0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Photo by Federico PARRA / AFPPhoto by Federico PA...

W środę (14 stycznia 2026) prezydent USA rozmawiał telefonicznie z Delcy Rodriguez, pełniącą obowiązki prezydenta Wenezueli. Oboje uznali pogawędkę za „pozytywną”. „Daje nam wszystko, o co prosimy” – mówił już wcześniej Trump. Po schwytaniu Nicolása Maduro USA przekazały władzę w Wenezueli właśnie dotychczasowej wiceprezydent i gorącej zwolenniczce dyktatora.

Rodriguez ma mocne karty w ręce:

Po pierwsze – CIA odradzało rewolucję i transfer władzy do opozycji w obawie przed zbrojnym powstaniem wojska kontrolowanego przez system chavistowski.

Po drugie – bliski doradca Trumpa Richard Grenell ma dobre relacje z Jorge Rodríguezem, ważnym działaczem partii, przewodniczącym Zgromadzenia Narodowego, a przede wszystkim bratem pełniącej obowiązki prezydenta.

Po trzecie – nie bez znaczenia w relacjach Trumpa i Rodriguez jest fakt, który przypomina CNN. W 2017 roku – w samym środku tragicznego kryzysu humanitarnego w Wenezueli – Rodríguez pełniła funkcję ministry spraw zagranicznych, a Caracas przekazało pół miliona dolarów komitetowi wyborczemu Trumpa za pośrednictwem swojej spółki zależnej CITGO4. Osiem lat później, ledwie kilka godzin po zaprzysiężeniu Rodríguez przed Zgromadzeniem Narodowym były prezes spółki, która obdarowała komitet Trumpa, został oddelegowany przez pełniącą obowiązki prezydenta do „zbadania możliwości biznesowych” z amerykańskimi przemysłem.

Po czwarte – nie ma przypadku w tym, że w czwartek 15 stycznia w USA (a więc wtedy, co liderka opozycji) pojawił się też Félix Plasencia, ambasador Wenezueli w Wielkiej Brytanii. To przyjaciel Rodriguez, a zarazem doświadczony dyplomata, który wystarał się o zorganizowanie rozmowy telefonicznej z Trumpem w tak newralgicznym momencie, bo w dniu poprzedzającym wizytę Machado. W Waszyngtonie miał rozmawiać z urzędnikami niższego stopnia o ponownym otwarciu ambasady USA w Caracas.

Po piąte – Rodriguez ma posłuch u najbardziej zagorzałych zwolenników chavizmu. I wygląda na to, że udało się jej przekonać ich do „otwarcia” na świat. Na przykład Diosdado Cabello, szef MSW, który kontroluje wenezuelskie służby bezpieczeństwa, wywiad oraz cywilne bojówki chavistów, spotkał się w pałacu prezydenckim z niemieckim ambasadorem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że miesiąc temu wyśmiewał Niemca w swoim tradycyjnym programie w propagandowej TV.

Chaviści idą na współpracę

W tym samym programie, który do tej pory służył mu do krytyki „szatańskich wrogów”, Cabello wytłumaczył obywatelom, dlaczego Wenezuela ponowie otwiera się na relacje z USA. Otóż okazało się, że władza robi to po to, by „zapewnić bezpieczeństwo prezydenta Nicolása Maduro i jego żony” w USA.

Przy okazji szef MSW napomknął, że wkrótce w Caracas zacznie działać amerykańska ambasada.

Ta imponująca, pięciopiętrowa budowla, która może wytrzymać ataki terrorystyczne, stoi na szczycie wzgórza w centrum Caracas. Amerykanie zawiesili działalność ambasady w marcu 2019 roku – za pierwszej kadencji Trumpa – po nieudanej próbie odsunięcia Nicolása Maduro przez tymczasowy rząd Juana Guaidó. Przez ponad sześć lat – co wynika z raportu Biura Inspektora Generalnego Departamentu Stanu – USA płaciły ponad 6,7 miliona dolarów rocznie (w ambasadzie wciąż zatrudnionych jest ok. 150 Wenezuelczyków) za obsługę opuszczonego budynku.

Pełniący obowiązki ambasadora USA w Kolumbii John McNamara już odwiedził stolicę Wenezueli, „aby przeprowadzić wstępną ocenę pod kątem ewentualnego stopniowego wznowienia działań”. Wygląda na to, że wkrótce nad górującą nad miastem ambasadą USA znów zawiśnie flaga Stanów Zjednoczonych – chaviści przełkną to z goryczą, bo wszystko wskazuje na to, że pozostaną u władzy.

Rubio i przemysł naftowy po stronie noblistki

Reżim robi dokładnie to, co przez ostatnie miesiące robiła Maria Cristina Machado, liderka demokratycznej opozycji i laureatka Pokojowej Nagrody. Czyli mówi Trumpowi i jego ludziom to, co ci chcą usłyszeć.

Do czasu schwytania Maduro wydawało się, że Machado jest naturalną kandydatką do przejęcia władzy. Przemawiały za nią dobre stosunki z Marco Rubio (amerykański sekretarz stanu zgłosił jej kandydaturę do Nobla). Opozycjonistka wielokrotnie wypowiadała się też po linii Trumpa. Nazywała Maduro szefem karteli narkotykowych, powtarzała frazesy o walce z przemytnikami kokainy. A gdy jesienią Amerykanie rozlokowali wojska na Morzu Karaibskim, kluczyła w wywiadach i nie odważyła się ich krytykować.

A mimo to została – a wraz z nią cała opozycja – odsunięta na boczny tor.

W ten sposób Trump jawnie zignorował wyniki wyborów prezydenckich w Wenezueli z 2024 roku,

które według większości międzynarodowych obserwatorów wygrał znaczną przewagą Edmundo González Urrutia, kandydat, którego namaściła Machado (ta nie mogła startować, bo reżim odebrał jej prawa wyborcze).

„To bardzo miła kobieta” – mówił kolejny raz o Machado Trump w rozmowie z agencją Reuters dzień przed czwartkowym spotkaniem z nią w Białym Domu. Dla Wenezuelki zarezerwowano czas na lunch z prezydentem oraz wizytę w Kapitolu.

W czasie spotkania Karoline Leavitt rzeczniczka Białego Domu przedstawiła na briefingu prasowym plan Trumpa, który ma na celu obniżenie kosztów opieki zdrowotnej w USA. Dziennikarze pytali ją jednak więcej o spotkanie z Machado i plany przeprowadzenia demokratycznych wyborów w Wenezueli.

Rzeczniczka odpowiadała lakonicznie. Nazwała Machado „niezwykłym i odważnym głosem” Wenezuelczyków. Przyznała też, że prezydent Rodriguez współpracuje z Trumpem („spełniła wszystkie żądania i prośby Stanów Zjednoczonych i prezydenta”) i uwolniła więźniów politycznych.

Tymczasem organizacje pozarządowe zajmujące się prawami człowieka szacują, że – mimo uwolnienia przez chavistów w styczniu obywateli Hiszpanii, Włoch czy USA – za kratami nadal przebywa ponad siedmiuset oponentów reżimu.

Machado przyjechała do Waszyngtonu przekonać Trumpa, że budowanie demokratycznej Wenezueli musi odbyć się bez udziału chavistów. Od kilku dni apeluje m.in. o rozbrojenie cywilnych bojówek chavistów, które kontrolują ulice wenezuelskich miast i właśnie zwolnienie więźniów politycznych.

Machado ma za sobą nie tylko sekretarza Rubio, ale i amerykański przemysł naftowy. Co ciekawe, jak pisze „El Pais”, szefowie naftowych gigantów podzielają jej poglądy na temat chavistów, dlatego też domagają się od Trumpa dodatkowych gwarancji przed zainwestowaniem miliardów dolarów w odbudowę wenezuelskiej infrastruktury.

Przeczytaj także:

Machado Trumpowi nie pasuje

– Nie jest tajemnicą, że to wenezuelskie elity boją się Machado – nie dlatego, że nie ma poparcia społecznego, lecz dlatego, że mogłaby doprowadzić do rozliczeń, odebrania wpływów, biznesów i bezkarności. Pewnie dlatego Trump decyduje o odsunięciu jej od władzy w pierwszej fazie transformacji – zapewniał w rozmowie z OKO.press Alejandro Linares Mendoza, wenezuelski dziennikarz.

Niektórzy komentatorzy sugerowali, że problem Machado polega na tym, że dostała… Nobla.

Jak mówi jeden z analityków (zastrzegający anonimowość) na łamach „El Pais” zdobycie nagrody było kluczowe dla usunięcia opozycjonistki z gry o władzę w Wenezueli. Zresztą sam Trump w ubiegłym tygodniu rzucił do mediów, że „nikt w historii” nie zasłużył na Nobla bardziej niż on. Machado chwyciła się brzytwy i zaproponowała „podzielenie się” nagrodą z republikaninem.

Na niewiele takie zapowiedzi się zdały. Podczas konferencji rzeczniczka Białego Domu stwierdziła, że Trump dokonał „realistycznej oceny” noblistki. To nawiązanie do stwierdzenia prezydenta, który kilka godzin po pojmaniu Maduro powiedział o Machado, że byłoby jej bardzo trudno być liderką, bo nie ma poparcia ani szacunku w kraju”.

– Ocena była oparta na tym, co prezydent czytał i słyszał od swoich doradców i zespołu ds. bezpieczeństwa narodowego. I w tej chwili jego zdanie w tej sprawie się nie zmieniło – mówiła Leavitt.

Na Machado czekali pod Białym Domem jej rodacy ubrani w barwy narodowe. Jak podała agencja AP, liderka opozycji „albo nie usłyszała, albo nie chciała odpowiadać na zadawane jej po angielsku pytania o przebieg spotkania z Trumpem, albo o to, czy wręczyła mu Pokojową Nagrodę Nobla”. Do tłumu powiedziała tylko: „Dziękuję”.

;
Na zdjęciu Szymon Opryszek
Szymon Opryszek

Reporter, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i Szkoły Ekopoetyki. Pisze na temat praw człowieka, kryzysu klimatycznego i migracji. Za cykl reportaży „Moja zbrodnia, to mój paszport” nagrodzony w 2021 roku Piórem Nadziei Amnesty International. Jako reporter pracował w Afryce, na Kaukazie i Ameryce Łacińskiej. Autor książki reporterskiej „Woda. Historia pewnego porwania”, (Wydawnictwo Poznańskie, 2023). Wspólnie z Marią Hawranek wydał książki „Tańczymy już tylko w Zaduszki” (Wydawnictwo Znak, 2016) oraz „Wyhoduj sobie wolność” (Wydawnictwo Czarne, 2018). Mieszka w Krakowie.

Komentarze