0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Patryk Ogorzalek / Agencja Wyborcza.plFot. Patryk Ogorzale...

Czeka nas duży wzrost państwowego zadłużenia i rekordowy deficyt budżetowy w 2024 roku. Czy jest się czym martwić?

Warto najpierw przypomnieć: mamy dwa podstawowe pojęcia, jeśli chodzi o państwowe zadłużenie:

  • dług publiczny
  • i deficyt budżetowy.

Ten pierwszy to pełne zadłużenie państwowego sektora publicznego. Czyli w skrócie to łączne zadłużenie samorządów i rządu. Co ważne, w tej statystyce są też pozabudżetowe fundusze, nie ma mowy o „ukryciu” tego długu.

Drugi to to, co rząd zapisuje w budżecie. Dług publiczny jest szerszym pojęciem i jest znacznie większy niż deficyt państwowego budżetu.

Według najnowszych prognoz analityków Banku Handlowego deficyt budżetowy wyniesie w przyszłym roku około 4,5 proc. PKB. Jesteśmy zdani na prognozy, bo nie wiemy przecież, ile dokładnie wyniesie PKB w przyszłym roku.

Wydatki: ponad 800 mld zł. Co z inflacją?

Wydatki budżetu mają w przyszłym roku wzrosnąć aż do 848 mld zł. To wzrost o 15 proc. w stosunku do 2023 roku. To sporo, ale pamiętajmy też, że inflacja wciąż będzie stosunkowo wysoka. Według prognozy NBP w przyszłym roku będzie to średnio 5,2 proc. Tymczasem w budżecie inflacja zapisana jest na poziomie 6,6 proc.

Ale nawet modele NBP mogą być zbyt pesymistyczne. Mówił o tym ekonomista dr Wojciech Paczos, badacz inflacji, w wywiadzie z OKO.press:

„Przez dwa lata inflacja była niedoszacowana, to teraz korekta idzie w drugą stronę. I moim zdaniem to skończy się przeszacowaniem. O ile wcześniej były one zbyt optymistyczne, teraz są zbyt pesymistyczne. Gdyby ścieżka z ostatnich czterech miesięcy się utrzymała, to mamy inflację w celu w ciągu roku”.

Czyli – dezinflacja może być szybsza, niż się tego spodziewaliśmy.

Z punktu widzenia budżetu to istotne, bo między innymi na podstawie danych o inflacji wylicza się dochody z podatku VAT. Dziś w projekcie budżetu jest zapisane, że dochody podatkowe zwiększą się o 15,7 mld zł, ale przede wszystkim za sprawą podatku VAT. Dochody z niego mają wynieść 312,6 mld zł.

Tymczasem niższa inflacja oznacza niższe ceny, a to oznacza niższe wpływy z VAT. A jeśli tak będzie, to z kolei oznacza deficyt większy, niż planowano.

Deficyt

Wydatki rosną o ponad 150 mld zł. A to skutkuje znacznym wzrostem deficytu – z 92 mld zł do 164,8 mld zł. Pamiętajmy jednak, że to, co zapisane w budżecie, to wartości maksymalne. Zwykle deficyt jest ostatecznie realizowany w niższej wartości.

Jeśli jednak wpływy będą niższe, niż rząd zakłada – a jak pokazaliśmy przed chwilą, jest takie ryzyko – rząd będzie miał problem.

Wzrost wydatków w ostatnich latach jest skokowy, choć dochody również rosną bardzo szybko. Przed pandemią i przed ogromnymi programami pomocowymi rząd jednak nie planował budżetów z tak dużym deficytem.

W czasach pandemii było to oczywiste – potrzeba było ogromnych środków na ratowanie firm, by nie zwiększyć bezrobocia i nie prowokować zbyt głębokiego kryzysu. Tak robił cały świat.

W 2020 roku deficyt państwowego budżetu wzrósł do niewidzianych w XXI wieku 7,9 proc. PKB, ale w następnym roku budżet zaplanowano tak, że było to już tylko 1,9 proc. Ale w każdym kolejnym roku rósł. Prognozowane w 2024 roku 4,5 proc. to poza covidowym 2020 rokiem najwyższa wartość od 2010 roku.

Przeczytaj także:

Nowe wydatki

Skąd taki wzrost wydatków?

„Rząd w ostatnich latach skupił się głównie na wsparciu grupy emerytów i rencistów, między innymi poprzez trzynaste i czternaste emerytury oraz podnoszenie świadczeń minimalnych” – mówi dla OKO.press dr hab. Michał Myck, szef think tanku ekonomicznego CenEA.

I dodaje, że wpływ na liczby prezentowane w projekcie budżetu mają również obniżki podatków w ostatnich latach:

„Sektor finansów publicznych mocno odczuł pakiet reform podatkowych w ramach Polskiego Ładu – na nim zyskała duża większość gospodarstw domowych, ale znów głównymi beneficjentami były osoby otrzymujące świadczenia emerytalno-rentowe.

Jednocześnie, mimo szybkiego wzrostu cen, na nominalnym poziomie utrzymana była większość świadczeń, w tym główne świadczenia dla rodzin z dziećmi. Wartość pakietu dla rodzin z dziećmi mocno spadła w czasie drugiej kadencji rządów Zjednoczonej Prawicy co pozwoliło ograniczyć realną wartość wydatków skierowanych do tych rodzin.

Podniesienie nominalnej wartości świadczenia wychowawczego do 800 zł nastąpi już w przyszłej kadencji parlamentu, od stycznia 2024, i biorąc pod uwagę powszechny charakter tego świadczenia, oznacza wysokie koszty szacowane na około 24 mld zł rocznie.

Razem te wszystkie reformy zwiększające dochody gospodarstw domowych to poważne obciążenie dla budżetu i z pewnością jeden z głównych powodów tak wysokiego deficytu. Choć gospodarstwa domowe z pewnością cieszą gdy w kieszeni widzą więcej środków, to należy pamiętać, że efektem tej polityki są obserwowane ograniczenia w wydatkach na edukację, zdrowie, naukę i inne obszary".

Czy to problem?

Czy tak wysoki deficyt to problem? Dr Michał Możdżeń z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie uważa, że niekoniecznie.

„Na moje oko na razie wszystko jest pod kontrolą. Mamy spore wzrosty wydatków socjalnych czy płac w budżetówce, a to konieczna rekompensata realnych spadków w dwóch ostatnich latach. To powinno poprawić koniunkturę. Być może nawet uda się uniknąć procedury nadmiernego deficytu”.

Na stronie Komisji Europejskiej czytamy:

„Celem procedury nadmiernego deficytu (PND) jest to, aby państwa UE korygowały nadmierny deficyt lub poziomy zadłużenia. Komisja Europejska może zastosować PND w stosunku do państwa UE, które nie respektuje Paktu stabilności i wzrostu (PSiW) – zestawu zasad służących koordynacji polityk fiskalnych państw UE.

PND można zastosować w szczególności w sytuacji, gdy:

  • państwo UE narusza lub istnieje ryzyko naruszenia przez nie progu deficytu równego 3 proc. PKB, lub
  • państwo UE narusza regułę dotyczącą zadłużenia poprzez utrzymywanie poziomu długu publicznego przekraczającego wartość 60 proc. PKB, który nie zmniejsza się w zadowalającym tempie”.

Luźniejsze zasady

W przypadku Polski już w zeszłym roku doszło do naruszenia punktu pierwszego. Ale nie byliśmy jedyni. W 2022 roku było to jedenaście krajów UE, a średnia całej wspólnoty wynosiła 3,4 proc.

Większość krajów powoli schodzi z wysokich wartości z kryzysowego 2022 roku. Niski deficyt polski w 2021 roku mógł wynikać z tego, że część zadłużenia związanego z kryzysem znajdowała się w funduszach pozabudżetowych.

Komisja przez jakiś czas może na wyższy deficyt w budżecie patrzeć lekkim okiem. Dodatkowo istnieje pojęcie deficytu strukturalnego. Jest to „deficyt oczyszczony z efektów bardzo dobrej koniunktury gospodarczej, i dochodów jednorazowych, które nie powtórzą się w przyszłości, czyli deficyt pokazujący, na ile trwałe wydatki publiczne mają pokrycie w trwałych dochodach publicznych”.

W przyszłym roku ma on spaść 0,7 pkt proc., z 4,5 proc. w tym roku do 3,7 proc. w przyszłym, co może przekonać KE, że sprawy idą w dobrym kierunku.

Dr Michał Możdżeń: „Konieczność wyższych wydatków na wojsko jest poza debatą. Całościowo, przy osłabionym wzroście, taki wzrost wydatków musiał oznaczać wzrost deficytu. Ale sytuacja nie jest wcale taka zła. Nie widzę tutaj ryzyka dla banków. Udział publicznych papierów dłużnych w całości aktywów sektora bankowego powinien wrócić gdzieś w okolice poziomów z 2018 roku.

Wielkość deficytu wydaje się optymistyczna, bo jednak zależna od przyzwoitego salda handlowego, czyli od koniunktury zagranicznej, która jest przyzwoita”.

Problem wzrostu

Dr hab. Michał Myck ma nieco więcej wątpliwości:

„Zwiększony deficyt nie byłby poważnym problemem, gdyby szybko rozwijała się nasza gospodarka. Jednak w przypadku dłuższego spowolnienia możemy być świadkami szybkiego wzrostu relacji długu publicznego do PKB, na który prędzej czy później przyszłe rządy będą musiały zareagować”.

Deficyt trzeba oczywiście pokryć z długu. Według Ministerstwa Finansów potrzeby pożyczkowe na przyszły rok wyniosą 225 mld zł. Kwota brutto jest jednak większa – to 420 mld zł, czyli prawie dwie trzecie budżetu. Tyle długu rząd musi wyemitować, by pokryć deficyt i spłacić swoje zobowiązania obligacyjne. To bardzo dużo.

Szczęśliwie na razie daleko jesteśmy od scenariusza, w którym rząd nie byłby w stanie pokrywać swoich zobowiązań. Rentowność polskich obligacji dziesięcioletnich od krótkotrwałego kryzysu z jej nagłym wzrostem jesienią zeszłego roku sukcesywnie spada i od kilku miesięcy trzyma się poniżej 6 proc.

Rentowność to w skrócie odsetki, które państwo musi zaoferować, by znaleźć nabywców emitowanych obligacji. Im ocena zdolności państwa do wykupu obligacji jest wyższa, tym rentowność może być niższa, Dla państwa oczywiście im jest niższa, tym lepiej.

Ścieżka wzrostu rentowności rok temu i dalszego spadku jest spójna z tym, co działo się u naszych sąsiadów i w całej Europie. Trudno więc mówić o szczególnych błędach rządu.

Można więc podsumować to tak: dopóki wszystko jest dobrze, zadłużenia nie trzeba się bać. Niestety przez osiem ostatnich lat PiS dużą część naszego wzrostu gospodarczego przeznaczał na konsumpcję i redystrybucję. Polityka redystrybucyjna w rozwiniętym państwie jest konieczna. Ale duża część pieniędzy, które rozdawał PiS, była wydawana nieefektywnie – jak 500 plus dla bogatych. Zaniechano inwestycji w naukę, spadła stopa inwestycji.

Jeśli motor wzrostu się zatnie, kolejne polskie rządy będą miały problem w przyszłości, a PiS będzie za to w dużej mierze odpowiedzialne.

;

Udostępnij:

Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press. Autor książki "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022). W OKO.press pisze o gospodarce i polityce społecznej.

Komentarze