bazy wiedzy w serwisie Culture.pl. Od listopada 2018 roku do marca 2020 roku pełniła funkcję redaktorki naczelnej kwartalnika „Przekrój".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne