Podziały między bogatymi a biednymi krajami, a także między dużymi emitentami a państwami najbardziej narażonymi na skutki zmian klimatycznych okazały się zbyt głębokie i zaważyły na porażce w Madrycie. Tymczasem seria najnowszych raportów naukowych dobitnie pokazała, że czasu na zahamowanie katastrofalnego ocieplenia klimatu mamy coraz mniej

Szczyt klimatyczny COP25 w Madrycie zakończył się niemal dwie doby po czasie. Niestety, dodatkowe 44 godziny negocjacji nie przyniosły przełomu, jak zdarzało się podczas poprzednich konferencji.

Szczyt poniósł bezdyskusyjną porażkę – nie uzgodniono praktycznie żadnej z palących kwestii, na czele z nowymi zasadami handlu emisjami gazów cieplarnianych.

„Uczestniczę w negocjacjach klimatycznych od momentu ich rozpoczęcia w 1991 roku. Ale nigdy nie widziałem prawie całkowitej przepaści, jak tutaj na COP25, między tym, czego wymaga nauka, a działaniami uzgodnionymi podczas negocjacji” – powiedział Alden Meyer, dyrektor ds. polityki i strategii w organizacji Union of Concerned Scientists.

To, co udawało się przezwyciężyć podczas poprzednich ONZ-wskich szczytów COP (Conference of the Parties), jak choćby na szczytach w Katowicach, Paryżu, czy Dausze, tym razem okazało się nie do pokonania.

Podziały między bogatymi a biednymi krajami, a także między dużymi emitentami a państwami najbardziej narażonymi na skutki zmian klimatycznych okazały się zbyt głębokie i zaważyły na porażce w Madrycie.

Porażka, a czasu coraz mniej

Po zakończeniu COP25 dominują komentarze wyrażające rozczarowanie lub oceniające konferencję wprost jako klęskę. Tym większą, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy – od szczytu zorganizowanego przez Polskę w Katowicach – seria raportów naukowych dobitnie pokazała, że czasu na uniknięcie katastrofalnego ocieplenia klimatu mamy coraz mniej.

Nauka mówi jednoznacznie: ciągłe emisje gazów cieplarnianych – głównie dwutlenku węgla – do atmosfery podgrzały już Ziemię o około 1°C w stosunku do czasów sprzed rewolucji przemysłowej.

Aktualne prognozy wzrostu emisji spowodują ocieplenie o 3°C lub nawet powyżej 4°C do końca XXI w., a więc już za życia dzieci wielu decydentów odpowiedzialnych za brak ambicji w sprawie klimatu.

Emisje napędzające globalne ocieplenie wzrosną w tym roku o 0,6 proc. Od 2015 roku wzrosły o 4 proc. a od roku 1990 – o 62 proc.

Do 2030 r. na świecie wyprodukowanych – i spalonych – zostanie aż 120 proc. więcej paliw kopalnych niż w scenariuszu ograniczenia ocieplenia do 1,5°C, czyli głównego celu Porozumienia Paryskiego z 2015 roku.

Przy obecnym tempie konsumpcji paliw kopalnych, budżet węglowy Ziemi – czyli ilość węgla, ropy i gazu, jakie możemy spalić zanim ograniczenie wzrostu temperatury do 1,5°C stanie się niemożliwe do osiągnięcia – skończy się za około 10 lat.

Czego nie uzgodniono

Niestety, nauka okazała się bezsilna wobec lokalnej polityki. Ta udowodniła zresztą swój prymat nad zbiorowym wysiłkiem ludzkości co najmniej trzykrotnie przed madryckim szczytem. Najpierw organizacji odmówiła Brazylia, następnie przeprowadzkę do Madrytu wymusiły masowe protesty w Chile. Po drodze z Porozumienia Paryskiego wystąpiły Stany Zjednoczone.

„Zachęcone wycofaniem się USA i rosnącymi nacjonalizmami, Brazylia, Australia i Arabia Saudyjska, broniły luk [w starym systemie redukcji emisji, tzw. Protokole z Kyoto] i sprzeciwiały się zobowiązaniom do wzmocnienia działań na rzecz klimatu. Inni duzi emitenci, tacy jak Chiny i Indie, nalegali na zapewnienie finansowania [adaptacji do zmian klimatycznych] obiecanego przez bogate kraje do 2020 roku jako warunku wstępnego jakiejkolwiek dyskusji na temat podwyższenia ich obecnych celów redukcji emisji” – pisze Chloé Farand z portalu Climate Home News.

Rynek handlu emisjami nie do przeskoczenia

Oczekiwania przed Madrytem były zgoła inne. Gdy rok temu minister Michał Kurtyka ogłaszał wynegocjowanie tzw. zasad katowickich, czyli zasad wprowadzających w życie Porozumienie Paryskie, na kolejny COP odłożono zasady organizacji rynku handlu emisjami.

W atmosferze uzasadnionego entuzjazmu po osiągnięciu większości innych celów, wydawało się wówczas, że kwestia dogadania się w tej jednej ważnej sprawie będzie stosunkowo prosta.

„Przesuwamy się od negocjacji skomplikowanych i ogromnych pakietów jak Porozumienie Paryskie i zadajemy sobie pytanie: co jeszcze możemy zrobić? W tym sensie może to być łatwiejszy COP. Ale pojawia się inne wyzwanie – jak przejść do konkretnych działań w prawdziwym świecie. Jak przejść od negocjowania tekstów porozumień do współpracy, implementacji i przede wszystkim zwiększenia ambicji” – mówił OKO Press w dniu rozpoczęciu szczytu COP25 Paul Watkinson, przewodniczący Pomocniczego Organu ds. Doradztwa Naukowego i Technicznego (SBSTA), jednego z ciał szczytu klimatycznego oferującego stronom merytoryczną pomoc w czasie negocjacji.

Tymczasem w Madrycie nowe zasady handlu emisjami odłożono do kolejnej rundy negocjacji w ramach tzw. intersession zaplanowanej na lipiec w Bonn i na COP26, który odbędzie się między 9 a 20 listopada przyszłego roku w Glasgow. Być może już w niepodległej Szkocji.

Brazylia nadaje ton, zły ton

Głównym problem w negocjowaniu nowych zasad handlu emisjami była – podobnie jak rok temu w Katowicach – postawa Brazylii wspieranej m.in. Indie i Australię. Kraj dżungli amazońskiej chce wliczać redukcje z pochłaniania CO2 przez „płuca Ziemi” do swoich celów w ramach Porozumienia Paryskiego.

Jednocześnie chce zarabiać na sprzedaży praw do tej redukcji za granicę. Efekt jest taki, że emisje w rzeczywistości redukuje jeden kraj, a w oficjalnych sprawozdaniach – kolejne, często nie podejmujące żadnych realnych wysiłków.

W slangu polityki klimatycznej nazywa się to „podwójnym liczeniem” (double counting). W istocie jest to fałszowanie poziomu redukcji i tolerowanie tego oszustwa uniemożliwi osiągnięcie celów Porozumienia Paryskiego. W tym oskarżycielskim tonie pod koniec COP25 wypowiedziało się 31 tak różnych państw, jak Kostaryka, Francja, lub Nowa Zelandia.

Szczyt w Glasgow nie rokuje

Przeniesienie dyskusji o handlu emisjami na kolejny COP to poważny problem. Szczyt w Glasgow miał być poświęcony przyspieszeniu redukcji światowej emisji gazów cieplarnianych, co samo w sobie jest jednym z najbardziej kontrowersyjnych tematów negocjacji.

Dołożenie do tego kolejnej rundy rozmów na temat „oszustwa podwójnego liczenia” to zła wróżba dla kolejnego szczytu na rok przed jego rozpoczęciem.

Porażką zakończyły się negocjacje dotyczące z pozoru czysto technicznych i niekontrowersyjnych kwestii, jak ujednolicenie ram czasowych – 5 lub 10 lat – dla planów redukcji emisji, do których zobowiązują się kraje w ramach Porozumienia Paryskiego.

Państwa nie uzgodniły również kwestii standardu przeliczania wpływu emisji gazów cieplarnianych na klimat, czyli – w uproszczeniu – przyjęcia jako miernika GWP (global warming potential, współczynnik globalnego ocieplenia) bądź GTP (global temperature potential, współczynnik globalnych zmian temperatury). GWP jest miarą ciepła pochłoniętego w danym okresie z powodu emisji gazu, GTP jest miarą zmiany temperatury na koniec tego okresu.

Umiarkowane sukcesy

COP25 odniósł de facto dwa umiarkowane sukcesy. Po pierwsze, dokonano przeglądu tzw. mechanizmu loss and damage, czyli systemu określającego, jakie państwa i kiedy mogą liczyć na pomoc w przypadku strat i szkód związanych ze skutkami zmian klimatu, np. ekstremalnych zjawisk pogodowych.

Niestety dla krajów najbardziej narażonych, ów “sukces” oznacza tyle, że zgodzono się na dalsze prace nad wdrożeniem systemu.

Z mechanizmem szkód i strat ściśle powiązana jest kwestia finansowania pomocy. COP25 wezwał do zwiększenia skali wsparcia ze strony krajów rozwiniętych i innych, które są w stanie to zrobić, a także organizacji prywatnych i pozarządowych, funduszy i innych zainteresowanych stron.

„Jednak realnie na razie tylko tzw. Green Climate Fund (GCF) będzie zapewniał fundusze na pokrycie strat i szkód w ramach tego mechanizmu. Dyskusja o zarządzaniu w tym segmencie działań została przesunięta na przyszły rok” – mówi Magda Sikorska z Europejskiej Fundacji Klimatycznej.

Drugi umiarkowany sukces to wzmocnienie tekstu na temat konieczności pilnego działania, bezpośrednio wskazujący na tzw. lukę w emisjach, czyli między aktualnymi planami redukcji emisji, a ich efektem – w tej chwili dalece niewystarczającym do spełnienia postanowień Porozumienia Paryskiego.

Ostateczny tekst tzw. decyzji COP25 – czyli dokumentu końcowego szczytu – podkreśla „pilną potrzebę zwiększenia ambicji w celu zapewnienia jak największych wysiłków wszystkich stron w zakresie łagodzenia zmiany klimatu i dostosowania się do niej”.

Jak zauważają eksperci, brakuje w nim jednak jasnego odniesienia do roku 2020, w którym owe ambicje powinny zostać zwiększone. Utrudni to rozmowy podczas COP26 w Glasgow.

UE nadzieją? Bez Polski

Przepychanki na COP25 uwidoczniły znaczny rozziew między rosnącym oddolnie ruchem protestów przeciwko apatii lub wręcz złej woli polityków w sprawie kryzysu klimatycznego, a realnymi osiągnięciami rządów.

Rozczarowujący szczyt w Madrycie oznacza, że przed organizatorami kolejnego COP – Wielką Brytanią i wspierającymi ją Włochami – wyjątkowo ciężkie zadanie, aby zachęcić głównych emitentów gazów cieplarnianych do podniesienia klimatycznych ambicji.

Nadzieję daje Nowy Zielony Ład w UE i podjęte – na razie bez Polski – na ostatniej Radzie Europejskiej zobowiązanie osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050. Rośnie też liczba krajów deklarujących przedstawienie wyższych celów klimatycznych w 2020 roku oraz szybki wzrost liczby przedsiębiorstw i inwestorów odchodzących od kopalin.

Londyn i Rzym będą musiały w pełni wykorzystać swoje arsenały dyplomatyczne gospodarcze i finansowe, aby w 2020 roku podołać negocjacjom. Pilnie obserwowany będzie także szczyt UE-Chiny w Lipsku we wrześniu przyszłego roku, na którym Bruksela i Pekin będą mogły wspólnie przedstawić swoje nowe plany klimatyczne.

„Kończy się czas gdy możemy jeszcze przeciwdziałać katastrofie klimatycznej. Coraz więcej ludzi na całym świecie oczekuje od polityków aktywnego działania w tej sprawie. COP w Madrycie kończy się porażką i pokazuje, że wciąż nie ma woli politycznej, by podjąć solidarnie działania na rzecz redukcji emisji gazów cieplarnianych.

Przyszły rok będzie wymagał ogromnych wysiłków od wszystkich – przed kolejnym szczytem wszyscy muszą zrewidować swoje podejście i naprawdę pokazać, że rozumieją zagrożenie i są w stanie działać” – mówi dr Paulina Sobiesiak-Penszko, kierowniczka Programu Zrównoważonego Rozwoju i Kryzysu Klimatycznego w Instytucie Spraw Publicznych.

OKO.press sprawdza, czy politycy ratują świat przed katastrofą klimatyczną.
Wesprzyj nas, też chcemy przeżyć.

Stały współpracownik OKO.press oraz różnych mediów anglojęzycznych, m. in. Politico Europe. Pisze głównie na tematy związane z kryzysem klimatycznym, energią i ochroną środowiska. Twitter: https://twitter.com/WojciechKosc


Komentarze

      • Momo Olejnik

        Dlatego jest szansa, że młodzi uratują przyszłość. Tylko że jak tak dalej pójdzie, to młodzi przejmą władzę w brutalny i krwawy sposób, bo starsze pokolenia chcą ich pozbawić przyszłości, jeszcze śmiejąc im się w twarz. Aż w końcu młodzi wezmą sprawy w swoje ręce, bo obecni władcy po prostu zwariowali.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press