0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.plJakub Orzechowski / ...

„Na Ukrainie, jeśli chorujesz na wsi, to musisz się wybrać do dużego miasta. Tam też jest bezrobocie i brak cywilizacji, nie ma kanalizacji, a ludzie nie mają wsparcia lokalnej administracji. Szkoły, jeśli są, to marne i daleko" – mówią Ukraińcy. Polacy muszą im zacząć tłumaczyć, że tu jest inaczej.

Anna Poliuchowicz z czwórką dzieci i mężem uciekła z Równego 6 marca. W dniu, w którym Rosjanie zbombardowali pobliskie lotnisko. „Byłam w szoku. Napisałam w internecie, że szukamy miejsca w Polsce i pojedziemy, gdzie nam zaoferują. Byle tylko było cicho, żadnej wojny”.

Łukasz Puławski, wolontariusz z Fundacji Otwarty Dialog, napisał jej, że mają miejsca. W szkole, na wsi. Anna obawiała się takiej przeprowadzki. Aktywiści zabrali rodzinę z granicy, zawieźli do wsi Przytuły na Podlasiu i tam umieścili w mieszkaniu nauczycielskim. Dwa pokoje, kuchnia. Małe, ale wystarcza.

„Wszystkie dokumenty w ciągu tygodnia nam załatwili. Szybko - w dużych miastach to ponoć zajmuje miesiąc. Mieszkańcy zaoferowali nam pomoc dla dzieci, przynosili jedzenie, odzież, nawet przygotowali łóżeczko dla pieska” – opisuje Anna. Jej mąż dostał pracę w stolarce, a Polacy podwożą go do niej. Ona z dziećmi została w domu, bo praca zaczyna się o 06:00 rano, a dzieci do szkoły trzeba później wyprawić. Mają we wsi supermarket, szkołę i egzotykę – dzieci pasały już krowy i jeździły na traktorze.

W Przytułach miejsce znalazły jeszcze trzy rodziny ukraińskie. „Ludzie tutaj nas znają, przychodzą i pytają, co nam potrzeba, jak pomóc. Wszystko można załatwić. Jakby Polacy przyjmowali nas do swojej rodziny” - dodaje Anna. Trzy rodziny żyją w takich mieszkaniach nauczycielskich, jedna – sześcioosobowa – w Kolonii Przytuły. Dostała tam cały dom do dyspozycji od właściciela, którego matka zmarła w zeszłym roku.

Anna: „Znacznie lepiej jest trafić na wieś. Nie wiem, co jeszcze można powiedzieć, by uchodźcy nie bali osiedlać w małych miejscowościach”.

Wieś na Ukrainie = brak pracy i cywilizacji

Viktorija Radulović – Polka o chorwackich korzeniach mieszkająca w Norwegii – przez pierwszy miesiąc wojny zdalnie załatwiała mieszkania dla uchodźców w Polsce. „Wybierali tylko duże ośrodki, miasta. W ogóle nie chcieli wyjeżdżać na wieś. Nawet gdy znajdowałam im lokum 20-30 km od stolicy, gdzie warszawiacy zabijają się, by mieszkać – w Milanówku, Grodzisku Mazowieckim, Podkowie Leśnej”. Jeśli wolontariusze nic innego już nie mogli im zaoferować w mieście, to uchodźcy decydowali się szukać na własną rękę.

Strach przed życiem z dala od aglomeracji jest olbrzymi.

Rodzina ukraińska przyjechała do wsi pod Olsztynem, gdzie mieli zamieszkać w dużym domu – Viktorija załatwiła im to. Gdy zobaczyli, jak malutka to miejscowość i że pośród lasów, to zawrócili do Warszawy z tobołami.

Artur Wierzbowski, wójt gminy Piątnica, który bardzo zaangażował się w pomoc uchodźcom, opowiada jak 27 lutego pojechali do Medyki dwoma autokarami, by zabrać do swojej gminy około setki uchodźców.

„Pokazywaliśmy, że jesteśmy z Podlasia, z Piątnicy. Wie pan ile wsiadło? 20 osób, z czego 7 wysiadło w Warszawie”

– wspomina. Nigdy już nie pojechali tam po tak dużą grupę ludzi, bo wiedzieli, że nie uda się znaleźć chętnych. Wielokrotnie wozili pomoc humanitarną na granicę – czasem nawet dziewięcioma busami - z powrotem zabierając uchodźców. Ale w sumie tylko ok. 50 Ukraińców zdecydowało się zamieszkać w ich gminie. Resztę tylko podwozili do dużych miast, w których uchodźcy zostawali, lub ruszali do Niemiec, Włoch, Francji.

Skąd te obawy Ukraińców przed wyjazdem na wieś?

„Na Ukrainie, jeśli chorujesz na wsi, to musisz się wybrać do dużego miasta. Tam też jest bezrobocie i brak cywilizacji, a ludzie nie mają wsparcia lokalnej administracji” - Viktorija wymienia powody, które podały jej dziesiątki Ukraińców. Dokładnie tak samo tłumaczy to Anna Poliuchnowicz. Szkoły, jeśli są, to marne i daleko.

„U nas na wsiach nie ma nawet kanalizacji” - dodaje Olga Ciurkina z Charkowa, obecnie w Polsce.

Liczba mieszkańców Rzeszowa wzrosła aż o 53 proc.

Z badań przeprowadzonych przez Centrum Analiz i Badań Unii Metropolii Polskich im. Pawła Adamowicza i opisanych w raporcie "Miejska gościnność: wielki wzrost, wyzwania i szanse - Raport o uchodźcach z Ukrainy w największych polskich miastach” wynika, że trzy główne czynniki decydowały o tym, jakie miejscowości uchodźcy wybierali do zamieszkania:

  • znajomość miejscowości,
  • znajomość ludzi w niej mieszkających,
  • spontaniczny wybór.

Bardzo dużo miast w Polsce Ukraińcy znają, często mają tam kogoś krewnego, znajomego kto już pracuje, więc to tam kierowali swoje kroki. I to w zdecydowanej większości. Z raportu wynika, że na 1 kwietnia ponad 2 mln uchodźców osiedliło się w dużych miastach lub ich metropoliach. W dużych miastach tj. we Wrocławiu, Gdańsku i Katowicach Ukraińcy stanowili wtedy już 23–25 procent populacji. Liczba mieszkańców Wrocławia zaś wzrosła z 640 tys. do blisko 830 tys., Gdańska – z 470 tys. do prawie 630 tys., a Katowic – z 290 tys. do niemal 390 tys. osób. Najwięcej uchodźców 1 kwietnia miała Warszawa - jako metropolia, z gminami ościennymi – ponad 469 tys. Ale w proporcji do swoich rozmiarów to stolica Podkarpacia – Rzeszów – była bezkonkurencyjna. Przez to miasto przewinęło się milion uchodźców, a liczba jego mieszkańców wzrosła aż o 53 proc.! Ukraińcy stanowią tam aż 35 proc. mieszkańców.

Przeczytaj także:

To istotne dane, bo raport, opublikowany 25 kwietnia, jest pierwszym w Polsce dokumentem przedstawiającym tak precyzyjne szacunki dotyczące liczby Ukraińców i Ukrainek, którzy przebywają w Polsce i pokazujący miejsce ich pobytu. Firma Selectiv zbudowała te dane w oparciu o metodę geotrappingu – agregowanie informacji z urządzeń mobilnych, co pozwala określić liczbę oraz położenie dorosłych Ukraińców i Ukrainek w Polsce. Dane te zestawiono z numerami PESEL, które z kolei pozwoliły oszacować liczbę ukraińskich dzieci, mieszkających w Polsce.

Duże miasta są tak wysycone uchodźcami, że znalezienie tam miejsca w mieszkaniach/ domach jest od dawna niezwykle trudne. A tysiące uchodźców nadal koczuje w olbrzymich centrach / halach. Tak potężnie zwiększenie ludności w tak krótkim czasie także generuje inne problemy: miejsca w szkołach, przepustowość ośrodków zdrowia, urzędach, które przygotowują dokumenty dla uchodźców itp.

W tym samym czasie relatywnie puste są małe miejscowości. Często z możliwościami uzyskania pracy. „Mamy sporo świetlic i remiz gminnych. Przygotowujemy je cały czas, by uchodźcy mieli godne warunki do funkcjonowania. W ciągu miesiąca możemy dać dach nad głową 100-110 osobom”, zapowiada wójt Wierzbowski.

„Tu tak wspaniale, że nie chcemy na Ukrainę wracać”

Te stereotypy zapadłej, ukraińskiej wsi są tak silne, że Viktoriji udawało się skłonić uchodźców do zamieszkania na prowincji dopiero, gdy uchodźcy „dojrzeli tę beznadzieję w dużych miastach”. Przykład? „Rodzina przez jakiś czas miała tylko jedno łóżko na 4 osoby i to rozkładane czasowo w kuchni w motelu tuż pod Warszawą. Dopiero po jakimś czasie w tych warunkach zgodzili się wynieść na wieś pod Olsztyn. Gdy się przenieśli, kobieta była zachwycona. Mówiła: tu jest tak wspaniale, że w ogóle nie chcemy na Ukrainę wracać” – opisuje Viktorija. Większość tych, których udało jej się przekonać do zamieszkania na prowincji, bardzo sobie to chwali. „Generalnie uchodźcy na wsiach mają dużo lepsze przyjęcie, opiekę, nawet szybciej dostają pracę” – zaznacza Viktorija.

Olga Ciurkina z dzieckiem i ojcem zamieszkała najpierw na miesiąc w Dębicy. Szukali cały czas jakiegoś lokum w dużym mieście. Wolontariusze w końcu im oświadczyli: nie uda się. Pełno.

Z dużymi oporami i obawami, jako mieszkanka drugiego pod względem wielkości miasta na Ukrainie, Olga wreszcie zgodziła się przenieść z rodziną na wieś. Miejsce pomogła jej znaleźć charkowiczanka, która wyszła za Polaka. Trafili do Bogumiłowa – tuż przy granicy z Niemcami. „Jest szkoła, autobus jeździ, pracę tutaj też można znaleźć. Pełna cywilizacja. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że tyle żeśmy tutaj dostali” – mówi w rozmowie z OKO.press.

Wójt Piątnicy twierdzi, że ci, których w marcu, kwietniu podwozili tylko do dużych miast wracając z granicy, a którzy pojechali na Zachód, teraz chcą do nich przyjeżdżać. „U nas mogą znaleźć pracę. Są zakłady, które produkują drzwi, okucia meblowe, wiele tu firm ogrodniczych i pracy sezonowej. Ponad 20 osób chce do nas wrócić” – twierdzi wójt Wierzbowski.

Wzmocnić „potencjał demograficzny i gospodarczy Polski "regionalnej"

Te problemy są znane Otwartemu Dialogowi – fundacja od początku wojny pomaga uchodźcom znajdować lokum. Dzięki pracy 34 wolontariuszy udało się najpierw pomóc ponad 5 tys. Ukraińców w Polsce, ale prawie wyłącznie w dużych miastach lub metropoliach. „Te miejsca szybko się wyczerpały i dobrnęliśmy do ściany” - opisuje Łukasz Puławski, który w fundacji opiekuje się projektem „ODF Relokacja Polska Regionalna”.

Potem zaczęli pomagać uchodźcom w wyjeździe za granicę, ale transfer generował wiele problemów. W ciągu dwóch miesięcy wojny udało się znaleźć miejsca tylko 982 osobom. „Wtedy pomyśleliśmy że można tę niechęć do osiedlania się w małych miejscowościach w Polsce próbować przełamać. Bo mamy pozytywne doświadczenia – Ukraińcy mogą sobie ułożyć życie, uzyskać samodzielność i znaleźć pracę” – dodaje. We wstępnym opisie projektu Puławski pisał: „Nadal istnieją duże możliwości relokacji do mniejszych miejscowości: miast średniej wielkości, miasteczek i wsi, gdzie zasoby nie są całkowicie wykorzystywane”. Chcą też wykorzystać ciągle kwitnący i niezagospodarowany entuzjazm osób z mniejszych miejscowości i ich chęć pomocy. „Tam ludzie nadal garną się do tej pomocy, bo często nie mieli dotychczas na to szansy” – tłumaczy aktywista.

Wiosną ruszyły prace sezonowe – wsie mają więc więcej do zaoferowania. Choć i bez tego, zdaniem ODF, obecnie już łatwiej o pracę dla 5-50 osób w małej czy średniej miejscowości, niż dla 100 tys. w Warszawie. To rozwiązanie stwarza też potencjał na stabilne, tj. długoterminowe, usamodzielnianie się uchodźców. Według ODF taka zmiana wzmocniłaby też „potencjał demograficzny i gospodarczy Polski "regionalnej".

W drugiej połowie kwietnia Fundacja zdecydowała, że potrzebna jest kampania zmieniająca postrzeganie małych miejscowości u uchodźców, oraz ich postawy. Będzie się składać z klipu z Anną Poliuchnowicz w roli głównej, oraz innych Ukraińców, którzy ułożyli sobie życie w Polsce powiatowej. Kampania ma być prowadzona w social mediach, na stronach ODF i powiązanych, oraz na ulotkach i w folderach informujących o możliwości relokacji. Te materiały mają pokazać, co naprawdę małe miejscowości mają do zaoferowania. Propozycja relokacji będzie kierowana nie tylko do mieszkańców ośrodka dla uchodźców na Modlińskiej, którym opiekuje się ODF, ale także poprzez formularz "Bezpeczna chata" (na stronach fundacji) uaktualniany, przez co atrakcyjny dla uchodźców. Bo dotychczas takie bazy danych szybko się dezaktualizowały. Będzie też infolinia oraz kampania skierowana bezpośrednio do Ukraińców w tymczasowych punktach recepcyjnych typu hale Expo.

Kwatery do baz ODF-u mają dostarczać chętne do współpracy samorządy. ODF chce wciągnąć do akcji inne NGO'sy i grupy wolontarystyczne.

Unia Metropolii Polski: relokacja jest potrzebna

To nie ODF pierwszy wymyślił taki pomysł. Nad tym jak przekonać Ukraińców do osiedlania się na wsiach już po dwóch tygodniach wojny zastanawiały się władze kraju, a konkretnie Paweł Szefernaker – wiceminister spraw wewnętrznych i administracji.

Swoje próby podejmowały też niewielkie gminy w całym kraju. Nie udało nam się jednak znaleźć programu, który odniósłby w tym zakresie duże efekty.

9 maja we Wrocławiu, podczas Samorządowego Okrągłego Stołu „Pomoc Ukrainie” wykluł się kolejny pomysł, jak zachęcać do zamieszkania w mniejszych miejscowościach. „Wyszło nam, że relokacja jest potrzebna, bo nadal w 70 proc. nasi goście wybierają duże miasta i obszary podmiejskie, metropolitarne. Jedną z form działania może być kampania informacyjna zachęcająca uchodźców do wybierania tych mniejszych ośrodków” – Tomasz Fijołek, dyrektor biura Unii Metropolii Polski zapowiada dalsze działania w tym kierunku.

A to o tyle istotne, że w tym Okrągłym Stole, oprócz UPM, brał udział też Związek Miast Polskich i Związek Gmin Wiejskich Rzeczpospolitej Polskiej. UPM nawiązał też kontakt z Otwartym Dialogiem. „Mamy się łapać w Warszawie” – zapowiada Fijołek.

Na zdjęciu u góry punkt recepcyjny w Hrubieszowie w hali Hrubieszowskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Marzec 2022, fot. Jakub Orzechowski/Agencja Wyborcza.pl

Udostępnij:

Krzysztof Boczek

Ślązak, z pierwszego wykształcenia górnik, potem geograf, fotoreporter, szkoleniowiec, a przede wszystkim dziennikarz, od początku piszący o podróżach i rozwoju, a od kilkunastu lat głównie o służbie zdrowia i mediach. Zaczynał w Gazecie Wyborczej w Katowicach, potem autor w kilkudziesięciu tytułach, od lat stały współpracownik PRESS, SENS, Służba Zdrowia. W tym zawodzie ceni niezależność.

Przeczytaj także:

Komentarze