0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Wyborcza.plFot. Dawid Zuchowicz...

„Trzydziestu kilku posłów naszej formacji zrezygnowało z członkostwa" – ogłosił w piątek o godzinie 12.00 Jarosław Kaczyński. „We wtorek odbędzie się posiedzenie Komitetu Politycznego, który przyjmie ten fakt do wiadomości”.

Podczas własnej konferencji o godz. 14.00 Morawiecki udawał lekko zaskoczonego takim obrotem spraw. Podkreślał, że do ostatniej chwili zarówno on, jak i wszyscy jego sojusznicy próbowali ratować sytuację i za wszelką cenę utrzymać jedność partii. Mówił o składanych przez siebie propozycjach – miał m.in. zrezygnować ze stanowiska wicepremiera, by przekonać, że nie zależy mu na politycznych fruktach, a jedynie rozwoju partii. Podkreślał, że był przekonany o tym, że strategia „dwóch płuc”, ustalona zaledwie kilka miesięcy temu przynosi korzyści i powinna była być kontynuowana, bo „prawica jest wielonurtowa” i należy możliwie jak najbardziej poszerzać elektorat.

„Nie możemy się zgodzić na to, żeby przez ultimata, szantaż, uzgodniona niedawno strategia wylądowała w koszu” – stwierdził.

„Nie jestem członkiem organizacji podejmujących działalność o charakterze politycznym, nie prowadzę działalności o takim charakterze w ramach takich ciał oraz nie uczestniczę w pracach, spotkaniach, wydarzeniach czy projektach realizowanych przez takie organizacje” – głosiła deklaracja, którą zobowiązani byli złożyć politycy PiS.

Kaczyński co prawda miał nie domagać się całkowitego rozwiązania stowarzyszenia, ale jego zamrożenia do czasu wyborów. Jednak punktem nie do pominięcia było podpisanie przez stronników byłego premiera lojalki.

Na to nie mogło być zgody. Morawiecki i jego środowisko deklaracje traktowali jako „upokorzenie”, o czym mówili wprost. Sam Kaczyński stwierdził, że „wszyscy wiedzieli, jakie są skutki niepodpisania deklaracji". Zatem niezłożenie jej w terminie uznał za „rezygnację” z członkostwa w partii.

Przeciwko takiemu sprawy sprzeciwiają się oczywiście ludzie Morawieckiego, podkreślający, że oni z niczego nie zrezygnowali. Że są częścią PiS od kilkunastu, dwudziestu lat, w niektórych przypadkach właściwie od powstania tego ugrupowania. Morawiecki nie mógł sam zrezygnować z partii i z niej wyjść, choćby uważał, że mu się to opłaca. Musiał doprowadzić, doczekać do momentu, w którym zostanie z niej wyrzucony, żeby nie mieć łatki zdrajcy i burzyciela.

To dlatego obecnie w mediach politycy toczą tak zacięty spór o to, czy z partii są usuwani, czy automatycznie z niej rezygnują.

I chociaż ostatecznym wykonawcą wyroku jest sam Kaczyński, to ludzie Morawieckiego zręcznie ten oczywisty fakt omijają. Kto ich zatem z PiS „wypycha”, jak lubią powtarzać? „Grupa intrygantów” wskazana z imienia i nazwiska – Jacek Kurski, Jacek Sasin, Patryk Jaki. Dobry car został omotany przez złych bojarów.

„Jarosław Kaczyński pozostaje najwybitniejszym politykiem 35 lat, ale Maślarze prowadzą PiS do klęski. Myślę, że nadejdzie taki dzień, gdy Prezes ich pogoni i razem pójdziemy po zwycięstwo” – napisał w social mediach jeden ze „zrezygnowanych” z PiS, Ryszard Terlecki.

Przeczytaj także:

Jednak doradzał Tuskowi i nie popierał 500 plus

Przedsmakiem tego, co go czeka, było wydanie wieczornych wiadomości w Telewizji Republika w środę, gdzie pojawił się dosyć jadowity materiał o Morawieckim, w którym on i jego ambicje były wskazane jako źródło awantury w PiS. Już po upłynięciu ultimatum, w dniu ogłoszenia decyzji, trzymała pasek mówiący o tym, że to „30-kilku posłów zrezygnowało z członkostwa w PiS”, odpowiadający oficjalnej wykładni Kaczyńskiego, a nie faktom. W kolejnych godzinach szeroko decyzję omawiano z przeciwnikami Morawieckiego – między innymi Jackiem Sasinem i Rafałem Bochenkiem. Dzień ma zwieńczyć wieczorna rozmowa z samym prezesem PiS, który po konferencji w południe nie chciał rozmawiać z dziennikarzami.

Kaczyński zdążył jednak wymierzyć Morawieckiemu mocnego kopniaka podczas oficjalnej konferencji. Stwierdził w którymś momencie, że pewne nienazwane, ale wiarygodne w środowisku PiS osoby proponowały kilkukrotnie podział partii. I to przy świadkach.

Morawiecki oczywiście zaprzecza, by takie propozycje i pomysły kiedykolwiek były komukolwiek zgłaszane. I zarzucił Kaczyńskiemu, że wprowadza opinię publiczną w błąd, bo to, co było omawiane, to strategia dwóch płuc, a nie dwóch partii.

Ale plany na rozbicie PiS-u to nie jedyne zarzuty, jakie dzisiaj padały pod adresem byłego premiera PiS. Od Mariusza Błaszczaka dowiedzieliśmy się na przykład, że Morawiecki miał sprzeciwiać się zakupowi F-35, a od Rafała Bochenka, że chciał zablokować program 500 plus.

„A wiecie, że dzisiaj się okaże, że Mateusz Morawiecki urodził się w Izraelu, jutro, że był agentem Moskwy, a w niedzielę, że sprowadził pandemię do Polski” – żartuje na Twitterze Waldemar Buda.

To jeszcze przed nami. Na razie okazało, że Morawiecki jednak był doradcą Tuska, co oznajmił dzisiaj Jacek Sasin. Ten sam, który w 2023 mówił, że pan premier był tylko proszony o opinie w niektórych sprawach. I że to nic nadzwyczajnego.

Zdążyć przed wyrokiem

Lista Morawieckiego liczy aż 44 nazwiska. To 40 posłów, 1 senator, 3 europosłów. Będą trzecim najliczniejszym klubem w Sejmie, zaraz po KO i po uszczuplonym klubie PiS. To dobry punkt wyjścia.

Jak poradzi sobie partia Morawieckiego? Możemy na razie jedynie spekulować. Pewne jest tylko jedno – jej dzieje i wyniki pokażą nam wreszcie, czy w Polsce jest jeszcze zapotrzebowanie na prawicę, której głównym paliwem nie jest antyukraińskość i antyunijność. Jak sam twierdzi – chce trafiać do młodszych wyborców, dla których partia Kaczyńskiego od lat jest nieatrakcyjna. Jako przykład podaje wysokie noty pozytywnych ocen prezydenta Karola Nawrockiego wśród dwudziestolatków. W wielu badaniach osiąga on tam 70% poparcia. Wiele osób mogłoby uznać to za dowód na to, że czarnkizacja PiS-u jest słusznym kierunkiem, skoro prezydent jest liderem antyukraińskiej i antyunijnej krucjaty. Ale ten obrazek jest bardziej skomplikowany.

W lipcowym badaniu CBOS w grupie 18-24-latków dominują Konfederacja i... Nowa Lewica (obie partie powyżej 20%). PiS notuje poniżej 10%. Wcale nie lepiej partia Kaczyńskiego radzi sobie w grupie 25-34-latków, gdzie przegrywa nie tylko z Konfederacją, Koroną i Koalicją, ale także z Partią Razem. Nieprzypadkowo na kongresie Rozwoju Plus pojawią się nazwiska kojarzone z lewicą społeczną, takie jak Paulina Matysiak, Maciej Szlinder, czy Jan Zygmuntowski-Oleszczuk. Nie oznacza to, że RP ma nie mieć prawicowego charakteru. Morawiecki po prostu rozumie, że polityka zaczyna rządzić się trochę innymi prawami i potrzeba w niej więcej elastyczności niż w twardogłowym PiS-ie.

„Odpowiedzi [na współczesne problemy] muszą być przemyślane, nie mogą być anachroniczne, nie mogą trącić myszką. Muszą być atrakcyjne dla młodych ludzi. Chcemy, żeby nasz przekaz trafiał szeroko, w ramach obozu republikańskiego, propaństwowego” – mówił dziś Morawiecki. I wskazywał, że kolejnymi grupami, którymi są zainteresowani, są przedsiębiorcy, samorządowcy, a także „osoby obecnie popierające koalicję rządzącą”. Wskazuje to, że Morawiecki mógłby myśleć o czymś w rodzaju reaktywowanej Trzeciej Drogi, projektu, który pozbierałby nie tylko wyborców PiS, ale też uszczknął po trochu z każdego garnuszka – KO, Konfederacji, PSL-u, sierot po Polsce2050.

W idealnym scenariuszu podział PiS-u odbywa się tak jak podział Konfederacji i Korony Brauna. Ta pierwsza umocniła się na pozycji kilkunastu procent, ta druga utrzymuje się stabilnie ponad progiem wyborczym, a nawet kręci w okolicach 10%. Okazało się, że podział przyniósł im sumaryczny wzrost poparcia. Czy tak się stanie z PiS-em i Rozwojem Plus? Na razie sondaże (np. Opinia24) sugerują, że formacja Morawieckiego ze swoim wynikiem idealnie wpasowuje się w ewentualny ubytek w wyniku PiS.

„Partia polityczna Mateusza Morawieckiego, pokazują sondaże, będzie miała 2%, a nie 6% poparcia. To oznacza to, że szczególnie ci posłowie, którzy dołączają do Mateusza Morawieckiego, zakończą swoją karierę polityczną, nie dostaną się do przyszłego Sejmu” – wieszczył dziś Mariusz Błaszczak w Telewizji Republika.

Problem polega na tym, że zgodnie z aktualnymi sondażami sam PiS w przyszłym Sejmie straci kilkadziesiąt mandatów. A zatem grupa kilkudziesięciu posłów postanowiła spróbować szczęścia na nowej drodze życia, niż czekać potulnie na wyrok.

Na zdjęciu Dominika Sitnicka
Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze