Światło jest w naszej pracy najważniejsze, bo nie możemy używać lampy błyskowej. Jakbyś użyła flesza przy dziecku urodzonym w 16. tygodniu, to prześwietlisz je na wylot. Te ciałka są malutkie i kruche. Trzeba być nad wyraz ostrożnym. I odpornym.
– Najgorzej jest, jak przyjeżdżam na miejsce i dziecko jeszcze żyje. Czasami rodzice chcą, żebym była z nimi w chwili odłączania maszyn. Stoją przy inkubatorze, a ja robię zdjęcia. Czekamy, aż umrze. Nawet jeśli zdążyłam obfotografować noworodka za życia, to uważam, że te pośmiertne zdjęcia są dużo ważniejsze. Już bez tych rurek, kabli, wenflonów i plastrów. Wtedy rodzice mogą po raz pierwszy tak naprawdę zobaczyć, jak wygląda ich dziecko. Wziąć je na ręce, przytulić. Moim zadaniem jest uchwycić dla nich ten moment. Takie zdjęcia są często jedynym potwierdzeniem, że ten mały człowiek istniał. Że to nie był tylko zły sen.
Anna Gwiazda jest kierowniczką dwóch stacji benzynowych w Zagłębiu Rury. Od trzech lat w ramach wolontariatu fotografuje zmarłe noworodki. Towarzyszyła z aparatem już prawie trzystu rodzinom.
– Na Shellu wszyscy wiedzą. Nieważne, czy akurat robię rozliczenie towaru, czy rozmawiam z technikiem, który od tygodnia ma naprawić dystrybutor. Jak alarm zacznie wyć, to muszę jechać. Torbę do szpitala mam zawsze spakowaną. Są w niej czapeczki w różnych rozmiarach, małe serduszka z kamienia, aparat, obiektywy i karta pamięci. Ubranka też są bardzo ważne. Moim zdaniem każde dziecko powinno mieć przynajmniej pieluchę, bo wtedy od razu lepiej wygląda.
Paczkę ze zdjęciami swego synka Magda i Kevin otrzymali od Ani tydzień po powrocie z porodówki. Na jednym z nich mały leży na boczku ubrany w body z logiem Borussi Dortmund. Kevin jest ich wielkim fanem. Po porodzie oglądał z Lionem położonym na piersi starcie Borussi z 1. FC Köln. BVB strzeliło gola w ostatniej minucie. Syn Kevina zmarł dwa dni wcześniej.
Magda: – Gdyby parę lat temu ktoś mi powiedział, że są ludzie, którzy fotografują z własnej woli martwe noworodki, to bym pomyślała „no chory człowiek”. Urodziłam nieżywego Lionka, a dziesięć minut później położna proponuje, że może zamówić dla nas fotografa. Że co?! Byliśmy w szoku. To pytanie zupełnie nie na miejscu! Ja tego nie chciałam, Kevin też był na nie. A położna na to, że dużo osób jest najpierw na nie, a potem żałują i żebyśmy to przemyśleli, bo to jedyna pamiątka po tych chwilach z dzieckiem, jaka nam zostanie. Zgodziliśmy się. Przewieźli nas na inny oddział, z dala od matek z żywymi dziećmi. Zaraz weszła pani Gwiazda, przywitała się z nami i zaczęła fotografować syna.
Było to zarazem dziwne i piękne. Dała nam poczucie, że nasze dziecko nie jest gorsze, bo jest martwe.
Kevin: – Mieliśmy w czasie ciąży taki rytuał, że przed wyjściem do pracy kładłem rękę na Magdy brzuchu i życzyłem małemu miłego dnia. W tamten piątek też tak zrobiłem. Czułem pod palcami, że się rusza. To znaczy, że o 8:00 jeszcze żył. Po południu jechałem z narzeczoną na badania prenatalne. Nasz syn miał trochę za małe kości udowe jak na 37. tydzień ciąży, ale to się zdarza. Messi też takie ma. To miało być klasyczne badanie kontrolne przed wcześniejszym wywołaniem ciąży. Lionek miał się urodzić w 38. tygodniu. O 13:30 lekarka stwierdziła, że jego serce nie bije. Płakała razem z nami.
Magda: – Mówią, żeby do 12. tygodnia się nie cieszyć, bo wszystko może się jeszcze zdarzyć. Ale my już byliśmy na końcówce, wszyscy wiedzieli. Z mamą kupiłam małemu wózek, wyremontowaliśmy mu pokój, w szafkach poukładałam ubranka. Powrót do domu był najgorszy. Z tych wszystkich rzeczy materialnych, tylko te zdjęcia były prawdziwym dowodem, że Lionek z nami był. Pani Gwiazda spadła nam z nieba.
W Niemczech na dziecko urodzone w wyniku poronienia, zmarłe przy porodzie lub krótko po nim mówi się Sternenkind, w dosłownym tłumaczeniu: dziecko-gwiazda. (Zbieżność z nazwiskiem fotografki jest przypadkowa).
Matthias przeczytał pierwszy raz o Sternenkind-Fotografie w 2014 roku w magazynie „Eltern” (Rodzice), który podsunęła mu żona. Był tam artykuł o bawarskiej fundacji, której wolontariusze fotografują martwe noworodki. Żona Matthiasa, wtedy w 35. tygodniu ciąży, stwierdziła, że może ten temat go zainteresuje, bo sam jest fotografem.
– Nigdy o takim foto-shootingu nie słyszałem. Na co dzień uwieczniam szczęście: sesje narzeczeńskie, śluby, wesela, rozbiegane dzieci w przedszkolach. Trzy tygodnie po tym, jak przeczytałem tekst w „Eltern”, sam szukałem numeru do fundacji fotografów. Mój syn zmarł w łonie matki tydzień przed rozwiązaniem. Potrzebowałem profesjonalisty. Sam nie dałbym rady.
Kai Gebel, założyciel Dein Sternenkind (Twoje Dziecko-gwiazda) osobiście przyjechał do Frankfurtu nad Menem, żeby obfotografować rodzinę Matthiasa. Fundacja działała dopiero rok i wtedy prowadzona była na zasadzie learning by doing.
Kai, z zawodu również fotograf, usłyszał w 2010 roku o amerykańskiej organizacji Now I Lay Me Down to Sleep, która była pionierem w fotografii pośmiertnej noworodków. Też tak chciał. Dziś Dein Sternenkind zrzesza 750 wolontariuszy i wolontariuszek z całych Niemiec i jest według własnych wyliczeń (ilość fotografów dzieci-gwiazd co do wielkości populacji) największą tego typu fundacją na świecie. Tym samym prześcignęło amerykańskie NILMDTS, które od 2005 roku podarowało ponad 80 000 bezpłatnych sesji zdjęciowych rodzicom w potrzebie.
– U mojej koleżanki wykryli w późnym stadium ciąży dysplazję szkieletową dziecka. Powiedzieli jej, że nawet jeśli urodzi się żywe, to zaraz potem się udusi i umrze. Koleżanka podjęła decyzję o farmakologicznej indukcji poronienia. Poprosiła mnie, żebym zrobiła im zdjęcia. Fotografowałam już wtedy hobbystycznie, ale nigdy to nie były martwe płody. Miałam tydzień na podjęcie decyzji. Nie podołałam – opowiada Anna Gwiazda. – Czułam, że to są bardzo ważne zdjęcia, ale miałam takie nastawienie, że po śmierci nie chcę nikogo widzieć. Nawet babci i dziadka. Przekonanie: „chcę ich zapamiętać takich jak za życia” brało górę. Potrzebowałam pięciu lat, żeby wysłać swoją aplikację do Dein Sternenkind.
Nie każdy może profesjonalnie fotografować martwe noworodki. Bawarska fundacja prowadzi trzyetapowy proces rekrutacyjny. Najpierw wysyłasz zgłoszenie online. Link do oficjalnego formularza aplikacyjnego dostaniesz na maila w ciągu 24 godzin. A w nim: zestaw pytań. Od kiedy fotografujesz? Jaki masz aparat? Jakie obiektywy? Czy posiadasz konwerter i pierścienie pośrednie do makrofotografii? Oceń w skali od 1 do 10 swoje umiejętności w obsłudze programów do obróbki graficznej. Co chciałbyś nam o sobie opowiedzieć? Dlaczego chcesz fotografować dzieci-gwiazdy? Do tego trzeba dołączyć swoje portfolio lub link do strony internetowej.
– Widzisz? – pyta mnie Oliver Wendlandt, obecny szef Dein Sternenkind. – Ona jeszcze nie do końca potrafi robić czarno-białe zdjęcia. Na monitorze komputera pokazuje mi zdjęcie aplikacyjne młodej fotografki. Ciężarna kobieta ustawiona jest pośrodku kadru i trzyma się za brzuch. Ma na sobie czarny t-shirt. Nie widać jej ramion i łokci. Bluzka zlewa się z tłem.
– To nic złego. Poprosimy ją, żeby nam przesłała jakieś inne fotki. Jak też będą złe, to będzie się musiała podszkolić i dopiero wtedy do nas wróci. Ludzie czasami nie rozumieją, jak ważne są w tym przypadku umiejętności techniczne. Masz jeden, jedyny moment, żeby zrobić te zdjęcia. To nie jest fancy studio fotograficzne, gdzie masz tysiąc prób i jak coś nie pójdzie, to się umówisz na kolejną sesję. To jest sala szpitalna, w której rodzice przeżywają swój największy dramat życia. Nie ma wtedy czasu na zastanawianie się, jakie ustawić ISO, czy jaki założyć obiektyw. Światło jest w naszej pracy najważniejsze, bo nie możemy używać lampy błyskowej. Jakbyś użyła flesza przy dziecku urodzonym w 16 tygodniu, to prześwietlisz je na wylot. Te ciałka są malutkie i kruche. Trzeba być nad wyraz ostrożnym. I odpornym. To nie jest wolontariat dla każdego.
Na ostatnim etapie procesu rekrutacyjnego Dein Sternenkind sprawdza prawdziwość fotografii. Parę razy znaleźli w zgłoszeniach stockowe zdjęcia. Jeśli wszystko się zgadza, przechodzą do weryfikacji tożsamości przy użyciu dowodu osobistego. Odbywa się to przez rozmowę wideo z pracownikami firmy zewnętrznej oferującej takie usługi.
– Przyjęli mnie w czwartek rano, w południe zadzwonił pierwszy alarm, po południu pojechałam do szpitala – mówi Anna Gwiazda.
– Czułaś się przygotowana? – pytam.
– Ani trochę. DSK (Dein Sternenkind) ma własną platformę i ogromne forum, na którym można znaleźć informacje o wszystkich możliwych aspektach takiego dyżuru fotograficznego. Bałam się tego czytać.
– Dlaczego?
– Może pojawiłyby mi się lęki, o których wcześniej nawet nie myślałam. Nie ma co się zastanawiać, ino robić. – W naszej rozmowie Ania miesza polski, niemiecki i śląską gwarę. Przeprowadziła się z rodzicami z Tarnowskich Gór do Niemiec, gdy miała dziewięć lat.
– Jak się czułaś na swoim pierwszym dyżurze?
– Byłam przerażona. Rodziców nie było w pokoju, nie chcieli wspólnych zdjęć. Dziecko leżało samo w łóżeczku. Było wielkości dłoni, urodziło się w 18. tygodniu. Pierwszy raz widziałam tak małego człowieka. No bo gdzie wcześniej? Pomyślałam: „Mein Gott, jak ja mam cię sfotografować?“. Nie wiedziałam, jak je dotknąć, jak ułożyć.
– Jak jest teraz?
– Teraz to nawet wolę, jak rodziców nie ma. Jest spokojniej. Dla nich strata dziecka to jest Massaker (masakra), są w ciężkim stanie, różnie reagują. Niektórzy są w histerii, inni w ogóle się nie odzywają. Muszę wyczuć, jaka jest atmosfera. Jak wchodzę, to mówię, że jestem Anna i że mówimy do siebie na „ty”. To jest bardzo intymna sytuacja i takie „panowanie” mi do tego nie pasuje. Zwykle jestem jedyną osobą oprócz personelu medycznego, która może poznać to dzieciątko. To wielki przywilej. Jeśli rodzice są w miarę komunikatywni, to chwilę gadamy, podpisują mi zgodę na zrobienie fotografii i zaczynam. Zawsze rozmawiam z dzieckiem. Mówię mu, co będę robić albo je o coś proszę.
– O co się prosi martwego noworodka?
– Mówię na przykład: „proszę tak trzymać tę rączkę”. Jak czuję, że rodzice są skłonni do rozluźnienia atmosfery, to trochę żartuję albo schimpfuje (ochrzaniam).
– Jakie żarty pasują do takiej sytuacji?
– Szukam u każdego bobasa czegoś charakterystycznego. Jedno dziecko miało bardzo długiego palucha u stopy, to spytałam: „po kim to ma?”. I wtedy matka mówi, że to po mężu. Na ich twarzach pojawił się lekki uśmiech. Widzę, jak rodzice nagle zaczynają wchodzić ze sobą w zupełnie inną interakcję. Albo próbuję ułożyć dziecko na kocyku i jemu rączka co rusz spada, to mówię: „halo, proszę mi zostawić tutaj tą rączkę na sekundę, żebym mogła zrobić zdjęcie”. I wtedy się śmiejemy.
Matthias: – Potrzebowałem dwóch lat, żeby poczuć, że jestem gotowy na wolontariat. Ból po stracie syna ciągle we mnie jest, ale nauczyłem się z nim żyć. Dziś wiem, że on daje mi siłę. Chcę być przy rodzicach martwych noworodków i ofiarować im taką pamiątkę, jaką i ja dostałem od Kaia. Ja nie fotografuję martwego płodu. Nie fotografuję pary z dzieckiem. Ja fotografuję rodzinę. Ta dwójka – bo taka konstelacja jest najczęstsza – właśnie została mamą i tatą.
Fakt, że za dwa dni wyjdą ze szpitala sami, nie oznacza, że nie są rodzicami.
Do serca wziąłem sobie za cel zintegrować ojców z sytuacją, która ma miejsce w pokoju poporodowym. Oni albo sami budują skorupę, albo są od razu wsadzani w rolę komunikacyjno-organizacyjną. A przecież taki ojciec też właśnie stracił dziecko. Też nie wie, co się dzieje. Co ma ze sobą zrobić. A z dzieckiem? To już w ogóle! Z mojego doświadczenia wynika, że większość mężczyzn boi się dotknąć swojego noworodka. Jak tylko mogę, to próbuje ich zachęcić. Mówię: „a połóż tutaj dłoń koło jego dłoni”. I cyk. A potem proponuję: „a może przytrzymasz mu stópkę”. I cyk. Mężczyźni też nie są przyzwyczajeni, żeby być fotografowani. Zwykle to kobiety są inicjatorkami. „Chodź, zrobimy sobie fotkę tu, chodź zrobimy sobie selfie tam”. A tu nagle wydarza się sytuacja na pierwszy rzut oka niedorzeczna. Facetowi zmarło ledwo narodzone dziecko, a inny facet chce go z nim fotografować. Wszyscy czujemy się w tej sytuacji jak ciało obce. Ale ta sytuacja taka jest i jedyne, co można w niej zrobić, to być proaktywnym.
Jak masz żyjące dziecko, to zrobicie sobie zdjęcie na wspólnej wyprawie w góry, czy jak uczysz go jeździć na rowerze. Z nieżyjącym noworodkiem jedynie co aktywnie możesz zrobić to właśnie te zdjęcia. I nie ma się co bać dotyku. Mówię takiemu tatusiowi: „to twoje dziecko i to jedyna okazja, żeby poczuć, że on naprawdę tu jest”. W odpowiedzi słyszę: „boję się, że mu coś zrobię”. Jak czuję, że mogę sobie na to pozwolić, to układam palce w cudzysłów i mówię: „chłopie, tu już nic nie można popsuć”.
Dagmar Weimer, jest od 34 lat położną, od 29 psycholożką i od 16 terapeutką w grupie samopomocowej dla rodziców dzieci-gwiazd. Na początku swojej drogi zawodowej, gdy pracowała tylko na porodówce, robiła dla rodziców zdjęcie dziecka Polaroidem. – Te zdjęcia nie były zbyt ładne i szybko blakły. Teraz dzięki fotografom i fotografkom, którzy są w tym wyspecjalizowani, rodzice mogą otrzymać naprawdę piękną pamiątkę. Dzieci-gwiazdy czasami rodzą się z różnymi zniekształceniami ciała, które doświadczony fotograf ukryje podczas sesji zdjęciowej. Posiadanie wizualnie estetycznej fotografii dziecka może wesprzeć proces przeżywania żałoby. Nie chodzi o to, żeby te dzieci specjalnie upiększać, tylko żeby zniwelować rodzinie ból. Oni kochają swoje dziecko niezależnie od tego, czy miało szramę na buzi, czy nie. Jednak zdjęcie, na którym widać miłość, chętniej postawią na kominku między fotkami z wakacji. A to bardzo ważne. Nie tylko dla nich samych, ale dla ich środowiska. Ludzie często nie wiedzą, jak rozmawiać z rodziną, która doświadczyła poronienia lub ich dziecko wcześnie zmarło. Nie zadają pytań, zmieniają temat, albo co gorsza mówią: „przecież to nie było dziecko”. „Było! Zobacz, jakie miało piękne stópki”. Te zdjęcia to ich dowód na istnienie.
Jak kobieta urodzi żyjące dziecko, to od razu słyszy: „O jak wspaniale! Gratuluję! Pokaż mi zdjęcie. Jaka słodka!“. Rodzice dzieci-gwiazd tego nie słyszą. A to bardzo by im pomogło.
Gdy prowadzę kursy dla położnych, to zawsze im mówię: „proponujcie im fotografa, a jak są już w domu, to pytajcie, czy chcieliby wam pokazać te zdjęcia“. To jest dla nich ogromne wsparcie, że ktoś się interesuje.
W procesie przeżywania żałoby nie istnieją do’s & don’ts. Każdy przechodzi ją indywidualnie i w innym czasie jest gotowy na kolejny życiowy krok. Magda i Kevin otworzyli swoją paczkę ze zdjęciami od razu, ale są też rodzice, którzy potrzebują na to więcej czasu. – Wiem, że nie każdy da radę spojrzeć na te zdjęcia dwa tygodnie po powrocie ze szpitala – opowiada mi Oliver Wendlandt. – Dostajemy maile z podziękowaniami za naszą pracę czasami nawet trzy lata po dyżurze. Mamy taką zasadę, że pakujemy zdjęcia w dwa pliki albo w dwie koperty. Te pierwsze są zawsze czarno-białe, drugie: kolorowe. Dbamy też o to, żeby pierwsze zdjęcia były delikatne. Może to być na przykład widok z okna albo jakiś detal. Powrót do tamtych chwil może wywołać silne emocje. Ale to ok, one też są potrzebne.
Jestem z szefem DSK w ich siedzibie w Neutraubling. Budynek znajduje się w dzielnicy industrialnej. Otaczają go ogromne hale magazynowe, kontenery i ciężarówki. Oliver Wendlandt otwiera mi drzwi do małego pokoju. W środku jest zimno, światło przygaszone. Po prawej stronie znajduje się aneks kuchenny, po lewej duża czarna skrzynia. – Od 2016 roku wsparliśmy 32 tysiące rodzin i zrobiliśmy 2,5 miliona zdjęć. Nie kasujemy ich ani nie archiwizujemy. Wszystko zapisane jest tutaj – Wendlandt wskazuje na serwer. – Drugi taki mamy w Monachium, trzeci w Hamburgu. Co dwadzieścia minut serwery się synchronizują. Zawsze mamy trzy puste dyski na wypadek, gdyby jakiś padł. System wtedy od razu przegrywa zdjęcia na ten działający. Całą infrastrukturę techniczną musieliśmy zbudować sami. Oczywiście przy pomocy profesjonalistów, ale ze wszystkimi zastrzeżeniami, że ta platforma działa tylko na potrzeby DSK.
W pierwszym zgłoszeniu rekrutacyjnym aplikant oprócz podania podstawowych danych osobowych musi podpisać bardzo szczegółowy dokument RODO. Potwierdza na nim między innymi to, że po dyżurze od razu zgra zdjęcia na swój komputer, do którego nie ma dostępu nikt inny. Kopie mają zostać przesłane na serwer fundacji, a po korekcie graficznej i przekazaniu rodzinie zdjęć, pliki mają od razu zostać skasowane. Poza tym nie wolno przesyłać, przerabiać i synchronizować zdjęć w wirtualnej chmurze lub przez aplikacje mobilne (np. Google Fotos, iCloud, Drop-Box, WhatsApp czy Instagram).
Wendlandt: – Dwa razy mieliśmy już ataki botów. Na szczęście nieudane. Chronimy zdjęcia na wszystkie możliwe sposoby. One pod żadnym pozorem nie mogą wpaść w niepowołane ręce albo, co gorsza, do AI. To są dane z kategorii: najwrażliwsze z najwrażliwszych.
– Zdarzyło mi się dostać maila o treści „zapomniała pani dołączyć faktury” albo „proszę nam podać swój numer konta”. W DSK nie bierzemy żadnych pieniędzy za naszą działalność. Inaczej wolontariat nie byłby wolontariatem. Poza tym te zdjęcia są bezcenne – mówi Silke, czynna w DSK od ponad dziesięciu lat.
Fundacja Dein Sternenkind finansuje się z darowizn. Powstała jednak z ramienia Deutsche Palliativ Stiftung (Niemieckiej Fundacji Paliatywnej), która przekazała jej budżet na start, a teraz jest jej organizacją powierniczą. Z tego względu w radzie DSK zasiada jedna osoba z DPS. Żadna z pięciu osób z rady DSK nie jest powiązana z jakąkolwiek partią polityczną lub kościołem. DPS jest członkiem Bundesverband Deutscher Stiftungen (Federalnego Związku Fundacji Niemieckich) i samodzielnie przystąpiła do towarzystwa Initiative Transparente Zivilgesellschaft (Transparentne Społeczeństwo Obywatelskie). Na stronie DPS znajdziemy wszystkie sprawozdania roczne, począwszy od 2010 do 2024 roku. Na stronie DSK żadnego. W Niemczech fundacje co do zasady nie są zobligowane do publikowania pełnych rozliczeń rocznych. Muszą je jedynie składać do urzędu skarbowego i wykazać, że nadal spełniają cele statutowe fundacji pożytku publicznego.
– Dostałam już bukiet kwiatów, wino, bon podarunkowy do restauracji i do sklepu. Rozumiem, że ludzie chcą się jakoś odwdzięczyć, ale ja tych rzeczy nie potrzebuję. Sam dyżur dużo mi daje: poczucie, że potrafię bezinteresownie zrobić coś dobrego dla innego człowieka. Takie doświadczenie zmienia perspektywę. Wracam do domu i widzę, że moje zmartwienia to problemy luksusowe. – Silke szklą się oczy.
– Pierwszy dyżur miałam w drodze na urlop – Silke jechała z rodziną z Kiel, gdzie mieszkają, do Bonn. Ponad 500 km w jedną stronę. Stamtąd mieli wylot na Majorkę. – W Bonn dostałam pierwszy alarm i stwierdziłam, że jadę. Aparat miałam przy sobie, a do odlotu było jeszcze dużo czasu.
DSK korzysta z oprogramowania aplikacji mobilnej stworzonej oryginalnie dla straży pożarnej. Fotografowie i fotografki zaznaczają w niej zasięg terytorialny, w obrębie którego są w stanie zrealizować dyżur (można zawsze zmienić, np. jeśli chce się być aktywnym podczas wakacji), wybierają dźwięk alarmu, funkcję wibracji oraz czy ekran ma migać białym światłem. I czekają, aż telefon zacznie wyć.
Po drugiej stronie siedzą koordynatorki. 16 kobiet na zmianę przejmuje od siebie rozporządzanie zgłoszeniami. Robią to charytatywnie. Każda z pań ma swoją pracę zawodową. Zwykle to położne proponują rodzinie wezwanie fotografa i to one zajmują się przesłaniem zgłoszenia. Właściwie też wolontariacko. Nie jest to ich obowiązek zawodowy, może raczej obowiązek serca. Wypełniają formularz na stronie DSK albo dzwonią na infolinię, która jest czynna od 7 do 22. Ważne, żeby na tym etapie koordynatorki wiedziały o wieku dziecka, aktualnej sytuacji i znały powód śmierci. Dzięki temu fotografowie wiedzą, czy jadą do dziecka w 16. tygodniu czy 38., i mogą przygotować odpowiedni equipment.
Kiedy koordynatorka ma już wszystkie informacje, włącza alarm na dany region i czeka na zgłoszenie ochotnika. Zdaniem Olivera Wendlandta DKS jest zaprzyjaźnione ze wszystkimi 690 oddziałami położniczymi w Niemczech. Według Federalnego Urzędu Statystycznego w Niemczech w 2024 było 758 oddziałów położniczych.
– Przerywałam już różne imprezy rodzinne, raz wyszłam wcześniej z wesela, a ostatnio wybiegłam z siłowni w trakcie zajęć fitness. Mówię, że muszę i kropka. Ten moment w sali szpitalnej się już nigdy więcej nie powtórzy, a tort możemy zjeść za godzinę. Poza tym jestem przyzwyczajona do takiego trybu życia. – Silke pracuje w Bundeswehrze na stanowisku medycznym. Nie chce mi zdradzić, na jakim, ale mówi, że patologia i medycyna sądowa zawsze ją interesowały.
W 2016 roku Dein Sternenkind przyjęło łącznie 300 zgłoszeń. W roku 2024 było ich 4700. W samym tylko marcu 2026 roku wolontariusze DSK obfotografowali 440 rodzin – najwięcej w historii fundacji. Ostatni rekord dyżurów zrealizowanych w trakcie jednego dnia to 29.
– Przyjaciele mi odradzali. Mama pytała: „Naprawdę chcesz sobie to robić?”. – Alexandra poroniła dwójkę dzieci. Jako fotografka-wolontariuszka działa osiem lat. – Uwielbiam to robić, ale są też ciężkie momenty. Jednego dyżuru nigdy nie zapomnę. Przyjechałam pod szpital i wypakowywałam rzeczy z auta. Matka dziecka stała na parkingu i na mnie czekała. Nie mogła wiedzieć, jak wyglądam albo jakim autem przyjadę, nie rozmawiałam z nią wcześniej. Poznała mnie pewnie po torbie na aparat. Ruszyła w moją stronę, rzuciła mi się w ramiona i wyła. Jak ranne zwierzę. Załączył mi się tryb ucieczki, ale ona na mnie wisiała, nie miałam się jak wydostać. Płakałyśmy razem. To trwało wieczność. Pamiętam tylko, że zaczęłam mówić do niej bardzo cicho i powoli, i jakoś się uspokoiła. Weszłyśmy do środka i zrobiłam im sesję.
– Jak sobie radzisz po takich dyżurach?
– Ten był wybitnie trudny. Po nim potrzebowałam chwili przerwy. Po innych wymagających daję sobie czas na jedną rundę płakania w aucie i jest ok.
– Masz z kim o tym porozmawiać?
– W DKS można poprosić o wsparcie mentora, ale moim superwizorem jest mój mąż.
– Też fotografuje?
– Nie, on nawet nie jest w stanie patrzeć mi przez ramię w monitor, jak obrabiam zdjęcia.
Heike ma białe włosy do ramion ścięte prosto, na nosie czarne oprawki okrągłych okularów. Ubrana jest w biały sweter w czarne paski. Siedzi na poddaszu swojego domu. Pokój ma białe ściany i czarną podłogę. Na białej komodzie stoi biała lampka, nad nią wisi wydruk zdjęcia w odcieniach czerni. W 2017 roku lekarka poleciła jej znaleźć sobie hobby, które ją uspokoi. Heike pracowała w policji kryminalnej w dziale przestępczości nieletnich. Od dwóch lat jest na emeryturze. Zawodowo „dużo widziała”. Musiała podejmować szybko decyzje i zachowywać spokój w sytuacjach niespokojnych. I do tego jeszcze kolejne zadanie: znaleźć spokojną pasję. Zaczęła fotografować swoje psy.
Kupiła nowy aparat, czytała o ustawieniach technicznych, poszła na warsztaty. Czuła, że w fotografii jest już całkiem niezła. Sprawiało jej to przyjemność. I wtedy usłyszała o pośmiertnej fotografii noworodków. Aplikowała do DSK. Po pierwszym roku spytali, czy by nie chciała zostać koordynatorką. Nie chciała. Ale się zgodziła. Później doszła do tego rola mentorki. Teraz zajmuje się jeszcze social mediami i jest w radzie fundacji.
– My nie jesteśmy opieką duszpasterską. Podczas dyżuru mamy bardzo konkretne zadanie do zrealizowania, którego przebieg zależy od wielu czynników. Nigdy nie ma dwóch takich samych sesji. Czasami trzeba zachować zimną krew, czasami umieć rozluźnić atmosferę. Ja lubię się skupić na szczególe, fotografuję reportażowo. Najbardziej doceniam ten moment, kiedy rodzice dzięki moim fotografiom spojrzą na swoje dziecko przez inny pryzmat.
Ucieszą się, że udokumentowałam te malutkie elfie uszy, sześć palców u stóp albo nieproporcjonalnie długie rzęsy.
Raczej nie biorę ze sobą żadnych dekoracji. Może troszeczkę tiulu i małe lampki choinkowe. Jak wiem, że będzie rodzeństwo, to jeszcze jakieś pluszaki.
– To jest bardzo ważne, żeby rodzeństwo poznało swojego nieżywego brata lub siostrę, jeśli tylko ma taką możliwość – tłumaczy Dagmar Weimer, położna i psycholożka. – Dzieci podchodzą do takich sytuacji z ciekawością. Pytają: a dlaczego on jest taki zimny? Dlaczego ona jest niebieska? Widzą i rozumieją, jaki jest stan rzeczy. Jeśli rodzice zatają przed dzieckiem, że mama np. poroniła, to ono i tak będzie wiedziało, że stało się coś złego. Nagle nikt się nie śmieje, rodzice płaczą. W najgorszym przypadku dziecko weźmie winę na siebie i stwierdzi, że rodzice już go nie kochają, bo coś jest z nim nie tak.
Spotkanie rodzeństwa z martwym dzieckiem może dobrze wpłynąć na ich rozumienie świata i proces żałoby. Czasem, dopiero w późniejszych latach dziecko dowie się, że miało rodzeństwo i wtedy będzie wściekłe na rodziców, że to zataili. Znam taką sytuację, w której rodzice powiedzieli o poronieniu swojej dziesięcioletniej córce, a czteroletniemu synowi oznajmili, że lekarz się pomylił i że w mamy brzuchu nie było żadnego dzidziusia. Rozumiem, że skłamali, żeby chronić syna przed bólem, ale tak naprawdę to próbowali chronić siebie przed kolejną dawką emocjonalnego obciążenia, którego w tamtej chwili nie daliby rady unieść. Jednak przez to nadszarpnęli zaufanie czterolatka, a na córkę nałożyli odpowiedzialność trzymania rodzinnej tajemnicy w sekrecie. Dlatego jeśli jest ktoś, kto może takiej rodzinie pomóc w zapoznaniu dzieci żywych z martwymi, to bardzo do tego zachęcam. Nawet jeśli byłby to dyżurujący w szpitalu ksiądz czy właśnie fotograf dzieci-gwiazd.
Heike przyjmuje już coraz mniej dyżurów. Od rana do nocy pochłaniają ją prace organizacyjne w fundacji. W przerwach chodzi z psem na spacer. Spokojnego hobby jeszcze nie znalazła.
Agnieszka godzi się na wywiad tylko przez telefon. Najwygodniej będzie jej rozmawiać podczas pracy. Aga sprząta od rana mieszkania koło Wiesbaden. Jak ma czymś zajęte ręce, to lepiej jej się trzyma emocje na wodzy.
– W pierwszym małżeństwie byłam dwa razy w ciąży. Najpierw urodziłam córkę, kolejne dziecko poroniłam.
– Co teraz robisz? – pytam.
– Myję okna. Później rozstałam się z przemocowym mężem i poznałam mojego obecnego. Bardzo chciałam mieć drugie dziecko, a w szczególności z nim. Długo próbowaliśmy. Wszystkie koleżanki wiatropylne, a ja nic. Zgłosiliśmy się do kliniki leczenia niepłodności. Okazało się, że mam mięśniaki na jajnikach. Podczas operacji usunięcia guzów lekarze mieli sprawdzić drożność moich jajowodów. Zrosty były tak duże, że nic nie dało się z tym zrobić.
To był dla mnie trudny czas. Niby to moje ciało było problemem, a czułam, że blokadę mam głównie w głowie. Zaczęłam czytać książki o powrocie do kobiecości, przepracowywać ranę wewnętrznego dziecka. Czułam się wybrakowana. – Aga układa na kupki papiery w dziecięcym pokoju: kolorowanki, naklejki, samolocik.
– Zdecydowaliśmy się na in vitro. Mąż nie mógł się oswoić z tą decyzją. Przygnębiały go te stereotypy o dzieciach z probówki. Pierwsza próba nieudana. Ale to tak zwykle bywa. Przy drugiej bardzo dziwnie się czułam. Okazało się, że mam Covida. Lekarz stwierdził, że to może lepiej, bo mój organizm zajmie się zwalczaniem wirusa, a nie walczeniem z zarodkiem. Urodziłam zdrowego synka przez cesarkę. A później stał się cud – Agnieszka zbiera brudne rzeczy do prania. – Spóźniał mi się okres, zrobiłam test i wyszedł pozytywny. Ale jak to? Tyle lat byłam wybrakowana, a tu nagle, że jednak nie! Nie potrafiłam się cieszyć. W głowie miałam: „naturalne ciąże nie kończą się dla ciebie dobrze”.
W 17. tygodniu zrobiłam kolejne badania. Poprosiłam, żeby wyniki przesłać do mojej koleżanki, ona organizowała dla mnie Gender Reveal Party. Tydzień przed imprezą przestałam słyszeć na Dopplerze bicie serca dziecka. Zwariowałam. Lekarka mnie zbywała, nie chciała mnie przyjąć. Przez tydzień odprowadzałam synka do przedszkola z martwym dzieckiem w brzuchu. Czułam się jak chodząca trumna. – Aga składa świeże pranie, po policzkach lecą łzy. – Ze szpitala pamiętam wszystko jak przez mgłę. Nikt nie proponował nam fotografa. Dostałam od pielęgniarki zestaw różnych broszurek z informacjami o poronieniu i ewentualnym wsparciu. Wśród nich była koperta, a w niej cztery zdjęcia. Igor wyglądał jak alien. Te rączki, nóżki – jak taki świerszczyk. Mój synek! Nie mam nikomu za złe, że nie zostałam spytana o zgodę na fotografię. Nie wiem, co bym wtedy powiedziała. Teraz jestem wdzięczna, że je mam.
Matthias: – Gdybym sam nie doświadczył straty dziecka tuż przed jego narodzinami, to nie wiem, czy odważyłbym się kiedykolwiek rozpocząć taki wolontariat. Dzięki własnemu doświadczeniu zrozumiałem jego sens. My nie przyjeżdżamy do szpitali, żeby fotografować ludzkie cierpienie. Te zdjęcia są o miłości. Gdyby nie było tam miłości, to nie byłoby tego bólu.
Reporterka i reżyserka. Absolwentka dziennikarstwa i germanistyki na Uniwersytecie Łódzkim, Wiedeńskim i Mogunckim. Ukończyła Polską Szkołę Reportażu. Od ponad dziesięciu lat aktywna w mediach po obu stronach Odry. Zajmuje się tematami społecznymi, kulturowymi i dotyczącymi klimatu. Przez ostatnie cztery lata związana z telewizją SWR w Niemczech. Autorka filmu dokumentalnego „Die Zeitschenkerin“ wyprodukowanego dla programu pierwszego telewizji ARD. Koordynuje program #DuKannstJournalismus o różnorodności w dziennikarstwie na Deutsche Journalistenschule w Monachium.
Reporterka i reżyserka. Absolwentka dziennikarstwa i germanistyki na Uniwersytecie Łódzkim, Wiedeńskim i Mogunckim. Ukończyła Polską Szkołę Reportażu. Od ponad dziesięciu lat aktywna w mediach po obu stronach Odry. Zajmuje się tematami społecznymi, kulturowymi i dotyczącymi klimatu. Przez ostatnie cztery lata związana z telewizją SWR w Niemczech. Autorka filmu dokumentalnego „Die Zeitschenkerin“ wyprodukowanego dla programu pierwszego telewizji ARD. Koordynuje program #DuKannstJournalismus o różnorodności w dziennikarstwie na Deutsche Journalistenschule w Monachium.
Komentarze