Badacze są zgodni: rodziny zastępcze są dla dzieci o wiele lepsze. Do rezygnowania z domów dziecka nawołuje UE, przewiduje to też polska ustawa. Plany zostały na papierze. Otwiera się kolejne domy, trafiają tam też małe dzieci. „To problem mentalności” - uważa badaczka z UW. „Domy dziecka nam nie przeszkadzają, bo są tam »inne« dzieci, a nie nasze"

Podczas otwarcia (na zdjęciu) nowego domu opiekuńczo wychowawczego w Mroczkowie Gościnnym 18 lutego 2020 nie zabrakło wojewody, wicemarszałka województwa i proboszcza miejscowej parafii. Było święcenie, przecinanie wstęgi i mnóstwo zadowolonych dorosłych.

Dyrektor nowej placówki katecheta Arkadiusz Nita dziękował wszystkim autorom sukcesu. „Gdy tutaj jesteśmy, w pierwszym odruchu serca zawsze myślimy, że nie powinno być domów dziecka. Żeby zawsze dzieci znalazły ciepło rodzinne, żeby nie było takich potrzeb”.

„Ale może to by było możliwe jedynie w społeczeństwie utopijnym” – stwierdził pan Nita. „Oddawanie takich instytucji jak ta, to też wymiar naszego człowieczeństwa, którego miarą jest to, jak dbamy o najsłabszych, najbardziej potrzebujących i bezbronnych”.

„Swój dom i wielką szansę na przyszłość znajdzie tutaj 14 dzieci” – podsumowuje radomski portal katolicki „Gość”.

Problem w tym, że to nie dom, tylko instytucja, a umieszczanie w nim dzieci, to jak rzucanie im kłód pod nogi na drodze rozwoju. Najgorsza jest sytuacja najmniejszych dzieci, które nigdy nie powinny do takich ośrodków trafiać. Domy dziecka powinny więc znikać.

Tymczasem władze samorządowe wciąż otwierają nowe. W 2019 powstało ich 19, w 2020 jest już kolejny.

To nie jest dom tylko instytucja

Deinstytucjonalizacja to proces przejścia od opieki zakładowej do opieki świadczonej na poziomie lokalnej społeczności. Ważną częścią tej strategii przyjętej przez Unię Europejską jest m.in. opieka nad osobami starszymi, osobami z niepełnosprawnościami, ale też zmiana podejścia do opieki nad dziećmi.

Domy dziecka miały być zastępowane rodzinnymi formami pieczy zastępczej takimi jak rodzinne domy dziecka lub rodziny zastępcze. Dlaczego to istotne? Bo ma ogromny wpływ na rozwój dziecka.

Anna Krawczak, badaczka dzieciństwa z Uniwersytetu Warszawskiego, zwraca uwagę, że w najgorszej sytuacji są najmłodsze dzieci, które do instytucji w ogóle nie powinny trafiać.

„Z badań Johna Bowlby’ego nad teorią więzi wiemy, jak dramatyczne i często nieodwracalne jest dla małego dziecka umieszczenie w instytucji. Nawet jeśli miejsce będzie piękne, a dzieci zadbane, to negatywne skutki nadal będą poważne”.

Głównym problemem jest brak stałego opiekuna, kluczowy w tym okresie rozwoju. „Rolę odgrywa wygląd, zapach, głos i regularna responsywność jednej i tej samej osoby. A w placówce raz jest jedna wychowawczyni, potem druga, jeszcze ktoś inny ma nocny dyżur, czasem przyjdzie wolontariusz” – mówi Krawczak.

„Rotacyjność i brak ciągłości opieki nad dzieckiem powoduje, że mogą zacząć wykształcać się style przywiązania: lękowo-ambiwalentny, zdezorganizowany czy unikowy”.

Zgodnie z wytycznymi Unii Europejskiej do 5 roku życia dzieci nie powinny mieć żadnej styczności z instytucjonalnymi domami dziecka.

W starsze dzieci ten brak stałości opieki ze strony dorosłych uderza trochę mniej, ale badania pokazują, że bycie wychowankiem instytucji utrudnia im zdrowy rozwój.

„Dzieci, które wychowały się w zastępczej pieczy rodzinnej w porównaniu do tych wychowanych w instytucjach, rzadziej porzucają edukację, rzadziej popadają w konflikt z prawem, rzadziej wpadają w uzależnienia. Lepiej integrują się też ze społecznością i częściej osiągają samodzielność emocjonalną, która pozwala na tworzenie prawidłowych relacji” – mówi Krawczak.

Badaczka przyznaje, że domy dziecka bardzo się poprawiły: są mniejsze, bardziej zadbane, częściej znajdują się w centrum, a nie na obrzeżach. „Jednak poczucie, że nie jest się integralną częścią rodziny, której instytucja nie zastępuje, to podstawa, na której u dziecka może wytworzyć się poczucie odrzucenia, niska samoocena, głęboki poczucie winy”.

Dlaczego powstają kolejne domy dziecka?

Chociaż ilość domów dziecka powinna być redukowana do minimum, władze samorządowe wciąż otwierają nowe. W 2019 powstało 19 nowych, w 2020 jest już kolejny. A zgodnie z ustawą z 2011 roku o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, Polska miała odchodzić od domów dziecka na rzecz rodzin zastępczych.

  • W 2015 w domach dzieci miało nie być dzieci młodszych niż 7 lat;
  • w 2020 nie powinny być młodsze niż 10 lat;
  • Od 2021 żadna placówka nie powinna mieć więcej niż 14 dzieci.

Tymczasem z danych GUS na rok 2018 wynika, że w instytucjonalnej pieczy zastępczej w 1125 placówkach opiekuńczo-wychowawczych, czyli w domach dziecka, przebywało 16 655 dzieci, z czego:

  • 23,3 proc. w wieku 10-13;
  • 9,4 proc. w wieku 7-9
  • 5,7 proc. w wieku 4- 6
  • 3,4 proc. w wieku 1-3
  • 1,3 proc. poniżej roku

Rodzin zastępczych zmalała w 2018 roku o 670 i wynosiła 36 tys. 639.

Dlaczego strategia deinstytucjonalizacji ponosi w Polsce taką klęskę? Zdaniem Krawczak powodów jest wiele, m.in.:

  • niedocenienie i niedofinansowanie rodzin zastępczych;
  • społeczne przyzwolenie na istnienie domów dziecka.

„Z moich obserwacji wynika, że problem deinstytucjonalizacji w Polsce to nie tylko problem finansowy czy braku wolnych miejsc w rodzinach zastępczych” – mówi badaczka.

„To przede wszystkim problem mentalności. Istnienie domów dziecka, oczywiście o przyzwoitych warunkach, większości społeczeństwa nie przeszkadza. To, że dzieci wychowują się w instytucji, na wiecznej kolonii nie godzi w nasze wyobrażenie o etycznym świecie, który dla nich budujemy”.

„Mam poczucie, że na dzieci, które są umieszczane w domach dziecka, nikt nie patrzy, jak na dzieci »nasze«. Gdyby na miejscu takiego »państwowego« dziecka postawić swoje własne dziecko czy z równą łatwością uznalibyśmy, że wychowywanie go w taki sposób jest akceptowalne?”.

Rozdzielanie rodzin czy rodzina patchworkowa?

Innym argumentem poruszanym przez obrońców instytucjonalnych form opieki jest ochrona rodzeństw przed rozdzieleniem. „W Polsce w pieczy jest bardzo dużo dzieci z wielodzietnych rodzin” – przyznaje Krawczak. „I to nie troje dzieci, tylko pięcioro, ośmioro, zdarzyło się nawet jedenaścioro”.

Ustawa z 2011 roku wyraźnie zaznacza, że rodzeństwa nie należy rozdzielać, „chyba że byłoby to sprzeczne z dobrem dziecka”. „A znalezienie rodziny zastępczej, która przyjmie np. ośmioro dzieci na raz, graniczy z cudem” – mówi Krawczak.

Zdaniem badaczki nie znaczy to jednak, że instytucje są niezbędne. Czasem wystarczy bliskość geograficzna i gwarancja kontaktów z rodzeństwem egzekwowana przez państwo.

„Wielka Brytania rozdziela rodzeństwa, ale na specjalnych zasadach. Przekazuje np. po dwoje dzieci trzem rodzinom z tej samej miejscowości. Chodzą do tej same szkoły, spotykają się, a rodziny są zobowiązane do wzajemnych kontaktów – i to jest przez państwo kontrolowane. W ten sposób takie dziecko staje się częścią poszerzonej rodziny” – uważa Krawczak.

W Polsce mogłoby być podobnie, chociaż przeszkodą może być blokada samych rodziców adopcyjnych.

Dzieci muszą wiedzieć

Wciąż bowiem pokutuje myślenie, że przeszłość dzieci powinna być odcięta grubą kreską. „Jest dużo lęku przed kontaktem z rodziną biologiczną, nawet z dalszymi krewnymi, które mogą być dziecku bliskie czy rodziną zastępczą, z którą żyło przed adopcją” – mówi Krawczak.

Zdaniem badaczki, doświadczenie długoletnich rodzin zastępczych (które mają obowiązek utrzymywania kontaktu z rodziną biologiczną) pokazuje, że mogą one dobrze funkcjonować na zasadach rodziny patchworkowej.

„Życie dawno wymyśliło rozwiązania. Mamy rodziny po rozwodach, rozstaniach, owdowieniu. Rodziny zastępcze funkcjonują podobnie. Dzieci są wychowywane w jednej rodzinie, ale mają świadomość tego, z jakiej rodziny pochodzą, gdzie jest i że mogą utrzymywać z nią relacje. Czasem kontakt z rodzicem jest niebezpieczny albo dziecko z niego rezygnuje, ale może się okazać, że ma dobrą i ważną relację z dziadkami”.

Jednak w Polsce wciąż obowiązuje model adopcji zamkniętej.

„Zmienia się dziecku akt urodzenia, dane, książeczkę zdrowia… To dość barbarzyńskie i archaiczne w świetle studiów nad dzieciństwem. My te relikty traktujemy jako normę”

– mówi ekspertka.

Chociaż kandydaci na rodziców adopcyjnych są dziś uczeni, że ukrywanie przed dzieckiem faktu bycia adoptowanym (nagminne jeszcze w latach 80.), jest niedopuszczalne i szkodliwe, zdaniem Krawczak dzieci często dowiadują się o tym późno, a nie tak jak rekomendują ośrodki – od początku.

„Mówi im się o tym po kilku latach, w ich pamięci to będzie czas, w którym były przez rodziców oszukiwane. To powoduje zachwianie zaufania. Dzieci powinny móc budować tożsamość, wiedząc o swoich podwójnych korzeniach”.

Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi.
Razem tworzymy OKO.press!

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).


Komentarze

  1. Mateusz Głazowski

    Zastanawiam się, czy oni nie są pozbawieni uczuć wyższych, co tym nieszczęśliwym małym ludzikom dają opowieści o życzliwości ludzi. One potrzebują kochającego dorosłego, który przytuli, pocieszy i opowie bajkę. Pierwsze 3 lata decydują o dalszym rozwoju człowieka. Dlaczego te bidusie, już skrzywdzone przez dorosłych nie mogą otrzymać tego co najlepsze?

  2. Piotr Stepien

    Ciary mnie przechodzą jak czytam o tym, że wokół tych małych bezbronnych dzieciaków i tak poszkodowanych już przez życie, krążą koło nich tacy panowie jak katecheci i księża….brrr. Można łatwo się domyśleć na co są potencjalnie skazani. Wszędzie gdzie nie sięgnąć pamięcią w przeszłości w takiej konfiguracji miała miejsce tragedia dzieciaków z rąk pedofilów w sutannach.

  3. Andrzej Maciejewicz

    Wystarczy aby w jakakolwiek sprawę był zaangażowany Krk aby stawała się śmierdzącym bagnem lub, w najlepszym przypadku, objawem kołtuństwa i hipokryzji.

  4. Marian Kovalsky

    W Polsce jak w lesie. Pravactwo będzie krzyczeć że dzieci wychowywane przez pary homo mają jakieś ubytki psychologiczno-emocjonalne (mimo że to nieprawda), a sami nie widzą problemu w tym, że dziecko w ogóle egzystuje w domu dziecka. Na prawdę czasem jak patrze na to nasze pseudokatolicko-pseudopatriotyczne społeczeństwo to chce mi się womitować.

  5. Witold Staśkiewicz

    Myślę,że ludzie którzy wspierają tworzenie instytucjonalnej opieki zastępczej mają blade pojęcie na czym pomoc dzieciom polega.W ich mniemaniu wystarczy przeprowadzić jakąś fajną akcję medialną,która ładnie wygląda{paczki świąteczne,stypendium,wypoczynek wakacyjny}i mają dobre samopoczucie ile to oni pomogli tym biednym dzieciom.Te dzieci potrzebują bliskości, poczucia bezpieczeństwa,zainteresowania ich problemami codziennie a nie od akcji do akcji.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press