Błyskawiczna operacja w Iranie miała wzmocnić prezydenturę Donalda Trumpa. Zamiast tego wywołała chaos, którego symbolem stały się dymisje najwyższych dowódców wojskowych. Możliwe jednak, że czystki w armii mają przygotować grunt pod gwałtowne zmiany w polityce zagranicznej i wewnętrznej
Wojna, która zaczęła się 28 lutego 2026, miała być ekspresową demonstracją siły i narzędziem wzmocnienia prezydentury Donalda Trumpa. Po kilku tygodniach coraz wyraźniej okazuje się strategicznym i politycznym niepowodzeniem, wchodząc jednocześnie w fazę niekontrolowanej eskalacji. Zamiast szybkiego rozstrzygnięcia mamy konflikt bez wyraźnego celu i końca, rosnące koszty, realne zakłócenia przepływu surowców przez cieśninę Ormuz i szaleństwo na rynku ropy, chaos w relacjach międzynarodowych oraz brak jakichkolwiek efektów, które można by przedstawić jako sukces.
Jak wskazuje brytyjski „The Guardian”, ekipa prezydenta opierała się na błędnych założeniach. Przewaga militarna USA miała wymusić szybkie ustępstwa, Iran miał nie być zdolny do skutecznej odpowiedzi, a jego zmęczone autorytaryzmem ajatollahów i autarkią Korpusu Strażników Rewolucji społeczeństwo miało powstać przeciwko reżimowi i obalić go.
Tymczasem Teheran nie tylko się broni, ale odpowiada skutecznie w sposób asymetryczny, a sam konflikt rozlał się na cały region Zatoki Perskiej – a poprzez skok cen ropy de facto na cały świat – i ujawnił niezrozumienie przeciwnika. Teheran bowiem definiuje sukces nie jako zwycięstwo, lecz zdolność przetrwania i asymetrycznej eskalacji na własnych warunkach. Widać to przy okazji zamieszania z zawieszeniem broni z nocy z 7 na 8 kwietnia.
W Waszyngtonie coraz częściej mówi się przy tym, że decyzja o uderzeniu została podjęta impulsywnie i wbrew rekomendacjom części aparatu eksperckiego. Większy od wojskowych i analityków wpływ na wydanie rozkazu do ataku mieli doradcy ściśle polityczni: zięć prezydenta Jared Kushner, Steve Witkoff oraz senator Lindsey Graham.
Wobec narastającego chaosu trzeba było znaleźć kozły ofiarne. Kilka dni temu w Pentagonie poleciały konkretne głowy – z tym że wraz z eskalacją konfliktu mniej wygląda to na doraźną reakcję, a bardziej na element szerszego przestawiania systemu.
Decyzją ministra wojny Pete’a Hegsetha ze stanowiska został odwołany szef sztabu wojsk lądowych gen. Randy George. Razem z nim odeszli dwaj inni wysocy rangą oficerowie: szef kapelanów armii gen. William Green Jr. oraz dowódca odpowiedzialny za przekształcanie i szkolenie wojsk lądowych gen. David Hodne.
Oficjalnego uzasadnienia nie podano. Wiadomo jedynie, że gen. George – w trzecim roku czteroletniej kadencji – został poinformowany o dymisji telefonicznie. Pentagon ograniczył się do standardowej formuły podziękowania za służbę. Nieoficjalnie wśród wojskowych pojawiło się zdumienie: chodziło w końcu o oficera, który w tym samym czasie odpowiadał za przerzut ludzi i sprzętu na teren działań. Na jego miejsce jako p.o. powołano gen. Christophera LaNeve’a – dotychczasowego zastępcę George’a i jednocześnie jednego z najbliższych współpracowników Hegsetha w ostatnich miesiącach.
W tej układance pojawił się jeszcze jeden wątek – półoficjalny, ale zbyt znaczący, by go pominąć. Tabloid „New York Post” pisał wprost o „paranoi” Hegsetha: według rozmówców gazety minister wojny miał działać gwałtownie i nerwowo, obawiając się, że sam może stracić stanowisko na rzecz ministra ds. armii Daniela Driscolla, politycznie dobrze umocowanego i blisko związanego z wiceprezydentem JD Vancem.
W tej interpretacji czystka wśród generałów byłaby nie tylko decyzją strategiczną, ale też ruchem wyprzedzającym: uderzeniem w ludzi postrzeganych jako zaplecze potencjalnego rywala. W obecnym kontekście coraz trudniej jednak oddzielić ten wątek od szerszego procesu – dostosowywania kadry dowódczej do wojny, która przestaje być krótką operacją, a zaczyna mieć własną, eskalacyjną dynamikę.
Dymisje w Pentagonie to kolejny ruch w szerszej serii czystek kadrowych od początku drugiej kadencji Trumpa, w ramach których stanowiska straciła już znacząca część najwyższego dowództwa, w tym przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów gen. Charles Q. Brown Jr czy szefowa operacji morskich adm. Lisa Franchetti.
Jednak personalia przestają być detalem, a stają się kluczem do zrozumienia skali zjawiska. Gen. George nie był figurą przypadkową. To modelowy produkt amerykańskiego systemu militarnego i kariery: West Point, piechota, pierwsza wojna w Zatoce, Irak, Afganistan. Jego ścieżka zawodowa jest zapisem ciągłości instytucji i państwa – kolejnych operacji, kolejnych rządów i kolejnych pokoleń żołnierzy.
Właśnie taki oficer zostaje usunięty w trakcie działań wojennych: bez uzasadnienia, w trybie natychmiastowym. Obok niego znika Green, stanowisko z definicji stojące raczej poza bieżącą polityką, oraz Hodne, odpowiedzialny za przyszłość armii, a nie jej bieżące działania. Wzór jest czytelny: znikają ludzie od instytucji, standardów i ciągłości, pisze tygodnik „Time”.
W ich miejsce pojawiają się ludzie w rodzaju gen. LaNeve. Jest to również doświadczony, frontowy dowódca, ale jednocześnie ktoś, kto swoją pozycję zawdzięcza bezpośredniej relacji z cywilnym kierownictwem resortu. Różnica jest subtelna, ale fundamentalna. Gen. George reprezentował armię jako instytucję państwa. Gen. LaNeve reprezentuje armię jako narzędzie polityki rządu.
I to napięcie – między instytucją a narzędziem – jest dziś ważniejsze niż jakakolwiek pojedyncza dymisja. Bo kiedy w środku wojny usuwa się ludzi odpowiedzialnych za ciągłość, a awansuje tych, którzy gwarantują pełną dyspozycyjność, to przestaje chodzić o to, kto dowodzi armią, tylko o to, czym armia w ogóle jest.
Wypada zresztą przypomnieć, że odwołanie dowódcy w trakcie wojny zdarzało się rzadko i niemal zawsze miało bardzo konkretne, dobrze opisane powody. W tradycji amerykańskiej cywilna kontrola nad wojskiem jest surowa, ale jej użycie w czasie trwania działań wojennych wobec najwyższych rangą generałów to momenty graniczne, które muszą być politycznie i instytucjonalnie „do obrony”.
Najbardziej znany przypadek to gen. Douglas MacArthur, odwołany podczas wojny koreańskiej. Był nie tylko dowódcą sił ONZ w Korei, ale jedną z najważniejszych postaci amerykańskiego wojska XX wieku. Problem polegał na tym, że zaczął prowadzić własną politykę. Publicznie podważał strategię administracji prezydenta Harry’ego Trumana, sugerował rozszerzenie wojny na Chiny, wysyłał listy do kongresmenów i budował polityczne zaplecze, spekulowano, że chce kandydować na prezydenta. Innymi słowy, przekroczył granicę między dowodzeniem a polityką. Truman zdymisjonował gen. MacArthura w 1951 roku – nie dlatego, że wojna szła źle, ale dlatego, że generał przestał uznawać cywilne zwierzchnictwo.
Drugi przykład jest znacznie mniej spektakularny, ale równie pouczający. Gen. David McKiernan dowodził siłami USA i NATO, czyli operacją Enduring Freedom w Afganistanie w latach 2008-2009. Był głównodowodzącym w momencie, gdy wojna wyraźnie utknęła. Prowincje Chost, Paktika i Paktija na pograniczu afgańsko-pakistańskim wymykały się spod kontroli. Rząd Baracka Obamy uznał, że potrzebna jest zmiana strategii i tempa działań. McKiernan nie został oskarżony o nielojalność ani o błędy w sensie dyscyplinarnym. Po prostu uznano, że nie jest człowiekiem do prowadzenia wojny w ówczesnej fazie. Został odwołany i zastąpiony przez gen. Stanleya McChrystala. Była to decyzja operacyjna: wojna nie idzie, zmieniamy dowódcę.
Trzecia taka sytuacja to sam gen. McChrystal. Generał jako dowódca sił USA i NATO w 2010 roku udzielił wywiadu magazynowi „Rolling Stone”, w którym pozwolił sobie na lekceważące komentarze pod adresem prezydenta i cywilnych przełożonych. To nie była różnica zdań na poziomie strategii, tylko jawne naruszenie zasad lojalności i dyscypliny. Barack Obama odwołał go niemal natychmiast. Powód był prosty i czytelny: wojskowy nie może publicznie postponować swoich cywilnych zwierzchników.
Te trzy przypadki pokazują dość spójny wzór. Albo dowódca wychodzi poza swoją rolę i wchodzi w politykę, jak MacArthur. Albo wojna idzie źle i potrzebna jest zmiana operacyjna, jak przy McKiernanie. Albo dochodzi do wyczerpania zaufania, jak u McChrystala. I właśnie dlatego to, co dzieje się dziś, tak wyraźnie od tego wzoru odstaje.
Na tym tle widać dokładniej, czego właściwie oczekuje dziś od wojska Donald Trump i dlaczego obecne decyzje kadrowe tak bardzo odbiegają od dotychczasowego wzoru. To nie jest już tylko pytanie o skuteczność operacyjną. Rząd wprost mówi o „przywracaniu etosu wojownika”, „odbudowie odstraszania” i „podnoszeniu standardów”.
W języku ministra wojny Pete’a Hegsetha oznacza to armię bardziej „śmiercionośną”, mniej zajętą eksperymentami społecznymi, bardziej skupioną na hierarchii, dyscyplinie i gotowości bojowej. Ten przekaz jest spójny i powtarzalny: mniej pluralizmu, więcej jednolitości; mniej debaty, więcej wykonywania poleceń władzy bez mrugnięcia okiem.
Do tego dochodzi element, który najmocniej zmienia całą układankę: redefinicja samej roli wojska. W dokumentach i decyzjach Białego Domu pojawia się coraz wyraźniej wątek użycia sił zbrojnych do ochrony granic, wsparcia działań przeciw migracji i – w razie potrzeby – zabezpieczania porządku wewnętrznego. Nie jest to nic nowego w historii Stanów Zjednoczonych, ale nowe są skala i język. Armia ma być nie tylko narzędziem projekcji siły na zewnątrz, lecz także bezpośrednim instrumentem suwerenności wewnętrznej.
Wreszcie dochodzi warstwa kulturowa. Cofanie polityk DEI, zaostrzenie kryteriów służby, retoryka „merytokracji” i „standardów” – wszystko to jest przedstawiane jako warunek gotowości bojowej oraz dowód na to, że państwo wraca do bardziej tradycyjnego modelu autorytetu i porządku.
I tu dochodzimy do punktu, który jeszcze chwilę temu można było uznać za publicystyczną przesadę, a dziś coraz wyraźniej wpisuje się w logikę samego konfliktu. Autorzy „The Hill” stawiają tezę ostrożnie, ale jednoznacznie: istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że Stany Zjednoczone mogą sięgnąć po broń jądrową. Przez dekady podobne rozważania rezerwowano dla państw takich jak Korea Północna. Dziś – w ocenie dziennikarzy „The Hill” – pojawia się dodatkowy czynnik ryzyka w postaci decyzji politycznych podejmowanych na najwyższym szczeblu w Waszyngtonie.
Ten argument nie opiera się wyłącznie na retoryce, choć ta ma znaczenie. Przywoływana konferencja prasowa Trumpa, w której zapowiedział „całkowite zniszczenie” infrastruktury Iranu – mostów, elektrowni, całych systemów energetycznych – nie jest literalną zapowiedzią użycia broni jądrowej. Jest natomiast językiem, który przesuwa granice tego, co politycznie dopuszczalne i wyobrażalne.
W historii amerykańskiej polityki takie przesunięcia rzadko bywają przypadkowe.
Istotniejszy jest jednak ciąg zdarzeń. Wojna nie przynosi rozstrzygnięcia (a jeśli już, to politycznym jej zwycięzcą jawi się raczej Teheran niż Waszyngton). Opcja lądowa pozostaje politycznie kosztowna. Uderzenia konwencjonalne nie wymuszają zmiany zachowania przeciwnika. Presja na szybkie zakończenie konfliktu rośnie – zarówno wewnętrzna, jak i międzynarodowa. W takiej konfiguracji broń jądrowa nie staje się rozwiązaniem prawdopodobnym, ale przestaje być rozwiązaniem abstrakcyjnym. Zaczyna funkcjonować jako jedna z opcji branych pod uwagę w logice eskalacji.
W tym kontekście wydarzenia, o których była mowa wcześniej, można interpretować inaczej. Usunięcie gen. George’a i innych wysokich oficerów przestaje być wyłącznie decyzją kadrową. W systemie amerykańskim istnieje realna – choć skrajnie rzadko wykorzystywana – przestrzeń na odmowę wykonania rozkazu uznanego za nielegalny. Nie jest to mechanizm czysto teoretyczny, lecz element konstrukcji cywilnej kontroli nad wojskiem.
Jeżeli więc w grę wchodzą decyzje o najwyższej możliwej stawce, pojawia się również pytanie o to, jak wygląda łańcuch dowodzenia i jakie są jego bezpieczniki. Z tej perspektywy zmiany personalne w Pentagonie można czytać nie tylko jako reakcję na przebieg wojny, lecz także jako próbę jego uproszczenia i podporządkowania jednej logice decyzyjnej.
Warto przypomnieć Deklarację Poczdamską i działania prezydenta Harry’ego Trumana przed użyciem bomb atomowych wobec Japonii.
Wtedy również pojawiła się publiczna formuła „natychmiastowego i całkowitego zniszczenia”. Nie była ona zapowiedzią konkretnego środka, lecz stworzeniem ramy politycznej dla decyzji, która była już rozważana i dla której należało przygotować język uzasadnienia.
Dzisiejsza eskalująca retoryka może pełnić podobną funkcję. Nie jako narzędzie negocjacji w klasycznym sensie, lecz jako sposób przesuwania granic tego, co dopuszczalne – tak, by decyzje, które wcześniej były poza horyzontem, mogły się w nim znaleźć bez gwałtownego pęknięcia politycznego.
To wciąż scenariusz obarczony ogromną niepewnością. Nie wiadomo, jak zareagowaliby sojusznicy europejscy, jak zachowałby się Władimir Putin, ani jakie byłyby konsekwencje wewnętrzne w Stanach Zjednoczonych. Wiadomo natomiast, że granica tego, co politycznie wyobrażalne, została już przesunięta, co zmienia wewnętrzną dynamikę całej sytuacji.
Komentarze