Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.plFot. Grzegorz Celeje...

Wniosek 1: Morawiecki wygrał bitwę, a może i coś więcej

„Dzisiaj i jeszcze na długo szefem będzie pan prezes Jarosław Kaczyński, natomiast co będzie za 20–30 lat, to myślę, że Mateusz Morawiecki ma wszelkie papiery (…) na pewno ma wszelkie podstawy do tego, aby patrzeć na siebie jako na lidera dużego środowiska prawicowego” – stwierdził Mateusz Przydacz, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta.

Morawiecki wygrał bój „o silniejszą pozycję, o partnerstwo” i „na finale przejmie, zostanie liderem PiS-u” – to z kolei ocena Władysława Kosiniaka-Kamysza, którą wicepremier podzielił się 22 kwietnia w rozmowie w Radiu ZET.

Zaledwie tydzień temu Jarosław Kaczyński mówił o niedopuszczalnym „pasożytnictwie”, jakie stowarzyszenie Mateusza Morawieckiego „Rozwój Plus” miało uprawiać na Prawie i Sprawiedliwości oraz straszył wyrzucaniem z list wyborczych polityków, którzy do niego dołączają.

Już kilka dni później sieć obiegły zdjęcia ze wspólnej kolacji prezesa oraz byłego premiera u Adama Bielana, a rozejm został przypieczętowany wspólną konferencją we wtorek, 21 kwietnia.

Przeciwnicy Morawieckiego, z Tobiaszem Bocheńskim, Jackiem Sasinem i Patrykiem Jakim na czele jeszcze tego samego dnia ogłaszali, że pokój miał zostać zawarty kosztem zawieszenia działalności stowarzyszenia „Rozwój Plus”. Szybko zostali jednak wyjaśnieni nie tylko przez samych „harcerzy”, Telewizję Republika, która w wieczornym wydaniu dziennika dokonała szczegółowej wykładni konferencji, ale i samego prezesa PiS. „Rozwój Plus”, choć formalnie otorbione strukturalnie przez Radę Ekspertów i komitet polityczny PiS, istnieje nadal. I zostało usankcjonowane właściwie jako oficjalna frakcja w partii.

Przeczytaj także:

Z perspektywy czasu można oczywiście iść drogą suflowaną przez polityków Zjednoczonej Prawicy i uznać, że doszło do zwykłego nieporozumienia. Że byłemu premierowi udało się wyjaśnić prezesowi, że działalność stowarzyszenia nie jest konkurencyjna wobec PiS, a jedynie ma poszerzać elektorat partii. W wymiarze symbolicznym jednak Mateusz Morawiecki pokazał się jako polityk, który nie odstawił nogi i publicznie sprzeciwił się Jarosławowi Kaczyńskiemu. I postawił na swoim.

Ale to nie jedyny wymiar tego zwycięstwa. Morawiecki udowodnił, że po latach udało mu się zbudować wokół siebie grupę ludzi, która jest w stanie go publicznie poprzeć w momencie próby. Jeszcze w marcu usłyszałam od jednego z polityków z tzw. frakcji „maślarzy”, że Morawiecki nie ma żadnej frakcji, że w Sejmie może być pewien co najwyżej kilkunastu osób. I że cała jego siła polega na dobrej ekspozycji w liberalnych mediach, ponieważ instynktownie jest dla nich bardziej strawny niż prawa strona partii. Na poparcie tej tezy przywołano tytuł jednego z tekstów w Krytyce Politycznej ze stycznia 2026: “Lepsi cynicy Morawieckiego niż dogmatycy Czarnka”. Lepsi dla liberałów i lewicy. A prawica ma chcieć czegoś innego.

Tymczasem okazało się, że w samym Sejmie znalazło się aż 34 chętnych do dołączenia do stowarzyszenia wokół którego już wtedy istniała ogromna presja.

Morawieckiego oskarżano publicznie nie tylko o kopanie dołków pod PiS-em, ale i spiskowanie z rządem.

Telewizja Republika podała newsa o rzekomych potajemnych spotkaniach Morawieckiego z samym Donaldem Tuskiem. Pomysł nie jest nowy – podobne sugestie Jacek Kurski publikował na swoim profilu na Twitterze jeszcze w grudniu 2025 roku.

Wszystkie te ruchy miały zmarginalizować Morawieckiego, jeśli nie wyciąć go całkowicie z partii. Nie udało się.

Wniosek 2: Nie miało być i nie będzie żadnej partii. Przynajmniej na razie

Po gorącym politycznie weekendzie na Nowogrodzkiej w Wirtualnej Polsce ukazał się sondaż przeprowadzony przez Ibris, w którym uwzględniono nieistniejącą partię Morawieckiego, czyli “Rozwój Plus”. Twór ten miał zgarnąć ponad 5 proc. poparcia. We wtorek, już po pojednawczej kolacji, Onet opublikował sondaż UCE Research, z którego wynikało, że ponad 26 proc. badanych zadeklarowało, że rozważyłoby poparcie w wyborach nowego ugrupowania Morawieckiego, gdyby takie kiedyś powstało.

Te kuszące sondaże nie wytrzymują jednak starcia z rzeczywistością, w której odkrojenie kawałka z PiS-u na 1,5 roku przed wyborami byłoby misją samobójczą dla wszystkich zaangażowanych.

Po prawej stronie sceny politycznej zrobiło się już wystarczająco ciasno. A partia miałaby być dowodzona przez byłego premiera dwóch kadencji, co czyni go mało atrakcyjnym nie tylko dla elektoratu antysystemowego, ale także dla elektoratu zdeklarowanie prawicowego i konserwatywnego, który ma wobec niego zarzuty w związku z polityką covidową, polityką wobec Ukrainy itd.

Podobnie „realny", jak budowanie samodzielnej partii w takich okolicznościach, był inny powtarzający się w mainstreamowych mediach motyw, czyli teoria o wspólnej koalicji na wybory z PSL-em. O tej koncepcji zrobiło się znowu głośno kilka tygodni temu przy okazji debaty Morawiecki – Kosiniak-Kamysz w Jasionce. Nawet jeśli programowo obie formacje nie są od siebie odległe, to trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób obie partie – ta należąca do koalicji rządzącej i ta będąca twardą opozycją wobec rządu – miałyby ten mariaż wyjaśnić swoim wyborcom.

Czym innym jest bowiem budowanie koalicji na wybory, a czym innym jest budowanie zdolności koalicyjnej, który to kapitał miałby zostać wykorzystany po wyborach, w momencie tworzenia nowego rządu. To właśnie tej zdolności koalicyjnej zabrakło PiS w 2023 roku, co politycy frakcji Morawieckiego podkreślają z głębokim żalem w każdym wywiadzie prasowym. Oni w ten sposób nadrabiają błędy sprzed lat, PSL z kolei używa tego, by wzmocnić swoją pozycję w koalicji i pokazując, że są formacją, która może stanowić języczek u wagi.

Wniosek 3: Ostry skręt na prawo PiS może nie być drogą bez powrotu

Łatwo zapomnieć, że spór w PiS jest nie tylko sporem personalnym, ale również merytorycznym sporem o strategię. Jak mówił były premier w rozmowie z Wirtualną Polską – gdy to on był twarzą kampanii (zaraz po Jarosławie Kaczyńskim), partia – mając za sobą już dwie kadencje u władzy – zdobyła 35 proc. w wyborach. Nie bez przesady można zakładać, że przez 2,5 roku wyciekło jej jakieś 8-10 pkt proc. poparcia. I, jak twierdzi Morawiecki, stało się tak dlatego, że

“ktoś z naszego obozu przez dwa lata »jeździł« po naszym dorobku – dorobku rządu PiS – jak po łysej kobyle”.

Niszczył ten dorobek i namieszał wyborcom w głowach, przeprowadził akcję samobójczą – mówił były premier.

W odpowiedzi na narrację Morawieckiego Ziobryści mają oczywiście opowieść o tym, że odpływ do innych partii prawicowych wynika właśnie z tego dorobku, a konkretnie z jego błędów i wypaczeń. Argumentem na rzecz tej narracji jest fakt, że Karol Nawrocki w czasie kampanii prezydenckiej sam o tych błędach i wypaczeniach opowiadał. Między innymi w słynnej rozmowie ze Sławomirem Mentzenem, która skończyła się podpisaniem Deklaracji Toruńskiej. Nawrocki wybory wygrał. Ekspiacja się opłaciła.

Ale sukces kandydata PiS nie przekłada się na sukces partii, której stopniowo od wyborów wycieka poparcie – głównie ze względu na coraz bardziej rozpychającego się Grzegorza Brauna. Czarnek, jako typ ludowego prawicowca, ma te spadki zatrzymać i w tym celu również cała partia skręca w prawo – by dorównać w radykalizmie swojej konkurencji.

Morawiecki widzi w tym zagrożenie i wprost artykułuje swoje obawy. W rozmowie w Kanale Zero powołuje się na przykład Fideszu, który mocno przesunął swoją narrację na prawo, by przycisnąć skrajnie prawicową Mi Hazank. “Mi Hazank i tak weszła, a centroprawica została przez Viktora Orbána osierocona” – mówi Morawiecki. I zastrzega, że PiS ma być i suwerenistyczne i aspiracyjne, w domyśle – strawne dla klasy średniej mniej zainteresowanej wojnami kulturowymi.

Obawy Morawieckiego są słuszne w obliczu widocznego przesuwania Koalicji Obywatelskiej przez Donalda Tuska na prawo. Jeśli dla kogoś nie była wystarczającym dowodem uprawiana przez rząd polityka migracyjna, to złudzeń nie pozostawia to, co dzieje się w sprawie transkrypcji małżeństw jednopłciowych czy edukacji zdrowotnej.

Wniosek 4: Kaczyński słabnie

Przez ostatni tydzień w kolejnych wywiadach ludzie Mateusza Morawieckiego powtarzali, że ktoś prezesa PiS wprowadził w błąd. I – co możemy dopowiedzieć, znając wydarzenia z ostatniego tygodnia – udało im się go z tego błędu wyprowadzić. Brzmi niewinnie, ale w zestawieniu z czołobitnymi formułami o wielkim strategu, myślącym na dziesięć kroków w przód, takie oceny można odczytać jako niemal protekcjonalne.

W rozmowie z Jackiem Prusinowskim podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego Morawiecki mówił:

„[Prezes] nie pogniewałby się na mnie, jakbym powiedział, że zgodził się ze mną, że ta gra na tym drugim fortepianie, oddychanie tym drugim płucem, tym bardziej aspiracyjnym, rozwojowym, jest bardzo konieczna (...) Nie wiem, czy do swojego błędu [przyznał się], czy zaordynował wtedy, czy pociągnięty został przez bardziej radykalnych działaczy naszego obozu politycznego, ale ta zmiana ma nastąpić".

Zmiana, czyli korekta kursu w myśl strategii obranej przez Morawieckiego. Nikt do tej pory w PiS nie podkreślał w ten sposób swojej podmiotowości wobec Jarosława Kaczyńskiego.

A sam prezes? W czwartek w Telewizji Republika opowiadał o tym, że czasy rządów Mateusza Morawieckiego to był po prostu „dobry czas dla Polski" i że trzeba do tych czasów powrócić. A błędy, które na każdym kroku wypominają mu ziobryści?

„Wiadomo, że jakieś błędy są popełniane, ale te błędy są czymś jak jakieś drobne pyłki na pięknym arrasie" – mówił prezes PiS.

Na zdjęciu Dominika Sitnicka
Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze