12 listopada 2020

Koniec prezydentury Trumpa to nie koniec trumpizmu. Żaden prezydent nie miał takiej kontroli nad partią

Wygranej Joego Bidena w wyborach prezydenckich nie będzie w stanie podważyć nawet Sąd Najwyższy USA. Dlaczego więc Donald Trump uparcie twierdzi, że to on wygrał? Odpowiedzi trzeba szukać i w polityce, i w psychice (nie)ustępującego prezydenta

Donald Trump został jednym z ledwie dziesięciu prezydentów w historii Stanów Zjednoczonych, którym wyborcy odmówili drugiej kadencji. W minionym półwieczu było takich dwóch: Jimmy Carter, pokonany przez Ronalda Reagana w 1980 roku, i George Bush senior, z którym w roku 1992 wygrał Bill Clinton (Geralda Forda nie liczę, bo zastąpił Nixona, nie był nigdy wybrany w wyborach). Teraz Trump będzie musiał poradzić sobie w roli eksprezydenta – kiedy wreszcie pogodzi się z porażką. A raczej: „o ile”, nie jest bowiem powiedziane, że kiedykolwiek to nastąpi.

Trump nie potrafi przegrywać – każdą porażkę próbuje przedstawiać jako sukces, szuka winy wszędzie, tylko nie w sobie, w nieskończoność rozpamiętuje krzywdy, jakich rzekomo doznał. Nawet kiedy wygrywa – jak w 2016 roku – uważa, że został oszukany.

Najpierw twierdził, że przegrał z Hillary Clinton w głosowaniu powszechnym tylko dlatego, że zagłosowały „miliony nielegalnych imigrantów” (żadnych dowodów na to nie znaleziono), a potem upierał się (wbrew faktom), że zgromadził największe tłumy na inauguracji prezydenckiej w historii kraju.

Póki co obstaje przy tym, że wynik wyborów prezydenckich nie jest jeszcze rozstrzygnięty, a nawet więcej, że to on wygrał – i to znaczną przewagą. „Jeśli policzyć wszystkie legalne głosy, to wygrałem, i to bardzo”, oświadczył dwa dni po wyborach, a od tamtej pory regularnie wypisuje na Twitterze kolejne, niczym niepotwierdzone „przykłady” masowych oszustw („Fałszywe głosy w Nevadzie!”, „nieprawidłowości w Detroit!”, „Naszych obserwatorów nie dopuszczono do liczenia głosów w Pensylwanii!”) i zapowiada zwycięstwo. Ciekawe, że ani słowem nie wspomina o tamtych milionach nielegalnych imigrantów z 2016 roku. Jeśli tym razem udało się ich powstrzymać, to chyba by się tym pochwalił – a jeśli nie i znowu oddali głosy, to na tym powinien skupić się przede wszystkim, zamiast kwestionować jakieś 53 karty do głosowania w Georgii. Konsekwencji brak nie tylko w tym: skoro Demokraci dopuścili się masowych fałszerstw, to dlaczego doliczyli głosy tylko Bidenowi, a nie znajdującym się niżej na karcie swoim kandydatom do Senatu czy stanowych legislatur, gdzie ponieśli serię porażek? Nie wiadomo.

Konferencja prasowa przed firmą ogrodniczą

Wysiłki na rzecz zakwestionowania wyniku w poszczególnych stanach nie sprawiały – eufemistycznie rzecz ujmując – wrażenia szczególnie profesjonalnych, przynajmniej na początku. Osobisty prawnik prezydenta Rudy Giuliani, były burmistrz Nowego Jorku, zwołał konferencję w Filadelfii, największym mieście Pensylwanii, ale jego ludzie się pomylili. Zamiast zarezerwować luksusowy hotel Four Seasons, zaprosili dziennikarzy pod siedzibę niewielkiej firmy ogrodniczej Four Seasons Total Landscaping, hen na przedmieściach miasta. Stojąc przed obskurnym baraczkiem, Giuliani zapowiadał liczne pozwy na rzecz unieważnienia części głosów w jednych stanach, a powtórzenia liczenia – w innych. Równocześnie sztab Trumpa nie uzbierał 3 milionów dolarów, koniecznych na ponowne liczenie głosów w Wisconsin (przegrany ma prawo domagać się ponownego przeliczenia, ale na własny koszt). Z braku wiarygodnych dowodów na jakiekolwiek oszustwa, sądy odrzucają też pierwsze pozwy Republikanów.

Cudów nad urną nie potwierdzają bowiem urzędnicy w żadnym ze stanów. Wbrew twierdzeniom Trumpa, że wszystkie kluczowe stany kontrolują Demokraci, za organizację wyborów odpowiadają tam przedstawiciele z różnych partii – w Nevadzie czy Georgii Republikanie, w Pensylwanii czy Michigan Demokraci. Rzekome „dowody” okazują się plotkami, których „świadkowie” nie chcą powtórzyć pod przysięgą (jak ostatnio urzędnik pocztowy z Pensylwanii, który przyznał, że swoje rewelacje zmyślił). Nie brak też dokonywanych przez pro-Trumpowską propagandę przeinaczeń: w Pensylwanii republikańscy obserwatorzy przyglądali się liczeniu głosów na takich samych zasadach, jak obserwatorzy Demokratów, z odległości 1,8 metra – nie zgodzono się natomiast, by mogli podchodzić bliżej. W Detroit faktyczne nie wpuszczono republikańskich obserwatorów, bo w lokalu już przebywała ich maksymalna dozwolona liczba.

Czy Trump ma jednak realną szansę na zmianę wyniku wyborów?

Choć część prawicy usiłuje porównywać obecną sytuację z tą sprzed 20 lat, kiedy Demokrata Al Gore domagał się powtórnego przeliczenia głosów na Florydzie, wtedy wynik zależał od kilkuset głosów w jednym hrabstwie. Teraz Biden prowadzi w kilku kluczowych stanach o kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt tysięcy głosów.

W Georgii – gdzie w środę władze stanu zapowiedziały powtórne przeliczenie – Biden wyprzedza Trumpa o 14 tysięcy głosów.

Publicznie murem za prezydentem

Na prawicy słychać wprawdzie opinie, że nie wszystko jeszcze stracone: jedni wskazują na teoretyczną możliwość wysłania konkurencyjnych elektorów, np. z Michigan, inni liczą na wiceprezydenta Mike’a Pence’a, który w styczniu, na połączonym posiedzeniu obu izb Kongresu, będzie oficjalnie podliczał głosy. Wszystko po to, by liczba elektorów Bidena spadła poniżej 270, co uruchomiłoby procedurę wyboru prezydenta przez Kongres i dałoby szansę Trumpowi. Wszystko to należy jednak bardziej do dziedziny political fiction i po cichu współpracownicy prezydenta przyznają, że na wygraną nie ma już szans i nawet nie ma co liczyć w tej sprawie na konserwatywną większość w Sądzie Najwyższym.

Publicznie Republikanie wspierają jednak prezydenta. Członkowie administracji otwarcie demonstrują lojalność – szef Departamentu Sprawiedliwości William Barr, dał podległym sobie prokuratorom zielone światło do zbadania „konkretnych przypadków” fałszerstw. Sekretarz stanu Mike Pompeo, zapytany o przekazanie władzy nowej ekipie, zapowiedział, że obędzie się bez problemów, bo czeka nas druga kadencja Trumpa.

Wygranej pogratulowali Bidenowi tylko nieliczni przedstawiciele Partii Republikańskiej, jak senatorki Susan Collins, Lisa Murkowski, senator Mitt Romney, były kandydat na prezydenta wyborach osiem lat temu, a także eksprezydent George W. Bush. Kierownictwo Republikanów stoi za Trumpem: Ronna McDaniel, szefowa komitetu krajowego partii (skądinąd bratanica Romneya), Kevin McCarthy, szef partii w Izbie Reprezentantów, oraz najważniejszy z nich, Mitch McConnell, lider senackiej większości. Choć milczał wyczekująco prawie tydzień, w poniedziałek oświadczył wreszcie, że „prezydent Trump ma pełne prawo przyjrzeć się nieprawidłowościom i ocenić swoje możliwości prawne”.

Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o Senat

Czy naprawdę wierzą w to, że Trump może jeszcze wygrać? Raczej nie. Wydaje się, że chodzi o styczniową dogrywkę wyborów do Senatu. Od dwóch foteli w Georgii zależeć będzie to, która partia obejmie kontrolę nad Senatem, kluczową instytucją w amerykańskim systemie politycznym. Trump przegrał wprawdzie w Georgii z Bidenem, ale to wciąż stan uważany za „czerwony” i wygrana republikańskich kandydatów jest bardzo prawdopodobna. Nic więc dziwnego, że partyjna wierchuszka nie chce narażać się ani Trumpowi, ani partyjnym dołom, wśród których prezydent cieszy się ogromną popularnością. Hasło „Demokraci ukradli nam wybory” z pewnością okaże się znakomitym narzędziem mobilizowania prawicowego elektoratu, zwłaszcza jeśli w kampanii wyborczej weźmie udział sam prezydent. Według badania przeprowadzonego przez Politico/Morning Consult blisko 3/4 republikańskich wyborców wierzy w to, że doszło do oszust wyborczych na szeroką skalę.

W krótkiej perspektywie teza o ukradzionych wyborach ma osłodzić Trumpowi porażkę, ochronić kruche ego człowieka, dla którego „przegryw” jest największą z obelg. Jak wiemy z historii biznesowej Trumpa, ilekroć grozi mu przegrana w sądzie, podpisuje ugodę – wypłaca odszkodowanie, ale w zamian może mówić, że nie przegrał. Stoi to w całkowitej sprzeczności z deklarowanym publicznie paradygmatem wygranej i porażki, ale od kiedy to wierność (przekonaniom, deklaracjom czy żonom) ma dla Trumpa jakiekolwiek znaczenie? Sęk w tym, że tym razem żadna ugoda nie wchodzi w grę, więc Trump potrzebuje czegoś innego. Będzie mógł wycofać się do swojej florydzkiej rezydencji Mar-a-Lago w przekonaniu, że skrzywdzono go i oszukano, a nie, że został pokonany przez „Śpiącego Joe”, „najgorszego kandydata w historii”, jak miał w zwyczaju określać Bidena.

Przegrał Trump, niech żyje Trump

W szerszym planie chodzi jednak o stworzenie nowego mitu założycielskiego trumpizmu, który jeszcze długo pozostanie istotną siłą w polityce Stanów Zjednoczonych.

Amerykańskie partie polityczne dotychczas stanowiły raczej koalicje różnych frakcji ideologicznych czy geograficznych, a nie monolityczne bloki. Urzędujący lub (do czasu wyłonienia nowego kandydata) były prezydent odgrywał istotną rolę nieformalnego lidera swojego obozu, ale nigdy jeszcze żaden prezydent nie miał takiej kontroli nad swoją partią, jaką ma dziś Donald Trump. Mówienie, że Partia Republikańska stała się Partią Trumpa, nie jest żadną przesadą. Symbolicznie potwierdzono to na tegorocznej konwencji partyjnej – po raz pierwszy w stupięćdziesięcioletniej historii delegaci nie przyjęli programu wyborczego, tylko zadeklarowali lojalność wobec swojego prezydenta.

Gdyby jego przegrana była większa, doszłoby zapewne do jakiejś próby rozliczenia trumpizmu, ale rola „umiarkowanych Republikanów” pozostanie w najbliższym czasie znikoma. Sytuacja będzie taka sama, jak w ciągu ostatnich czterech lat, kiedy prywatnie wielu republikańskich polityków sarkało na Trumpa, ale nie chcieli się narażać twardemu elektoratowi, więc publicznie albo go wspierali, albo nabierali wody w usta. Kontrolę nad partią będzie sprawować Trump i jego lojaliści – i to nie tylko za pomocą Twittera, gdzie można dyktować bazie co robić, kogo popierać, a kogo zwalczać. Kilka dni po wyborach Trump zarejestrował swój nowy PAC (political action committee, komitet akcji politycznej) o nazwie „Save America” (Ocalić Amerykę), czyli (nieco upraszczając) organizację do zbierania i wydawania praktycznie nieograniczonych funduszy na kampanie wyborcze.

PAC Trumpa będzie siłą, z którą musi się liczyć każdy kandydat chcący zdobyć nominację Partii Republikańskiej na jakiekolwiek stanowisko.

Z pewnością przyda mu się też, jeśli postanowi odzyskać to, co mu „ukradziono”. Jak donoszą źródła z Białego Domu, prywatnie Trump już dawno zapowiedział, że w razie przegranej, w roku 2024 wystartuje ponownie.

Udostępnij:

Piotr Tarczyński

Historyk, doktor nauk politycznych, amerykanista, tłumacz, pisarz. Z Łukaszem Pawłowskim prowadzi „Podkast amerykański"

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne