0:00
Prawa autorskie: Ukraine's President Volodymyr Zelensky leaves holding a US flag which flew at the US Capitol after addressing the US Congress at the Capitol in Washington, DC, on December 21, 2022. - Zelensky is in Washington to meet with US President Joe Biden and address Congress -- his first trip abroad since Russia invaded in February. (Photo by Mandel NGAN / AFP)Ukraine's President ...
22 grudnia 2022

Kogo w Waszyngtonie nie przekonał Zełenski

Jak oceniać przebieg zaskakującej wizyty Wołodymyra Zełenskiego w Waszyngtonie? Wszystko zależy od tego, kogo uznamy za jej głównego adresata – Ukraińców, Amerykanów, Władimira Putina, czy polityczną elitę USA. Skupmy się na tej ostatniej grupie

Wydrukuj

Nie trzeba chyba przekonywać, że było to wydarzenie historyczne. Jak przypomniały amerykańskie media, Zełenski był pierwszym przywódcą państwa w stanie wojny, który wystąpił przed połączonymi izbami Kongresu od czasu wizyty… Winstona Churchilla w grudniu 1941 roku, niedługo po ataku Japonii na Pearl Harbor i przystąpieniu USA do wojny.

Upadły mit Rosji

Dla prezydenta Ukrainy była to z kolei pierwsza po ponad 300 dniach od rozpoczęcia rosyjskiego najazdu podróż poza granicę kraju. W czasie tych 300 dni zmieniło się i wciąż zmienia wiele. Ewoluowała przede wszystkim ocena rosyjskiej siły i ukraińskich zdolności obronnych. Chociaż Amerykanie przez całe miesiące ostrzegali władze w Kijowie oraz państwach sojuszniczych NATO przed zbliżającą się inwazją i nawoływali do przygotowań, sami nie wierzyli, że Ukraińcy będą w stanie długo stawiać opór. Amerykańska prasa informowała wówczas, że administracja Bidena owszem, planuje wesprzeć Ukrainę, ale w jej wojnie partyzanckiej przeciwko rosyjskim władzom okupacyjnym. Tak jak przed niemal czterema dekadami wspierała afgańskich mudżahedinów w ich walce z sowieckim agresorem.

Siła Ukraińców i słabość Rosji okazały się szokujące.

„Druga armia świata” przystąpiła do walki nieprzygotowana, słabo wyposażona, niezmotywowana i przede wszystkim zaskoczona, że naród, który podobno miała „wyzwalać” tak bardzo się owemu wyzwoleniu opiera. Zadziwiający był nie tylko hart ducha zaatakowanych, ale także reakcja sojuszników na Zachodzie.

Z dzisiejszej perspektywy możemy powiedzieć wiele złego o polityce wielu europejskich krajów wobec Moskwy i o naszej wierze w możliwość udemokratycznienia rosyjskiego reżimu poprzez relacje handlowe i rozwój gospodarczy. Po 24 lutego 2021 roku stało się jasne, że to nie zachodnie demokracje naprawiały Rosję, ale Rosja psuła zachodnie demokracje. Dziś dominuje przekonanie, że zamiast wchodzić w relację, aby sprowokować polityczną zmianę, należy się od Rosji uniezależnić i – przede wszystkim – nie dać się podzielić.

Możemy narzekać na spóźnione lub niewystarczające reakcje wielu europejskich rządów. Ale gdyby rok temu ktoś prognozował, że w ciągu kilku miesięcy zachodnie firmy wycofają się z Rosji, Europa będzie na drodze do uniezależnienia od rosyjskich surowców, a Unia Europejska i Stany Zjednoczone przeznaczą dziesiątki miliardów dolarów na pomoc militarną i gospodarczą dla państwa toczącego wojnę z Władimirem Putinem, zostałby uznany nie za analityka, lecz wieszcza rewolucji.

W ciągu tych kilkunastu miesięcy Ukraina nie tylko udowodniła, że sama potrafi walczyć. Pokazała także nam na Zachodzie, że w konfrontacji z reżimami autorytarnymi liberalne demokracje nie są skazane na porażkę. Że w sytuacji zagrożenia – wbrew wrogiej propagandzie – ich obywateli stać na więcej niż naiwne apele o pokój malowane kolorową kredą na chodniku. I że siła i sprawność państw autorytarnych rządzonych „twardą ręką” to nierzadko mit, który kruszy się, kiedy tylko napotka opór.

To nie zapomoga, to inwestycja

W ten sposób pisze o wizycie Zełenskiego w Waszyngtonie znany publicysta – i były współpracownik prezydenta George’a W. Busha – David Frum z magazynu „The Atlantic”. Przekonuje, że chociaż to Zełenski przyjechał do USA między innymi po to, aby podziękować za pomoc, tak naprawdę to Amerykanie powinni podziękować Ukraińcom za przywrócenie im wiary w siebie. „Nie wierzyliśmy, że Ukraińcy są w stanie to zrobić [tj. postawić się autorytarnej potędze], po części dlatego, że nie wierzyliśmy, iż my sami możemy to zrobić. Ale oni tego dokonali. I my także. A teraz patrzymy inaczej zarówno na Ukrainę, jak i na samych siebie”.

Korzyści ze wsparcia udzielonego Ukrainie wykraczają jednak poza sferę psychologiczną. Relatywnie niewielkim kosztem udało się ukazać słabości Rosji i udzielić Rosjanom lekcji, której długo nie zapomną, a także wysłać sygnał do sojuszników – Tajwanu, Korei Południowej, Japonii – oraz potencjalnych agresorów, pokazując wartość amerykańskiego parasola ochronnego.

Podobny jest wydźwięk artykułu odredakcyjnego w prestiżowym, prawicowym – i należącym do imperium Ruperta Murdocha – dzienniku „The Wall Street Journal”. Gazeta przekonuje, że koszty bierności wobec rosyjskiej agresji i pozwolenie Putinowi na zajęcie sąsiedniego państwa byłyby znacznie wyższe. Oto rosyjskie armie znalazłyby się na progu NATO, a wiarygodność Stanów Zjednoczonych zaliczyłaby kolejny poważny cios po kompromitującej formie wycofania wojsk z Afganistanu. Z kolei „krytycy, którzy twierdzą, że pomoc Ukrainie odbywa się kosztem działań odstraszających wobec Chin całkowicie się mylą. Xi Jinping miałby większe powody, by zwątpić w determinację USA do obrony Tajwanu, gdyby Stany Zjednoczone opuściły Ukrainę”.

Dokładnie takim argumentem posługiwał się też podczas swojego wystąpienia przed połączonymi izbami Kongresu Wołodymyr Zełenski. Dziękując za wsparcie finansowe płynące z Waszyngtonu mówił:

„Wasze pieniądze to nie zapomoga. To inwestycja w globalne bezpieczeństwo i demokrację, a wydajemy je bardzo odpowiedzialnie”.

Nie są to przypadkowe słowa, ponieważ wśród części klasy politycznej, narasta przekonanie, że Stanów Zjednoczonych nie stać na pomoc dla Ukrainy. A pieniądze płynące na drugą stronę świata lepiej byłoby zainwestować w kraju, przede wszystkim w ochronę południowej granicy, przez którą do USA próbują się przedostać rekordowe liczby migrantów. Wspomniany „The Wall Street Journal” argumentuje, że to nie jest wybór „albo-albo”, że środki muszą się znaleźć na oba cele, zaś sytuacja na granicy jest skutkiem nieudolnych poczynań administracji Bidena, nie wsparcia dla Ukrainy.

Podziały na prawicy

Tak myśli znaczna część opozycyjnej wobec prezydenta Partii Republikańskiej. Lider Republikanów w Senacie, Mitch McConnell, odwiedzał ukraińskiego prezydenta w Kijowie. A w środę, jeszcze przed wystąpieniem Zełenskiego w Kongresie, stwierdził, że „dalsze wspieranie Ukrainy jest nie tylko moralnie słusznie. To także bezpośrednia inwestycja w twarde amerykańskie interesy”. Zdaniem McConnella „pokonanie Rosjan w Ukrainie to obecnie najważniejsza ze spraw na świecie”. Popiera także przechodzącą właśnie przez Kongres monstrualną – liczącą ponad 4 tysiące stron – ustawę budżetową (dotykającą jednak także innych kwestii). Opiewa ona na 1,7 biliona dolarów i zapewnia finansowanie instytucji państwa do 30 września 2023 roku. Nazywana „omnibus” ustawa przewiduje między innymi rekordowe – bo przekraczające 850 miliardów dolarów – wydatki na obronność oraz 45 miliardów dolarów na pomoc dla Ukrainy oraz państw sojuszniczych w NATO.

W głosowaniu proceduralnym dalsze prace nad projektem poparło 75 senatorów – wszyscy Demokraci i 25 Republikanów. Ale 20 głosów sprzeciwu padło wyłącznie ze strony republikańskiej.

Decyzja McConnella, nie tylko o poparciu ustawy, lecz podjęciu negocjacji z Demokratami, wzbudza sprzeciw wielu jego partyjnych kolegów i koleżanek. Jedna z najbardziej znanych, kongresmanka Marjorie Taylor Greene, zamieściła na Twitterze całą serię wpisów pokazujących podziały wewnątrzpartyjne. Oto jeden z nich:

„Mitch McConnell pomaga przegłosować wartego prawie 2 BILIONY DOLARÓW omnipotwora po to, żeby mógł wręczyć Zełenskiemu czek na 47 miliardów dolarów, kiedy ten pojawi się dziś w Waszyngtonie. Ale w moim okręgu wielu rodzin i seniorów nie stać na jedzenie, a wiele firm nie radzi sobie przez politykę Bidena”.

Podczas wystąpienia ukraińskiego prezydenta Greene nie było na sali. Ale nawet wśród tych, którzy przyszli posłuchać Zełenskiego, nie brakowało sceptycznych głosów. Cytowany przez portal „The Hill” kongresman Warren Davidson z Ohio mówił, że Amerykanie powinni „skupić się na ograniczaniu, a nie rozszerzaniu wojny”, gdy tymczasem zaproszenie Zełenskiego wysyła dokładnie przeciwny sygnał. Inna znana i kontrowersyjna kongresmanka, Lauren Boebert z Kolorado, powiedziała z kolei, że nie zgodzi się na żadne nowe środki dla Ukrainy dopóki nie zostanie przeprowadzony „pełen audyt” tego, co już wydano.

Takie głosy musi brać pod uwagę Kevin McCarthy, lider Republikanów w Izbie Reprezentantów, który w nowym Kongresie – zaczynającym obrady w styczniu – chciałby zająć stanowisko spikera. Żeby być pewnym sukcesu potrzebuje poparcia co najmniej 218 kongresmanów. Republikanie po listopadowych wyborach zdobyli 222 miejsca. Łatwo policzyć, że McCarthy nie ma dużego pola manewru i musi sobie zapewnić głosy niemal wszystkich członków partii, także tych, którzy nie chcą żadnej współpracy z Demokratami, również w sprawie wsparcia finansowego dla Ukrainy. A takich jest niemało. W maju, podczas głosowania nad poprzednią transzą pomocy, przeciw było 57 republikańskich członków Izby Reprezentantów i 11 senatorów z tej partii. Nic więc dziwnego, że McCarthy już kilka tygodni temu zapowiadał, że nie zgodzi się na żadne „czeki in blanco”, a wydawane pieniądze będzie chciał dokładnie kontrolować. Po wystąpieniu Zełenskiego swoje stanowisko podtrzymał.

Część Republikanów uspokaja, że te słowa nie są żadną groźbą, ponieważ Kongres ma prawo i obowiązek kontrolować wydatki państwa. Zgoda. Rzecz jednak w tym, że McCarthy – jeśli w ogóle spikerem zostanie – będzie miał bardzo słabą pozycję polityczną. Uzależniony od każdego głosu w swojej partii – także izolacjonistów – nie będzie w stanie wyjść z żadną pozytywną inicjatywą, jeśli powstanie choć cień ryzyka, że część partii będzie miała inne zdanie.

Dlaczego teraz?

To właśnie z tego powodu – wzrostu wpływu radykałów w kolejnym Kongresie – Bidenowi, Demokratom, a nawet części Republikanów zależało na przegłosowaniu ustawy budżetowej i wsparcia dla Ukrainy jeszcze przed świętami, zanim przyszli kongresmani zostaną zaprzysiężeni. Nowy, 118 w historii USA Kongres rozpoczyna obrady już 3 stycznia. Nic przecież nie stało na przeszkodzie, by Zełenski pojawił się w Waszyngtonie właśnie wtedy i aby wówczas ogłoszono plan finansowy na kolejne miesiące.

Jeśli sprawa wsparcia Ukrainy byłaby w amerykańskiej polityce powszechnie akceptowana, wizyta Zełenskiego już w styczniu byłaby dla Republikanów korzystna. Oto, podczas wystąpienia popularnego prezydenta w Kongresie za jego plecami stałaby nie odchodząca spikerka Nancy Pelosi, Demokratka, ale właśnie Kevin McCarthy.

Także dla Zełenskiego przyznanie pieniędzy przez nowy Kongres byłoby korzystniejsze, ponieważ sprawę ukraińską można by przedstawić jako kwestię przekraczającą podziały partyjne.

Pieniądze musiałaby bowiem zatwierdzić republikańska Izba Reprezentantów oraz demokratyczny Senat i prezydent.

Że tak się nie stanie, mówili mi już w listopadzie przedstawiciele prestiżowych think-tanków, z którymi miałem okazję rozmawiać w Waszyngtonie. W Center for Strategic and International Studies usłyszałem, że Republikanie po przejęciu kontroli nad Izbą Reprezentantów zapewne nie będą chcieli zajmować się Ukrainą właśnie dlatego, że ta sprawa dzieli ich partię.

Wołodymyr Zełenski zapewne doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Z tego powodu w swoim wystąpieniu kilkukrotnie zwracał się nie tylko do zgromadzonych w sali gości, lecz do Amerykanów w ogóle. Ponadto jeszcze w czasie konferencji prasowej u boku Bidena podkreślał, że „mimo zmian w Kongresie liczy na ponadpartyjne poparcie w obu izbach”. Z kolei w samym przemówieniu zaapelował do słuchających go polityków, mówiąc, że każdy z nich może przyczynić się do tego, by „przywództwo Ameryki pozostało niewzruszone, dwuizbowe i ponadpartyjne”.

***

Już kilka miesięcy temu Mitch McConnell wspominał, że nurt izolacjonistyczny w Partii Republikańskiej istniał od zawsze, ale nie będzie miał wpływu na decyzje w sprawie Ukrainy. Mam inne zdanie. Donald Trump szedł po zwycięstwo w wyborach prezydenckich z hasłem „America First”, nieprzypadkowym, bo niegdyś podnoszonym przez przeciwników zaangażowania USA w wojnę przeciwko Hitlerowi i państwom Osi. Niezależnie od obecnych kłopotów prawnych i politycznych byłego prezydenta, w ciągu czterech lat urzędowania wzmocnił w Partii Republikańskiej głosy izolacjonistów. I nawet jeśli sam Trump zostanie zepchnięty na margines, politycy mówiący jego językiem zostaną. 80-letni McConnell doskonale pamięta Republikanów z czasów zimnej wojny, zaangażowanych w walkę z wpływami Związku Radzieckiego na świecie. Od tego czasu partia bardzo się jednak zmieniła, a sukces Trumpa – którego McConnell osobiście nie znosi – pokazuje, że partyjne elity nie mają kontroli nad kierunkiem tych zmian.

Stany Zjednoczone jak na razie bardzo dobrze zdają egzamin ze wsparcia dla Ukrainy i ukarania Władimira Putina za jego agresję. Działają nie tylko z dobroci serca, lecz także we własnym interesie. Tak sądzi wielu publicystów, ekspertów akademickich i polityków. Ale jest też inna grupa, która interes państwa widzi zupełnie inaczej. Ich wpływy w nowym Kongresie wzrosną. Zełenski, mimo dobrego wystąpienia, zapewne nikogo z tej grupy do swoich racji nie przekonał.

Udostępnij:

Lukasz Pawłowski

Publicysta, doktor socjologii, doradca polityczny. Wspólnie z Piotrem Tarczyńskim prowadzi „Podkast amerykański” [https://www.facebook.com/podkastamerykanski]. Autor książki „Druga fala prywatyzacji. Niezamierzone skutki rządów PiS” [2020]. Dawniej sekretarz redakcji tygodnika „Kultura Liberalna”.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne