0:00
Prawa autorskie: Kuba Atys / Agencja GazetaKuba Atys / Agencja ...
10 lutego 2022

Czy Andrzej Duda zaczyna od nowa? Słabość Kaczyńskiego zdaje się wzmacniać prezydenta

Czy to możliwe, że Andrzej Duda chce zostać zapamiętany przez Polaków inaczej niż jako „długopis Kaczyńskiego"? Ostatnie tygodnie zdają się pokazywać, że tak. Na dobre dowiemy się tego jednak dopiero po decyzji prezydenta w sprawie Lex Czarnek

Wydrukuj

Prezydent Andrzej Duda zachowuje się w ostatnich miesiącach trochę tak, jakby postanowił wziąć odwet za lata upokorzeń ze strony Jarosława Kaczyńskiego. Sprawia wrażenie, jakby odpłacał prezesowi PiS pięknym za nadobne – teraz to Pałac Prezydencki stosuje wobec Nowogrodzkiej politykę faktów dokonanych i informacyjnej izolacji. Zupełnie jakby Duda nie zamierzał już wracać do przedpokoju Kaczyńskiego.

Narusza to dotychczasowy układ sił w obozie władzy, nadwątlony też zostaje tamtejszy dotychczasowy rytuał hierarchii. A przy tym ta nowa polityka Dudy zaczyna mieć pewne przełożenie na rzeczywistość. Prezydent przeprowadził właśnie małą ofensywę dyplomatyczną, odwiedzając Brukselę, Pekin i Berlin – gdzie wziął udział we wskrzeszeniu Trójkąta Weimarskiego. Jak na miałką rzeczywistość polskiej polityki zagranicznej za rządów PiS to wręcz feeria sukcesów.

Duda zaczął też negocjować z opozycją szczegóły przedstawionego przez siebie – ku zdumieniu PiS i wściekłości ziobrystów - projektu ustawy likwidującej Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego, tak by spełnić oczekiwania Brukseli i doprowadzić do odblokowania funduszy dla Polski z Europejskiego Funduszu Odbudowy. Choć szef klubu parlamentarnego KO Borys Budka nie omieszkał nazwać pierwotnego kształtu prezydenckiego projektu „pudrowaniem trupa”, Duda jeszcze od nikogo na opozycji nie usłyszał jednoznacznego „nie”. Równolegle prezydent zabiega o akceptację swego projektu jako zadowalającego Komisję Europejską rozwiązania w Brukseli – gdzie podczas ostatniej, nagłej wizyty również nie usłyszał odmowy.

Za chwilę tę nową i nieoglądaną dotąd niezależność Dudy względem Nowogrodzkiej czeka kolejny test. Na biurko prezydenta trafia właśnie kolejna po Lex TVN kontrowersyjna – i jak wielokrotnie wykazywaliśmy w OKO.Press - bardzo niebezpieczna dla społeczeństwa obywatelskiego ustawa przepchnięta przez PiS w Sejmie. To oczywiście Lex Czarnek, prawo oddające szkoły w niemal pełne władanie kuratorów z politycznej nominacji i zapewniające wstęp do szkół wyłącznie organizacjom pozarządowym cieszącym się akceptacją lub poparciem władzy.

W sytuacji, która obecnie rysuje się na linii Nowogrodzka-Pałac Prezydencki, możliwość, że Duda i tę ustawę zawetuje, wcale nie jest całkiem nierealna.

Gdyby tak się stało, można by już mówić o trwałej zmianie układu sił w obrębie obozu władzy. I o rozpoczęciu przez Andrzeja Dudę całkiem nowego etapu jego prezydentury.

Na dobre zaczęło się w grudniu 2021. Pierwszego dnia po świętach Bożego Narodzenia prezydent Andrzej Duda mocno przed ustawowym terminem i zupełnie wbrew przewidywaniom komentatorów z lewa i prawa zawetował słynną, dopiero co przeforsowaną w Sejmie przez Prawo i Sprawiedliwość ustawę Lex TVN.

Przeczytaj także:

27 grudnia 2021

Weto nadziei

Tłumacząc swoją decyzję Duda stwierdził wtedy, że w ogóle nie rozważał podpisania Lex TVN, zastanawiał się jedynie, czy ją zawetować, czy odesłać do Trybunału Konstytucyjnego. Mówił, że wybrał to drugie, bo ustawa łamałaby umowy międzynarodowe – przede wszystkim tę handlową ze Stanami Zjednoczonymi, zaznaczył też, że zastanawiał się nad kwestiami pluralizmu i wolności mediów. I nie szczędził może nieco zawoalowanej, ale jednak całkiem czytelnej krytyki własnemu obozowi:

„Podzieliłem zdanie większości moich rodaków, którzy uznali, że kolejna niepokojąca i jątrząca sprawa, kolejne spory nie są nam tak naprawdę potrzebne, a w każdym razie nie w tym momencie” – mówił Duda ogłaszając, że zawetował ustawę.

Prezydenckie plany na przyszłość

Choć ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, po zawetowaniu Lex TVN prezydent zebrał liczne pochwały od polityków opozycji i redaktorów krytycznych wobec władzy mediów. Większość z tych opinii ograniczała się jednak do wyrażenia ulgi, że Lex TVN nie wejdzie w życie albo do mniej lub bardziej powierzchownych konstatacji na temat tego, że prezydent nagle odnalazł w sobie ducha demokraty. Jeśli zaś już szukano możliwych stricte politycznych motywów posunięcia Dudy, to najczęściej mówiono o jego marzeniach czy też rojeniach związanych z objęciem po zakończeniu kadencji jakiejś prestiżowej międzynarodowej funkcji, do czego oczywiście niezbędne miałoby być poparcie Stanów Zjednoczonych – otwarcie krytykujących Lex TVN i wyrażających jasno oczekiwanie, że ta ustawa nigdy nie wejdzie w życie.

Tymczasem coraz więcej wskazuje na to, że Duda może myśleć o jednak całkiem krajowej politycznej przyszłości. Zarówno w perspektywie drugiej połowy swojej ostatniej kadencji prezydenckiej, jak i w kontekście tego, co nastąpi po niej.

Spójrzmy najpierw na kluczowe daty. Wybory parlamentarne odbędą się jesienią 2023 roku. Tymczasem Andrzej Duda pozostanie prezydentem do lata roku 2025. Sondaże od dłuższego czasu nie dają już PiS-owi większych nadziei na samodzielne rządzenie, rośnie natomiast prawdopodobieństwo, że o przejęcie władzy może pokusić się opozycja. Odpuśćmy tu sobie rozważania o mechanice opozycyjnego startu w wyborach (jedna lista, dwie czy wszyscy osobno), zaznaczmy tylko, że z dzisiejszej perspektywy wciąż rysuje się szansa na przejęcie przez opozycję rządów jedynie w jakiejś patchworkowej, nieco egzotycznej zważywszy na międzypartyjne animozje, ale jednak zapewne osiągalnej koalicji – obejmującej siły polityczne od Koalicji Obywatelskiej przez Polskę 2050 i PSL aż po Lewicę.

I podkreślmy jeszcze raz, że od tych wyborów, które coraz bardziej realnie mogą oznaczać zmianę władzy w Polsce, aż do końca prezydentury Dudy upłyną prawie dwa lata. Prawie połowa kadencji rządów szerokiej – a tym samym targanej wewnętrznymi napięciami i niekoniecznie mówiącej wspólnym głosem w każdej ważniejszej sprawie – koalicji obecnej opozycji miałaby więc upłynąć w warunkach kohabitacji z obecnym prezydentem.

PiS najchętniej widziałby Dudę w takich okolicznościach w roli głównego hamulcowego wszelkich reform podejmowanych przez nową władzę. Tyle tylko, że wchodząc w nią i wetując wszystkie możliwe ustawy nowej większości Duda przeszedłby do najnowszej historii politycznej jako „złamany długopis Kaczyńskiego” albo ktoś w tym rodzaju. Dlaczego właściwie prezydent w drugiej połowie swej drugiej kadencji, nie mając już politycznie nic do stracenia poza swą reputacją i – zabrzmi to może patetycznie, ale rola prezydenta jest szczególna - miejscem w historii, miałby się na to decydować? Za jaką właściwie cenę? I czy aby na pewno w jego własnym interesie miałoby być blokowanie demontażu systemu władzy skonstruowanego na rusztowaniu polskiego ustroju przez PiS?

Jest jeszcze druga – równie ważna - kwestia. Duda opuści Pałac Prezydencki w 2025 roku. Choć nikt dziś jeszcze nie wie, jaka będzie wtedy realna kondycja Prawa i Sprawiedliwości, czy całego „obozu prawicy” jak o samych sobie mówią politycy obecnego układu rządzącego, to zdecydowanie nie można wykluczać, że będzie to właśnie czas walki o nowe przywództwo nad nim. Jeśli wierzyć Jarosławowi Kaczyńskiemu, jego obecna kadencja w roli szefa PiS jest tą ostatnią. Typowany i lansowany na jego następcę Mateusz Morawiecki politycznie słabnie – coraz bardziej obciąża go bilans pandemii, do czego zaczynają dołączać się społeczno-polityczne skutki inflacji, lawinowego wzrostu cen energii i rosnących rat bankowych kredytów. O skrajny, antyunijny elektorat prawicy zażarcie walczy i będzie walczył Zbigniew Ziobro.

Czy zatem w sytuacji, w której w 2025 roku mogłaby się rysować szansa na objęcie przywództwa nad choćby częścią – tą nieco bliższą centrum - „obozu prawicy”, 53-letni wówczas Andrzej Duda powinien udawać się na polityczną emeryturę, czy może raczej opłaciłoby mu się stanąć w szranki?

Nowi ministrowie, nowe wyzwania

Ewentualne polityczne kalkulacje Dudy dotyczące przyszłości to jedno. Drugie - to całkiem aktualne problemy wewnętrzne obozu władzy.

„Myślę, że na prezydencie bardzo silne i przykre wrażenie wywarło wszystko to, co w ubiegłym roku spotkało Jarosława Gowina i jego partię” – mówi nam polityk prawicy nieźle zorientowany w stosunkach w Pałacu Prezydenckim.

Duda dość konsekwentnie współpracował z Gowinem, obaj politycy niejednokrotnie wchodzili w rozmaite taktyczne sojusze. „Na pewno była między nimi nić porozumienia, może jakiś rodzaj sympatii” – mówi nam nasz rozmówca. Podkreśla, że Gowin był tym z najważniejszych polityków całej koalicji, który najczęściej kontaktował się i konsultował z prezydentem. O wiele częściej niż premier Mateusz Morawiecki i wielokrotnie częściej niż Zbigniew Ziobro.

„Ziobro odzywał się do Dudy tylko wtedy gdy naprawdę już musiał” – mówi nasz rozmówca. Od długiego czasu podobnie wyglądają stosunki prezydenta z prezesem PiS.

I choć upadek Gowina jako koalicjanta PiS zaczął się od zablokowania bardzo korzystnego dla Dudy pomysłu przeprowadzenia „wyborów kopertowych”, to na stosunki Gowina z prezydentem miało to rzutować w znacznie mniejszym stopniu niż na relacje byłego wicepremiera z PiS.

Wyrzucenie Gowina z rządu niemal zbiegło się zaś w czasie – choć to akurat przypadkowa koincydencja – z ostatnimi poważniejszymi zmianami w Kancelarii Prezydenta. Dołączyli do niej wtedy nowi ministrowie – Bogna Janke i Jakub Kumoch, z czego pierwsza odpowiada za dialog prezydenta z podmiotami politycznymi i społecznymi, a drugi za sprawy międzynarodowe. Zważywszy na obecne aktywności prezydenta, którym za moment bliżej się przyjrzymy, możemy wysnuć tezę, że oboje radzą sobie u boku Dudy lepiej niż ich poprzednicy.

Przyjrzyjmy się pokrótce temu, co działo się w Pałacu Prezydenckim od czasu zawetowania Lex TVN.

19 stycznia 2022 przedstawiciele Dudy spotkali się z członkami rządu w sprawie kryzysu wywołanego wprowadzaniem Polskiego Ładu – i coraz bardziej rozpaczliwych prób jego łatania i naprawiania. To były konsultacje na temat dalszych prób gaszenia tego pożaru, po których uczestnicy wypowiadali się bardzo oględnie. Wiemy jednak, że ludzie Dudy przedstawili na spotkaniu długą listę wad Polskiego Ładu, których naprawienia miał życzyć sobie prezydent.

24 stycznia 2022 wyjątkowo stroniąca na ogół od jakiejkolwiek bardziej samodzielnej aktywności politycznej żona prezydenta Agata Kornhauser-Duda spotkała się z posłankami opozycji w sprawie skrajnie źle ocenianej przez nauczycieli ustawy Lex Czarnek. „Pierwsza dama podzieliła nasze obawy. Jako była nauczycielka wyraziła się dosyć jasno, co uważa o ustawie” – mówiła po spotkaniu jedna z jego uczestniczek Kinga Gajewska z Koalicji Obywatelskiej. Kornhauser-Duda miała też obiecać posłankom, że postara się uświadomić prezydenta w kwestii wad Lex Czarnek.

3 lutego 2022 prezydent po raz kolejny zaskoczył większość uczestników i obserwatorów polskiej polityki. Rano tego dnia Kancelaria Prezydenta zapowiedziała „wypowiedź prezydenta dla mediów”, co wydawało się wiązać z przebiegiem kryzysu na linii Rosja-Ukraina. Tymczasem Andrzej Duda ogłosił, że właśnie kieruje do laski marszałkowskiej projekt ustawy likwidującej Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego – po to, by w ten sposób spełnić warunki Komisji Europejskiej i przyczynić się do odblokowania przez nią funduszy dla Polski z Europejskiego Funduszu Odbudowy.

Komisja uzależniła zatwierdzenie Krajowego Planu Odbudowy i tym samym odblokowanie wypłat od przedstawienia przez Polskę prawnego rozwiązania problemu powołanej w ramach „reform” Ziobry Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, uznanej w lipcu przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej za organ działający bezprawnie i w sprzeczności z zasadą niezawisłości sądownictwa.

Od sierpnia 2021 trwa w tej kwestii pat pomiędzy Prawem i Sprawiedliwością - które już latem opowiedziało się ustami Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego za spełnieniem warunków Komisji Europejskiej - a Zbigniewem Ziobrą, który skutecznie blokuje powstanie jakiegokolwiek projektu, który mógłby zostać zaakceptowany przez KE.

Z naszych informacji wynika, że była to kolejna niekonsultowana z resztą obozu władzy inicjatywa Dudy. Przy czym tym razem prezydent dosłownie wsadził kij w mrowisko. „Polityka ustępstw wobec żądań UE generalnie prowadzi do zwiększenia agresji wobec Polski i kolejnych żądań” – tak komentował prezydencki pomysł wyraźnie skwaszony Zbigniew Ziobro.

PiS natomiast raczej nabrał wody w usta – zapowiadając jedynie, że Mateusz Morawiecki przedstawi kompleksowy projekt rządowy rozwiązania problemu Izby Dyscyplinarnej. Wiemy jednak, że tego projektu nie udało się stworzyć od sierpnia.

Tymczasem Duda niemal natychmiast po ogłoszeniu swego projektu został zaproszony do Brukseli przez szefową Komisji Europejskiej Ursulę van der Leyen. Wrócił chyba usatysfakcjonowany. Choć w Brukseli nie strzelały na cześć polskiego prezydenta i jego projektu korki od szampana, to jednak Duda otrzymał wyraźne sygnały, że KE może być skłonna uznać jego projekt za wystarczający do odblokowania funduszy z KPO. Z tym kapitałem Duda ruszył chwilę później na spotkanie z liderami klubów opozycyjnych – po zakończeniu ponad dwugodzinnych rozmów żaden z nich nie opowiedział się jednoznacznie przeciw inicjatywie prezydenta, choć wszyscy uczestnicy zapowiedzieli, że zgłoszą swoje poprawki i uzupełnienia.

Chwilę po powrocie z Brukseli Dudzie udała się na forum międzynarodowym rzecz o symbolicznym wręcz znaczeniu: w Berlinie odbyło się pierwsze od 2013 roku spotkanie przywódców Francji, Niemiec i Polski w ramach Trójkąta Weimarskiego. W dodatku nie miało ono typowego wcześniej dla tego formatu charakteru kurtuazyjnego spędu, lecz całkiem realne znaczenie. Duda rozmawiał z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem i kanclerzem Niemiec Olafem Scholzem o sytuacji na linii Ukraina-Rosja i o wspólnej strategii krajów Trójkąta na rzecz deeskalacji tego napięcia. W dodatku wszyscy trzej uczestnicy mieli w to spotkanie swój specyficzny wkład –

Macron wrócił właśnie ze spotkania z Putinem w Moskwie, Scholz z Waszyngtonu z rozmów z Bidenem, a Duda z Pekinu, gdzie rozmawiał z Xi Jinpingiem.

Jak na realia polityki międzynarodowej za rządów PiS był to wizerunkowy sukces, całkiem zauważalnie zaznaczający pozycję Polski przynajmniej na mapie Europy.

Teraz na biurko prezydenta trafia Lex Czarnek, ustawa przepchnięta przez PiS w Sejmie dosłownie rzutem na taśmę w środę 9 lutego, godzinę po pośpiesznym wprowadzeniu głosowania w jej sprawie do harmonogramu posiedzenia. O jej przegłosowaniu zadecydowały głosy pięciu Konfederatów, jednoznacznie przeciwne są jej organizacje nauczycielskie, opozycja i świat organizacji pozarządowych. Prezydent ma więc - podobnie jak w wypadku Lex TVN - do podjęcia kolejną decyzję dotyczącą ustawy, którą PiS przeforsował dosłownie wbrew wszystkim, korzystając z coraz bardziej chwiejnej większości parlamentarnej.

Ostatniego dnia stycznia Duda spotkał się w tej sprawie z Przemysławem Czarnkiem. Rozmawiali przez około dwie godziny, po spotkaniu Czarnek twierdził, że rozmowa miała „bardzo merytoryczny charakter”. A na czym stanęło? „Głowa państwa zawsze może mieć wątpliwości” - mówił dość pokrętnie minister. „Mam nadzieję, że udało się wyjaśnić wątpliwości” - Czarnek nie sprawiał wrażenia, by było to stuprocentowo pewne. W spotkaniu brała udział również Agata Kornhauser-Duda. Na temat tego, co mówiła o ustawie, Czarnek nie zająknął się ani słowem. Po spotkaniu rzecznik rządu Piotr Müller stwierdził jedynie, że wciąż „liczy” na to, że prezydent ustawę podpisze.

Od tego czasu w kwestii Lex Czarnek po stronie Pałacu Prezydenckiego trwa cisza w eterze. Tymczasem los polskiej szkoły i edukacji właśnie znalazł się w rękach prezydenta. To, że stawką prezydenckiej decyzji może tym razem być nawet spójność obozu władzy, tylko podnosi znaczenie testu, przed którym właśnie stanął prezydent Andrzej Duda. Ta decyzja naprawdę może określić przyszłość jego prezydentury.

Udostępnij:

Witold Głowacki

Dziennikarz, pracował w "Dzienniku" i "Polsce The Times". W Oko.press od 2021 roku. Zajmuje się tematyką polityczną i okołopolityczną.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne