Prawa autorskie: Jared WickerhamJared Wickerham
11 listopada 2020

Czy Biden poradzi sobie z popsutą amerykańską demokracją?

Liczba zadań, z którymi będzie musiał się zmierzyć Joe Biden jako prezydent USA, jest nie do pozazdroszczenia. Wśród tych problemów znajduje się stan amerykańskiej demokracji. Jest on tak słaby, że część osób pyta całkiem serio, czy Stany Zjednoczone to w ogóle demokratyczny kraj

Niektóre problemy z amerykańskim systemem politycznym ujawniły się zresztą nawet w trakcie wygranych przed Bidena wyborów.

Kto wybiera prezydentów?

W zasadzie już kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi nikt – włącznie z członkami Partii Republikańskiej – nie miał wątpliwości, że na Bidena zagłosuje więcej Amerykanów i Amerykanek niż na jego przeciwnika. Nawet w wieczór wyborczy, gdy przez chwilę wydawało się, że to Trump może wyjść z tej batalii zwycięsko, nadal było jasne, że Biden uzyska w sumie więcej głosów. Skąd więc kilkudniowa nerwówka?

Prezydentem Stanów Zjednoczonych nie zostaje osoba, na którą zagłosuje najwięcej obywateli, lecz ta, która zdobędzie więcej głosów elektorskich – te są zaś przyznawane na podstawie wyników w poszczególnych stanach. Na przykład zwycięzca w Kalifornii otrzymuje pięćdziesiąt pięć głosów elektorskich, i to niezależnie od tego, czy zagłosowało na niego pięć milionów więcej ludzi niż na jego rywala, czy tylko dziesięć tysięcy.

W teorii ten system daje mieszkańcom nawet najmniejszych stanów szansę na to, aby wpłynąć na ostateczny wynik wyborów. Praktyka wygląda jednak o wiele gorzej. Tak skonstruowany system prowadzi do tego, że większość obywateli może być przegłosowana przez mniejszość.

Najbardziej ewidentnym przykładem tego zjawiska są sytuacje, gdy kandydat bądź kandydatka, na których głosowało więcej osób, przegrywają wybory prezydenckie. Tak się stało cztery lata temu, kiedy Trump pokonał Hilary Clinton, choć zdobył prawie trzy miliony mniej głosów od swojej konkurentki.

Na tym problemy z amerykańskim systemem wyborczym się nie kończą.

Bezradna większość

Wątpliwości wzbudza również to, jak są przyznawane miejsca w senacie. Problem jest podobny do tego z wyborami prezydenckimi – nieproporcjonalnie duży wpływ mniejszych stanów na ostateczny wynik zmagań.

Obecnie nie jest pewne, czy większość w senacie uzyska Partia Republikańska, czy Partia Demokratyczna – wszystko zależy od styczniowej dogrywki w Georgii. Wiemy natomiast jedno – republikanie będą reprezentowali mniejszość społeczeństwa amerykańskiego.

Jak zauważa Ian Millhiser, dziennikarz Vox, nawet jeśli Partia Republikańska wygra drugą turę w Georgii, to i tak ich senatorzy będą reprezentowali w sumie dwadzieścia milionów mniej obywateli niż przedstawiciele Partii Demokratycznej, a mimo to będą mieli większość w senacie.

Skutki tego systemu wykraczają poza Biały Dom i Kongres. Na przykład w ostatnich latach troje sędziów Sądu Najwyższego: Neil Gorsuch, Brett Kavanaugh i Amy Coney Barrett zostało nominowanych przez prezydenta, który zdobył mniej głosów niż jego rywalka, i zatwierdzonych przez senatorów reprezentujących mniejszość amerykańskiego społeczeństwa.

Konsekwencje sięgają nawet dalej. Wróćmy na chwilę do Kalifornii. Wyborcy są tam dość progresywni jak na Stany Zjednoczone, a stan zamieszkuje aż czterdzieści milionów osób. Tylko co z tego?

Wszyscy zakładają z góry, że Kalifornijczycy zagłosują w wyborach na kandydata bądź kandydatkę Partii Demokratycznej, więc republikanie nie próbują o tych wyborców zabiegać, a demokraci traktują ich jako pewnik.

Co innego Georgia – stan zarówno bardziej konserwatywny, jak i zdecydowanie mniejszy (mieszka w nim cztery razy mniej osób niż w Kalifornii). Jako że wynik wyborów nie jest tam z góry przesądzony, kandydaci mają dużą motywację, aby dostosowywać swój program pod tamtejszych konserwatywnych wyborców.

Efekt jest taki, że choć wiele progresywnych propozycji – od zwiększenia stawki podatkowej dla najbogatszych, przez ściślejsze uregulowanie prawa do posiadania broni, po powszechne ubezpieczenia zdrowotne – cieszy się poparciem większości amerykańskich obywateli i obywatelek, to uważa się je za trudne bądź nawet niemożliwe do zrealizowania, ponieważ nie wpasowują się w poglądy mieszkańców konserwatywnych stanów.

Odbieranie praw wyborczych

Odrębnym problemem jest to, że wiele osób wciąż ma kłopot z wzięciem udziału w wyborach, choć formalnie mają do tego pełne prawo.

Dwa lata temu Georgia wybierała, kto ma zostać jej gubernatorem. Ludzie nie tylko musieli czekać w wielogodzinnych kolejkach do lokali wyborczych z powodu tego, że utworzono ich zbyt mało, ale niektórzy mieli w ogóle problem z zarejestrowaniem się jako wyborcy.

Republikański sekretarz stanu w Georgii, Brian Kemp, który był równocześnie kandydatem na stanowisko gubernatora, wstrzymywał rejestrację pięćdziesięciu tysięcy osób – nieproporcjonalnie dużą ich część stanowili Afroamerykanie, czyli grupa społeczna popierająca w większości kandydatury Partii Demokratycznej.

To tylko jeden z wielu tego typu przypadków, a Stany Zjednoczone mają długą i niechlubną historię utrudniania czarnym wyborcom wzięcia udziału w głosowaniu. Przez lata południowe stany używały testu na piśmienność jako narzędzia do wykluczania Afroamerykanów z procesu wyborczego. Na przykład w Missisipi wymagano od nich napisania małego eseju przed dopuszczeniem do udziału w wyborach.

Jeden dolar, jeden głos

Nie dość, że Amerykanie mają kłopoty z samym procesem wyborczym, to ich system polityczny jest coraz bardziej uzależniony od interesów wielkiego biznesu i powiązanych z nim grup lobbystycznych.

Elizabeth Warren, senatorka z Partii Demokratycznej, mówiła o tym wprost w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej: „Nasz rząd został kupiony i opłacony przez grupę miliarderów i gigantycznych korporacji, którym się wydaje, że mogą dyktować zasady wpływające na wszystkich”.

Zdaniem Warren to biznesowym lobbystom Amerykanie zawdzięczają wysokie cenny leków, luki podatkowe dla najbogatszych, brak uregulowania rynku finansowego i niedostateczną ochronę środowiska.

Podobne wnioski płyną z badań, które przeprowadziła grupka politologów z Columbia University oraz University of California. Okazało się, że doradcy polityczni pracujący w amerykańskim kongresie, mają mylne wyobrażenia na temat tego, co sądzą wyborcy o kwestiach takich, jak opieka zdrowotna, podniesienie płacy minimalnej czy regulacje dotyczące posiadania broni.

Mówiąc dokładniej, pracownicy kongresu oceniali ich jako bardziej konserwatywnych, niż ci są w rzeczywistości. Dlaczego? Jak sugerują badacze, doradcy polityczni nie tylko czerpią swoją wiedzę na temat potrzeb społeczeństwa głównie od biznesowych lobbystów, ale dodatkowo uważają, że lobbyści wiarygodniej oceniają potrzeby wyborców niż… sami wyborcy.

Do tego dochodzą problemy z tzw. „obrotowymi drzwiami” między wielkim biznesem a polityką. Robert Reich, były sekretarz pracy, opisuje ten mechanizm w książce „Saving Capitalism” na przykładzie konglomeratu Comcast – telekomunikacyjnego giganta:

„Ze 126 lobbystów, którzy działali dla firmy w 2014 roku, 104 pracowało wcześniej dla rządu. Przykładowo, Meredith Attwell Baker, była członkini Federalnej Komisji Łączności, zaczęła pracę w Comcast cztery miesiące po tym, jak w 2011 roku zagłosowała za pozwoleniem tej firmie na wykupienie NBC Universal”.

„Stany Zjednoczone są znacznie mniej demokratyczne i znacznie bardziej oligarchiczne, niż chcielibyśmy to przyznać” – podsumowuje te problemy Paul Krugman, znany ekonomista, na łamach „New York Timesa”.

Ile demokracji w demokracji?

Wygodnie jest myśleć, że kłopoty USA zaczęły się wraz z Donaldem Trumpem i skończą się wraz z jego odejściem. Ale tak po prostu nie jest. Stany Zjednoczone mają systemowe problemy z demokracją i dla dobra zarówno swojego, jak i reszty świata powinny wreszcie zacząć je rozwiązywać. W przeciwnym wypadku zwycięstwo Bidena może pójść na marne.

Udostępnij:

Tomasz Markiewka

Filozof, autor książek „Język Neoliberalizmu” (Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2017) i "Gniew" (Wydawnictwo Czarne, 2020)

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne