Prawa autorskie: Tomasz Stanczak / Agencja Wyborcza.plTomasz Stanczak / Ag...
12 czerwca 2022

Czy wspólna lista opozycji to sposób na PiS? Nie wiadomo: bo wyborca chwiejny, a badacz wie za mało

Wśród dostępnych wyników badań sondażowych nie ma solidnych dowodów, że dopiero zjednoczenie partii opozycyjnych da impuls do zmobilizowania wyborców dziś nieprzekonanych i niepewnych. Ekspert tłumaczy, dlaczego jest za wcześnie na spekulacje o sukcesie wspólnej listy opozycji

Na temat wspólnego startu wyborczego opozycji demokratycznej napisano ostatnio bardzo dużo. Dysponujemy różnymi symulacjami rozkładu mandatów, które uwzględniają działanie reguły d’Hondta, służącej w Polsce do przeliczania głosów na mandaty. Premia integracyjna w naszym systemie wyborczym jest oczywista. Matematyczne aspekty tego mechanizmu są bardzo dobrze rozpoznane i opisane w literaturze politologicznej dotyczącej funkcjonowania systemów wyborczych. Działają niezależnie od kontekstu politycznego, a jedyne, co je może zmienić, to manipulowanie parametrami systemu wyborczego – np. zwiększenie liczby okręgów.

Analizy prezentowane przez OKO.press, raport Andrzeja Machowskiego dla FOR, ekspertyza dr Macieja Onasza dla Biura Analiz Sejmowych, czy wcześniejsze analizy prof. Jarosława Flisa z UJ dla Fundacji Batorego przypominają przede wszystkim znane prawidłowości działania systemu proporcjonalnego. Tam jednak, gdzie analitycy odchodzą od opisywania wyborczej mechaniki w kierunku przewidywania zachowań wyborczych, nie chodzi już o reguły matematyczne.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to nowy cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Grunt jest tu bardziej grząski, bo opinia publiczna w Polsce jest dynamiczna, do wyborów pozostało jeszcze sporo czasu, a pytania sondażowe, które zadajemy, odkrywają tylko wierzchołek góry lodowej.

W spekulacjach o tym, jak zachowają się wyborcy, bardzo często zapomina się o niepewności pomiarów, przenosi się na grunt wyborów do Sejmu prawidłowości z zupełnie odmiennych kontekstów (wyborów do Senatu czy Parlamentu Europejskiego), przyjmuje się statyczną wizję opinii publicznej lub posługuje się nazbyt uproszczonym obrazem preferencji wyborczych.

Uważam, że powinniśmy mieć więcej pokory wobec tego, co wiemy.

Wśród dostępnych wyników badań sondażowych nie ma solidnych dowodów, że dopiero zjednoczenie partii opozycyjnych da impuls do zmobilizowania wyborców dziś nieprzekonanych i niepewnych, a to skala ich mobilizacji z dużym prawdopodobieństwem zdecyduje o zwycięstwie lub przegranej obecnie rządzących.

Nie ma też przekonujących dowodów na to, że zbyt szerokiej koalicji „załamią się skrzydła” i część wyborców zdemobilizuje się, gdy zobaczy taką czy inną wspólną listę opozycji, a owych strat nie zrekompensuje premia integracyjna systemu wyborczego. A przede wszystkim – nie ma solidnych argumentów na to, że decyzja określająca już teraz kształt wspólnych list opozycji demokratycznej byłaby dużo korzystniejsza dla jej przyszłego wyniku wyborczego.

Politycy powinni mieć więcej przekonania, że kluczem do zwycięstwa jest właśnie polityka, rozpoznanie potrzeb wyborców, nazwanie priorytetów, jasny przekaz w mediach i praca w terenie. A „inżynieria wyborcza” dotycząca formuły startu jest tu tylko jednym z instrumentów, który mają do dyspozycji. Niewykluczanie żadnej formuły współpracy, oswajanie z nią wyborców własnych partii i odkładanie wiążącej decyzji mogą być po prostu odpowiedzią na różne niepewności dotyczące dynamiki zachowań wyborczych. Są one normalne dla tego momentu cyklu wyborczego i nie da się ich łatwo usunąć.

Dlaczego to nie takie proste?

Wszystkie symulacje rozkładu mandatów muszą być „nakarmione” danymi sondażowymi. Ich jakość wpływa na jakość symulacji i pewność, z jaką możemy wypowiadać się o konsekwencjach takiej czy innej formuły wspólnego startu opozycji. Sondaż daje chwilowy obraz opinii publicznej, jest swoistą „stopklatką” rozkładu preferencji wyborczych, a ponieważ do przewidywanego terminu wyborów pozostał jeszcze ponad rok, wszelkie analizy powinny brać pod uwagę, że ten rozkład może się zmieniać i że polityka rządu i opozycji ma na niego wpływ.

Wybory parlamentarne, jeśli miałyby się odbyć w konstytucyjnym terminie (a nic nie wskazuje na to, że będzie inaczej), wypadają jesienią 2023 roku. Nawet jeśli uznamy, że nasz system partyjny jest stabilny, a elektoraty w miarę skrystalizowane, dużo się jeszcze wydarzy w międzyczasie. I to niezależnie od tego, co zdecydują liderzy partii opozycyjnych.

Pouczające jest spojrzenie na historyczne dane, które pokazują nie tylko pojawiające się i znikające ugrupowania polityczne, ale również znaczne wahania poparcia w ostatnim roku przed wyborami.

W październiku 2014, mniej więcej rok przed wyborami do Sejmu w 2015 roku, sondaż TNS prognozował następujące wyniki wyborów (bez uwzględniania wyborców wahających się, tak by rezultaty partii sumowały się do 100 proc.): PO 41 proc., PiS 34 proc., SLD 10 proc., PSL 7 proc., Kongres Nowej Prawicy 6 proc., Twój Ruch 2 proc.

Rok później PO zdobyła 24 proc. i musiała oddać władzę, PSL zdobyło 5 proc. i ledwo przekroczyło próg wyborczy, PiS zdobyło prawie 38 proc., Kongres Nowej Prawicy zdobył 4,8 proc. i znalazł się tuż pod ustawowym progiem wyborczym. Zniknął ze sceny politycznej Twój Ruch, pojawił się za to ruch Kukiz’15 z 8,8 proc. głosów, powstała Nowoczesna (7,6 proc.) i partia Razem (3,6 proc.).

Wybory z 2015 roku były wyjątkowe – ktoś mógłby powiedzieć. Spójrzmy zatem na te z 2019 roku. W listopadzie 2018, rok przed wyborami, sondaż Kantara prognozował wyniki tak (znów bez uwzględniania wahających się): PiS 39 proc., PO 27 proc., Kukiz 11 proc., SLD 10 proc., PSL 7 proc., Nowoczesna 5 proc. Rok później, w 2019 r., wyniki były następujące: PiS – prawie 44 proc., PO 27 proc., SLD – prawie 13 proc., PSL – prawie 9 proc. Ruchu Kukiza nie było już jako samodzielnego bytu politycznego, a Nowoczesna rozpłynęła się w Platformie.

Polacy są wyborcami chwiejnymi, a dokładniej – niesystematycznie uczestniczącymi w wyborach.

Potwierdzają to dane unikatowego badania panelowego POLPAN, które pozwalają śledzić długoterminową dynamikę postaw politycznych Polaków. W sondażu panelowym do tych samych respondentów wraca się ponownie po upływie kilku lat, czasem wielokrotnie; zupełnie inaczej niż w typowych sondażach, w których za każdym razem dobiera się inną, nową próbę obywateli.

Dr Michał Kotnarowski z IFiS PAN pokazał ostatnio z wykorzystaniem danych POLPAN, że w Polsce w kolejnych wyborach parlamentarnych (w latach 1993-2015) główną siłą wpływającą na tzw. chwiejność wyborczą (czyli to, że jedne partie traciły, a inne zyskiwały poparcie) była mobilizacja lub demobilizacja do głosowania.

Ważniejsze były nie przepływy głosujących regularnie i zmieniających partie swojego wyboru, ale przepływy i odpływy od głosowania do niegłosowania (i odwrotnie).

Obecnie, w sytuacji zwiększonej polaryzacji politycznej, partie opozycji demokratycznej są w stanie najwięcej zyskać nie na przepływach wyborców PiS, Konfederacji lub innych partii opozycyjnych w obrębie własnego bloku, ale przede wszystkim na skutecznej mobilizacji osób nieprzekonanych, czy w ogóle zagłosują albo chcących głosować, ale nieprzekonanych na kogo.

Chodzi jednocześnie o sformułowanie oferty, która zapobiegłaby ponadprzeciętnej mobilizacji elektoratu PiS. Mobilizuje bowiem nie tylko partia, z którą wyborcy się identyfikują, ale również te partie, których zdecydowanie nie chcieliby dopuścić do władzy.

Badacze populizmu, Cas Mudde i Cristobal Rovira Kaltwasser, podkreślają, że sukcesy populizmu w Europie wyjaśnia się najczęściej słabnącym zróżnicowaniem partii prawicowego i lewicowego mainstreamu i coraz mniej wyraźnym sporem politycznym.

Populiści w systemach wielopartyjnych zmierzają do redefinicji podstawowego podziału politycznego na spór między liberalną demokracją a „głosem zwykłych ludzi” (reprezentowanym przez partie populistyczne właśnie).

Wydaje się, że nie ma tu większego znaczenia, czy partia bazująca na postawach populistycznych sprawuje władzę, czy jest w opozycji. Nie można zatem ignorować zagrożenia, że szeroka integracja „bloku demokracji liberalnej” w Polsce może dodatkowo uwiarygadniać i cementować to rozróżnienie, wzmacniając manichejską wizję polityki typową dla współczesnego populizmu. Ten mechanizm, rzadko przywoływany w analizach, może być nawet ważniejszy niż „załamywanie się skrzydeł opozycji”.

O ile większość analiz dopuszcza możliwość „odstraszania” wyborców partii opozycyjnych, gdyby miały utworzyć jakąś koalicję, o tyle praktycznie wszystkie pomijają zjawisko tzw. bandwagon effect (na co ostatnio zwrócił uwagę Maciej Górecki z Wydziału Psychologii UW). Naukowcy określają tym mianem zjawisko polegające na tym, że wyborca, chcąc znaleźć się w gronie wygranych, zaczyna popierać partię lub kandydata, którzy prowadzą w sondażach lub których notowania dynamicznie rosną.

Dotychczasowe badania – głównie z krajów Europy Zachodniej – pokazują jednak, że skala tego efektu jest ograniczona i może dotyczyć co najwyżej kilku procent wyborców.

O tym, na ile wrażliwi na wyniki sondaży są Polacy, wiemy niewiele.

To część szerszego problemu. W ogóle wiadomo mało na temat masowego oddziaływania komunikacji politycznej, którą musiałaby posłużyć się koalicja partii opozycyjnych uzasadniając wspólny start i konstrukcję list wyborczych. A także przekazów dezintegrujących, mających na celu demobilizację części elektoratu partii opozycyjnych, a które za pośrednictwem mediów publicznych z dużym prawdopodobieństwem pojawiłyby się w przestrzeni publicznej.

Niektóre sondaże, na przykład badanie IBRiS z listopada 2019 r., raportowały dość wysokie odsetki wyborców mniejszych partii opozycyjnych niezdecydowanych jak zagłosować w przypadku stworzenia wspólnej listy opozycji (37 proc. wyborców Lewicy, 30 proc. wyborców PL 2050 odpowiedziało „trudno powiedzieć”). Zakładanie, że wszyscy deklarujący wówczas, że „trudno im powiedzieć”, nie pójdą w ogóle do wyborów jesienią 2023 r., uprawdopodabnia scenariusz „załamujących się skrzydeł” koalicji.

Niemniej demobilizacja jednej trzeciej elektoratu jakiejś partii w wyborach, których stawka jest oceniana bardzo wysoko, to naprawdę mocne i trudne do spełnienia założenie.

Badania pokazują, że wraz z przybliżającymi się wyborami spadają odsetki wahających się wyborców. Późniejsze pomiary, jak na przykład majowy sondaż Ipsos dla OKO.press, wskazują już bardzo niewielki udział (kilka procent) wyborców niepewnych, co zrobić w razie startu wspólnej listy, choć do wyborów pozostało jeszcze dużo czasu, a wspólna lista jest ciągle hipotetyczna. Nie jest jednak tak, że wszyscy deklarujący wsparcie jednej listy czynią to z równie silnym przekonaniem.

Partie, badajcie to lepiej

Zadowalając się słupkami poparcia dla partii politycznych, niezbyt dokładnie bada się chwiejność elektoratów, siłę preferencji wyborczych i gotowość udziału w wyborach. Należałoby to robić lepiej, a takimi pogłębionymi badaniami w pierwszej kolejności powinny być zainteresowane same partie polityczne. Stwierdzenie, że już dzisiaj jakaś analiza dotycząca zachowań wyborczych „daje ostateczną odpowiedź”, jak twierdził ostatnio np. wicemarszałek Piotr Zgorzelski z PSL, jest nadinterpretacją.

Po pierwsze, już proste pytanie o chęć wzięcia udziału w wyborach daje zwykle znacznie zawyżone odsetki odpowiedzi twierdzących. Sondaże różnych firm różnią się prognozowaną frekwencją lub nie podają jej wcale. Większość badań sondażowych nie stosuje bardziej zaawansowanych technik oceniania gotowości wyborców do głosowania (tzw. propensity to vote), w których zadaje się całą baterię pytań pozwalających oszacować prawdopodobieństwo, że deklaracja udziału w zbliżających się wyborach nie okaże się pusta.

Szacunki frekwencji wyborczej są i będą piętą achillesową sondaży, ale w kraju, w którym uczestnictwo wyborcze jest ciągle niestabilne, są one bardzo ważne dla zrozumienia dynamiki preferencji wyborczych.

Po drugie, w regularnych sondażach zwykle nie mierzy się negatywnych identyfikacji partyjnych i antypatii wobec partii. To, że nie wyrażamy ich bezpośrednio na karcie do głosowania w dniu wyborów, nie znaczy, że nie mają znaczenia w podejmowaniu decyzji, na kogo oddać głos. Zgodnie z dobrze opisanym w psychologii społecznej zjawiskiem asymetrii pozytywno-negatywnej to właśnie niechęć do partii lub polityka w szerszej koalicji może mieć większy wpływ na decyzję o głosowaniu niż identyfikacje pozytywne i sympatie.

Po trzecie, sondaże realizowane na ogólnopolskich próbach dorosłych Polaków ignorują także to, że na decyzję wyborców w naszym systemie wyborczym mają wpływ nie tylko preferencje wobec partii politycznych, ale również wobec konkretnych kandydatów i kandydatek. Nie chodzi tu tylko o sympatie czy antypatie wobec liderów list, którzy umieszczeni na najbardziej eksponowanych miejscach mają wpływ na postrzeganie całości listy. Dobrze udokumentowane – również w Polsce – jest zjawisko tzw. głosowania przyjacielsko-sąsiedzkiego, polegające na tym, że wyborcy mają inklinację do wspierania swoimi głosami preferencyjnymi kandydatów lokalnych, pochodzących lub mieszkających w najbliższej okolicy.

Politycy, rozumiejąc tę prawidłowość, dbają o wyłączność w swoich „terytorialnych rewirach” obejmujących zwykle kilka powiatów, niechętnie decydują się na rolę „spadochroniarzy” w innych okręgach wyborczych. Badania poprzednich wyborów do Sejmu pokazują, że czasem preferencja terytorialna może być tak silna, że powoduje nawet zmianę preferencji partyjnej. Nie ma co ukrywać, że im szersze porozumienie koalicyjne partii opozycyjnych, tym trudniej będzie na listach kandydatów zachować jednocześnie proporcje partyjne i terytorialne. I nie jest to tylko kwestia partykularnego interesu partii tworzących potencjalną koalicję, ale – ze względu na mobilizacyjny efekt głosowania przyjacielsko-sąsiedzkiego – interes całej listy.

Wreszcie, po czwarte, przy przenoszeniu wyników sondaży na symulacje podziału mandatów (a to one są kluczowym argumentem za różnymi formułami startu partii opozycyjnych w wyborach), gubi się też gdzieś sondażowa niepewność. Sondaże mierzą zarówno poziom frekwencji, jak i poziom poparcia każdej partii z błędem (wynikającym zarówno z samej istoty wnioskowania statystycznego jak i z niedoskonałości realizacji samego sondażu, np. wysokiego odsetka odmów odpowiedzi).

Tę niepewność pomiaru, którą badacze umieją szacować, pomija się przy symulacjach rozkładu mandatów, tak jakby w ogóle nie istniała. To daje fałszywe poczucie precyzji przedstawianych symulacji, zwłaszcza w sytuacji, gdy rozważane warianty takiej czy innej koalicji różnią się nieraz tylko kilkoma-kilkunastoma mandatami.

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że w każdym sondażu opinii publicznej procentowe poparcie dla poszczególnych partii jest obarczone pewnym błędem. Raporty niektórych ośrodków prezentują nawet wykresy słupkowe z naniesionymi „widełkami”, w których z największym prawdopodobieństwem mieści się wynik każdej partii. I w ten sam sposób należałoby przedstawiać prognozy rozkładu mandatów. A w dalszych dyskusjach brać pod uwagę nie to, ile dokładnie posłów i posłanek może wprowadzić partia, ale w jakim przedziale znajduje się ich przewidywana liczba.

Przykładowo, poparcie 4 proc. dla PSL-u, raportowane w ostatnim sondażu Ipsos dla OKO.press, oznacza, że nadal istnieje pewne prawdopodobieństwo, że ta partia przekroczy 5 proc. próg wyborczy. Pomińmy na razie to, że sondaż może niedoszacowywać wyborców niektórych partii i że wcześniej takie skrzywienie zwykle dotyczyło PSL-u. Po pominięciu w wyliczeniach wyborców niezdecydowanych, na kogo głosować, efektywne poparcie dla tej partii wynosi 4,3 proc. Gdyby błąd sondażu zrealizowanego na 1014-osobowej losowej próbie wynikał wyłącznie z reguł statystyki, to i tak nadal istnieje ok. 17 proc. szansy, że lista PSL przekroczy próg 5 proc. i jej reprezentacja wejdzie do Sejmu.

Nadmierna pewność analityków i komentatorów, którzy twierdzą na podstawie sondaży, że „mamy ostateczną odpowiedź”, może czasem sugerować, że o zachowaniach wyborczych można mówić tak jak o matematycznych regułach ordynacji wyborczej. Tak nie jest. Nasze instrumenty pomiaru preferencji wyborczych nie są doskonałe. Ale przede wszystkim preferencje wyborców są wrażliwe na to, co dzieje się w polityce.

Dr hab. Adam Gendźwiłł, politolog, socjolog, geograf, adiunkt w Katedrze Rozwoju i Polityki Lokalnej na Uniwersytecie Warszawskim; zajmuje się badaniami wyborów i polityki samorządowej. Ekspert Fundacji Batorego.

Udostępnij:

Adam Gendźwiłł

Doktor socjologii, adiunkt w Zakładzie Rozwoju i Polityki Lokalnej na Uniwersytecie Warszawskim. Zajmuje się badaniami samorządów terytorialnych i systemów wyborczych. Jest ekspert Fundacji Batorego. Uczestniczy też w wielu projektach międzynarodowych, poświęconych badaniom samorządów lokalnych. Jest laureatem Nagród Naukowych POLITYKI 2016.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne