0:00
Prawa autorskie: Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.plFot. Jakub Orzechows...
31 grudnia 2022

Czarnek zapowiada zwolnienia 100 tys. nauczycieli. Ekspert: To kolejny sygnał demolowania edukacji

"Chciałbym najpierw zobaczyć porządnie policzone dane. Zamiast tego minister Czarnek rzuca hasło: 100 tys. nauczycieli do zwolnienia, kiedy w wielu szkołach są wakaty, a w innych jeden nauczyciel liczony jest kilkukrotnie" – mówi dr Maciej Jakubowski, szef Evidence Institute

Wydrukuj

Przemysław Czarnek, minister edukacji i nauki, kilka dni temu na antenie Radia ZET zapowiedział masowe zwolnienia w szkolnictwie. Sprecyzował, że zwolnionych będzie ok. 100 tys. nauczycieli, w perspektywie 2-3 lat. "W 2023 roku jeszcze nikogo, ale w 2024 roku część" - mówił.

O komentarz do słów ministra poprosiliśmy dr. Macieja Jakubowskiego, prezesa Fundacji Evidence Institute, zajmującej się badaniami oświatowymi.

Sebastian Klauziński OKO.press: Minister edukacji Przemysław Czarnek zapowiedział, że w perspektywie dwóch, trzech lat trzeba będzie zwolnić około 100 tysięcy nauczycieli, czyli ok. jedną siódmą nauczycieli w Polsce. Jak pan ocenia te słowa?

Dr Maciej Jakubowski, prezes Evidence Institute: Jak wszelkie tego typu wypowiedzi, jeśli nie są poparte dokładnymi danymi i analizami, mają przede wszystkim cel polityczny. W tym przypadku, jak sądzę, chodzi o przestraszenie nauczycieli. Minister nie zatrudnia i nie zwalnia nauczycieli. Samorządy to robią.

Obecnie roczniki są dosyć stabilne, nie ma aż takiego spadku liczby uczniów, żeby mówić o tak dużych zwolnieniach.

Argument ministra był taki, że „wchodzi potężny niż demograficzny, zwłaszcza do szkół średnich”.

Jeśli chodzi o licea, to argument jest nietrafiony. W ogóle proste przekładanie liczby nauczycieli na liczbę uczniów świadczy o tym, że zupełnie nie rozumie się tego, jak wygląda system szkolnictwa w Polsce.

No to słucham.

Przede wszystkim

zupełnie inaczej szkoły i warunki pracy nauczycieli wyglądają w dużych miastach, a inaczej w wiejskich gminach.

Dyskusje o liczbie uczniów, liczbie nauczycieli, wielkości klas – one się opierają najczęściej na własnych doświadczeniach ludzi, którzy mieszkają w dużych osiedlach największych miast. Tam rzeczywiście szkoły i klasy są przepełnione.

Niby mamy dużo nauczycieli, ale np. w Warszawie jest parę tysięcy wakatów. De facto pewnie więcej, tylko to ukryte wakaty, bo np. nauczyciele fizyki albo biologii uczą matematyki. W dużych miastach zawód nauczyciela nie jest atrakcyjny, szczególnie dla młodych.

Ale…?

...ale to nie jest rzeczywistość wszystkich polskich szkół. Zupełnie inna sytuacja jest na terenach wiejskich. Przeciętna podstawówka jest mała i w porównaniu z innymi krajami stosunek liczby nauczycieli do uczniów jest duży. W dodatku pensje są relatywnie atrakcyjne, ma pan też mniejsze klasy. W gminach wiejskich nauczycieli raczej nie brakuje.

Na wsi kluczowa jest struktura sieci szkolnej, którą ten sam rząd zaburzył likwidując gimnazja. Struktura była budowana pod gimnazja, które powstały w czasach niżu demograficznego. Wtedy masowo zamykano małe szkoły, a gimnazja jako większe szkoły zbiorcze dawały szansę na podniesienie jakości, a przy okazji poprawienie efektywności.

Powrót do 8-letnich szkół podstawowych, to wzmocnienie sieci małych szkół wiejskich. I tam też jest dużo nauczycieli, bo nie ważne, czy jest tam 10 czy 15 dzieci, nauczyciele muszą być.

Jak kogoś stać na utrzymanie małej wiejskiej szkoły, to OK, ale z reguły są to bardzo drogie szkoły. Jeśli chcemy to zrobić bardziej ekonomicznie, to szkoły powinny być większe i wiele samorządów tak robiło. Były do tego zachęty, teraz troszkę zmalały, bo 8 klas łatwiej utrzymać niż 6.

Inna kwestia to rozkład przedmiotów, np. ułamki etatów dla nauczycieli, którzy muszą jeździć po kilku szkołach, żeby wyrobić cały etat. Nie mają tylu lekcji. Często ci nauczyciele liczeni są osobno i tak powstaje złudzenie dużej liczby nauczycieli. Chciałbym zobaczyć porządnie policzone dane, pokazujące, ilu nauczycieli pracuje w systemie i na jakiej liczbie etatów. Niestety,

zamiast takiej analizy mamy hasło "100 tys. nauczycieli do zwolnienia", kiedy w wielu miejscach są wakaty, a w innych jeden nauczyciel liczony jest kilkukrotnie.

Jeśli już mówimy, że gdzieś jest za dużo nauczycieli, to są to małe szkoły w wiejskich gminach. Tam jest najwięcej nauczycieli na jednego ucznia. Ale to też nie oznacza, że od razu trzeba tych nauczycieli zwalniać. Można wykorzystać ich inaczej.

Jak?

Przede wszystkim, jak już mówiłem, spadki liczby uczniów nie są drastyczne, nauczyciele po prostu będą mieli, powiedzmy, 17 zamiast 20 uczniów w klasie. A jeśli nie byłoby faktycznie miejsc na zwykłych etatach, to moglibyśmy wykorzystać ich na innych odcinkach:

przy rozbudowywaniu sieci przedszkoli, wsparciu uczniów ze specjalnymi potrzebami, wsparciu uczniów z Ukrainy – to są obszary, gdzie nauczycieli brakuje.

Wiem, że ministra Czarnka pewnie bardziej obchodzi zbawienie, ale na jego miejscu zająłbym się tym, co zrobić, by nauczyciele matematyki nie uciekali ze szkół. Żeby młodzi ludzie z pasją przychodzili do tego zawodu, który jest kluczowy dla naszej przyszłości. Młodzi nauczyciele masowo odchodzą z zawodu i średnia wieku pedagogów w polskich szkołach należy do najwyższych w krajach EU.

Przeczytaj także:

Załóżmy, że minister jednak nie straszy, a do zwolnień faktycznie dojdzie. Jego zdaniem trzeba wrócić do dyskusji m.in. o wcześniejszych emeryturach dla nauczycieli.

Nic mnie bardziej nie denerwuje jak pomysł, żeby ludzie mniej pracowali. W sytuacji, kiedy mamy starzejące się społeczeństwo, mówienie, że przesuniemy 100 tys. osób na emerytury to szaleństwo.

Myślę jednak, że ministrowi tak naprawdę chodzi po prostu o jego stary pomysł, czyli o podniesienie pensum nauczycielskiego.

To byłby dobry czy zły pomysł?

To skomplikowane. Panuje mit, że nauczyciele mają 18-godzinowe pensum, tzn., że tyle godzin pracują tygodniowo. Nauczyciele średnio pracują więcej niż 18 godzin. I nie dostają za to właściwie dodatkowych pieniędzy. To znaczy dostają na papierze, ale w praktyce, jeśli wszyscy nauczyciele w samorządzie pracują np. 22 godziny – a prośby o te cztery dodatkowe godziny nie mają prawa odmówić dyrektorowi – to wtedy osiągają średnio takie same wynagrodzenia jak w gminie gdzie pracują 18 godzin. To powinno być zorganizowane bardziej sprawiedliwie.

Jeśli mamy mieć mniej nauczycieli i większe pensum, to niech ich zarobki znacząco wzrosną, żeby to był zawód prestiżowy, ściągający pasjonatów, którzy zadbają o nasze dzieci i przyszłość kraju.

Na ten moment wydajemy na oświatę mało, a mówienie, że szykują się zwolnienia, jest kolejnym sygnałem po zdemolowaniu dobrze funkcjonującego systemu edukacji, że w oświacie dobrze już było.

Udostępnij:

Sebastian Klauziński

Dziennikarz zespołu śledczego. Pracował w „Gazecie Wyborczej” i „Newsweeku”. Od 2018 roku w OKO.press. Finalista Nagrody Radia ZET oraz Nagrody im. Dariusza Fikusa za cykl tekstów o “Układzie wrocławskim”. Trzykrotnie nominowany do nagrody Grand Press.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne