0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. FADEL SENNA / AFPFot. FADEL SENNA / A...

Krzysztof Katkowski, OKO.press: Skąd pomysł na RUG MAG? To pismo-zin, które “przygląda się dywanom z nowej perspektywy, pisze pod kątem ich historii ale też roli w codziennym życiu”... To opis z waszej strony.

Anusze Dust*: To zaczęło się właściwie od niewielkiego tekstu, który napisałam podczas warsztatów. Zadanie brzmiało: „Czym jest dla ciebie dom?”. Napisałam krótki esej o tym, że to, co nazywam domem, nie zależy od miejsca – że mogę czuć się u siebie dopiero wtedy, gdy w mieszkaniu są dywany.

Kiedy ich brakuje, czuję się obco, jak w gościach.

Tak było zresztą, kiedy po raz pierwszy weszłam do polskiego domu. Przywitał mnie dywan z sieciówki – chyba najbardziej nijaki, jaki w życiu widziałam. Wiesz, jak to się mówi: „bez duszy”, produkcyjna masówka. I wtedy napisałam ten tekst. Później rozwinęłam go w większy projekt – powstała mała praca audiowizualna i instalacja: dywan, z którego wyrastały gałęzie i liście, symbolizujące moje korzenie.

Całość pokazano w Teatrze Rampa, w ramach spaceru artystycznego. Zwiedzający przechodzili przez kolejne pomieszczenia, a każdy pokój opowiadał inną historię o tym, czym jest dom – zwłaszcza dla migrantów. Stałam wtedy z boku, w cieniu, obserwowałam i nagrywałam reakcje ludzi. Fascynowało mnie, że wchodzili w interakcję z czymś, co wydawało mi się obce dla polskiej kultury – z dywanem.

Później, rozmawiając ze znajomymi, zrozumiałam, że dywan ma też w Polsce swoją znaczenie. Jednym kojarzy się z przeszłością PRL-u, ale też z dzieciństwem, wizytami u babci i wciąż pozostaje częścią wspólnego doświadczenia. Później już szukałam śladów historii dywanów w Polsce na własną rękę.

Wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że mimo tysięcy kilometrów dzielących Polskę i Tadżykistan – czyli kraj, z którego pochodzę – mamy zaskakująco wiele wspólnych punktów odniesienia.

Rug Mag to tylko wyraz tej szerszej refleksji. Tworzymy go wraz z Yaroslavą Onokhiną z Uzbekistanu, która jest absolwentką ASP w Krakowie. Bliskość naszych krajów i doświadczeń sprawia, że łatwo znajdujemy wspólny język i poruszamy się w obrębie podobnych opowieści.

Przeczytaj także:

Interesuje nas to, co zostaje po dywanie po jego trzepaniu – kurz historii, splątane lub zerwane nici pamięci oraz wzory, zmieniające znaczenie migrując z miejsca do miejsca.

Stare kobierce na ścianie
Wystawa wschodnich kobierców, Szczecin, 2003 r. Fot. Cezary Aszkielowicz / Agencja Wyborcza.pl

Dywan jako medium międzykulturowe...

To w ogóle esencja moich działań – szukanie wspólnych punktów. Chcę pokazać, że wcale nie jestem tak „obca”, jak może się wydawać. Przestrzeń może łączyć, zamiast dzielić. W ramach działań Rug Maga postulujemy, żeby dywan przestał być tylko podłogową dekoracją i stał się tzw. trzecim miejscem – takim, gdzie nie trzeba być ani gościem, ani gospodarzem, żeby coś się działo.

Dlatego spotykamy się na dywanach, wokół dywanów, robimy rzeczy – warsztaty, rozmowy, małe przewroty w codzienności. Dywan staje się sceną, laboratorium, miejscem prowokacji i eksperymentu.

Co dla ciebie oznacza język polski, a co – tadżycki?

To ciekawe, bo wiele osób myśli, że w Tadżykistanie mówi się po rosyjsku. Tymczasem język tadżycki to odmiana perskiego – tylko zapisana cyrylicą. Jest bardzo melodyjny, europejski w strukturze. Czasem znajduję podobne słowa w polskim, które mają perskie korzenie – jak „piżama”. To mnie cieszy, bo nagle widzę te języki, polski i tadżycki, jakby się spotykały.

Dla mnie oba są językami poezji. W polskim zachwyca mnie melodia, podobna do tej w tadżyckim. Zaczęłam się uczyć polskiego, bo pokochałam waszą poezję. Gdy czytałam o pięknie natury, ja widziałam w wyobraźni góry Tadżykistanu. Wtedy między Polską a moim krajem powstał pierwszy most.

Wiadomo, że ojczyzną jest dla mnie Tadżykistan, ale to Polska stała się moim domem. I nikt mi nie zabroni tak o niej myśleć.

A jakbyś zareagowała na kogoś z polskiej skrajnej prawicy, kto powiedziałby, że dywany są „etnicznie polskie”? Tu nie ma miejsca na podziały.

Byłabym zaskoczona, że zaczęli nagle interesować się dywanami. Ale też pewnie powiedziałabym: „pojedźcie na Podlasie i zobaczcie te piękne, prawdziwie polskie dywany”. Nie zabierajmy im tego, co im się należy!

Dywany nie mają narodowości – to obiekty, które łączą kultury. Dla mnie to coś więcej niż przedmiot, bo ma swoją historię, charakter. W Tadżykistanie dywan może być prezentem na ślub czy narodziny dziecka, wchłania emocje ludzi, staje się częścią ich życia. Myślę, że w Polsce jest podobnie. To wspomnienie dzieciństwa, rodzinnego ciepła.

Podlaskie dywany są inne niż perskie

– prostsze, geometryczne, minimalistyczne, ale również opowiadają historie. Wyróżnia je nawet technika, gdyż szyte są w ten sposób, by wzór był idealnym lustrzanym odbiciem po obu stronach. Oczywiście wszystko na ręcznych krosnach.

Różowe nici na krośnie
Janowszczyzna koło Sokółki, krosna w izbie pamięci regionalnej. Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

I co ciekawe, również w obu tradycjach pojawiały się jako prezent dla panny młodej. Perskie dywany są bardziej rozbudowane, każdy to osobne, małe dzieło sztuki. Najstarszy znany, tzw. Dywan Pazyryk, pochodzi prawdopodobnie właśnie z terenów starożytnej Persji i znajduje się dziś, niestety, w Ermitażu.

W Związku Radzieckim dywany bywały też narzędziem propagandy. W Turkmenistanie tkano na nich wizerunki Stalina, Lenina, Tierieszkowej, pierwszej kobiety w kosmosie, ale nawet i współcześnie wyszywane są wizerunki dynastii Berdimuhamedowów. Miały symbolizować siłę państwa, ale też – mimowolnie – zawsze były symbolem ciepła i domowego bezpieczeństwa. To wtedy rozpowszechniła się moda na wieszanie dywanów na ścianach. Nie tylko z powodów estetycznych, lecz także praktycznych: ocieplały pomieszczenia i tłumiły dźwięki.

A przy okazji – nikt nie deptał Lenina.

Putin dziarsko mszeruje po czerwonym dywanie do czekającego Trumpa
Dywan dla Putina, Alaska, 15 sierpnia 2025, Fot. Andrew Caballero-Reynolds / AFP

W Polsce dywan wiszący na ścianie miał podobną funkcję – i trochę polityczną, i trochę domową. Dziś już tego nie widzimy, zmieniło się poczucie estetyki, pojawił się szwedzki sklep z żółto-niebieskim logo. Naprawdę często o niej wspominam, bo to symbol nowego sposobu myślenia o domu.

Czym są dywany?

Dywan jest dla mnie przede wszystkim łącznikiem między ludźmi. Zawsze fascynowało mnie to, że niezależnie, co wydarzyło się w ciągu dnia, wieczór bardzo często kończył się wspólnym siedzeniem na dywanie z rodziną, tą bliższą i dalszą. W pewnym sensie to właśnie tam domykał się dzień.

Porusza mnie też fakt, że historycznie było to przede wszystkim rzemiosło kobiet.

Kobieta tkająca dywan panowała nad całym procesem jego powstawania, a często również nad historią, którą ten dywan opowiadał. Myślę o tym jak o bardzo materialnej formie narracji.

Przychodzą mi tu na myśl dywany gabbeh, specyficzny rodzaj dywanów tworzonych przez plemiona Kaszkajów z południowego Iranu. Różnią się od dywanów powstających w warsztatach pałacowych czy miejskich tym, że ich wzór nie jest wcześniej szczegółowo zaplanowany.

Tkaczka może w trakcie pracy zapisać w nim własną historię, coś w rodzaju autobiografii, albo uchwycić moment ze swojego życia. Ta wolność i pewna „mobilność” przekazu są dla mnie niezwykle fascynujące. Stają się nośnikiem pamięci niedostępnej do poznania w innych formach.

Kobieta przy krosnach
Manufaktura tkacka w Łazienkach Królewskich w Warszawie. Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Wyborcza.pl

Dywany zawsze wydawały mi się czymś podejrzanie niedocenianym. Traktujemy je jak tło, coś oczywistego, po czym się chodzi albo na czym się siada, a przecież to przedmioty, które przez wieki były w samym centrum życia. W wielu kulturach to właśnie na dywanie wydarza się codzienność: rozmowy, odpoczynek, jedzenie, spotkania. Dywan jest więc trochę sceną, na której rozgrywa się życie.

Fascynuje mnie też to, że dywan potrafi być nośnikiem historii, choć nie używa słów.

Wzory, kolory, rytmy ornamentów bardzo często niosą konkretne znaczenia, symbole albo wspomnienia.

To trochę jak zapis doświadczeń w materiale specjalnym systemem znaków. Patrząc na dywan, patrzymy w gruncie rzeczy na czyjąś decyzję, czyjąś wrażliwość, czyjś sposób widzenia świata.

Dlatego interesuje mnie moment, w którym przestajemy myśleć o dywanie jak o dekoracji, a zaczynamy widzieć w nim medium. Coś pomiędzy obrazem, tekstem i przedmiotem codziennego użytku. Coś, co jednocześnie leży na ziemi i opowiada historie.

A jak ma się do tego pamięć po Związku Radzieckim? Na ile naznaczył myślenie o tym regionie, języku i dywanach?

Nie doświadczyłam ZSRR bezpośrednio. Ale ważne jest dla mnie, że w krajach postsowieckich wciąż toczy się dyskusja o języku i tożsamości. W Tadżykistanie nadal widać wpływy rosyjskiego, ale nie tak silne jak np. w Kazachstanie, gdzie od blisko dekady powraca dyskusja o rezygnacji z cyrylicy i przestawienie na zapis łaciński.

W dużych miastach rosyjski dominuje, bo system edukacji w szkołach rosyjskojęzycznych jest po prostu lepszy. Na wsiach jest odwrotnie – brakuje nauczycieli rosyjskiego, więc dominuje tadżycki, jako nabyty z domu.

Wielu młodych ludzi zaczyna dziś wracać do swojego języka ojczystego – trochę z potrzeby, a trochę w reakcji na działania Rosji. Widzą, że język to coś więcej niż narzędzie – to część tożsamości. Ale wiesz – to nie wszystko. Na przykład w Duszanbe, stolicy Tadżykistanu, na każdym kroku widać chińskie napisy, inwestycje, budynki z tabliczkami China Aid. To oczywiście rodzaj soft power – tak jak kiedyś wpływy rosyjskie.

Ale uważam, że Tadżykistan musi podążać własną drogą, jako suwerenne państwo.

Ale z Polską ma chyba więcej wspólnego niż symbol dywanów…

No ba. Dla przykładu: jakiś czas temu mieliśmy w Ogólnopolskim Porozumieniu Związków Zawodowych, gdzie pracuję na co dzień, spotkanie ze związkowcami z Kazachstanu i Uzbekistanu. To było niezwykle inspirujące, bo okazało się, że nasze problemy – w Azji Centralnej, w Polsce, wszędzie – są podobne. To pokazuje, że naprawdę mamy wspólny język – nie tylko przez poezję czy dywany, ale też przez doświadczenia codzienności. Jak kwestie praw pracowniczych albo nawet zamiłowanie do „pierogowatych” dań.

Cieszę się też, że będąc tysiące kilometrów od ojczyzny, mogę w jakiś sposób przybliżać w Polsce własną kulturę i szerzej też kulturę regionu. Robię to nie tylko poprzez rozmowy o rzemiośle czy dywanach, ale też poprzez kino, które jest dla mnie ważnym językiem opowiadania o świecie.

Tłumaczę filmy i piszę o kinie Azji Centralnej oraz Iranu. Poza RUG MAG jako małe passion project prowadzę profile carpetsinfilms i centralasianfilms, a łamach Pełnej Sali i Cinecristos publikowałam teksty między innymi o kinie kazachskim, tadżyckim, irańskim czy turkmeńskim. Myślę o tym trochę jak o formie tłumaczenia kultury. To próba przybliżenia historii, obrazów i wrażliwości z miejsc, które w Polsce wciąż są stosunkowo mało znane.

Kolorowe dywany
Kilimy w Stambule. Fot. Marzena Hmieleiwcz / Agencja Wyborcza.pl

* Anushe Dust to urodzona w Tadżykistanie działaczka artystyczna i założycielka oraz redaktorka naczelna Rug Mag, magazynu poświęconego opowieściom ukrytym w dywanach i kulturze materiałowej. W swoich pracach odkrywa przed czytelnikami historie, pamięć i znaczenia zapisane w tkaninach, traktując je jako medium narracji i tożsamości. Popularyzuje kulturę filmową regionu poprzez teksty, tłumaczenia i prelekcje; kuratoruje projekt Carpets in Films, archiwum poświęcone obecności dywanów i tkactwa w kinie oraz Central Asian Films, dzięki któremu przybliża widzom Azję Centralną poprzez obrazy filmowe. Na co dzień pracuje w związkach zawodowych.

Na zdjęciu Krzysztof Katkowski
Krzysztof Katkowski

Krzysztof Katkowski (ur. 2001) – socjolog, tłumacz, dziennikarz, poeta. Absolwent Universitat Pompeu Fabra w Barcelonie i Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracuje z OKO.press, „Kulturą Liberalną”, „Dziennikiem Gazeta Prawna” i „Semanario Brecha”. Jego teksty publikowały m.in. „la diaria”, „Gazeta Wyborcza”, „The Guardian” „Jacobin”, , „Kapitàl noviny”, „Polityka”, „El Salto” czy CTXT.es.

Komentarze