0:00
Prawa autorskie: Fot. Chip Somodevilla / GETTY IMAgencja GazetaES NORTH AMERICA / Getty Images via AFPFot. Chip Somodevill...
09 stycznia 2023

Do piętnastu razy sztuka: wybory spikera nowej Izby Reprezentantów 

Kevin McCarthy objął wymarzone stanowisko, ale cały ten tragikomiczny spektakl z jego wyborem na spikera nowej Izby Reprezentantów miał mu pokazać, że będzie od partyjnych radykałów całkowicie zależny. I raczej nie dotrwa do końca kadencji

Wydrukuj

Wybór spikera to pierwsze i najważniejsze zadanie nowej Izby Reprezentantów – bez przewodniczącego

  • nie można nawet zaprzysiąc nowych kongresmenów,
  • nie działają komisje,
  • nie wiadomo nawet na jakiej zasadzie kongresmeni, ich asystenci i pracownicy administracji mieliby otrzymywać wynagrodzenie.

Izba niższa Kongresu staje się Izbą Schrödingera, zarazem istnieje i nie istnieje. Zwykle wybór spikera dokonuje się już w pierwszej próbie, ale tym razem było inaczej. Potrzeba było piętnastu głosowań rozłożonych na cztery dni (a w zasadzie nawet pięć, bo ostatnie odbyło się już po północy).

Wydarzenia w Kongresie były nie tylko niezwykłe.

Pokazują też po raz kolejny głęboki kryzys trawiący Partię Republikańską. A fakt, że ostatecznie spikerem został faworyt, Kevin McCarthy, niewiele zmienia.

Kim jest spiker?

Formalnie spiker Izby Reprezentantów to jedna z najważniejszych osób w państwie. Zajmuje drugie – po wiceprezydencie – miejsce w linii sukcesji do prezydentury. Ale z racji tego, że jego rola jest niedookreślona, zmieniała się na przestrzeni lat i zależała od tego, kto ją sprawował.

W ostatnich dekadach doszło jednak do jej wyraźnego wzmocnienia.

Sprawny, twardo zarządzający swoimi kongresmenami spiker może być kluczowym partnerem dla prezydenta, jeśli pochodzą z jednej partii. Jest trudnym przeciwnikiem, jeśli pochodzi z partii przeciwnej. Dobrze pokazuje to kariera Nancy Pelosi, bez której Barack Obama nigdy nie przegłosowałby między innymi słynnej Obamacare (pakietu ustaw reformujących system ochrony zdrowia).

Władza spikera bierze się przede wszystkim z kontroli kalendarza i reguł rządzących Izbą

To on lub ona decyduje o tym, jakie ustawy i w jakiej kolejności trafią pod obrady. Ma także decydujący głos w obsadzaniu rozmaitych komisji, a wielu kongresmanom zależy na zasiadaniu lub przewodniczeniu tym najbardziej prestiżowym, jak

  • komisja spraw zagranicznych,
  • komisja wywiadu,
  • komisja sprawiedliwości
  • czy komisja regulaminowa, nadzorująca proces legislacyjny.

To ona ustala zasady pracy nad wszelkimi ustawami. Może na przykład ograniczyć zakres poprawek, jakie wolno będzie wnosić do danych regulacji, lub całkowicie wyeliminować taką możliwość. Zasady wyznaczane przez komisję regulaminową określają również ilość czasu na wystąpienia przydzieloną każdemu projektowi.

Jeśli na przykład kierownictwo partii chce, aby projekt ustawy został przeforsowany po cichu, czasu będzie niewiele.

Jeśli z kolei partia chce zwrócić na siebie uwagę, może dać czas na długie przemówienia zachwalające i promujące ustawę.

Z pozoru może się to wszystko wydawać mało istotne, ale w rzeczywistości ten, kto ustala reguły pracy ma ogromną władzę. To dlatego przeciwnicy McCarthy’ego domagali się między innymi deklaracji, że Izba nie będzie głosowała nad gigantycznymi, liczącymi po kilka tysięcy stron ustawami. Że wszystkie ustawy dotyczące wydatków będą rozbijane na mniejsze, poddawane pod głosowanie oddzielnie. Oraz że szeregowi kongresmani będą mogli zgłaszać do nich poprawki. Postulat na pierwszy rzut oka brzmi sensownie. Ale im więcej głosowań, tym większe możliwości szantażowania kierownictwa partii wycofaniem poparcia.

Lub po prostu paraliżowania prac Izby, a tym samym osłabienia pozycji spikera.

Z pięściami na partyjnego kolegę

Jak wygląda wybór spikera? Konstytucja opisuje to bardzo zdawkowo: w sekcji drugiej artykułu pierwszego czytamy, że „Izba Reprezentantów będzie wybierać swojego spikera i innych funkcjonariuszy” i… na tym koniec.

Nie ma mowy o tym, jakie są reguły tego wyboru. Przyjęło się więc, że do wygranej potrzeba większości wszystkich głosów oddanych na jakiegoś kandydata. A zatem przy pełnym składzie Izby, jeśli wszyscy 435 członkowie są obecni i nie wstrzymują się od głosu, do zwycięstwa potrzebne jest 218 głosów.

W listopadowych wyborach Republikanie zdobyli większość, ale bardzo skromną – 222 mandatów

Łatwo więc obliczyć, że McCarthy mógł stracić głosy najwyżej czworga kolegów i koleżanek z partii.

Problem polegał na tym, że jeszcze przed pierwszym posiedzeniem sprzeciw wobec kandydatury McCarthy'ego zgłosiła otwarcie piątka Republikanów, a plotki mówiły o kolejnych buntownikach.

Pozostawały mu dwa wyjścia

Mógł albo przekonać oponentów do siebie, albo skłonić ich, by przynajmniej wstrzymali się od głosu. Obniżyłoby to próg potrzebny do wygranej.

Nancy Pelosi, pierwszej w historii kobiecie w fotelu spikera, także zdarzało się zdobywać swoje stanowisko w ten sposób. Różnica polegała na tym, że Pelosi – choć również miała w partii wewnętrzną opozycję – zawsze potrafiła osiągnąć z nią porozumienie, zanim podała swoją kandydaturę pod głosowanie. McCarthy, pozbawiony jej autorytetu i niezbyt szanowany w swojej partii, tego nie potrafił.

Izba Reprezentantów może zmienić reguły wyboru. W roku 1856, kiedy kraj był głęboko podzielony w sprawie akceptacji niewolnictwa i zmierzał do wojny secesyjnej, głosowania ciągnęły się przez dwa miesiące,

a ostatecznie wyboru dokonano za… 133 razem, kiedy zdesperowani i zmęczeni kongresmeni uznali, że do wygranej wystarczy nie bezwzględna, lecz zwykła większość.

Dlaczego na analogiczny krok nie zdecydowano się także teraz?

Poza tym, że taki sposób wyboru jeszcze bardziej obniżyłby status spikera, stwarzał ryzyko, że McCarthy przegra.

W pierwszych jedenastu turach otrzymywał mniej głosów niż przywódca znajdujących się w mniejszości Demokratów.

Z prostego powodu – Republikanie byli wewnętrznie podzieleni, a Demokraci demonstracyjnie okazywali jedność, głosując unisono na swojego lidera, Hakeema Jeffriesa, który zastąpił na tym stanowisku Nancy Pelosi.

Prawica musiała się więc porozumieć i albo głosować dalej, albo odroczyć posiedzenie

Nie istnieje bowiem żaden limit dotyczący liczby dopuszczalnych prób – proces powtarza się aż do skutku. A nie są to zwykłe głosowania znane z polskiego Sejmu, w których posłowie mają „podnieść rękę i nacisnąć przycisk”. W tym wypadku głosuje się metodą nazywaną roll call. Przewodnicząca obrad wyczytuje w porządku alfabetycznym nazwiska każdego kongresmena lub kongresmenki, a ci odpowiadają, kto jest ich nominatem. Jakby tego było mało, nie trzeba wcale głosować na wcześniej zgłoszonych kandydatów – można wymienić dowolną osobę, bowiem w teorii spikerem może zostać każdy, nie tylko urzędujący kongresmen.

W pewnym momencie jeden z liderów buntowników, Matt Gaetz z Florydy, zagłosował nawet na Donalda Trumpa.

McCarthy przegrywał jedno głosowanie za drugim: 3 stycznia trzy, 4 stycznia kolejne trzy, 5 stycznia aż pięć. Choć usiłował się uśmiechać i obracać wszystko w żart, w republikańskim klubie narastała frustracja.

Za kulisami można było usłyszeć, że buntowników porównuje się do „talibów” i „terrorystów”, którzy „wzięli zakładników, ale ich jedyne żądanie jest takie, że chcą mieć zakładników zawsze”. Jeden z republikańskich kongresmenów rzucił wściekle, że „Gdyby [rozłamowcy] stanęli w ogniu, to nawet bym na nich nie nasikał” (sic!). Kiedy w piątek, 6 stycznia, przy czternastym głosowaniu okazało się, że McCarthy'emu do wygranej zabraknie ledwie jednego głosu, tylko interwencja kolegi powstrzymała jednego z republikańskich kongresmenów przed rzuceniem się z pięściami na wstrzymującego się od głosu Gaetza.

Liczył się każdy głos, więc obie partie dbały o to, żeby na sali nikogo nie zabrakło

Demokratyczny kongresmen David Trone opuścił dwunastą rundę, bo musiał iść do szpitala na operację. Wrócił na rundę trzynastą, jeszcze w szpitalnym ubraniu.

Z kolei Republikanin Wesley Hunt, zwolennik McCarthy'ego, opuścił dwie rundy, bo jego żona urodziła dziecko przed terminem. Ale na dwie ostatnie wrócił do Waszyngtonu.

Obu przywitano brawami.

Rozłamy wśród rozłamowców

O co tak naprawdę chodziło republikańskim rozłamowcom?

Dwudziestka ta nie była jednorodną grupą – choć wszystkich kojarzy się ze skrajnie prawicowym, jednoznacznie protrumpowym skrzydłem Republikanów, tzw. „Freedom Caucus”. Nie wszyscy radykałowie buntowali się przeciw kierownictwu partii.

Jim Jordan z Ohio, niegdysiejszy szef Freedom Caucus, popierał McCarthty'ego – i to mimo że część rozłamowców właśnie Jordana zgłaszała jako swojego kandydata na spikera.

Za McCarthym głosowała też Marjorie Taylor Greene z Georgii, ultraradykałka i zwolenniczka teorii spiskowych spod znaku QAnonu, od kilku lat symbolizująca zwrot Partii Republikańskiej ku skrajnej prawicy.

Do głosowania na McCarthy’ego wezwał też Donald Trump, apelujący w mediach społecznościowych, by „nie zmieniać wielkiego triumfu w upokarzającą porażkę”.

Liderami buntowników byli Lauren Boebert z Kolorado i wspomniany już Matt Gaetz z Florydy

To dwoje kongresmenów, których cała kariera polityczna opiera się na trollowaniu: sianiu chaosu, żeby zdobywać widoczność, a przez to pieniądze na kolejne kampanie wyborcze.

Na zdjęciu u góry: Matt Gaetz rozmawia z Kevinem McCarthym. Fot. Chip Somodevilla/Getty Images/AFP

Choć oboje uważają się za lojalnych trumpistów, wezwanie eksprezydenta pozostało początkowo bez echa – ani jeden z rozłamowców nie zmienił zdania.

Dopiero później – po telefonach od samego Trumpa – część buntowników (choć nie Gaetz i nie Boebert) zgodziła się wstrzymać od głosu

Umożliwiło to McCarthy’emu wygranie piętnastego głosowania.

McCarthy i jego ludzie negocjowali z rozłamowcami, ale nie było to łatwe. Ci bowiem nie mieli żadnego spójnego programu i często sami nie potrafili powiedzieć, czego tak naprawdę chcą od lidera swojej partii. Właściwie jedyny ich projekt legislacyjny to ustawa wprowadzająca limit kadencji w Kongresie (która i tak nie ma szans na wejście w życie, kiedy Senatem i Białym Domem rządzą Demokraci). Jasne było więc, że to tylko PR-owa zagrywka.

Cały ten tragikomiczny spektakl był jednak tym właśnie – teatrem politycznym

Celem części radykałów, z Gaetzem na czele, było po prostu publiczne upokorzenie McCarthy’ego: pokazanie mu, że w rozpoczynającej się kadencji będzie od nich całkowicie zależny. Posuwali się wręcz do takich złośliwości, jak oficjalne pytanie skierowane do administracji,

jakim prawem Kevin McCarthy wstawił już swoje rzeczy do gabinetu spikera, skoro nie został jeszcze wybrany.

Pytanie w gruncie rzeczy słuszne, ale mające tylko jeden cel –upokorzenie lidera republikańskiego klubu.

Zdesperowany McCarthy – któremu radykałowie już raz zablokowali objęcie fotela spikera w 2015 roku – gotów był każde ustępstwa, włącznie z jeszcze większym osłabieniem swojej i tak już słabej pozycji.

Zgodził się

  • umieścić radykałów w najważniejszych komisjach,
  • nie wspierać ich konkurentów w partyjnych prawyborach,
  • ułatwić dodawanie poprawek do projektów ustaw,
  • ale przede wszystkim wprowadził do regulaminu Izby zasadę niebezpiecznie przypominającą liberum veto.

Teraz wystarczy żądanie zaledwie jednego kongresmena, żeby zarządzić głosowanie nad odwołaniem spikera.

To oznacza, że jeśli McCarthy nadepnie na odcisk radykałom, będą mogli urządzić kolejny upokarzający spektakl, podobny do tego, który obserwowaliśmy teraz.

Trudno sobie wyobrazić, jak w takich warunkach będzie funkcjonowała Izba Reprezentantów.

Nowe konflikty na horyzoncie

Kevin McCarthy objął wymarzone stanowisko. Nie ma jednak ani autorytetu, ani realnej władzy. Jest figurantem, całkowicie zależnym od najradykalniejszych kolegów i koleżanek z partii. Nie wiemy dokładnie, co takiego jeszcze obiecał radykałom.

Freedom Caucus kategorycznie sprzeciwia się na przykład zwiększaniu wydatków i zadłużenia państwa. Zatem na horyzoncie już majaczy już konflikt, który może zakończyć się „shutdownem”, czyli ustaniem funkcjonowania rządu federalnego. Przestaje wtedy działać większość państwowych instytucji, jak poczta, muzea czy parki narodowe, a pracownicy federalni idą na przymusowy bezpłatny urlop.

Dalsza pomoc dla Ukrainy też stanie pod znakiem zapytania

Bowiem jednym z zarzutów, jakie formułowali radykałowie pod adresem McCarthy'ego, była jego proukraińskość. To znaczy gotowość do dalszego wysyłania wojskowego wsparcia krajowi broniącemu się przed rosyjską agresją. Radykalne skrzydło partii udowodniło, że jest gotowe pójść na wojnę z własną partią i sparaliżować funkcjonowanie instytucji, byle tylko osiągnąć swoje cele. Problem w tym, że te cele nie zawsze są jasne, a niekiedy wydaje się, że chodzi wyłącznie o wywołanie zamieszanie i zdobycie rozgłosu.

Przeczytaj także:

Tegoroczne wybory spikera Izby są doskonałą ilustracją procesów zachodzących od dawna w Partii Republikańskiej

Partyjny establishment dla własnej korzyści raz za razem ugina się przed radykałami, którzy przesuwają partię coraz bardziej w prawo.

A Kevin McCarthy, karierowicz znany w Waszyngtonie z braku poglądów, jak mało który polityk przyczynił się do tego procesu

Gotów był iść z każdym, byle tylko dochrapać się fotela spikera.

Choć początkowo sprzeciwiał się Trumpowi, kiedy ten wygrał wybory prezydenckie, został jednym z jego najwierniejszych popleczników, czym zasłużył sobie nawet na „pieszczotliwą” ksywkę „Mój Kevin”.

Po szturmie na Kapitol 6 stycznia 2021 roku (ostatnie rundy głosowań odbywała się dokładnie w drugą rocznicę tamtych wydarzeń), McCarthy – wściekły na Trumpa – nie miał wątpliwości, że to prezydent podburzył swoich zwolenników do ataku i domagał się jego rezygnacji.

Kiedy okazało się, że republikańska baza nie odwróciła się jednak od Trumpa, McCarthy pojechał do Mar-a-Lago ukorzyć się i odzyskać łaskę wodza. Najpierw bronił antytrumpowej kongresmenki Liz Cheney, by potem się od niej odciąć, kiedy okazało się, że jest niepopularna w partii. Początkowo krytykował skandaliczne wypowiedzi Marjorie Taylor Greene, by potem uczynić ją swoją bliską sojuszniczką. Właśnie dlatego, że jej agresywny styl podoba się niemałej części prawicowych wyborców.

Teraz, przeczołgany przez radykałów, dopiął wreszcie swego. Ale bardzo możliwe, że będzie najsłabszym spikerem we współczesnej historii Stanów Zjednoczonych.

I mało prawdopodobne, by dotrwał na tym stanowisku do końca kadencji.

Udostępnij:

Lukasz Pawłowski

Publicysta, doktor socjologii, doradca polityczny. Wspólnie z Piotrem Tarczyńskim prowadzi „Podkast amerykański” [https://www.facebook.com/podkastamerykanski]. Autor książki „Druga fala prywatyzacji. Niezamierzone skutki rządów PiS” [2020]. Dawniej sekretarz redakcji tygodnika „Kultura Liberalna”.

Piotr Tarczyński

Historyk, doktor nauk politycznych, amerykanista, tłumacz, pisarz. Z Łukaszem Pawłowskim prowadzi „Podkast amerykański"

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne