Zapisy Deklaracji Rzymskiej dotyczące różnych „prędkości” w UE zostały mocno rozwodnione m.in. pod naciskiem Polski. Jednak to właśnie „prędkości” pozostają najmocniejszym sygnałem co do przyszłej polityki wewnątrz Unii w tym jubileuszowym dokumencie

Pod Deklaracją Rzymską podpisali się w sobotę przywódcy 27 krajów UE (czyli bez Wlk. Brytanii), a także przewodniczący Rady Europejskiej (Donald Tusk), Komisji Europejskiej (Jean-Claude Juncker) i Parlamentu Europejskiego (Antonio Tajani). Tekst, który w polskiej wersji liczy niecałe trzy strony, musiał być bardzo ogólnikowy, by powszechną zgodę 27 krajów UE przy okazji jubileuszu traktatów rzymskich. Głównym celem Deklaracji było zademonstrowanie żywotności UE pomimo wygranej Brexitu w brytyjskim referendum z 2016 r. Ale dopiero najbliższe kilkanaście miesięcy pokaże, czy i jak Deklaracja Rzymska będzie wykorzystywana przy opracowywaniu konkretnych reform Unii.



W zasadzie jedyną poważną kontrowersją przy – zakończonych w ostatni poniedziałek – negocjacjach nad tekstem Deklaracji była kwestia różnicowania tempa integracji przez różne grupy krajów w UE, czyli różnych „prędkości” czy też różnych „kręgów integracji”. Deklaracja głosi: „Będziemy działać wspólnie – w zależności od potrzeb w różnym tempie i z różnym nasileniem – podążając jednocześnie w tym samym kierunku, tak jak czyniliśmy to w przeszłości zgodnie z Traktatami. I zachowując drzwi otwarte dla tych, którzy zechcą dołączyć później. Nasza Unia jest niepodzielona i niepodzielna”.

To formuła satysfakcjonująca rząd Beaty Szydło, który zabiegał o dodanie frazy o „podążaniu w tym samym kierunku”. Jeśli traktować to serio, oznaczałoby podążanie Polski w kierunku członkostwa w strefie euro. Brytyjczycy, nim wybrali Brexit, nie lubili sformułowań o różnych „prędkościach”, bo nie zamierzali dojechać do euro nawet w najwolniejszym tempie .

Fragment Deklaracji o różnym tempie integracji jest zgodny z traktatami UE (z ich zakazem tworzenia w Unii ekskluzywnych klubów trwale zamkniętych dla części członków Unii), a także po części z praktyką Unii – „pierwszą prędkością” jest bowiem strefa euro, a różne rytmy integracji pozwalały rozwijać strefę Schengen bez wetowania jej przez – nienależących do Schengen – Brytyjczyków.

A zatem w czym problem?

Otóż, z punktu widzenia Polski jest niepokojące, że „prędkości” (choć bez wymieniania tej nazwy) w ogóle znalazły się w Deklaracji Rzymskiej.

A znalazły się, bo bardzo chciała tego m.in. Francja, Włochy, kraje Beneluksu, a w lutym – przy okazji szczytu na Malcie – przystała na to kanclerz Angela Merkel. To ryzyko, że w dłuższej, pięcio-, dziesięcioletniej perspektywie przyspieszanie w węższym gronie nie będzie już złem koniecznym (jak dotąd), lecz zacznie stawać się regułą.

Dla wielu na Zachodzie „prędkości” stają się teraz pomysłem na ratowanie integracji UE, a czasem także dość drastycznym środkiem politycznego nacisku na kraje naszej części Europy – „jeśli będziecie łamać wspólne zasady, to zostaniecie w tyle, wasz głos będzie mniej słuchany, będziemy gotowi was częściej przegłosowywać zamiast szukać konsensusu”. Donald Tusk, który wspierał rozwadnianie sformułowań o prędkościach, wyjaśnił to w sobotę w Rzymie w klarownej aluzji do Polski:

„Dziś nie wystarczy nawoływać do jedności i protestować przeciw wielu prędkościom. Znacznie ważniejsze jest, byśmy wszyscy szanowali nasze wspólne zasady, jak prawa człowieka, swobody obywatelskie, wolność słowa i zgromadzeń, system równowagi władz oraz praworządność” – powiedział Tusk.



Co prócz „prędkości” jest istotne w Deklaracji Rzymskiej?

„Chcemy Unii, która pozostaje otwarta dla tych krajów Europy, które szanują nasze wartości i zobowiązują się je wspierać” – to zapis podtrzymujący, choć bardzo oględnie, gotowość do rozszerzenia Unii mimo sporej niechęci w zachodnich społeczeństwach. Dla nich rozszerzenie kojarzy się m.in. z dużą migracją, czego przykładem są Polacy, którzy po 2004 r. masowo ruszyli na Zachód. W kontekście Deklaracji Rzymskiej chodzi o kraje Bałkanów zachodnich, a zwłaszcza o Serbię. Zdaniem optymistów jej wejście do UE jest możliwe w ciągu najbliższej dekady, do której odnosi się Deklaracja.

Pierwszym z czterech zobowiązań Deklaracji jest budowa „bezpiecznej Europy”, w której m.in. „nasze granice zewnętrzne są chronione i która prowadzi efektywną, odpowiedzialną i zrównoważoną politykę migracyjną z poszanowaniem norm międzynarodowych”. Podczas negocjacji bardzo żonglowano różnymi określeniami polityki migracyjnej. Ale

tym wielosłowiem Deklaracji nie udało się zamaskować faktu, że w UE nadal nie ma zgody co do reformy prawa azylowego, by solidarnie dzielić się obowiązkami w  przyjmowaniu uchodźców.

Natomiast konsensus dotyczy tylko chronienia granic Unii przed niekontrolowaną migracją.



Drugim zobowiązaniem jest „dostatnia Europa rozwijającą się w zrównoważony sposób”, na co m.in. składają się „prace na rzecz dokończenia budowy unii gospodarczej i walutowej”, czyli strefa euro. To chyba największe sformułowanie-wydmuszka Deklaracji Rzymskiej. Poważniejsze reformy eurolandu są obecnie zawieszone wskutek konfliktu między wezwaniami Francji i krajów unijnego Południa do większej „solidarności” (pod czym kryją się m.in. postulaty emisji euroobligacji, czyli uwspólnienia części długu krajów euro) a wezwaniami Niemiec i krajów unijnej Północy do większej dyscypliny budżetowej i trudnych reform strukturalnych. Rozstrzygnięcia tego dylematu czy bądź kompromisu godzącego obie strony na pewno nie będzie przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi w Niemczech. W Deklaracji pozostało zatem tylko przypomnieć, że decyzje co do reform eurolandu są palące, ale bez wskazywania, o jaki kierunek reform chodzi.

Trzecim zobowiązaniem jest „Europa o charakterze socjalnym”, czyli m.in. „uwzględniająca różnorodność systemów krajowych i kluczową rolę partnerów społecznych” (te zapisy wzmacniano m.in. pod naciskiem Aten). Z pozoru brzmi banalnie, ale dla Greków to będzie retoryczne oręże w oporze przeciw kolejnym dotkliwym reformom żądanym od nich przez UE i MFW w zamian za kolejne transze pożyczek pomocowych (bail-outowych). „Partnerzy społeczni” to m.in. związki zawodowe i rady pracownicze. A jeden z projektów reform dla Grecji sprowadza się do dalszego osłabienia ich roli w negocjowaniu układów zbiorowych (o płacach), w tym poprzez ograniczenie prawa do strajku.



Grecki premier Aleksis Tsipras długo groził zablokowaniem Deklaracji Rzymskiej – ale od ostatniego wtorku domagał się nie tyle zmian w tekście, co złagodzenia linii UE w rozmowach bail-outowych z Atenami. Ostatecznie ustąpił po słownych zapewnieniach Junckera, że „nie powinniśmy zmierzać do zmian greckiego prawa w sprawach strajków”.

Czwartym i ostatnim zobowiązaniem jest „Europa o silniejszej pozycji na arenie międzynarodowej”, w tym gotowa „wspierać tworzenie bardziej konkurencyjnego i zintegrowanego przemysłu obronnego” oraz „zdecydowana wzmacniać obronność” (we współpracy z NATO). To potwierdzenie niemałej wolty z polityce Unii, która dokonała się jesienią 2016 r. w dużej mierze wskutek wyboru Donalda Trumpa, co mocno zachwiało wiarą Europejczyków w trwałość amerykańskich zobowiązań co do bezpieczeństwa Starego Kontynentu. Ogłoszony pod koniec listopada 2016 r. „plan działań na rzecz obrony” skupia się na rynkowych i przemysłowych aspektach wzmacniania obronności UE. Jest uzupełnieniem politycznych i wojskowych planów co do m.in. usprawnienia „grup bojowych” UE gotowych do szybkich misji policyjnych bądź szkoleniowych.

Parlamentarny ozdobnik w prezencie dla Polski

„Będziemy także współpracować z naszymi parlamentami krajowymi” – dopisano do Deklaracji Rzymskiej pod wpływem Wyszehradu. Chodzi głownie o wzmocnienie konsultacji z parlamentami krajowymi podczas stanowienia unijnego prawa, ale bez dawania im żadnej nowej roli w procesie legislacyjnym UE. Polska będzie interpretować ten zapis jako sygnałem, że Unia nie buduje prawdziwej federacji europejskiej (tyle że teraz UE nie buduje jej bez względu na Deklarację). Dla innych członków UE ten fragment będzie mało znaczącym ozdobnikiem w końcowej części Deklaracji Rzymskiej.

Znacznie ciekawsze i ważniejsze od Deklaracji Rzymskiej będą losy, przedstawionych niedawno przez Komisję Europejską, pięciu wariantów rozwoju Unii w najbliższej dekadzie – od kontynuacji bez znaczących reform (wariant pierwszy) przez sprowadzenie UE do wspólnego rynku (wariant drugi), Unię „wielu prędkości” (wariant trzeci) aż po wybiórczą (wariant czwarty) bądź – mało prawdopodobną – pełną federalizację (wariant piąty). Wstępne decyzje powinny zapaść na szczycie UE w grudniu, ale już przed wakacjami Komisja Europejska przedstawi m.in. zarys reformy budżetu UE. Gdyby ta reforma miała dokonać się w zgodzie z wieloprędkościowym wariantem trzecim, mogłaby prowadzić do wydzielenia odrębnego budżetu eurolandu – zapewne kosztem wspólnej kasy Unii po 2020 r., a zatem ze stratami dla Polski.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym