0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Mateusz Mirys / OKO.pressIl. Mateusz Mirys / ...

Powiedzmy to jasno: sytuacja demograficzna Polski jest poważna. Dzietność jest bardzo niska, społeczeństwo się starzeje, a skutki tych procesów będą odczuwalne przez dekady. To nie jest wymysł mediów ani kolejna sezonowa panika. To realny problem.

Ale właśnie dlatego trzeba uważać na język. Bo między poważną diagnozą a demograficzną histerią jest zasadnicza różnica. Diagnoza mówi: społeczeństwo będzie starsze, mniejsze i bardziej zróżnicowane, więc trzeba dostosować instytucje. Demokalipsa mówi: nadciąga katastrofa, ktoś jest winny, trzeba działać natychmiast i bez oglądania się na społeczne koszty.

W polskiej debacie ten drugi język ma się dobrze. Wystarczy kilka słów: „wymieranie”, „bomba demograficzna”, „zapaść”, „katastrofa narodowa”. Taki repertuar świetnie działa na emocje, ale słabo tłumaczy rzeczywistość. Za to bardzo skutecznie przestawia debatę z poziomu analizy na poziom moralnej paniki. Zamiast pytać, jak zorganizować rynek pracy, system opieki, ochronę zdrowia, politykę mieszkaniową czy emerytury w starzejącym się społeczeństwie, zaczynamy szukać winnych i domagać się wielkich, szybkich recept.

Właśnie dlatego przydaje się upowszechniany przez jedno z nas profil paniki demograficznej. Jego sens jest prosty: kiedy ktoś mówi o demografii, warto zapytać o cztery rzeczy.

  • Po pierwsze: czy opisuje problem językiem analizy, czy katastrofy?
  • Po drugie: czy tłumaczy mechanizmy, czy od razu wskazuje winnych?
  • Po trzecie: czy opiera się na danych i badaniach, czy na anegdotach i intuicjach?
  • Po czwarte: czy proponuje spokojne projektowanie instytucji, czy raczej przymus i radykalne interwencje w wielu miejscach?

Ten prosty filtr dobrze pokazuje, kiedy debata przestaje być debatą o polityce społecznej, a staje się publicystyką opartą na straszeniu.

Ma to zresztą bardzo konkretne skutki. Gdy starzenie się społeczeństwa opowiada się wyłącznie przez metafory ciężaru i zagrożenia, starsi ludzie przestają być widziani jako obywatele z prawem do bezpieczeństwa i opieki. Przestaje się dostrzegać to, że ich dorosłe dzieci i wnuki od nich zależą. Zaczynają występować głównie jako koszt, obciążenie, problem. To sposób mówienia, który zniekształca politykę społeczną już na poziomie wyobraźni.

Przeczytaj także:

Demografizacja problemów społecznych

Tu pojawia się drugi kluczowy problem: demografizacja. Chodzi o sytuację, w której złożone zjawiska społeczne zaczyna się tłumaczyć niemal wyłącznie zmianami liczby ludności i struktury wieku. Wtedy polityka społeczna traci własne cele. Mieszkania, żłobki, szkoła, transport, opieka zdrowotna, prawa pracownicze, czas pracy, zdrowie reprodukcyjne, migracje – wszystko zaczyna być oceniane jednym pytaniem: czy to zwiększy dzietność?

To bardzo wygodny skrót. Bo kiedy wszystko podporządkowuje się demografii, z pola widzenia znikają rzeczy najważniejsze: ubóstwo, nierówności, niepewna praca, samotność, przeciążenie opieką, kryzys zdrowia psychicznego, trudności w budowaniu trwałych relacji. A przecież dzieci nie rodzą się w statystykach. Rodzą się albo nie rodzą w konkretnych warunkach życia: w mieszkaniach, na które kogoś stać albo nie stać; w pracy, którą da się albo nie da się połączyć z opieką; w relacjach, które dają poczucie bezpieczeństwa albo go nie dają.

Demografizacja uruchamia też logikę obwiniania. Najpierw słyszymy, że kraj znalazł się w demograficznej zapaści, a chwilę później pojawia się lista odpowiedzialnych: kobiety, które „za późno rodzą”, młodzi, którzy „nie chcą dorosnąć”, feministki, które „osłabiły rodzinę”, ludzie wybierający życie bez dzieci, czasem po prostu nowoczesność jako taka. To politycznie bardzo wygodne, bo zdejmuje odpowiedzialność z państwa i instytucji.

Jeśli winne są jednostki i ich styl życia, nie trzeba już pytać o mieszkania, opiekę, rynek pracy czy ochronę zdrowia.

Warto też dodać coś jeszcze: w panice demograficznej często nie chodzi tylko o to, że ludzi jest za mało. Chodzi również o to, którzy ludzie liczą się jako „rozwiązanie” problemu. Tu demografia bardzo łatwo przechodzi w debatę o narodzie, tożsamości i granicach wspólnoty. Migracja może łagodzić część skutków zmian ludnościowych, ale dla części uczestników debaty nie jest „prawdziwą” odpowiedzią, bo w tle działa nie tylko troska o populację jako taką, lecz także pytanie o to, która jej część jest właściwa i pożądana.

I właśnie w tym miejscu warto zobaczyć, że demograficzny alarm nie jest już tylko stylem publicystyki. W prawicowym obiegu publicznym widać dziś co najmniej trzy nurty pronatalizmu, z których każdy może skręcać zarówno w demokalipsę, jak i w demografizację.

Prawicowy pronatalizm w trzech odsłonach

Pierwszy nurt można nazwać narodowo-sekurytyzacyjnym. Tu demografia staje się sprawą przetrwania wspólnoty politycznej, a słaba dzietność bywa zestawiana z lękiem przed „wymianą populacji” przez migrację. W tym ujęciu potencjał demokaliptyczny jest największy: zjawisko społeczne szybko zamienia się w narrację egzystencjalnego zagrożenia dla narodu.

Drugi nurt jest wspólnotowo-strategiczny. Rzadziej mówi językiem końca świata, ale równie mocno podporządkowuje różne polityki celowi demograficznemu.

Mieszkania, podatki, świadczenia, edukacja, a nawet polityka migracyjna mają być oceniane przede wszystkim z punktu widzenia wpływu na rodzinę i liczbę urodzeń.

Tu ryzyko demografizacji jest szczególnie wyraźne: ważne pytania społeczne nie znikają, ale zostają całkowicie wchłonięte przez cel pronatalistyczny.

Trzeci nurt jest kulturowo-moralny. W nim niska dzietność staje się dowodem głębszego kryzysu małżeństwa, rodziny, szkoły, ról płciowych i wychowania. Spory o seksualność, edukację, model rodziny czy miejsce kobiet bardzo łatwo przedstawia się tu jako spory o przyszłość demograficzną kraju. To także klasyczna forma demografizacji: problemy kulturowe i obyczajowe zostają zamknięte w jednym, nadrzędnym kluczu ludnościowym.

Nie chodzi o to, że wszyscy aktorzy tych środowisk mówią jednym głosem. Chodzi o coś prostszego i ważniejszego: alarm demograficzny coraz częściej przestaje być tylko tonem debaty, a staje się projektem politycznym i kulturowym. I właśnie dlatego krytyka demografizacji jest dziś potrzebna bardziej niż kiedykolwiek.

Demokalipsa i demografizacja systemu emerytalnego

Dyskusja demograficzna oczywiście nie omija systemów emerytalnych. Najczęściej dzieje się to w dwóch kontekstach: straszenia niską emeryturą lub pomysłów na wprowadzanie elementów pronatalistycznych do systemu.

Pierwszym kontekstem emerytalnej demografii jest strach. Niektórzy uważają, że z powodu zmian demograficznych emerytur już w ogóle nie będzie, bo nie będzie komu ich finansować. To jeden z najczęstszych przykładów tego, co wcześniej nazwaliśmy demokalipsą: złożony problem instytucjonalny przedstawia się jako nieuchronną katastrofę. W tej narracji system emerytalny ma się po prostu „zawalić”, gdy liczba osób starszych przekroczy pewien próg. Tymczasem systemy emerytalne nie są zjawiskami naturalnymi, które podlegają prawom biologii. Są instytucjami publicznymi, które państwa dostosowują do zmian społecznych i gospodarczych poprzez wiek emerytalny, poziom składek, podatki czy sposób waloryzacji świadczeń.

Katastroficzny język ma jednak realne konsekwencje. Jeśli przekonuje się ludzi, że system w przyszłości i tak się rozpadnie, część z nich może po prostu przestać lub minimalizować odkładanie składek – co polski system na liczne sposoby umożliwia (np. B2B, nieoskładkowane umowy, tzw. zbiegi itp.).

Nasze badania potwierdzają, że większość Polek i Polaków w wieku do 65 lat albo spodziewa się emerytury tylko minimalnej lub niższej, albo nie ma zdania na temat swojego przyszłego świadczenia.

A im bardziej nie wierzą w emeryturę, tym większe prawdopodobieństwo, że nie widzą sensu w oszczędzaniu w ZUS. Można to wytłumaczyć wieloma teoriami, np. racjonalnością adaptacyjną (skoro nie będą mieli wysokiej emerytury, to po co oszczędzać?), ale w dużej mierze skutkować to może samospełniającą się przepowiednią: nie wierzę w system, a więc na tyle, na ile to możliwe unikam opłacania składek i w efekcie naprawdę świadczenie będzie bardzo niskie. Nie uważamy, że to wyłącznie efekt straszenia demografią i upadkiem systemu, ale może to być istotnym czynnikiem.

Emerytury będą niskie? To nie przez demografię

W tym miejscu trzeba wskazać najważniejszy powód niskich prognoz emerytalnych – i nie jest nim sama demografia. Większość z nas przecież widziała tzw. stopy zastąpienia, czyli relację przyszłych emerytur do naszych wynagrodzeń za kilkadziesiąt lat.

I tak, zarówno publiczne statystyki, jak i obliczenia osób zajmujących się systemem naukowo wskazują, że nasze emerytury będą bardzo niskie. Tylko że to nie demografia jest główną przyczyną.

Podstawowym powodem, dla którego nasze emerytury będą niskie, jest konstrukcja systemu tzw. zdefiniowanej składki, w określonym otoczeniu społeczno-prawnym. Od 1999 r. mamy bowiem system, w ramach którego każdy z nas, który ubezpieczony jest w ZUS, ma swoje indywidualne konto. Odłożone składki są tam ewidencjonowane i waloryzowane. Waloryzacja jest bardzo korzystna. Jeśli ktoś miał na koncie 100 tys., to waloryzacja z 2024 podwyższyła tę kwotę do 114 tys. Jest to oczywiście efekt inflacji, ale zapewnia brak utraty wartości nabywczej wpłaconych składek. Waloryzacja może (choć nie musi, o czym później) być niższa w przyszłości, bo jej wskaźnik uzależniony jest także od realnej sumy przypisu składek na ubezpieczenie emerytalne (o czym mówi art. 25 ust. 6 ustawy o rentach i emeryturach z FUS). W efekcie, w tym systemie nasza emerytura jest uzależniona od przebiegu naszej kariery zawodowej, a równanie emerytalne jest bardzo proste.

Wszystkie zgromadzone i zwaloryzowane składki (licznik) dzielone są przez miesiące tzw. dalszego trwania życia w momencie naszego przejścia na emeryturę wg tablic GUS (mianownik). Skąd się biorą więc tak niskie stopy zastąpienia?

Powodów jest kilka. Po pierwsze jest to licznik równania emerytalnego. Wiele osób gromadzi niskie kapitały, bo pracują za niskie wynagrodzenia, niektórzy mają dłuższe lub krótsze przerwy związane z opieką nad kimś, bezrobociem, nieaktywnością, a także dlatego, że system umożliwia, czasem wbrew woli samych ubezpieczonych, a czasem sami tego chcą – unikanie lub obniżenie oskładkowania, o czym pisaliśmy wyżej. Drugim powodem niskiej stopy zastąpienia jest mianownik, a więc dalsze trwanie życia wg GUS w momencie przejścia na emeryturę.

Nie da się ukryć, że najniższy w UE wiek emerytalny kobiet dodatkowo obniża ich świadczenia. Kobiety – nie tylko z powodu luki płacowej (większej, niż się powszechnie uważa), ale także krótszego okresu gromadzenia składek mają i tak niskie kapitały. Jak widać, w tym równaniu, poza pewnym elementem waloryzacji składek, właściwie nie widać demografii. Niskie stopy zastąpienia wynikają z czegoś zupełnie innego. Warto tu także dodać, że indywidualna stopa zastąpienia może być dużo wyższa niż te uśrednione, które najczęściej widzimy w alarmujących artykułach.

Pronatalizm emerytalny, czyli droga do większych nierówności

Drugi kontekst emerytalnej demografii to pomysły wprowadzania do systemu elementów pronatalistycznych. W pewnym zakresie takie rozwiązania już istnieją: składki opłacane w okresie urlopu macierzyńskiego czy gwarantowana minimalna emerytura dla matek czworga dzieci. Co pewien czas pojawiają się jednak propozycje dalej idące, na przykład obniżania wieku emerytalnego osobom posiadającym dzieci (najczęściej kobietom, rzadziej rodzicom jako takim). Problem polega na tym, że w systemie zdefiniowanej składki takie rozwiązanie jest ekonomicznie nieskuteczne nawet dla samych zainteresowanych.

Wcześniejsza emerytura oznacza krótszy okres gromadzenia składek, a jednocześnie dłuższy okres wypłaty świadczenia. W rezultacie obniża zarówno licznik równania emerytalnego (zgromadzony kapitał), jak i zwiększa jego mianownik (dalsze trwanie życia w momencie przejścia na emeryturę). Efektem jest niższe świadczenie. Jeszcze ważniejsze jest jednak to, że badania pokazują, iż pronatalistyczne elementy w systemach emerytalnych mają bardzo ograniczony wpływ na decyzje o posiadaniu dzieci.

Trudno się temu dziwić: decyzja o dziecku podejmowana jest dziś w oparciu o warunki życia, pracy, dostęp do mieszkań czy opieki nad dziećmi, a nie o odległą w czasie perspektywę świadczenia emerytalnego za trzydzieści czy czterdzieści lat.

W debacie pojawiają się także pomysły bardziej radykalne, takie jak bezpośrednie przekazywanie części składek dzieci na emerytury ich rodziców. Takie rozwiązanie podważałoby jednak podstawową zasadę solidarności systemu repartycyjnego, w którym pracujące pokolenie finansuje emerytury całego pokolenia seniorów, a nie wyłącznie własnych rodziców. W praktyce oznaczałoby to przesunięcie systemu w stronę prywatnych transferów rodzinnych.

Pojawiają się przy tym oczywiste problemy sprawiedliwości. Nie wszyscy mają dzieci, ale nie wszyscy też mogą (lub chcą) je mieć. Powiązanie wysokości emerytury z liczbą lub dochodami dzieci oznaczałoby więc systemową karę dla osób bezdzietnych, niezależnie od ich historii składkowej. Powstają też liczne pytania praktyczne: co w sytuacji, gdy dziecko wyemigruje i pracuje w innym kraju, czy rodzic będzie miał obniżone świadczenie, bo Polska w dziecko zainwestowała, a stopa zwrotu jest ujemna? A jeśli dziecko będzie bezrobotne lub relacje rodzinne zanikną? W takim systemie wysokość emerytury zależałaby w dużej mierze od zdarzeń losowych, na które jednostka ma ograniczony wpływ. W rezultacie wiele z proponowanych rozwiązań nie tylko prawdopodobnie nie zwiększyłoby dzietności, ale wprowadziłoby dodatkowe nierówności i komplikacje do systemu emerytalnego.

To dobry przykład demografizacji polityki społecznej: zamiast zastanawiać się, jak stabilnie i sprawiedliwie finansować emerytury w starzejącym się społeczeństwie, próbuje się uczynić z systemu emerytalnego narzędzie polityki pronatalistycznej.

Jakie więc rozwiązania?

System emerytalny jest w istocie sposobem podziału przyszłego PKB między pokolenia. Emerytury zawsze są finansowane z produkcji bieżącego pokolenia, niezależnie od tego, czy system ma charakter repartycyjny, kapitałowy czy mieszany. Demografia wpływa na ten proces, ale go nie determinuje. Równie ważne są inne czynniki: produktywność pracy, poziom zatrudnienia, migracje, struktura rynku pracy, polityka podatkowa czy szerzej: polityki publiczne.

Warto też pamiętać, że niskie prognozy emerytalne w Polsce nie wynikają przede wszystkim z demografii, lecz z konstrukcji systemu zdefiniowanej składki funkcjonującego w silnie segmentowanym rynku pracy. Jedni pracują stabilnie, na dobrze wynagradzanych umowach i gromadzą znaczące kapitały emerytalne. Inni, z własnego wyboru albo z powodu warunków rynku pracy, funkcjonują w świecie umów cywilnoprawnych, samozatrudnienia, okresów bezrobocia czy nieoskładkowanych dochodów.

To właśnie te różnice w przebiegu kariery zawodowej przekładają się później na bardzo zróżnicowane emerytury. Państwa nie są jednak bezradne wobec tych procesów. Mogą reagować na zmieniające się warunki gospodarcze i społeczne, dostosowując parametry systemu, takie jak wiek emerytalny, poziom składek, zasady waloryzacji czy minimalne świadczenia. Mogą też poprawiać warunki funkcjonowania rynku pracy: skuteczniej ograniczać tzw. fałszywe samozatrudnienie czy obejmować składkami formy zatrudnienia, które dziś są całkowicie lub częściowo nieoskładkowane. Ale polityka wobec starzenia się społeczeństwa nie kończy się na parametrach systemu emerytalnego. To także pytania o rynek pracy osób starszych, dostęp do mieszkań, usługi opiekuńcze, migracje czy formy życia wspólnotowego.

Problem polega na tym, że dominacja katastroficznych narracji utrudnia taką właśnie rozmowę. Zamiast analizować realne instrumenty polityki publicznej, debata często sprowadza się do powtarzania demograficznych alarmów albo do szukania winnych, głównie młodych ludzi, kobiet „które nie rodzą”, czy całych pokoleń rzekomo unikających odpowiedzialności.

Panika demograficzna nie pomaga projektować instytucji. Przeciwnie, zastępuje analizę moralną opowieścią o kryzysie.

Tymczasem starzenie się społeczeństw jest procesem przewidywalnym i możliwym do uwzględnienia w projektowaniu instytucji. Kluczowe pytanie nie brzmi więc „czy system emerytalny upadnie?”, lecz jak w zmieniających się warunkach zapewnić sprawiedliwy podział dochodu między pokolenia i jak zorganizować społeczeństwo, w którym różne pokolenia mogą razem żyć, pracować i wspierać się przez całe życie.

Na zdjęciu Janina Petelczyc
Janina Petelczyc

Pracuje w Katedrze Ubezpieczenia Społecznego SGH, zajmuje się systemem emerytalnym i inwestycjami funduszy emerytalnych oraz polityką społeczno-ekonomiczną Brazylii w ramach Fundacji Terra Brasilis

Na zdjęciu Ryszard Szarfenberg
Ryszard Szarfenberg

Dr hab., profesor na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW, politolog, specjalista w zakresie polityki społecznej, ubóstwa i wykluczenia. Przewodniczący EAPN Polska, członek zarządu ATD Czwarty Świat, członek Zespołu Eksperckiego ds. Usług Społecznych Fundacji Batorego.

Komentarze