0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja Iga Kucha...

“Niech jedzą ciastka”, odpowiedź Marii Antoniny dla pozbawionych chleba i buntujących się z głodu Paryżan, to prawdopodobnie jeden z historycznych fake newsów (prawdopodobnie wcale tego nie powiedziała, to raczej Maria Teresa, żona Ludwika XIV). Doskonale jednak pasuje do królowej, która „nic nie wie o życiu” – choćby to, że ciastka i chleb wyrabia się z tej samej mąki.

”Trzeba było się ubezpieczać”, mówił premier Włodzimierz Cimoszewicz do osób, które straciły dobytek w powodzi.

”Można zmienić pracę i wziąć kredyt”, mówił Bronisław Komorowski na pytanie, jak osoba z dochodem 2 tys. zł miesięcznie ma sobie kupić mieszkanie

“Spieprzaj dziadu”, powiedział Jarosław Kaczyński do zwykłego obywatela.

“To nie ludzie, to ideologia”, powiedział Andrzej Duda o mniej więcej co dwudziestym Polaku.

Te wypowiedzi łączy jedno – lekceważenie i brak zrozumienia dla „zwykłych ludzi”.

Czy naprawdę wszyscy politycy, od lewa do prawa, mają problem z empatią, współczuciem i zrozumieniem?

Czy może za to odpowiadać sam fakt, że mają władzę?

“Władza powoduje uszkodzenie mózgu”

To tytuł tekstu, który ukazał się na łamach amerykańskiego tygodnika “The Atlantic” latem 2017 roku. Jerry Useem cytuje w nim między innymi historyka Henry’ego Adamsa, który twierdził, że „władza jest rodzajem nowotworu, który koniec końców zabija u chorego na nią odruchy współczucia”.

To oczywiście metafora, ale naukowcy postanowili tę hipotezę – że władza rzeczywiście znieczula – przetestować w badaniach. Dacher Keltner z University of California w Berkeley przez długie lata – prawie dwie dekady – prowadził eksperymenty, by to sprawdzić.

Wynikało z nich, że badani posiadający władzę zachowują się, jakby przeszli jakiegoś rodzaju uszkodzenie mózgu. Stawali się bardziej impulsywni, bardziej skłonni do ryzyka i, co chyba najbardziej istotne – trudniej przyjmowali punkt widzenia innych osób.

Władza, zdaniem Keltnera, prowadzi do „deficytu empatii”. Ludzie u władzy przestają odczuwać to, co czują inni. To ważna część naszego umysłu – dzięki niej nie zadajemy przecież cierpienia innym.

Przeczytaj także:

Jak zebrać setkę polityków do badań naukowych?

Keltner nie był jedynym naukowcem, który badał wpływ poczucia władzy na zachowanie. Literatura naukowa na ten temat jest dość obfita (Google Scholar pokazuje około 1200 prac naukowych).

Sęk w tym, że są to badania dość kontrowersyjne. Politycy (czy szefowie firm i organizacji) nie są wszakże zbyt chętni do psychologicznych testów. A nawet gdyby byli, grupa badanych mogłaby być zbyt mała, by wyniki były istotne.

Im mniejsza grupa badanych, tym większe ryzyko, że wynik badania może być po prostu dziełem przypadku. Stąd też jakiś czas temu przyjęto, że solidne badanie naukowe w psychologii powinno być prowadzone na grupie większej niż 45 osób.

Oczywiście im większa grupa, tym lepiej, ale skąd wziąć setkę – nie mówiąc o tysiącu – polityków chętnych do poddania się eksperymentom? To po prostu niemożliwe.

Torowanie, czyli technika raczej zawodna

Zamiast polityków w takich badaniach biorą udział zwykli ochotnicy. Wywołuje się u nich „poczucie władzy” za pomocą primingu, czyli torowania.

To technika, która polega na poddawaniu badanych pewnym bodźcom związanym z daną kategorią poznawczą, by zwiększyć prawdopodobieństwo jej wykorzystania przez badanych.

Można badanym pokazywać na ekranie słowa związane z władzą, można pokazywać obrazy. Można też poprosić, by wyobrazili sobie, że posiadają władzę i opisali, co by zrobili w takiej sytuacji. Potem poddaje się ich psychologicznym testom.

Nie jest to technika pozbawiona kontrowersji. Wiele badań wykorzystujących torowanie nie udało się odtworzyć (czyli nie udało się uzyskać tego samego wyniku po przeprowadzeniu identycznego eksperymentu). Dziś torowanie jest uważane za mało rzetelną naukowo metodę.

Część efektów obserwowanych w eksperymentach z torowaniem może być wynikiem nastawienia samych badaczy. W psychologicznych badaniach trudno wyeliminować efekt oczekiwań eksperymentatora (zwany też, od nazwiska odkrywcy, efektem Rosenthala).

Empatia, czyli „neurony lustrzane”

Nie oznacza to, że poczucie władzy nie zmienia naszego zachowania. Być może zmienia – ale na razie nie mamy na to solidniejszych naukowych dowodów, tylko poszlaki. Inna sprawa, że nie są to tylko poszlaki w postaci psychologicznych testów. Badano także mózgi ochotników.

Sukhvinder Obhi z McMaster University w Ontario, który badał właśnie mózgi (a nie zachowania) ochotników, stwierdził, że władza rzeczywiście hamuje pewne procesy, które są podstawą empatii.

Wydaje się, że wyłącza tak zwane „neurony lustrzane”, które pozwalają nam wczuć się w czyjeś położenie – czyli mechanizm, który sprawia, że nie chcemy krzywdzić innych.

Sęk w tym, że badania Obhiego również nie były prowadzone na ludziach u władzy, lecz zwykłych ochotnikach, którzy mieli sobie przypominać sytuacje, w których mieli władzę. Czyli znów badani byli „torowani”.

Zatem owszem, istnieją badania psychologiczne, które wskazują, że ludzie, którzy myślą o posiadaniu władzy (lub, jak w badaniu Obhiego, przypominają sobie jej posiadanie), zachowują się mniej empatycznie. Nie wiemy jednak, czy ma to przełożenie na ludzi, którzy mają władzę.

Debunking

Władza szkodzi na głowę. Tak twierdzą autorzy kilku badań psychologicznych
W pełni wiarygodnych dowodów nie ma. Wiele wskazuje jednak na to, że władza rzeczywiście zmienia postrzeganie innych ludzi i ich potrzeb. Na gorsze.

Władza lubi stereotypy

Badań, w których brały udział osoby faktycznie sprawujące jakąś władzę, jest znacznie mniej. Co nie oznacza, że ich nie ma w ogóle.

Z pracy Susan Friske i Erica Dépreta opublikowanej w 2011 roku w „European Review of Social Psychology” wynika, że osoby posiadające jakiś rodzaj władzy są mniej skłonne do poszukiwania informacji o stanie innych osób. Są za to bardziej skłonne do szufladkowania ich poprzez stereotypy.

Odwrotnie mają ludzie pozbawieni władzy. Są czuli na informacje o stanie innych i mniej skłonni do ich szufladkowania.

Dlaczego? Przeciętni, nieposiadający władzy ludzie, żeby coś załatwić lub dostać, muszą zwykle być dla innych mili (czyli dostrzegać stany emocjonalne i potrzeby innych). Osoba u władzy nie musi być miła – po pierwsze ma już zasoby (więc mniej potrzebuje od innych), po drugie (żeby coś załatwić), może po prostu wydać polecenie.

Władza, jak się wydaje, jednak wpływa negatywnie na postrzeganie innych jako jednostki posiadające własne potrzeby.

"Syndrom pychy”, czyli co kroczy przed upadkiem

W opublikowanym w 2009 roku w “Brain” artykule (zatytułowanym “Hubris syndrome: An acquired personality disorder? A study of US Presidents and UK Prime Ministers over the last 100 years”, czyli “Syndrom Pychy. Nabyte zaburzenie osobowości? Studium amerykańskich prezydentów i brytyjskich premierów ostatniego stulecia”) autorzy twierdzą, że władza naprawdę szkodzi. Jest rodzajem nabytego zaburzenia.

Wyodrębniają aż czternaście objawów, w tym otwartą pogardę dla innych, utratę kontaktu z rzeczywistością, niespokojne i nieostrożne działania oraz przejawy niekompetencji. Hm, brzmi dziwnie znajomo – jak u większości polityków pod koniec kadencji...

Niewątpliwego smaku tej analizie dodaje fakt, że jednym z jej dwu współautorów jest David Owen, brytyjski neurolog, który sam został politykiem. Był parlamentarzystą i sekretarzem spraw zagranicznych (otrzymał też tytuł szlachecki).

Owen sam przyznaje się, że pycha nie jest mu obca. Żeby zejść na ziemię, jak opowiadał „Atlanticowi”, regularnie ogląda filmy o „zwykłych ludziach” i czytuje listy od wyborców. Utyskuje przy tym, że korporacje i uczelnie szkolące kadrę zarządzającą nie są zupełnie badaniami nad “ubocznymi skutkami władzy” zainteresowane…

Strażnicy, czyli nadużywanie władzy

Warto przytoczyć znany i szeroko komentowany eksperyment Zimbardo – tak zwany “stanfordzki eksperyment więzienny” przeprowadzony latem 1971 roku na Uniwersytecie Stanforda.

Przez dwa tygodnie studenci mieli odgrywać role więźniów i strażników więziennych w piwnicy, którą przerobiono na więzienne cele. Eksperyment przerwano szóstego dnia, bowiem studenci odgrywający rolę strażników stali się zbyt brutalni.

Eksperyment Zimbardo – mimo iż wielokrotnie krytykowany za to, że był nieetyczny – jest dowodem na to, że władza rzeczywiście może zepsuć. Dla ścisłości nie wszystkich, bowiem, mniejszość „strażników” starała się być wyrozumiała i nie krzywdzić „więźniów”.

Jednym z wniosków badania Zimbardo było to, że odgrywanie ról społecznych może wpływać na kształtowanie się osobowości. Dzieje się tak zwłaszcza w sytuacji, gdy ktoś nie ma możliwości zrzucenia schematu przyjętej roli, lub gdy rola społeczna nie pozwala na swobodę postępowania.

Politycy nie są co prawda strażnikami, ale niektórzy – zwłaszcza populistyczni – lubią się przedstawiać jako obrońcy społeczeństwa przed (najczęściej wyimaginowanym zagrożeniem).

Wybory, czyli wymiana na lepszy model

Eksperyment Zimbardo pokazał, że wśród osób u władzy zawsze znajdą się tacy, którzy będą jej nadużywać. Władza pozwala uniknąć konsekwencji swoich nagannych moralnie zachowań.

Jest tak, szczególnie gdy władza staje się nieograniczona – największe okrucieństwa popełniała wszakże władza absolutna, w dyktaturach i systemach autorytarnych.

Nie oznacza to, że demokratycznych systemach politycy nie nadużywają władzy, jednak robią to rzadziej i poniekąd w mniejszej skali. Zapewne dlatego, że liczą się z mechanizmami demokratycznej kontroli i z obowiązującym prawem.

Być może najlepszą stroną demokracji jest to, że pozwala politykom unikać konsekwencji swoich czynów tylko do czasu – czyli do przegranych wyborów.

A jeśli władza naprawdę zmienia mózg – na co są jakieś naukowe dowody – inną dobrą stroną demokracji jest to, że co pewien czas polityków wymieniamy. Sprawujących władzę, którzy stali się już nieczuli (a być może, jak twierdzi Owen, nawet dotknięci zaburzeniem „syndromu pychy”), wymieniamy na nowych – którzy przez ostatnie lata nie sprawowali władzy, więc są bardziej czuli na potrzeby ludzi.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

;

Udostępnij:

Michał Rolecki

Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i już mu tak zostało. Skończył anglistykę, a o naukowych odkryciach pisał w "Gazecie Wyborczej", internetowym wydaniu tygodnika "Polityka", portalu sztucznainteligencja.org.pl, miesięczniku "Focus" oraz serwisie Interii, GeekWeeku oraz obecnie w OKO.press

Komentarze