Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Richard Shotwell/Invision/APRichard Shotwell/Inv...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

W nocy z 15 na 16 marca 98. gala rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Choć w ostatnich latach Oscary traciły na znaczeniu, to wciąż są jedną z najważniejszych filmowych nagród. Wciąż śledzą je miliony ludzi na całym świecie. Czekając na ceremonię rozdania nagród, warto przyjrzeć się oscarowym procedurom i decyzjom. Choć w niektórych kategoriach wygrane wydają się niemal pewne, to tegoroczne Oscary mogą przynieść trochę niespodzianek i nowości.

Oto kilka rzeczy, które warto wiedzieć, przed tegorocznym rozdaniem Oscarów.

Chcesz głosować? Musisz obejrzeć film

Choć może się to wydawać niemożliwe, to jednak dopiero w tym roku członkowie Akademii, którzy chcą zagłosować na Oscarach, muszą obejrzeć wszystkie nominowane filmy.

Nigdy wcześniej Akademia nie wymagała od swoich członków, by w jakikolwiek sposób potwierdzili, że w ogóle obejrzeli film, na który głosują, zakładając dobrą wolę swoich członków.

W tym roku po raz pierwszy trzeba zadeklarować Akademii, że rzeczywiście obejrzało się wszystkie nominowane produkcje. Albo odstąpić do głosowania w konkretnej kategorii.

trzech mężczyzn rozkłada wielki czerwony dywan
Prowadzący tegoroczną galę komik Conan O'Brien (pośrodku) pomaga w rozwinięciu czerwonego dywanu, AP Photo/Chris Pizzello

Jak Akademia pilnuje swoich członków? Przede wszystkim zbierając deklaracje, że rzeczywiście obejrzeli filmy – głównie na specjalnym portalu dla akademików, który oferuje im dostęp do wszystkich nominowanych tytułów. Jest to jednak system niedoskonały – po pierwsze, każdy może zadeklarować, że widział film w kinie albo na festiwalu. Akademia nie ma sposobu, by to zweryfikować.

Po drugie – nawet jeśli członek Akademii włączy dany film, nie ma pewności, czy obejrzy go do końca.

20 minut wystarczyło?

Co roku „The Hollywood Reporter” publikuje anonimowe rozmowy z członkami Akademii, którzy opowiadają, czym kierowali się, podejmując swoje decyzje. Jeden z nich zadeklarował, że obejrzał 20 minut filmu „Wielki Marty” i tyle mu wystarczyło, by wiedzieć, że na pewno na ten film nie zagłosuje.

Niestety, nie ma sposobu, by Akademia była w stanie realnie zbadać, czy jej członkowie obejrzeli wszystkie filmy uważnie i czy nie oddają głosów w oparciu nie tyle o seans, ile o swoje sympatie czy antypatie.

Przeczytaj także:

Jak zwraca uwagę „Los Angeles Times”, zmiana przepisów prowadzi też do tego, że więcej nominacji dostaje mniejsza liczba filmów. Gdy spojrzymy na główne kategorie Oscarowe, okaże się, że aby móc zagłosować w każdej z tych kategorii, trzeba obejrzeć kilkanaście filmów. Bo tak niewielka jest pula nominowanych tytułów.

Kategorie, na które naprawdę może wpłynąć zmiana przepisów, to te mniej popularne – dokumenty czy filmy krótkometrażowe.

Obowiązek obejrzenia nominowanych produkcji może sprawić, że nagrody staną się tu nieco bardziej obiektywne. Prawda jest jednak taka, że dopiero w tym roku przekonamy się, czy jest jakakolwiek różnica między głosowaniem po obejrzeniu filmu a głosowaniem w oparciu o przeczucie. Jedno jest pewne – nie ma żadnego sposobu na to, by upewnić się, że 11 tysięcy członków Akademii rzeczywiście zobaczyło nominowane filmy. Trzeba im wierzyć na słowo.

O nagrodach mogą zadecydować koty...

Kampanie Oscarowe, czyli zaplanowane działania marketingowe, mające zapewnić filmom i twórcom najpierw nominacje, a potem nagrodę, trwają miesiącami. Zaczynają się na początku września – w okolicach festiwalu filmowego w Wenecji i trwają nieprzerwanie aż do ostatniego tygodnia głosowania, które kończy się na początku marca.

W tym czasie specjaliści od marketingu tworzą narrację wokół filmów i aktorów, które mają zachęcić członków Akademii do głosowania na określony tytuł.

Wypromowanie filmu wśród akademików to ciężka praca – aktorzy i aktorki występują w dziesiątkach programów telewizyjnych i internetowych, udzielają wywiadów, spotykają się z widzami. Starannie zaplanowana narracja ma stworzyć poczucie, że danej osobie Oscar się po prostu należy. Taka kampania nie jest tania – w okresie poprzedzającym nominacje i głosowania, studia filmowe wydają od kilku do kilkudziesięciu milionów dolarów na działania marketingowe.

Nie wszystko da się jednak przewidzieć. Może się okazać, że jedna wypowiedź zmieni nastawienie widzów i może wpłynąć na postawę członków akademii.

W tym roku tuż przed końcem głosowania pojawiły się dwie wypowiedzi, które część analityków uznała za tak kontrowersyjne, że mogą zmienić decyzje osób głosujących.

Kilka dni przed końcem głosowania w sieci wypłynęła listopadowa rozmowa Jessie Buckley (nominowanej za pierwszoplanową rolę kobiecą w filmie „Hamnet”) z podkasterem Joshem Horowitzem. Aktorka przyznała się w niej, że nie tylko nie lubi kotów, ale też zmusiła swojego obecnego męża, by pozbył się kotów, z którymi mieszkał, zanim ją poznał.

O ile brak sympatii do kotów nie jest jeszcze czymś, co budzi niechęć widzów, o tyle wymuszenie na bliskiej osobie oddania zwierząt spotkało się już z szeroką krytyką. Na tyle szeroką, że aktorka pojawiła się kilka dni później w wieczornym talk show Jimmi’ego Fallona zapewniając, że kocha koty.

Ten występ pokazuje, jak poważnie potraktowano wpływ takiej wypowiedzi na szanse oscarowe Buckley. To tym ciekawsze, że aktorka jest absolutną faworytką w swojej kategorii i od początku sezonu nagród wygrywa wszystko, co jest do zdobycia. Najwyraźniej cała ta praca może zostać zaprzepaszczona jedną opinią na temat kotów.

...i opera

W ostatnim dniu głosowania wizerunkową wpadkę zaliczył także Timothée Chalamet, typowany do zwycięstwa w kategorii – najlepszy aktor pierwszoplanowy za występ w „Wielkim Martym”.

W rozmowie z Matthew McConaughey'em przeprowadzonej dla czasopisma „Variety” Chalamet stwierdził, że nie chce się angażować w dziedziny sztuki, na których nikomu nie zależy – jak balet czy opera. Międzynarodowa społeczność wielbicieli baletu i opery nie zareagowała na te słowa dobrze. Teatry operowe z całego świata zaczęły nagrywać filmiki sugerujące, że Chalamet nie wie, o czym mówi.

Zasugerowały też, że Chalamet nie mógłby zostać ani tancerzem, ani śpiewakiem, bo do tego potrzebny jest talent, którego aktor nie posiada. Odpowiedź poniosła się szeroko po internecie – i choć nie wiadomo, czy wpłynęła na głosy członków akademii, na pewno mogły przekonać część głosujących, że nagroda należy się bardziej pokornym twórcom.

Czy niefortunne wypowiedzi aktorów wpłyną na ostateczne decyzje Akademii – dowiemy się w czasie rozdania nagród, ale oba te przykłady pokazują, jak skomplikowanym przedsięwzięciem są kampanie oscarowe. Nie chodzi jedynie o stworzenie odpowiedniej narracji wokół filmu, ale też o trzymanie ręki na pulsie i kontrolowanie aktorów, by jedną wypowiedzią nie zaprzepaścili miesięcy pracy.

Czas na nowe kategorie

Na tegorocznych Oscarach pierwszy raz od 2001 roku (kiedy wprowadzono nagrodę dla najlepszych filmów animowanych) pojawi się nowa kategoria nagród. Będzie to wyróżnienie za najlepszy casting. Przez lata środowiska osób odpowiedzialnych za casting aktorów i aktorek do filmu lobbowały na rzecz uznania tej dziedziny pracy nad filmem za godną wyróżnienia złotą statuetką.

To o tyle ciekawa kategoria, że casting to jedna z tych dziedzin pracy nad filmem, która w Hollywood jest najbardziej sfeminizowana. To pozostałość czasów, kiedy jedynymi osobami, które w pełni orientowały się, kto jest zatrudniony w danym studiu filmowym, były asystentki producentów. Ta feminizacja zawodu odbija się także w nominacjach – na pięcioro nominowanych w kategorii castingu, znalazł się tylko jeden mężczyzna – Gabriel Domingues, pracujący nad filmem „Tajny Agent”.

Wprowadzenie wyróżnienia dla specjalistów od castingu to sygnał większych zmian, jakie zachodzą w myśleniu o tym, kogo zaangażowanego w produkcję filmu należy wyróżnić.

Na przestrzeni ostatnich dekad coraz więcej uwagi zwraca się nie tylko na reżyserów czy aktorów, ale też na osoby, które często pozostają w cieniu, a mają olbrzymi wpływ na ostateczny kształt filmu.

Wynika to też z większej dostępności informacji. Dziś widzowie bez trudu mogą się dowiedzieć, kto odpowiadał za casting czy inne techniczne aspekty produkcji filmowej.

Oscary dla kaskaderów

Za dwa lata, w 2028 roku, swojego wyróżnienia w końcu się doczekają kaskaderzy. To też jedna z nowych kategorii, która cieszyła się dużym wsparciem wielbicieli kina. Od kilku lat zwracano uwagę, że to właśnie kaskaderzy ryzykują najwięcej, by stworzyć dla nas najciekawsze doświadczenie filmowe, i powinno się ich wyróżniać także w czasie rozdania najważniejszych nagród filmowych.

Wcześniej mogli liczyć co najwyżej na wyróżnienia branżowe albo na nagrodę przyznawaną przez związek zawodowy aktorów (dawniej SAG Awards obecnie Actor Awards).

Wprowadzenie nowych kategorii może cieszyć wielbicieli kina, ale przyprawiają o ból głowy reżyserów transmisji z Oscarowej ceremonii. Każde nowe wyróżnienie wydłuża już i tak bardzo długą transmisję, a to przekłada się na spadającą widownię. Od kilku lat trwa dyskusja, czy części mniej prestiżowych wyróżnień nie przyznawać w czasie przerw reklamowych albo na mniejszych ceremoniach (jak obecnie przyznaje się m.in. nagrodę za całokształt twórczości). Pomysły te nie cieszą się jednak dużym poparciem, gdyż dzielą laureatów na równych i równiejszych.

Pierwsze razy

Choć Oscary przyznawane są już od prawie stu lat, to wciąż są kategorie, w których możemy wyczekiwać przełomów. Jedną z nich są „najlepsze zdjęcia”.

Przez 98 lat w tej kategorii jeszcze nigdy nie wygrała kobieta. Co więcej, pierwsza nominacja dla operatorki pojawiła się dopiero w 2017 roku, kiedy Rachel Morrison została nominowana za zdjęcia do filmu „Mudbound”. Od tego czasu kobiety były w tej kategorii nominowane zaledwie trzy razy.

W tym roku nominację ma Autumn Durald Arkapaw za zdjęcia do filmu „Grzesznicy”. Jeśli wygra, będzie to podwójna nowość na Oscarach.

Nie tylko nagroda po raz pierwszy trafiłaby do kobiety, ale też po raz pierwszy nagrodzona zostałaby kobieta, która nie jest biała.

Statystyki nie dają artystce wielkich szans, ale sama jej nominacja przypomina, że wbrew temu, co często można usłyszeć – Oscary są bardzo dalekie od osiągnięcia pełnej równości wśród nominowanych i nagradzanych.

Zresztą, skoro jesteśmy przy „pierwszych razach” – jeśli nagrodę za najlepszą reżyserię zdobędzie twórca „Grzeszników” Ryan Coogler, będzie pierwszym w historii czarnym reżyserem docenionym w tej kategorii. Byłoby to osiągnięcie, które nie udało się nawet Spike’owi Lee – swojego Oscara dostał za adaptowany scenariusz.

Należy jednak zauważyć, że kategoria „najlepszy reżyser” jest jedną z najbardziej konserwatywnych na Oscarach. Przez 97 lat w tej kategorii wygrały tylko trzy kobiety.

Chloe Zhao, która była drugą w historii kobietą nagrodzoną Oscarem za reżyserię, nie liczy się w tym roku jako faworytka, więc ta statystyka raczej nie ulegnie zmianie. Warto tu zaznaczyć, że brak nominacji dla kobiet nie oznacza, że nie robią one dobrych i wartościowych filmów. W tym roku można wskazać chociażby film „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” w reżyserii Mary Bronstein, który spokojnie mógłby walczyć o nagrodę w tej kategorii (film jest nominowany za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą).

Oscary i malejąca publiczność

Tegoroczne Oscary odbędą się jeszcze w formule, którą wszyscy dobrze znamy. Gwiazdy spotkają się w Dolby Theatre w Hollywood, ceremonię poprowadzi znany komik Conan O’Brien, a całość widzowie zobaczą w telewizji. W Stanach od lat ceremonię nadaje należąca do Disneya telewizja ABC. To jednak ostatnie lata Oscarów w takim kształcie.

Począwszy od 2029 roku będziemy oglądać ceremonię na… YouTube.

Taka zmiana jest wynikiem kilku czynników. Przede wszystkim oglądalność ceremonii Oscarowej maleje regularnie. Na początku lat dwutysięcznych Oscary oglądało około 40 milionów widzów, dziś to już bliżej 17 milionów. Największy spadek widać wśród młodej widowni. Nie chodzi nawet o brak zainteresowania nagrodą – nowe pokolenie, nie ogląda po prostu linearnej telewizji, często nie ma nawet telewizora. Stąd przeniesienie programu do internetu wydaje się słusznym posunięciem.

Jednak nie tylko o spadającą widownię chodzi. Na przestrzeni lat Oscary stały się coraz bardziej międzynarodową nagrodą. Do Akademii zapraszani są filmowcy z całego świata, coraz częściej produkcje nieanglojęzyczne zdobywają nominacje w najważniejszych kategoriach. To umiędzynarodowienie nagrody oznacza, że najlepszym sposobem, by dotrzeć do międzynarodowej widowni, jest przejście z transmisji telewizyjnej na internetową.

100 lat i koniec?

Nie jest jeszcze powiedziane, czy będzie to transmisja darmowa, czy dostępna w ramach abonamentu YouTube TV. Ale nawet jeśli widzowie będą musieli dopłacić za zobaczenie transmisji, to wciąż – YouTube TV jest w Stanach bardzo popularne wśród subskrybentów telewizji internetowych.

Przejście Oscarów z telewizji do internetu może oznaczać wzrost popularności nagrody, choć nie jest to pewne. Od kilku lat Netflix ma prawa do transmisji nadawania Actors Awards. Choć ceremonia jest pełna gwiazd, a nagrody dostają znani aktorzy, to nie cieszy się wielką popularnością.

Część osób poza Stanami nawet nie zdaje sobie sprawy, że ceremonię można bez dodatkowych opłat obejrzeć w streamingu. Nie jest więc pewne, że przejście do internetu uratuje Oscarową galę. A jeśli trend spadającej oglądalności się utrzyma, to pojawi się pytanie – czy Oscary będą żyć ponad sto lat?

;
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk

Z wykształcenia historyczka i socjolożka. Pracuje w Dziale Dokumentacji Tygodnika Polityka. Prowadzi bloga "Zwierz Popkulturalny", jednego z najpopularniejszych w Polsce blogów poświęconych kulturze popularnej. Autorka książek: "Oskary. Sekrety Największej nagrody filmowej", "Zwierzenia popkulturalne" i powieści "Dwóch panów z branży"

Komentarze