0:00
Prawa autorskie: Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.plJakub Orzechowski / ...
14 kwietnia 2022

Czarnowidztwo czy realizm? "Jeśli nadejdzie kolejna fala COVID-19, w Polsce znów będzie wysoka"

Lek. Bartosz Fiałek: "Jeżeli kończymy testowanie, nie rehabilitujemy chorych z long COVID, mówimy, że choroba jest jak grypa, czyli odstręczamy ludzi od szczepień, to co wydarzy się za kilka miesięcy, w sytuacji, gdy wirus przez cały czas krąży w społeczeństwie i mutuje?"

Wydrukuj

Sławomir Zagórski, OKO.press. Kilka dni temu napisałeś na Twitterze: „Z powodu choroby, której nie ma, zmarło wczoraj w Polsce 77 osób”.

Lek. Bartosz Fiałek*: Niestety, z powodu COVID-19 umiera wciąż wielu obywateli i obywatelek Polski. Tymczasem władze uznają, że choroba ta nie zasługuje już na specjalną uwagę ze strony państwa. Gdy umierały jedna, dwie, pięć osób na początku pandemii, przed dwoma laty, było o tym nieprawdopodobnie głośno. A teraz przechodzimy do porządku dziennego nad kilkudziesięcioma zgonami dziennie. I to - niby - podczas pozornego wyciszenia się nowego koronawirusa. To bardzo niekonsekwentne podejście.

W ubiegłym tygodniu notowano 77, 64, 58 śmiertelnych przypadków.

Co więcej ich liczba istotnie wcale nie maleje. W poniedziałek, 11 kwietnia, odnotowano 61 zgonów, następnego dnia 40. W środę, 13 kwietnia 39. Ta średnia tygodniowa jest rzeczywiście bardzo wysoka w porównaniu do innych krajów i w porównaniu do tego, co - w mojej ocenie - moglibyśmy zaakceptować.

Bo tak naprawdę wszystko sprowadza się do pytania, na jaką liczbę zgonów możemy obecnie przystać. Świat w tej chwili mówi podobnie. Po dwóch latach wszyscy chcą wrócić do normalności, tyle że nikt tej normalności nie zdefiniował. Nikt nie powiedział, czy normalnością będzie jeden zgon na tysiąc, na sto tysięcy, czy na milion mieszkańców.

Moim zdaniem kilkadziesiąt zgonów w ciągu doby to jednak zdecydowanie zbyt wiele, żeby można było przejść do porządku dziennego nad tą chorobą.

A my doszliśmy do momentu, w którym NFZ, choć należy uznać, że przede wszystkim za pośrednictwem Ministerstwa Zdrowia, nie chce rozpoznawać tej choroby. Innymi słowy, wszystko wskazuje na to, że urzędnicy uznali, że jej nie ma.

Chyba trochę przesadzasz. To nie jest tak, że choroby nie ma. Ona widnieje w spisie schorzeń, tylko nasz rząd ogłosił koniec pandemii. W rezultacie COVID został uznany za taką samą chorobę jak np. grypa.

Zgoda. Zauważ też, że nikt z rządzących nie ogłosił explicite końca pandemii. Natomiast decyzje, jakie ostatnio podjęto, a także wypowiedzi, jakie towarzyszyły ich wprowadzaniu, jednoznacznie wskazują, że COVID-19 to dziś wyłącznie jedna z wielu chorób zakaźnych, które się w Polsce rozprzestrzeniają, a nie taka, nad którą trzeba by się jakoś szczególnie pochylać.

Moim zdaniem to nieuprawniona decyzja.

W pytaniu wspomniałeś grypę. No więc w całym sezonie epidemicznym 2019/2020 trwającym ponad rok, czyli od września 2019 do grudnia 2020, według danych NIZP-PZH, zmarło w Polsce 65 osób.

A – jak doskonale wiesz i powiedziałem o tym wcześniej – tylko w ciągu jednej doby na początku tego tygodnia z powodu COVID straciło życie 61 osób.

Uważasz więc, że władze powinny czekać ze swoimi decyzjami przynajmniej do momentu, kiedy tych zgonów covidowych prawie, ewentualnie w ogóle, nie ma?

Liczba zgonów to jedna sprawa. A druga to tzw. potencjał pandemiczny, a więc potencjalna możliwość danego patogenu do wywołania kolejnej, następnej pandemii. Podobnie dotyczy to wirusów grypy.

Grypa zagraża nam rokrocznie, choć co jakiś czas zdarzają się szczególne „wyskoki”, takie jak grypa Hongkong, azjatycka, nie wspominając już o hiszpance. Wydaje się, że z COVID-19 może być podobnie. To znaczy, że w ostateczności, a zatem już pewnie niedługo, choroba ta występować będzie endemicznie, ale zachowa „zęby” pandemicznego potencjału. Niewykluczone, że SARS-CoV-2 zmutuje za kilka lat w takim kierunku, iż stanie się przyczyną bardzo groźnej choroby, prowadzącą w wielu wypadkach do śmierci.

Pytasz jaką liczbę zgonów powinniśmy aktualnie zaakceptować. Dla mnie taką liczbą jest zero lub - w najgorszym wypadku poniżej 10 - i to każdego dnia, przez miesiąc.

W takiej sytuacji moglibyśmy znacznie, albo wręcz całkowicie, poluzować korzystanie z narzędzi, które pozwalają nam na kontrolowanie przebiegu epidemii COVID-19 w Polsce. I wtedy rzeczywiście moglibyśmy spróbować żyć zupełnie normalnie.

Ale uważam, że powinniśmy być nadal przygotowani na nową falę epidemiczną choroby zakaźnej. Chociażby tak, jak przygotowani są Azjaci, którzy notują w ostatnim czasie wystąpienie epidemii co ok. 10 lat, i reagują w sposób szybki oraz adekwatny.

A zatem w całej puli chorób zakaźnych są takie, którymi wprawdzie zakażamy się nawzajem, ale nie są one w stanie wywołać pandemii. I takie – jak COVID-19 czy grypa - które to potrafią.

Dokładnie.

Swego czasu opublikowano listę wirusów, które prezentują zdolność do wywołania pandemii. Znalazło się na niej 50 drobnoustrojów, z czego aż 30 stanowiły koronawirusy. Dlatego uważam, że wirusy z tej właśnie rodziny powinny być traktowane - może nie tyle niezwykle - ale jednak należy opatrzyć je „gwiazdką” w kontekście zagrożenia epidemicznego.

Znamy wiele chorób zakaźnych, które ani nie generują istotnego ryzyka zgonu, ani nie są w stanie wywołać paraliżu systemu opieki zdrowotnej z powodu bardzo dużej liczby pacjentów trafiających do szpitali. Mam na myśli endemicznie (czyli na określonym obszarze) występujące adenowirusy wywołujące przeziębienie, czy norowirusy, które powodują tzw. grypę żołądkową. Stąd wiemy, że te choroby nie zagrażają społeczeństwu pod względem bezpośredniego wpływu na bezpieczeństwo zdrowotne, a tymczasem COVID-19 to uczynił.

W związku z tym decyzje władz o „zwykłym” traktowaniu COVID-19 były co najmniej przedwczesne?

Zdecydowanie.

Jakie konkretnie decyzje masz na myśli?

Przede wszystkim tę o poważnym ograniczeniu liczby wykonywanych testów na obecność zakażenia SARS-CoV-2. Jeśli nie testujemy – no bo jak nazwać wykonywanie kilkunastu tys. testów dziennie w blisko 40 mln kraju? [12 kwietnia wykonano ich 16,8 tys.] – to tym samym nie rozpoznajemy choroby, a przy okazji pokazujemy społeczeństwu, że zagrożenie daną chorobą nie istnieje.

Nie testujemy, wiec nie wykrywamy. Zamiast mierzyć gorączkę, tłuczemy termometr.

No właśnie. Pozornie czujemy się bezpiecznie w sytuacji, w której ten wirus wcale nie zniknął. W Niemczech i Francji obserwowano doby, podczas których wykrywano ostatnio ponad 100 tys. przypadków, a we Włoszech - ponad 60 tys.

W Europie Zachodniej i Północnej pojawił się nowy, "super zakaźny" subwariant BA.2, a w Polsce zaprzestaliśmy finansowania ze specjalnej puli, genetycznych testów na obecność SARS-CoV-2 np. w takich placówkach jak moja, czyli w szpitalu. Zniknęły powszechne punkty pobrań. W efekcie wykrywamy mało przypadków choroby. W następstwie ludzie czują się bezpiecznie, a wirus spokojnie sobie krąży w środowisku i mutuje.

Jak dziś wygląda wykonywanie testów w szpitalu? Rozumiem, że można je dalej robić, tylko rząd już za to nie płaci ze specjalnych funduszy covidowych. Przerzuca koszty na szpitale, które przecież nie śmierdzą groszem.

Jeszcze większym problemem aniżeli testowanie za własne pieniądze, których szpital nie ma, jest to, że Rzecznik Praw Pacjenta, wskazał jednoznacznie, że niezgodne z prawem jest wymaganie negatywnego testu w kierunku SARS-CoV-2 lub uzależnianie udzielenia świadczenia, w tym przyjęcia pacjenta do: poradni lub szpitala (w trybie planowym albo nagłym), ośrodka rehabilitacji, uzdrowiska czy sanatorium.

Co to znaczy?

Ano tyle, że jeżeli pacjent ma zostać przyjęty, to w ogóle nie ma sensu wykonywać mu testu, bo niezależnie od wyniku i tak szpital powinien mu udzielić świadczeń.

Do tej pory było tak, że jeżeli pacjent trafiał pilnie, w stanie bezpośredniego zagrożenia zdrowia lub życia, w każdym przypadku stabilizowaliśmy jego stan kliniczny, a następnie ocenialiśmy, czy przyczyną jest COVID-19. Natomiast planowi pacjenci byli zobowiązani do przedstawienia negatywnego wyniku świeżo wykonanego testu lub wykonywaliśmy test w oddziale i od jego wyniku uzależnialiśmy odpowiednie postępowanie, w tym odroczenia hospitalizacji w przypadku braku nagłych do niej wskazań. Teraz tak zrobić nie możemy.

Przecież to ogromne zagrożenie dla innych pacjentów.

Prawda? Ale wyobraź sobie, że dziś już nawet Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych rekomenduje, żeby nie testować osób bezobjawowych.

A przecież nikt na świecie nie jest w stanie, „na oko”, ocenić statusu epidemiologicznego danego pacjenta.

Pociesze cię, że u nas w szpitalu większość oddziałów jednak w dalszym ciągu testuje chorych przed przyjęciem, a dopiero później - w razie wyniku pozytywnego - będziemy się martwić, gdzie znaleźć dla niego izolowane miejsce.

Robicie szybkie i tanie testy antygenowe?

Tak. Postępowaliśmy tak od dłuższego czasu. Na te chwilę dysponujemy jeszcze zapasami.

Zdarzył ci się już pacjent, który odmówił wykonania testu, powołując się na Rzecznika Praw Pacjenta?

Na szczęście nie.

A wykryłeś już wirusa u któregoś z chorych zgłaszających się na planowy pobyt?

Nie szczęście też nie.

To są na tyle świeże przepisy [wdrożone 1 kwietnia 2022], że dotychczas tych pacjentów było niewielu i u wszystkich wynik testu był negatywny.

Ale jeżeli wykryłbym obecność wirusa i nie miałbym dla takiej osoby izolatki, to na pewno bym z nią porozmawiał. I powiedział, że oczywiście chętnie ją przyjmę, natomiast musi mieć świadomość, że leżą u nas również tzw. pacjenci immunoniekompetentni, czyli np. przyjmujący leki immunosupresyjne lub mający choroby upośledzające funkcjonowanie układu odpornościowego. I jeśli – a to niewykluczone – doszłoby do zakażenia takiego chorego, to przebieg COVID-19 u niego może doprowadzić nawet do śmierci.

Mam świadomość, że jeśli z powodu dodatniego wyniku testu na obecność zakażenia SARS-CoV-2 nie przyjmę chorego do szpitala na planowe świadczenie zdrowotne, taki ktoś może napisać skargę do Rzecznika Praw Pacjenta, a w efekcie szpital zapłaci karę. Jednak do końca wykonywania zawodu lekarza wierny będę zasadzie: primum non nocere.

Jakie jeszcze przedwczesne decyzje podjął rząd?

Druga bardzo niekorzystna decyzja, poza tą dotyczącą testów, to mocne ograniczenie, a praktycznie likwidacja, tzw. rehabilitacji pocovidowej. Od 4 kwietnia nie wolno nam kierować na nią pacjentów, a od 1 lipca już nikt na turnus takiej terapii nie pojedzie. Instytucje zarządcze tłumaczą, że można dalej kierować na rehabilitację pneumologiczną, ogólnoustrojową, neurologiczną i kardiologiczną. Natomiast trzeba mieć świadomość, że rehabilitacja pocovidowa była rehabilitacją szczególnie ukierunkowaną, holistyczną. Trochę inaczej przebiegającą pod względem zabiegowym, realizowano inny profil badań, zwyczajnie ten proces przebiegał inaczej.

Dla mnie to zupełnie niezrozumiałe. Biorąc pod uwagę, jak dużo osób choruje na long COVID, tj. cierpi z powodu objawów, które utrzymują się po aktywnym zakażeniu SARS-CoV-2 i nie ustąpiły w ciągu 3 miesięcy po jego zakończeniu, pozbawienie tych ludzi dostępu do tej szczególnej rehabilitacji, jest w mojej ocenie nieuprawnione.

To tak, jakby władze uznały, że long COVID nie występuje. Tymczasem ta choroba istnieje, z szacunków dotyka kilkaset tysięcy osób w Polsce. Skoro odnotowaliśmy w kraju ponad 2 mln zakażeń nowym koronawirusem, a z powodu long COVID cierpi statystycznie od 10 do nawet 30 proc. osób zakażonych SARS-CoV-2, to znaczy, że borykało lub boryka się z tym schorzeniem kilkaset tysięcy Polek i Polaków. Ludzie często nie mogą z tego powodu wrócić do pracy, do normalnego, codziennego funkcjonowania, a skoro teraz uniemożliwia się im dostęp do szczególnej, specyficznej rehabilitacji, to co oni mają robić?

Jestem pewien, że za tymi dwoma posunięciami - tj. wstrzymaniem płacenia za testy i zablokowaniem rehabilitacji - stoją pieniądze.

Bez wątpienia. I z punktu widzenia czysto ekonomicznego to całkiem zrozumiałe, natomiast z punktu widzenia medycznego, to kompletnie antyzdrowotne posunięcie.

Ale nawet z punktu widzenia ekonomii, jeżeli z powodu long COVID ludzie nie mogą wrócić do pracy, tylko siedzą na L4, to państwu na dłuższą metę się to nie opłaca.

Zgoda. Tylko, że obecnie polskie władze patrzą na rozwiązania na ogół bardzo krótkoterminowo. Chcemy szybko na czymś zaoszczędzić, nie rozpatrując tego w odrobinie dłuższej perspektywie. Liczą się krótkie wyniki - manipulacje, a nie długotrwałe sukcesy, które być może przypadną na rządy opozycjonistów.

Warto jeszcze dodać, że ta szczególna – jak mówiłem – rehabilitacja pocovidowa ma charakter wielowymiarowy. Obejmuje nie tylko rehabilitację pulmonologiczną czy kardiologiczną, ale również opiekę fizjoterapeuty, psychologa.

Rząd jednak doszedł do wniosku, że to już jest fanaberia.

Niestety. Ja widzę tych ludzi także u siebie w gabinecie. Przychodzą do poradni reumatologicznej, w której leczę ich już od dłuższego czasu. W pewnym momencie zapadli na COVID-19 i od tego czasu zgłaszają nie tylko objawy z zakresu stricte reumatologicznego, ale i inne, nowe.

O jakim nowym objawie mówisz?

Najczęściej chodzi o przewlekłe zmęczenie. Pacjenci podają, że nie mają na nic siły. Niektórzy skarżą się, że gorzej tolerują wysiłek fizyczny, mają duszność wysiłkową.

Poza tym, że leczę u tych pacjentów jednostkę czysto reumatyczną to wiem, że powinni także odbyć rehabilitację pocovidową. Ale ja już nie mogę ich na nią skierować.

Dostrzegam jeszcze jedno niebezpieczeństwo związane z „końcem pandemii”. Mam na myśli szczepienia przeciw COVID. Choćby wzięcie 3. dawki. No bo po co się szczepić, skoro niebezpieczeństwo minęło? Jak teraz ludzi do tego zachęcać?

Niestety, masz rację. Obserwuję to na co dzień. Rozmawiam z koleżankami i kolegami, pracującymi w punktach szczepień i mówią o ogromnym spadku zainteresowania szczepieniami przeciw COVID-19 w stosunku do tego, co działo się np. 3 miesiące temu.

Masz na myśli trzecią dawkę szczepionki?

Nie tylko. Trzy miesiące temu, gdy pojawił się wariant Omikron, niektórzy przychodzili także po pierwszą dawkę, ponieważ się zwyczajnie przestraszyli. W myśl zasady, że nigdy nie jest za późno, żeby rozpocząć cykl szczepień. A więc do punktów zgłaszali się ludzie po pierwszą, drugą, ale i wreszcie trzecią dawkę. A teraz praktycznie nie widzimy żadnej z tych grup. Szczepiący przyjmują niekiedy osoby, które zaczynają się szczepić i pojedyncze, które przychodzą po boostera, czyli dawkę przypominającą.

Pamiętajmy, że nie ma lepszej i bezpieczniejszej ochrony przed zakażeniem SARS-CoV-2 i przed ciężkim przebiegiem COVID-19, aniżeli szczepienie ochronne. Jeżeli informacja na ten temat w Polsce ucichnie, będziemy mieli znacznie mniejszą wyszczepialność.

To najlepiej zobrazować na przykładzie nieobowiązkowego szczepienia przeciw grypie. W Polsce przed pandemią COVID-19, przeciw grypie szczepiło się kilka procent rodaków. W Holandii było to dla porównania ok. 70 proc. obywateli.

Obawiam się, że w Polsce podobnie może być także z dobrowolnymi szczepieniami przeciw COVID-19. Wszak we wspomnianej Holandii czy Portugalii i tak się szczepić będą, nawet jeśli ta choroba nie będzie zajmować pierwszych stron gazet.

Gdy słyszę, że Polacy się nie szczepią przeciw grypie, zawsze myślę, że sami medycy też tego nie robią.

To prawda. Przyznaję ze smutkiem, że w zakresie szczepień przeciw grypie pracownicy ochrony zdrowia nie dają dobrego przykładu.

Wspomniałeś o nowym wariancie koronawirusa - BA.2. Czy dotychczasowe szczepionki skutecznie przed nim bronią?

Skuteczność szczepień wobec wariantu Omikron, BA.1, i subwariantu BA.2 jest podobna. Jeśli chodzi o zjadliwość, też wydaje się, że nie różni się ona istotnie. Chociaż np. w Danii obserwuje się osoby, które trafiają do szpitali z powodu COVID-19 wywołanego subwariantem BA.2 nieco częściej niż w przypadku BA.1.

To, co rzeczywiście różni te dwie linie rozwojowe wirusa, to zakaźność. BA.2 rozprzestrzenia się o ok. 30 proc. łatwiej niż BA.1. A niektóre badania mówią o 50-proc., a nawet 80-proc. lepszej infekcyjności w porównaniu do BA.1.

Twoim zdaniem osiągnęliśmy już w kraju odporność zbiorowiskową? 56 proc. Polaków przyjęło 2 dawki szczepionki, 30 proc. skorzystało z boostera, bardzo wielu przechorowało. Ilu z nas jest nadal nieodpornych?

To bardzo trudne zagadnienie, a w gruncie rzeczy niemal niemożliwe do usankcjonowania w obecnych realiach. Sytuacja bowiem cały czas się zmienia. Osoby, które są w pełni zaszczepione, czyli te ok. 56 proc., które przyjęły 2 dawki, nie są przecież jednakowo odporne.

Niektórzy przyjęli II dawkę ponad 6 miesięcy temu i również widnieją w statystykach w pełni zaszczepionych. Tymczasem ich odporność jest już graniczna, żeby nie powiedzieć, że w kontekście ochrony przed zakażeniem wariantem Omikron SARS-CoV-2 zerowa. Jakkolwiek są nadal w kilkudziesięciu procentach chronieni przed ciężkim przebiegiem choroby, tak nie są w ogóle chronieni przed zachorowaniem na COVID-19 o łagodnym przebiegu.

Ostatnio mówiono w mediach, że seroprewalencja, czyli obecność przeciwciał przeciw SARS-CoV-2 w naszej populacji, jest mniej więcej na poziomie nawet 95 proc. Nie różnicowano tu przeciwciał uzyskanych po szczepieniu tudzież infekcji, tylko „wsadzano do jednego worka” każdego, kto miał kontakt z antygenami wirusa - sztucznie lub naturalnie.

Blisko 95 proc. obecności przeciwciał przeciw nowemu koronawirusowi w populacji to bardzo dużo, jednak należy pamiętać, że te 95 proc. osób wcale nie zaczynało ich wytwarzać w tym samym czasie. To, że mamy jeszcze wykrywalne we krwi określone przeciwciała, wcale nie znaczy, że będą nas one chroniły przed zachorowaniem lub ciężkim przebiegiem infekcji. Bo np. są osoby, które pierwszą dawkę szczepionki Pfizer-BioNTech przyjęły już w grudniu 2020, drugą w styczniu 2021 i nie zdecydowało się na trzecie ukłucie. Minęło więc ponad 13 miesięcy od drugiego zastrzyku i w obecnej sytuacji należy ich uznać za nieodpornych na zakażenie nową linią rozwojową SARS-CoV-2.

Tak samo jest z boosterem. Wiemy, że już po miesiącu po jego przyjęciu, spada miano przeciwciał neutralizujących, czyli chroniących przed „złapaniem” infekcji, a po 3 miesiącach to zmniejszenie jest istotne. Nie zanotujemy wówczas zapewne ciężkiego przebiegu choroby, ponieważ po przyjęciu trzech dawek mamy ok. 90 proc. ochrony w tym zakresie, ale ryzyko, że zachorujemy, istnieje.

Stąd u zdrowych starszych osób w USA, Wielkiej Brytanii, czy Izraelu już zaleca się przyjęcie tzw. drugiego boostera, czyli czwartej dawki, a u osób immunoniekompetentnych - piątej.

Nie jesteśmy zatem w stanie powiedzieć, ilu z nas jest rzeczywiście odpornych, a ilu nie.

Natomiast można jednoznacznie stwierdzić, że skoro mamy tylko 56 proc. w pełni zaszczepionych i tylko co trzecia osoba przyjęła boostera, to znaczy, że jesteśmy w fatalnym stanie, jeżeli chodzi o status epidemiologiczny i wysokość „społecznego muru odpornościowego” chroniącego nas przed COVID-19.

Dlatego też pokonanie go przez wirusa nie będzie żadnym problemem i jeżeli tylko nadejdzie kolejna fala zakażeń, będzie ona znów bardzo wysoka.

A może twoje wizje są zbyt czarne? Może zgony z powodu COVID-19 zaraz się skończą, a kolejna fala w ogóle nie nadejdzie?

Niewykluczone, że przez jakiś czas będziemy notować niższą liczbę infekcji, a przez to niższą liczbę hospitalizacji i zgonów z powodu choroby. Ale trzeba pamiętać, że jeżeli nie będziemy rozpoznawać choroby, to ryzykujemy, że będzie się ona rozprzestrzeniać w sposób kompletnie niekontrolowany.

Ostatnio notowaliśmy stosunkowo mało zakażeń SARS-CoV-2. Na pewno mniej, niż gdybyśmy starali się je kontrolować. Dotychczas każdy przychodzący do szpitala pacjent, również na tzw. planową hospitalizację, musiał być testowany i - w razie wyniku dodatniego - odesłany do domu albo izolowany. Z powodu obecnych wytycznych możemy nie wykryć bezobjawowych chorych, którzy również pozostają zakaźni dla otoczenia, co wpłynie na zwiększenie liczby przypadków COVID-19, zapewne niewykrytych albo wykrytych w sposób niedowartościowany.

W moim otoczeniu akurat niedawno chorowało wiele osób. I to szczepionych trzema dawkami. Sam też niedawno przez to przeszedłem.

Na dodatek ludzie chorują nie jeden raz. Pamiętaj, że wariant Omikron z powodu swojego w miarę łagodnego przebiegu w ujęciu globalnym, nie daje tak długotrwałej i silnej odpowiedzi odpornościowej i nie chroni tak dobrze, jak chociażby wariant Delta, przed reinfekcjami. Może się okazać, że przez miesiąc, dwa, trzy, będziemy chronieni. Ale co wydarzy się za pięć miesięcy?

Jeżeli teraz kończymy testowanie, nie rehabilitujemy chorych z long COVID, mówimy, że choroba jest jak grypa, czyli odstręczamy tym ludzi od szczepień, to co wydarzy się za kilka miesięcy, w sytuacji, gdy wirus przez cały czas krąży w społeczeństwie i mutuje?

Już teraz poza subwariantami BA.1, BA.2, mamy też BA.4 i BA.5, a także rekombinanty wariantu BA.1, BA.2 i Delta. Co będzie, kiedy znacznie osłabnie odpowiedź odpornościowa po przechorowaniu COVID-19 podczas fali wywołanej wariantem Omikron i pojawi się linia rozwojowa, która będzie bardziej zjadliwa?

Panuje pewien mit, na podstawie którego uważa się, że wirus zawsze mutuje w kierunku bardziej łagodnej formy, szczepu, wariantu, linii rozwojowej. Tymczasem to nieprawda i byliśmy tego świadkami również podczas obecnej pandemii. Mieliśmy najpierw podstawowy wariant, który był bardziej łagodny od wariantu Alfa, a ten był z kolei bardziej łagodny od wariantu Delta. Później pojawił się wariant Omikron, który jest łagodniejszy, ale to nie znaczy, że po nim nie pojawi się bardziej zjadliwa linia rozwojowa.

Rok temu, na wiosnę, gdy wygasła fala wywołana wariantem Alfa, też obserwowaliśmy względny spokój epidemiczny w Polsce. Ale rok temu byliśmy przez cały czas uczeni, że trzeba się szczepić, że na pewno pojawi się kolejna fala epidemiczna i mamy uważać, a także być przygotowani.

A teraz, po raz pierwszy od początku wybuchu zarazy, likwidujemy wszystkie bezpieczniki - i pod postacią zachęt do szczepień, i respektowania zasad sanitarno-epidemiologicznych. I gdy wejdziemy w falę jesienną, a najprawdopodobniej ona jednak nadejdzie, być może nawet wcześniej z racji tego, co obserwujemy obecnie na świecie, to nie będziemy tak przygotowani, jak przed rokiem. Z tego powodu czarno to widzę.

Muszę jeszcze spytać o przyjezdnych z Ukrainy. Na razie nie widzimy zmian w statystykach zachorowań czy hospitalizacji. Ale wiemy, że Ukraińcy są gorzej wyszczepieni od nas. Mamy się czego obawiać?

Na pewno jest problem, bo u nas – jak wskazałem wcześniej - dwoma dawkami zaszczepiło się ok. 56 proc, a na Ukrainie - ok. 33 proc. I gdy mieszamy się na jednym terytorium, ogólny poziom wyszczepienia się obniża. 2 mln uchodźców dodane do naszych 38 mln, obniża ten wskaźnik z 56 do ok. 54 proc.

My tego na razie nie obserwujemy, ponieważ przed chwilą zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie przeszła fala epidemiczna wywołana wariantem Omikron, więc wielu wygenerowało świeżą ochronę. Stąd ryzyko ponownych zachorowań będzie przez jakiś czas niskie, a dzięki temu nie notujemy obecnie wysokich liczb związanych z nowymi przypadkami COVID-19.

Do tego, że przechorowali naiwni immunologicznie, czyli nieszczepieni i bez wcześniejszej infekcji, to jeszcze przechorowali ci, którzy byli zaszczepieni, więc wzmocnili i wydłużyli posiadaną odporność. Doszło więc do sytuacji, w której, na tę chwilę, teren Rzeczypospolitej Polskiej jest miejscem stosunkowo odpornym przeciw COVID-19. Uważam, że to jest przyczyna, dla której obecność gorzej wyszczepionych uchodźców wojennych nie wpłynęła na statystyki.

Ale znów należy zadać pytanie - co dalej? Będziemy przecież wraz z upływającym czasem coraz mniej odporni, z mniejszym mianem przeciwciał, na dodatek słabo wyszczepieni, a z nami uchodźcy z Ukrainy, którzy są wyszczepieni jeszcze słabiej. Co będzie za 3-4 miesiące? Moim zdaniem musimy ewentualne zagrożenie epidemiczne koniecznie wyprzedzić.

Ale przecież my poza samym początkiem epidemii byliśmy zawsze spóźnieni, reagowaliśmy po czasie.

To prawda, każda nasza reakcja była spóźniona. Uważam jednak, ze zawsze musi być ten pierwszy raz, również w kontekście podjęcia po raz pierwszy, choć to będzie potencjalnie 6. fala epidemiczna, działania wyprzedzające.

Uważam, że właśnie teraz jest ten moment, żeby w dalszym ciągu kontrolować przebieg tlących się w Polsce zakażeń SARS-CoV-2 - nie rezygnować z rozpoznawania choroby, nie skracać izolacji, nie zaprzestawać stosowania zasad sanitarno-epidemiologicznych w newralgicznych miejscach.

Skracanie izolacji lub pozwalanie na samoizolację sprowadza na nas gotowy kłopot epidemiczny. Przecież wiesz, że samoizolacja w Polsce nie działa.

Niestety, często słyszę, że jak ktoś pada, to się izoluje. Ale jak na drugi dzień poczuje się lepiej, rusza do roboty.

Gdybyśmy jeszcze choć na trochę utrzymali respektowanie zasad sanitarno-epidemiologicznych!

Wiemy doskonale, że na przebieg epidemii COVID-19 ma wpływ przede wszystkim to, jak jesteśmy wyszczepieni, ale z drugiej strony to, jak i czy nosimy maseczki ochronne, czy unikamy skupisk ludzkich, porządnie wietrzymy źle wentylowane pomieszczenia, myjemy ręce i zachowujemy dystans społeczny. Do tego dodać należy kontrolowanie i śledzenie kontaktów, testowanie. Wreszcie kwarantanna osób z kontaktu i izolacja osób chorych.

To są działania na poziomie indywidualnym i społecznym, które pozwalają na kontrolowanie przebiegu COVID-19 na danym terenie. Teraz, kiedy wszystko zostało niemal odwołane, jestem pewien, że nie będziemy przygotowani na nadejście kolejnej fali.

Wcześniej byliśmy jakkolwiek przygotowani i mogliśmy stawać do walki z matką naturą. Zatraciliśmy merytorykę w wyścigu z patogenem. Pozostała nam wyłącznie wiara, że wirus nie zmutuje w nieodpowiednim kierunku. A jeszcze lepiej wierzyć, że nie będzie w ogóle kolejnej fali epidemicznej.

Niestety, jeżeli chodzi o naukę i wiarę, to nie są one w żaden sposób powiązane. Dopóki możemy zwalczać zagrożenie naukowo - powinniśmy to robić, bo wiara pozostaje nam w przypadku braku jakichkolwiek możliwości zaradczych.

To, co zostało ostatnio w Polsce przeprowadzone, nie ma nic wspólnego z wiedzą naukową.

Rozbroiliśmy się całkowicie i liczymy, że nikt nas nie zaatakuje. A w razie co, trzeba się będzie ponownie zbroić. Tyle, że będzie jak zwykle za późno i dużo ludzi straci przez to życie.

*Lek. Bartosz Fiałek jest lekarzem, specjalistą w dziedzinie reumatologii oraz zastępcą dyrektora ds. medycznych szpitala w Płońsku. Od dawna udziela się w mediach w temacie pandemii COVID-19. Prowadzi także stałą działalność edukacyjną na ten temat m.in. na Twitterze i Facebooku.

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne