Wiem, że w sądzie spotkali się po raz pierwszy od aresztowania. Opowiadano mi, że przykleili się do siebie, nie wypuszczali z objęć. A potem usłyszeli wyrok
10 czerwca rodzice Pelagii Korsakowej z Białorusi, 57-letnia Tacciana i 56-letni Dzmitry, pracownicy przedszkola zostali skazani przez reżim Łukaszenki na 14 i 12 lat więzienia za „zdradę państwa” i “przemyt broni”. Pelagię skazano na 11 lat kolonii karnej, choć od 2021 roku mieszka w Ukrainie.
Dziennikarka Masza Makarowa zapisała historię rodziny Korsakowych opowiedzianą przez Pelagię.
Pod koniec września 2025 roku byłam w Karpatach na wyjeździe firmowym, zobaczyłam, że mama kilka razy do mnie dzwoniła. Moja babcia niedomagała, więc pomyślałam, że coś z nią się stało. Zasięg był bardzo zły. Napisałam mamie, że oddzwonię później. Ale ona nalegała, że sprawa pilna. Kiedy udało mi się złapać zasięg, telefon odebrał tata. Był przerażony, płakał. Powiedział tylko: “Zatrzymały nas służby. Mama ma udar, jest w szpitalu”.
Nie zdążył powiedzieć nic więcej, ktoś przejął telefon, nie przedstawił się. "Musi pani wrócić. To wszystko przez panią. Jeśli pani nie wróci, wsadzimy ich do więzienia. Lepiej niech pani wraca”, powiedział i odłożył słuchawkę. Więcej już nie było z nimi kontaktu.
Potem okazało się, że żadnego szpitala nie było, żadnego udaru. To była manipulacja, żeby ściągnąć mnie z powrotem na Białoruś. Rodziców po prostu porwano z mieszkania. Mama akurat wróciła z pracy, tata był w domu. I wtedy służby po nich przyszły.
A ja wtedy, tuż przed ich zatrzymaniem, rozstałam się z chłopakiem. W jednej chwili wybito mi spod nóg wszystkie filary. Przez kilka dni szukaliśmy rodziców po szpitalach, przez milicję. Nikt nic nie wiedział. Nie spałam. Później dowiedziałam się, że są w „Amerykance”, areszcie KGB w Mińsku.
Rodzice dali mi imię Pelagia, bo wydało im się piękne. Kiedyś dowiedziałam się, że na dziewięć milionów mieszkańców Białorusi jestem chyba jedyną Pelagią. Nie mam żadnej imienniczki.
Kiedy ktoś pyta mnie, jacy są moi rodzice, zaczynam płakać. Nie umiem odpowiedzieć inaczej niż: to są najlepsi ludzie na świecie.
Mama pracowała w przedszkolu w Mińsku. Do jej grupy dzieci zapisywano jeszcze zanim się urodziły, takie były kolejki. Była bardzo zaangażowana, ciągle się doskonaliła. Pracowała z dziećmi z autyzmem. Przez jakiś czas pracowałam razem z nią. Jestem pedagożką edukacji artystycznej. Tata był złotą rączką, konserwatorem w tym samym przedszkolu. Robił wszystko: szpachlował ściany, malował ławki, naprawiał, co trzeba było naprawić.
Kiedy dziennikarz zapytał mnie, czy ktoś mógł donieść na moich rodziców, czy ktoś mógł wystawić im złą opinię, pomyślałam: “Nie, nie znalazłaby się taka osoba”. Moi rodzice to ludzie, którzy oddaliby ostatnie pieniądze, byle tylko komuś pomóc.
Mama bardzo kochała… bardzo kocha tatę. Marzyła, by wyjść za mąż za wysokiego, postawnego mężczyznę. Ale spotkała tatę i się zakochała. A on jest szczupły, niewysoki. Kiedy jeździł na działkę, zawsze przywoził jej kwiaty. Mam już 28 lat, a wciąż mówię, że marzę o takiej miłości, jaką mają moi rodzice.
Mieliśmy swoją tradycję. Niedziela była dniem rodzinnym. Robiliśmy razem naleśniki, a potem oglądaliśmy filmy. Nawet kiedy wyprowadziłam się od rodziców i zamieszkałam sama, przyjeżdżałam do nich w niedzielę. Naleśniki, kawa, film. Kiedy rodzice wrócą, opowiem im, że nie przestałam robić naleśników w niedzielę.
W 2020 roku brałam udział w protestach. Miałam bardziej radykalne poglądy niż inni. Mówiłam, że żadne zmiany się nie wydarzą, jeśli nie będzie tak jak w Ukrainie – do zmian przez krew, ból i cierpienie. Moi przyjaciele przekonywali, że tak nie można.
Problem polegał na tym, że mamy inną mentalność niż Ukraińcy. By wejść na ławki w czasie protestów, zdejmowaliśmy buty – żeby nie daj Boże nie nanieść brudu. Nie osiągnęliśmy celu, bo jesteśmy zbyt grzeczni, nie wiemy, czym jest walka. A chodzić na pokojowe protesty i czekać, że coś się zmieni, kiedy u władzy siedzą faszyści… Próba rozmawiania z faszystami językiem kwiatów i pokojowych protestów jest niemożliwa.
Po protestach 2020 roku w powietrzu na Białorusi wisiało napięcie. Zatrzymywano ludzi, robiono rewizje. Pracowałam w przedszkolu, wiele osób znało moje poglądy. Myślałam, że ktoś z rodziców dzieci może na mnie donieść.
Ulubione powiedzenie naszego wąsatego „lidera” to „uderzenie prewencyjne”. Więc tym razem to ja zrobiłam uderzenie prewencyjne i pod koniec 2021 roku przeprowadziłam się do Ukrainy. Dlaczego tam? Bo było blisko i kochałam ten kraj. Jeździłam na Krym — bo Krym to Ukraina. Byłam w Karpatach, w Odessie. Czułam, że to miejsce jest mi bliskie. A poza tym wiedziałam, że nie mam czasu na wyrabianie wizy.
Jest taka tradycja – w Nowy Rok o północy napisać na kartce najskrytsze życzenie i spalić, by się spełniło. Witaliśmy 2022 rok. Napisałam na kartce życzenie – żeby nie było pełnoskalowej wojny. Gdy zaczęła się wojna, ktoś zażartował, że jestem białoruską agentką i wiedziałam co będzie. Życzenie się nie spełniło.
Mieszkałam wtedy na lewym brzegu Kijowa. Pierwsze wybuchy w nocy 24 lutego wydawały się nierealne. Mój chłopak powiedział: „Zaczęła się wojna”. A ja już od tygodnia miałam spakowane rzeczy. Wracałam z pracy, prałam ubrania i znowu wkładałam je do torby. Niby byliśmy gotowi, ale do wojny nie da się przygotować.
Zaczęłam wolontariat. Dziś koordynuję wolontariuszy w Kijowie. Po rosyjskich ostrzałach jedziemy tam, gdzie są zniszczone mieszkania, wybite okna, gruzy, ranni ludzie, czasem zwłoki. Pomagamy ludziom, którzy jeszcze przed chwilą mieli dom i stracili go przez rosyjski ostrzał. Zabezpieczamy okna dyktą. Sprzątamy mieszkania. To robią wolontariusze. Często bardzo młodzi ludzie – studenci, uczniowie, nastolatki. Zamiast iść na lekcje, przychodzą na gruzy pomagać.
Nie da się do tego przyzwyczaić. Straszne, kiedy ktoś po prostu leżał w swoim łóżku, a teraz leży pod gruzami. Straszne, kiedy podchodzą do ciebie ludzie, którym ktoś zginął. Nie jesteś w stanie ukoić ich bólu. A jednocześnie nie możesz im pokazać, że też cię to strasznie boli. To wszystko dogania mnie potem w domu. Wchodzę do wanny i próbuję to zmyć.
Ludzie są wdzięczni. Przynoszą słoik ogórków, czekoladę, czasem chcą dać pieniądze. Kiedyś podeszła do mnie kobieta z pięcioletnim chłopcem. Dał mi rysunek i powiedział: „Chcę pani podziękować, ale nie mam nic innego, bo mój dom jest zniszczony”. Rysunek stoi u mnie w ramce. Myślę, że zrobię sobie tatuaż na jego podstawie. To straszne, że ukraińskie dzieci muszą to wszystko widzieć i czuć. Że rodzice muszą im tłumaczyć wojnę. Są dzieci, które urodziły się podczas wojny i niedługo będą miały już kilka lat.
Rodzice bardzo się o mnie martwili. Choć mama wiedziała więcej niż ja czasami o tym, co się dzieje w Ukrainie. Dzwoniła o siódmej rano: „W twojej dzielnicy był ostrzał, czy z tobą wszystko w porządku?”. A ja niczego nie słyszałam. Organizm czasem tak bardzo jest zmęczony, że psychika się wyłącza i można nawet nie słyszeć wybuchów.
Na początku wojny ludzie ostro reagowali, kiedy dowiadywali się, że jestem Białorusinką. Mówili: „Po co tu przyjechałaś? Z waszego kraju lecą na nas rakiety”. Chciałam pomagać, więc milczałam. Albo próbowałam tłumaczyć: to nie mój naród strzela do Ukrainy. Moja ziemia i mój naród też są zakładnikami reżimu.
Kiedy ktoś mówi mi: „Ty nie wiesz, co to okupacja”, odpowiadam: całe świadome życie spędziłam pod okupacją. Bo nie mogę mówić po białorusku w swoim kraju, nie mogę wyrażać swojej tożsamości. Mój kraj jest rusyfikowany. To, że formalnie Białoruś jest oddzielnym państwem, nie znaczy, że nie jest pod okupacją.
Mama wiedziała, że nie wyjadę z Ukrainy. Mówiła czasem: „Nie wiem, jak ja cię wychowałam na Białorusi na tak radykalną osobę”.
Bo Białoruś uczy, że masz milczeć, siedzieć cicho.
A ja przyjechałam do społeczeństwa, w którym można powiedzieć: to mi się nie podoba. Pytałam się znajomych w Ukrainie: “Serio? Mogę powiedzieć coś złego o władzy i nic się nie stanie?”
Cały mój zespół wie, że jestem z Białorusi. Niedawno wróciłam bardzo zmęczona z wyjazdu. I akurat ostrzelano Łukjaniwkę w Kijowie. To właśnie tam jest ulica Białoruska. I moi koledzy mówią: „Kto będzie koordynował pomoc na Białoruskiej? No jasne, nasza Białorusinka!”.
Nie widziałam rodziców od prawie czterech lat, zbliżał się 2025 rok, umierałam z tęsknoty. I chciałam, żeby wreszcie odpoczęli. Kupiłam im wycieczkę do Egiptu jako prezent noworoczny. I pojechałam tam do nich. Całą drogę płakałam. Próbowałam sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało to spotkanie. Że wreszcie będę mogła ich dotknąć. Potem mama powiedziała, że czuła, że przyjadę.
Kiedy się zobaczyliśmy, tata bardzo płakał. Zawsze mówiłam, że męskie łzy są dla mnie najwymowniejsze, bo w naszym społeczeństwie mężczyznom zakazuje się płaczu.
Tuliłam się do mamy i nie wierzyłam. Cztery lata się nie widziałyśmy, a teraz mogę ją objąć? Podchodziłam do niej i dotykałam, żeby upewnić się, że jest obok. Nagrałam moment naszego spotkania. Oglądam to nagranie, kiedy jest mi źle. Oglądam je też, kiedy jest mi dobrze.
Ale potem trzeba było wracać. Czwarta rano, bus na lotnisko, drzwi się zamykają. Chciałam wysiąść i wrócić do hotelu. Płakałam nie dlatego, że bałam się kontroli na granicy czy tego, że mogą mnie nie wpuścić z powrotem do Ukrainy. Płakałam, bo nie będę mogła po prostu być z rodzicami. Wróciłam do domu, ludzie pytali: „Jak było?”, a mi łzy leciały z oczu.
Przyszli po nich po dziewięciu miesiącach od naszego spotkania. Wiem, niektórzy myślą, że, gdy rodzice wyjdą, powiedzą, że to wszystko przeze mnie. A ja wierzę, że kiedy wrócą, zobaczą, ile robię, żeby wyszli z więzienia jak najszybciej. Wiem, że mnie akceptują. Mama mówiła o mnie: “Ona jest tam, gdzie ma być, i robi to, czym ma się zajmować. Jesteśmy z niej bardzo dumni”.
Czy myślałam, żeby wrócić na Białoruś, tak jak mi kazano? Oczywiście, że tak. Pakowałam walizki, mówiłam – jadę tam. Niech mnie zabiją, niech mnie torturują, byle tylko ich wypuścili. Znajomi mówili: – Ciebie zatrzymają, a ich i tak nie wypuszczą. Będziecie siedzieć całą rodziną.
Przypomniałam sobie, że mama kiedyś powiedziała: “Cokolwiek by się stało, masz nie wracać”. Zajmuję się wolontariatem w Ukrainie, w czasie wojny. Nawet gdyby rodziców nie zatrzymano, gdybym po prostu wróciła, zostałabym za to osądzona.
Było jasne, że droga do domu to dla mnie droga w jedną stronę.
Jestem bezgranicznie wdzięczna ludziom, którzy mnie wtedy przekonali. Rozumem, wiem, że tak było lepiej. Ale serce za każdym razem mówi mi, że muszę tam jechać.
Przez długi czas nic o nich nie wiedziałam. Szukaliśmy prawników, ale nikt nie chciał brać takiej sprawy. Sprawy więźniów politycznych oznaczają ryzyko utraty licencji. Mówiłam, że jestem gotowa płacić każde pieniądze, byle wiedzieć cokolwiek.
Dopiero po roku dowiedziałam się, że zaczyna się proces. Że zarzucono im zdradę państwa i przemyt broni. Czytałam komentarze do wiadomości o sprawie rodziców. Ludzie pisali – jasna sprawa, córka siedzi w Ukrainie, zajmuje się nie wiadomo czym, a rodzice są agentami. Są winni, a więc dostali to, co im się należy.
A inni komentowali: jaką broń mogą mieć tacy ludzie? Plastikowe pistolety w przedszkolu? O wyroku dowiedziałam się od znajomego. Byłam w pracy. Dostałam od niego wiadomość. Pytał, czy zamierzam płacić grzywnę — ponad piętnaście tysięcy euro. I napisał, że ja zostałam skazana na jedenaście lat więzienia, tata – na czternaście, mama – na dwanaście. Wtedy straciłam przytomność.
Zaczęli pisać do mnie dziennikarze, a ja nie wiedziałam, co robić. Udzielać wywiadów czy nie? A jeśli to zaszkodzi? A poza tym to strasznie boli. Nadal ciągle płaczę, jak o tym opowiadam. Ale potem ktoś pomylił szczegóły w artykule o rodzicach, napisał, że zatrzymali ich na granicy. A przecież zostali porwani z własnego mieszkania. I zaczęłam opowiadać, żeby ludzie rozumieli, co się stało.
Że ich wsadzili do więzienia za nic. To znaczy za mnie.
Nie mogę do nich nawet napisać. Dowiaduję się o ich losie od ludzi, którzy wychodzą z białoruskich więzień. Kobieta, która siedziała z moją mamą w jednej celi w areszcie KGB, wysłała mi wiadomość głosową. Powiedziała: — Może będzie pani chciała to usłyszeć. Pani mama to najbardziej serdeczny człowiek, jakiego spotkałam w życiu. Częstowała mnie słodyczami. Była gotowa oddać mi wszystko, co miała. A za każdym razem, kiedy wyprowadzano nas na korytarz, próbowała usłyszeć chociaż głos swojego męża.
Czyli szukała taty, tęskniła za nim.
Wiem, że w sądzie spotkali się po raz pierwszy od momentu aresztowania. Opowiadano mi, że przykleili się do siebie. Nie wypuszczali się z objęć. A potem usłyszeli wyrok.
Rodzice nie są już młodzi. Mają prawie sześćdziesiąt lat. Tata przed aresztowaniem był bardzo wysportowany, ale wiem, że zaczęły się u niego poważne problemy zdrowotne. Mama od dawna miała problemy z kolanami, nadciśnienie. Wiem, że bardzo schudła. Czy dostają tam jakąkolwiek pomoc? Czy ktoś zmierzy mojej mamie ciśnienie?
Wiem, że mamę wsadzili do małej celi bez okien, o gołych ścianach. Wiem, że wywierano na nią presję psychiczną. Że znęcano się fizycznie — zmuszano do wielogodzinnego stania.
Bardzo mnie boli, kiedy myślę o rodzicach, którzy muszą przechodzić przez piekło. Swoje życie postawiłam na pauzę. Odmawiam sobie szczęścia.
Ciągle mam poczucie winy. W chwili, kiedy to się stało, płakałam i krzyczałam: – To przeze mnie! Przez to, że poszłam na protesty, wyjechałam do Ukrainy. Przez to, że zostałam i pomagam tutaj.
Ludzie mówią mi: – To nie ty jesteś winna. Winny jest tylko reżim.
Rozumiem to. Ale bardzo trudno się z tym pogodzić.
Myślałam tak – gdybym siedziała cicho, gdybym nie wyjechała, gdybym nic nie robiła, wszystko byłoby dobrze. Ale wybrałam inną drogę.
Myślę, że rodzice też byli świadomi, że to może się wydarzyć.
Więc tak – nie warto się za to obwiniać. Ja nadal się obwiniam. Ale nie warto.
Bez nich została też babcia, mama mojej mamy. Dobrze się trzyma. Wie, jak bardzo ją kocham. A moi rodzice w swoim czasie nauczyli ją, by nie oglądała państwowej telewizji. Więc babcia rozumie, co się dzieje.
Co mi daje siłę? Siła mojej mamy. Wierzę, że ona jest pewna, że zrobię wszystko, by ich wyciągnąć. Jestem wdzięczna tej osobie, która widziała moją mamę w więzieniu i przekazała mi, że mama mnie bardzo kocha. I że uważa, że będzie tak jak ma być. Wracam do tej wiadomości po sto razy dziennie.
Gdybym mogła teraz powiedzieć coś rodzicom, gdyby mogli mnie usłyszeć albo dostać list, powiedziałabym im, że w najbliższym czasie w niedzielę razem usmażymy naleśniki, zrobimy pyszną kawę. A potem obejrzymy nasz ulubiony „Ratatuj”. Powiedziałabym, że bardzo ich kocham. Chociaż myślę, że oni i tak to wiedzą. Naleśniki, pyszna kawa, “Ratatuj” razem z nimi. To wszystko czego bym chciała.
Masza Makarowa (1987) - Rosjanka, dziennikarka, współpracująca m.in. z telewizją Biełsat. Absolwentka historii na moskiewskiej Szanince i współpracowniczka zlikwidowanego stowarzyszenia Memoriał. Poza dziennikarstwem pisze o historii getta warszawskiego i o historii i współczesności Birobidżanu, gdzie spędziła trochę czasu.
Masza Makarowa (1987) - Rosjanka, dziennikarka, współpracująca m.in. z telewizją Biełsat. Absolwentka historii na moskiewskiej Szanince i współpracowniczka zlikwidowanego stowarzyszenia Memoriał. Poza dziennikarstwem pisze o historii getta warszawskiego i o historii i współczesności Birobidżanu, gdzie spędziła trochę czasu.
Komentarze